Strachy w zamczysku czyli rumieniec hrabiny

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Strachy w zamczysku czyli rumieniec hrabiny
Podtytuł Z pamiętników lekarza
Pochodzenie Drobiazgi
Wydawca Redakcja „Muchy”
Data wydania 1898
Druk A. Michalski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


STRACHY W ZAMCZYSKU
CZYLI
rumieniec hrabiny.
(Z pamiętników lekarza).

M

Mam w herbie rohatynę, pomarańczę i kota.
Te zaszczytne oznaki otwierają przedemną salony, u drzwi których stoją galonowani lokaje. Zresztą, jako lekarz-specyalista od chorób nerwowych, trapiących przeważnie lepszą część ludzkości, mam wolne wejście tam nawet, gdzie zwyczajny śmiertelnik nie zdołałby się dostać.
Nic więc dziwnego, że jako człowiek uherbowany i lekarz chorób nerwowych, odwiedzałem często dom hrabiostwa Cielemęckich. Hrabia był człowiek stary, schorowany, przesycony życiem i użyciem: miał przyprawioną rękę, sztuczne zęby, szklane oko, przypinane łydki. Ubierał go i rozbierał nie lokaj — ale specyalnie do tego trzymany mechanik z Berlina, gdyż ten jeden tylko wiedział gdzie, jaką szrubkę przykręcić, gdzie taką lub owaką sprężynę założyć. Zresztą hrabia był to bardzo godny człowiek, zwłaszcza kiedy nie mówił o polityce i o swojej zwichniętej karyerze dyplomatycznej.
Pani hrabina była więcej zajmująca, raz ze względu, iż prawdopodobnie nie miała tylu rzeczy przyprawnych, powtóre, że była arystokratką z przekonań. Pochodząc ze skromnej rodziny Pępuszków, weszła w stare gniazdo arystokratycznego rodu, i odrazu stała się bardziej dumną, niż najstarsi przedstawiciele kastowego konserwatyzmu. Na biletach wizytowych miała napisane: „née de Pimpouchec,” i lubiła mówić o starej szlachcie bretońskiej. Ludzi traktowała z góry, chociaż z pewną wyniosłą uprzejmością; do pana Boga odzywała się często, ale zawsze z zachowaniem pewnych form światowych, z aksamitnego klęcznika, z książki oprawionej w kość słoniową.
Pejzany (gdyż tak nazywała wieśniaków) w prostocie ducha zwali ją „drabina” dla jej majestatycznej wysokości, oraz ostrych, kończastych form ciała.
W roku, którego nie wymienię, hrabia Cielemęcki kupił duże dobra ze starożytnym pałacem, na którego szczycie błyszczały herby wielu magnatów, oraz Zelika Katz, jednego z przedostatnich właścicieli tego starożytnego gniazda. Zaraz po nabyciu dóbr, państwo hrabiostwo wyjechali do nowej rezydencyi, wziąwszy ze sobą guwernera niemca, francuzkę, angielkę i kilka bon, mających czuwać nad intelektualnym rozwojem dwóch latorośli zacnego szczepu.
W tydzień później, otrzymawszy przez sztafetę wezwanie, ażeby natychmiast pospieszyć do pani hrabiny, która bardzo niebezpiecznie zachorowała, popędziłem kuryerskiemi końmi.
Rzeczywiście, la comtesse née de Pimpouchec była bardzo zmieniona, znajdowała się ona pod wpływem silnego rozdrażnienia nerwowego; każdy stuk draźnił ją, dość było kichnąć w sąsiednim pokoju, ażeby podskoczyła i drgnęła całem ciałem.
Starałem się działać uspokajająco, zaleciłem spoczynek, wodę z sokiem, i przepisałem maleńką dozę morfiny — jednocześnie starałem się zbadać przyczynę choroby.
Intendent (tak nazywano ekonoma) powiedział mi, że w pałacu „straszy.”
Obejrzałem starannie gmach. Była to rudera wspaniałego niegdyś pałacu. Dwie baszty stały na rogach, bociany miały na nich gniazda. Na wierzchołku był taras, z którego dawni właściciele z dumą spoglądali na srebrne stawy i złociste łany swych dóbr. Z sześćdziesięciu kilku komnat pałacu, było mieszkalnych tylko dwanaście. Te zajmowali hrabiostwo. Apartamenta rzeczone znajdowały się na parterze; w antresolach pan intendent urządził coś w rodzaju spichrza. Leżało tam zboże na porozkładanych wielkich płachtach.
Resztę pałacu, kaplicę, bibliotekę, łazienkę, wielką salę balową, kilkadziesiąt pokoi, alków i skrytek zamieszkiwały nietoperze, sowy i puhacze, które z nadejściem zmroku odzywały się w sposób mniej zabawny.
Rzeczywiście, wieczorem zwłaszcza, przy słabem świetle księżycowem, pałac wyglądał wcale nie zachęcająco. Miał w sobie jakąś średniowieczną ponurość; do połowy tonął w ogromnym parku, wśród którego znajdował się staw zarosły trzciną.
Odzywały się różne tajemnicze głosy, sowy i puhacze huczały, nietoperze przelatywały nad głową, a niekiedy w którejkolwiek komnacie odpadł kawał gzemsu, z łoskotem rozbił się na dębowej posadzce, wywołując echo powtarzające się kilkakrotnie w pustych ścianach opuszczonej rudery.
— Pani hrabino, rzekłem, czyż pani wierzy w strachy?
— Śmiejesz się, doktorze, o! bo wy materyaliści wierzycie tylko w nerwy.
— Jednak pani, kobieta wyższego umysłu, powinnaby wznieść się nad uprzedzenia i przywidzenia łatwowiernych.
— Co pan chcesz! rozum dyktuje inaczej, a jednak jest coś...
— Wyrodzonego w naszej własnej fantazji — dodałem.
— A jednak są ludzie, którym pokazywały się tu białe damy; niech się pan zapyta pana intendenta.
— Akuratnie, proszę jaśnie wielmożnej hrabiny, ja sam, temu będzie dwa lata, jak tu wojsko stało — widziałem dwie damy z przeproszeniem...
— Możesz pan odejść, rzekła pani hrabina.
— Bądź co bądź, pozwoli pani się przekonać, że to wszystko jest przywidzeniem.
— Za nic w świecie. Umarłabym, zobaczywszy stracha.
— A skądże pewność, że go pani zobaczy.
— Czyż nie chodzi po całych nocach po górze, nie depcze, nie jęczy, nie ciągnie za sobą łańcuchów, i myślisz doktorze, że to ja tylko słyszę — słyszą także guwernantki, słyszy moja panna i Żolka niepokoi się przez noc całą.
— Przepraszam panią, kto jest Żolka?
— Ach, to najlepsze ze stworzeń — moja suczka.
— Wszakże dla zdrowia i spokojności pani koniecznie potrzeba zajrzeć strachowi w oczy — czuwajmy dziś wszyscy.
— Chyba, że wszyscy — ale i ty doktorze nie odstąpisz nas ani na chwilę.
— Czyż to nie jest jednym z najmilszych obowiązków lekarza, czuwać nad swoją pacyentką?
— Och, staruszku! — rzekła z uśmiechem i pogroziła mi palcem.
Zebraliśmy się w pokoju jadalnym.
Na dużym stole stał ładny samowar; herbata miała nam pomagać w szukaniu. Tak sądziła hrabina.
Wino, zwłaszcza stare węgierskie, także pomaga w szukaniu, tak znowuż sądził hrabia. Nie potrzebuję dodawać, że podzieliłem jego zdanie.
W pokoju było kilka osób — guwerner i trzy guwernantki.
Dzieci pod opieką bony odesłano do dziecinnego pokoju.
Czas ubiegał szybko.
Rozmowa, jak zazwyczaj w takich okolicznościach, miała za przedmiot rozmaite nadprzyrodzone zjawiska. Każdy czuł się w obowiązku opowiedzieć jakiś epizod z własnego życia, pełen tajemniczości i grozy.
Jednej guwernantce pokazała się babka od lat trzech nieżyjąca — druga widziała psa chodzącego po gwiazdach, a guwerner opowiadał, iż w Szwabii widział na własne oczy dyabła, zjadającego blutwurst z pomarańczą.
Zegar wydzwonił dwunastę.
Spojrzeliśmy wszyscy po sobie.
Na górze dało się słyszeć głuche jakieś stąpanie.
— A co?! szepnęła hrabina, blada jak śmierć.
Stąpanie było coraz głośniejsze.
Hrabia były dyplomata i wojownik rzekł do mnie zcicha.
— Wiesz pan, że to zaczyna być interesującem.
Z sufitu upadł kawał tynku i uderzył w samowar.
Kobiety krzyknęły.
Za tynkiem posypała się połamana trzcina, i wśród obłoków kurzu, nad samym samowarem zawisnęło coś w szerokiem płóciennem ubraniu.
O ile mogłem sądzić z pozoru, były to dwie nogi dorosłego mężczyzny, pod którego ciężarem załamał się spróchniały sufit. Nieszczęśliwy człowiek przybyły na górę w celu kradzenia owsa, wsuwał się powoli w otwór według nieubłaganego prawa grawitacji. Brzuch jego ocierał się o belkę — człowiek jęczał.
Wszyscy milczeli, nawet hrabia przestał się uśmiechać.
Nareszcie coś trzasło. Z sufitu upadł drewniany guzik i potoczył się po podłodze; jednocześnie na samowar padła zasłona, jaką zapewne nigdy nie był przykrywany.
Kobiety uciekły.
Człowieka pojmanego za nogi, odstawiono pod silną eskortą do urzędu wójta gminy.
Ja pomyślałem o swoich obowiązkach.
Pobiegłem do hrabiny.
We drzwiach prawie, pokojóweczka Zuzia zastąpiła mi drogę...
— Niech pan doktór nie wchodzi, rzekła.
— Czy hrabina nie ubrana?
— Owszem proszę pana, ubrana, tylko...
— Co?
— Tylko nie kazała przyjmować nikogo, bo jest zażenowana.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.