Sto lat dobiega/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paulina Wilkońska
Tytuł Sto lat dobiega
Pochodzenie Poseł-męczennik, Sto lat dobiega
Redaktor Szczepan Wicherek
Wydawca Towarzystwo im. Stanisława Staszica
Data wydania 1891
Druk W. A. Szyjkowski
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cała broszura
Pobierz jako: Pobierz Cała broszura jako ePub Pobierz Cała broszura jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała broszura jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
III.

Czarna, gęsta chmura cały niebokrąg zawlokła. Zkrzyżowały się błyskawice. Zagrżmiało ciężko, straszno, jak gdyby kula ziemska miała ze swoich wypartą być posad.
Z dziedzińca zamkowego czarny wygonił jeździec.
Podkowy wronego iskry sypały, a stukot ich łączył się z odgłosem wichru. Krwawo — płomiennie rozwarła się ciemna niebios opona. Jeździec w cieniach groźnej przepadł nocy.
Komnata szabelana ponury, jakby grobowy przedstawiała obraz. Świeczniki niedostateczne rzucały światło. Sklepiony sufit czarne zaległy smugi. Po oknach głucho dzwoniła burza.
Jaskrawy gzygzak rozświecił na chwilę carowej oblicze — niby uśmiechnięte szyderczo... szatańsko. Wicher spotęgowaną zahuczał siłą. Cały zamek zadrżał, a jedno z okien z trzaskiem na posadzkę wypadło.
Szambelan porwał się z krzesła, sino-blady, z rozwartemi szeroko a straszno oczami. Zadzwonił silnie. Pokojowiec przydążył.
— Poproś tu panicza! rozkazał pan zamku.
Sługa wybiegł i po niedługiej wrócił chwili.
— A co? uniósł dumną głowę szambelan.
— Pan Jerzy wyjechał.
— Dokąd?
— Nie wiadomo.
— Jak?
— Konno.
— Czy dawno?
— Gdy tak ciężko zagrzmiało.
— Gonić! szukać! pochwycił za taśmę od dzwonka i targał co sił starczyło.
Zbiegła się przerażona służba.
— Gonić za paniczem! Choćby w sto koni... Na strony wszystkie! Po wszystkich szlakach! Całe piekło poruszyć! — wołał rozwścieklony. — Gonić! Chwytać! Sprowadzić go! Rzucę kiesę złota! Dostawcie mi żywego... lub trupa! Słyszycie? Żywego lub trupa!
Nagle stanął w progu blady zakonnik, wysoki, z długą siwą brodą i głuchym ale donośnym głosem wymówił:
— Panie szambelanie, matka twoja Bogu pobożnego oddała ducha. Módlcie się!
Służba na kolana upadła. Szambelan stał nieruchomy, sinoblady — a tupet upudrowany dźwigał się niby na jego występnej głowie.
Połysnęło krwawo — zagrzmiało. Przez okno wyparte wpadł wicher i światła pogasił.
Ciemność w koło zaległa.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paulina Wilkońska.