Strona:Żółty krzyż - T.III - Ostatni film Evy Evard (Andrzej Strug).djvu/337

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


postacie śmierci, przed skazańcem wykonawcy sprawiedliwości są obarczeni najcięższym grzechem, przed nimi winni są wszyscy ludzie...
Jako odkupienie za swój własny grzech, dają mu księdza, pociechę religijną, słowa biblji, ostatnie sakramenty, ksiądz po swojemu jedna go z Bogiem, ale nikt nie pojedna go ze śmiercią, jeżeli on sam temu nie podoła, bodaj na jedną sekundę przed końcem... Chamstwo nakazane z urzędu, sponiewieranie człowieka w jego ostatnich chwilach bezduszną oficjalnością odbiera mu wszelką możność wniknienia w siebie i najsłabszy cień nadziei, by przed targnięciem stryczka, przed spustem gilotyny, przed trzaskiem salwy, bodaj na jedno mgnienie oka jego dusza zdręczona strachem zaznała przedśmiertnego ukojenia.
Nie, nie, nie!! Nie wolno zamordować skazańca w poniżeniu i męce z drgającemi oniemiałemi wargami, z duszą pełną bydlęcego wycia. Jak to uczynić? Nikt nie wie, na to niema sposobu w ludzkiej mocy, więc wyrok śmierci jest tylko zbrodnią, a kara śmierci... Nie, na to czem ona jest — niema słowa w ludzkim języku.
Strzępy, bezkształtne okruchy myśli przemykały przez głowę w popłochu, w pośpiechu, jak przeganiane wichrem. Nie, już niczego nie zdoła w sobie uchwycić, za późno... Zginie nie swoją śmiercią, zejdzie z tego świata jak inni, jak bodaj wszyscy...