Strona:Żółty krzyż - T.III - Ostatni film Evy Evard (Andrzej Strug).djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i ochocze akordy trąb grzmiały fortissimo pod jarzącem słońcem lipcowego popołudnia. Ogłaszały chwałę zwycięstwa, niosły otuchę i nadzieję, wybuchały nieposkromioną radością, nagrodą za cierpienia, żałobę i nędzę tych straszliwych lat, dźwięczały niezłomną wiarą w tryumf niemieckiego plemienia, które zaprawdę jest jedynem na świecie, gdyż w nieśmiertelnych zapasach na śmierć i życie zwyciężyło oto — cały świat!
Tłum roił się, falował, mienił się w słońcu, grzmiące okrzyki zrywały się raz po raz z tysięcy i tysięcy piersi, w których już nie mieścił się nadmiar radości. Ten tłum rozszarpałby na miejscu każdego, któryby w takiej chwili poważył się wystąpić ze słowem rozwagi lub ostrzeżenia.
Sala reprezentacyjna komendantury kolońskiej pełna była grzmiących ech, chwilami zgłuszały one rozmowę znakomitych mężów. Zamilkli, chcąc przeczekać falę trąb i wrzasków. Generał Ludendorff uśmiechał się posępnie i trząsł głową. Profesor Wager przymykał i roztwierał oczy.
— Niech trąbią, niech sobie krzyczą, niechaj się raz nacieszą — to ich święte prawo, my za nich dźwigamy ciężar losu. My dwaj, którzy znamy prawdę. Tak jest, profesorze, wiedz, że tylko cud może nas uratować...
— Jestem starym Szwabem i katolikiem, panie generale, ja naprawdę wierzę w cuda, ale one wypływają jedynie z woli i za łaską Boga, ja zrobię swoje, ale to jeszcze nie wszystko!