Strona:Żółty krzyż - T.III - Ostatni film Evy Evard (Andrzej Strug).djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co pan ma na myśli?
— To samo, o czem pan myśli w tej chwili!
— Więc niech pan powie wprost!
— Mógłbym spróbować, ale z tą właśnie rzeczą jest jak z jakimś zagmatwanym snem, gdy wymówi się pierwsze słowo, chcąc go opowiedzieć, sen znika lub staje się absurdem, poprostu nie można go tknąć.
— Doprawdy, doprawdy niewiadomo co...
Von Senden zajął się nalewaniem szklanek, patrzył z upodobaniem, niemal z czułością jak szampan grał i perlił się w cienkiem szkle, które zachodziło rosą. Claude ścigał jakiś dawny sen, który przypomniał się nagle w zdumiewającem skojarzeniu z tem, co przemknęło przed chwilą w oczach von Sendena, w jego przeobrażonej, przelotnie wypiękniałej twarzy. Było to trudne, bo teraz siedział naprzeciwko niego typowy, prawy pijanica i patrzał w swoją szklankę z bezmyślnym uśmiechem.
Tamta niezapomniana twarz Niemca, konającego z nim razem w zawalonym miną okopie, przesunęła się wyraźnie jak wówczas w ową noc listopadową w przeraźliwym blasku reflektora. Ale w niedawnym śnie o tem samem była noc i, choć leżeli twarzą w twarz zasypani i mrący w cierpieniach, trzymając się za ręce, nie widział twarzy tamtego... Tamten Niemiec mało mówił, zresztą doskonałą francuszczyzną, przeważnie tylko jęczał, ten ze snu przed śmiercią wypowiadał w ciemnościach jakieś zawiłe proroctwa w rodzaju tego, coby też było, gdyby