Starosta warszawski/Tom II/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


XI.


Po wczorajszéj scenie na sejmie i u pana hetmana Familia oczekiwała na pewno układów, ufając w to iż zastraszyć musiała, nie pomnąc, że dumnego człowieka najboleśniéj obraziła. Krzyżowali się neutralistowie i chcący pośredniczyć, z domu do domu przejeżdżając, szukając języka, a nie mogąc nic dokazać.
Stary Brühl zamknięty był, milczący, a o układach żadnych mówić sobie nie dawał. Bez niego się do króla dostać nie było sposobu.
Hetman Branicki zaraz po wyjściu Brühla, mimo respektu dla żony, ostro jéj przymówił za wybuch, jakiego się dopuściła, a gdy wujowie się za nią ujęli, wystąpił do nich z gorzkiemi prawdami, tak, że od słowa do słowa — rozeszli się bardzo kwaśno i jawném już się dla nich stało, że na hetmana neutralność nawet nic rachować nie mogą. Brał jawnie i co raz goręcéj stronę króla pozornie w istocie Brühlów, Potockich i Radziwiłła...
Tak więc co zbliżyć miało dwa obozy, przyśpieszyło tylko stanowcze zarysowanie się partyj i podział kraju. O pokoju ani było można myśleć.
Noc spłynęła na naradach i uzbrajaniu. Familia jakkolwiek czuła, iż będzie miała do czynienia z nieprzyjacielem, który nie był do pogardzenia miała rachuby pomocy obcéj, na których się w przyszłości i ostateczności opierała...
Dzień nadchodzący, znalazł miasto niemal całe na nogach... Głucha wieść chodziła już z rana, że Szymanowski poseł ciechanowski, albo już manifest podał do akt sejm zrywający, lub wystąpić z nim był gotów... Nie wątpiono bynajmniéj, iż uczyni to z naprawy starego Brühla; wiedziano nawet, a przynajmniéj głoszono, że dostał za to wójtowstwo z pięćdziesięciu poddanymi, i tysiąc dukatów na zagospodarowanie.
Zamek wyglądał jakby się do obrony przeciwko nieprzyjacielowi gotowano... Ciągnęły doń niespokojne gromady posłów i arbitrów, ale formalne hufce orężne... Większa część przybywała konno w pancerzach na piersiach, z szablami nie dla zabawy, odostrzonemi jak brzytwy, — dworzanie téż uzbrojeni... miny marsowe... Już się tu po wczorajszemu zabawiać i śmiać nie miał nikt ochoty, ani bardzo się kto odzywał, milczano posępnie, mówiono po cichu. A na czołach były gniewy i burze... Noc co ukołysać miała, do najwyższego stopnia rozdraźnienie podniosła.
Od rana do południa gromadziło się na sali, wchodziło i wychodziło, ustawiało i szykowało szczególniéj stronnictwo Familii, bo długo bardzo z Radziwiłłowskich, którzy stanowili prawie sami obóz przeciwny, nikt się nie ukazywał. Domyślano się, że przybędą gromadnie i tak, aby od razu całą objawić siłę. Nie zaczepiaj! wara!...
Oprócz broni białéj, bystrzejsze oko mogło za pazuchami kontuszów i po kieszeniach, dostrzedz u niektórych pistoletów...
Już z południa było, gdy gwar się stał w sali... z okien ktoś napatrzył i karetę sześciokonną, tarantami ciągnioną księcia Radziwiłła, i cały oddział jego czarny, z kilkuset głów złożony, otaczający ją do koła...
Na wschodach stał się gwar, usłyszano stąpanie tłumne, i książę wszedł, pod rękę prowadząc bladego Brühla, z którego drugiéj strony szedł Mokronowski.
Stolnik litewski, niemniéj rozżarzony jak wczoraj upojony tą rolą, jaką raz pierwszy w życiu odegrywał, stał na tém samém miejscu co wczora, aby okazać, że się nie cofa i nie ustępuje... Więcéj stokroć zaciętości i gniewu niż wczora było na twarzach wszystkich, rozgorączkowanie niebezpieczne... Nikt się już nie łudził — szable musiały znowu z pochew zabłysnąć...
Małachowski wśród głuchego szmeru laską uderzył i słabym głosem zagaił posiedzenie... Nie bardzo z razu słychać go było, i nie słuchano zbyt pilnie... Mówił o „nadużyciu niesłychaném, jakie dnia wczorajszego się spełniło... że porządek i prawo przepisane dla sejmów naruszone zostało, że pogwałcono kardynalne ustawy... iż się spodziewa, że wszyscy posłowie dziś poddadzą się prawu i poszanują je —“
Domawiał tych wyrazów, gdy stolnik, nie dając się wyprzedzić nikomu, zawołał:
— Dopóki tu Brühla w izbie widzimy, nie ma na nic zgody!
— Nie ma zgody! huknęli za nim wszyscy familianci. Nie ma zgody!...
Wtém jakby dając znak, stolnik kapeluszem, który trzymał w reku, nakrył głowę...
— Izba in passivitate!
W mgnieniu oka sto szabel błysnęło i zamieszanie w izbie stało się nie wymowne... Zaledwie pierwsi co stali za mówiącym; obnażyli oręż, radziwiłłowscy jak jeden szarpnęli szable i nikt nie mógłby był dostrzedz, kto pierwszy ich dobył...
Mokronowski, który stał wprost naprzeciw stolnika, nie tknął oręża... Ci, co się równie jak on wstrzymali od wzięcia za broń, rzucili się ku niemu, skupiając przy nim... Poparty i czując się pewien siebie, Mokronowski z powagą postąpił kilka kroków naprzód, wcale się nie zdając lękać błyszczących ostrzów, które przeciwko niemu wymierzano.
— Panie stolniku — zawołał, pan jesteś sprawcą tego rozruchu; wzywam go, ażebyś swoich nakłonił do porządku...
Mówił jeszcze gdy z boku stojącego Brühla w téj chwili najmniéj się tego spodziewającego (bo radziwiłłowscy tak nagłéj napaści nie przewidywali), zaczęto otaczać i naciskać. Cześnik był zmuszony chwycić już za oręż, gdy Mokronowski rzucił się ku niemu, osłaniając go sobą i szable odgarniając rękami...
Kilkadziesiąt ich miał nad głową... Jedna z nich wyostrzona świeżo zraniła mu dłoń, co poczuwszy, Mokronowski przytomnie skrył ją, aby widokiem krwi nie dać hasła i podniety do walki... zdającéj się prawie nie uniknioną.
Krzyk rozpaczliwy niemal Mokronowskiego, któremu towarzyszyło bicie laską o podłogę i wysilony błagający głos starca Małachowskiego — opamiętały na chwilę... Tłum napastujący począł się cofać zmieszany i zawstydzony, stolnik zamilkł, widząc przeciwko sobie występującego człowieka, którego szanował i nawykł był uważać za przyjaznego sobie...
Wszczął się spór najgwałtowniejszy na słowa...
— Stolnik! stolnika wina! krzyczano z jednéj strony...
— Pierwsi Radziwiłłowie szabel dobyli...
— Któż wczoraj rozpoczął? wołano...
Posypały się obelgi — a rozdrażnienie rosło... Brühl jak wczoraj, otoczony, bezczynny, zmuszony stać, patrzeć, słuchać, ocierał z czoła pot i dręczył się niewymownie. Świadczyły o tém ścięte jego usta, i twarz dziwnie wywrócona i zmieniona.
Wczorajsze szabel dobycie mogło się niemal tłómaczyć uniesieniem, dzisiejsze działo się rozmyślnie, znaczyło wypowiedzenie wojny... Obie strony sypały na siebie obelgami... Arbitrowie i kobiety na galeryach, zakrywały oczy, łamały ręce, niektóre ratować musiano od omdlenia...
Stojący obok Brühla Radziwiłł, nie mniéj od niego był blady, od początku rozruchu cisnął w ręku rękojeść karabeli, tak, że gdyby nie była z jednéj sztuki agatu, pewnieby poszła w kawałki, pot kroplisty spływał mu na czoło... kilkakroć już zwrócić się miał ku swoim i mrugnąć; Lubomirski i Mniszech szeptali zaklinając go, aby odium tego porwania się zostawić Familii... Tymczasem Familia wygrywała, bo na języki była bezsprzecznie silniejsza... Litwini do wykrzykiwania nie byli wprawni, u nich poczynało się od — stu tysięcy djabłów, a kończyło na... na trzykroć stu tysiącach fur baczek tego samego... Wszyscy jak w tęczę oczy mieli wlepione w księcia, którego brwi im pokazywały to Mniszcha, to Lubomirskiego, to Mokronowskiego...
Narzekania i hałasy nie ustawały... Stary Małachowski z głową na ręku podpartą dumał — nie było środka i sposobu, posiedzenie zaledwie zagajone, znowu odroczném być musiało... Dawano mu znaki, pokazywano rękami, to na stolnika i jego zastęp rozjadły i roznamiętniony, to na straszliwą jeszcze spokojność Radziwiłła, który stał jak posąg pewien siebie... ale groźny... Milczenie jego urągało się temu dziecinnemu wrzaskowi... któremu krzyki kobiet z galeryj odpowiadały...
Stolnik, który nie miał już czasu podnieść oczu do góry — nie widział téż dziś, jak wczora stojącéj po nad sobą pani Sołłohubowéj z rękami spuszczonemi i załamanemi, w posągowéj postaci, z niewypowiedzianą wzgardą i dumą spoglądającéj na niego, z litością i współczuciem na niemego Brühla, którego ręka drżała na szpadzie. Bohater ów siedmioletniéj wojny, przyparty do muru, rozbrojony tém co go otaczało, musiał cierpieć i milczeć...
Naostatek głucho znowu uderzyła laska marszałka i płaczliwy głos jego zwiastował odroczenie posiedzenia... Nie było się już czém łudzić — sejm taki nie mógł przyjść do skutku. Brühl ustąpić nie byłby się ważył tak daleko zaszedłszy, nie odbierając sobie całéj powagi i nie uznając się pokonanym, Familia nie chciała ustąpić. Aż do ostatniéj chwili spodziewała się zmusić do układów z sobą...
Lecz niczém było odroczenie — zażarci przeciwnicy stali przeciwko sobie — nikt pierwszy do wyjścia ruszyć nie chciał. Łacno być mogło gdyby jedno stronnictwo posunęło się pierwsze do odwrotu że drugie korzystając z tego, mogło mu siąść na karki.
Chwila więc długa upłynęła, nim się kto z miejsca śmiał poruszyć, stali wszyscy jak wkuci. Niektórzy z arbitrów bliżsi drzwi zaledwie potrafili się wymknąć. Główne korpusy mierzyły się oczyma i nie stąpiły kroku. Nikt pierwszy nie chciał iść, aby go nie pomówiono o ucieczkę z placu...
Wieczór się zbliżał, gwar ucichał, wszyscy czuli się znużeni — lecz nikt nie ruszał się jeszcze.
Mokronowski postąpił do stolnika...
— Długoż to tego będzie? zapytał...
Ten się zarumienił.
— Nie wiem — odparł.
— Przecież jakiś na to sposób wynaleźć potrzeba abyśmy wyszli?
— I ja tak sądzę...
— Ten od waćpana zależy...
Stolnik obejrzał się. Szable w znacznéj części już do pochew popowracały, zaczęto zachęcać upartszych, aby je pochowali. Głód i zmęczenie przemawiało za tém... Litwini niektórzy także karabele spuścili.
— Jeżeli panu hrabiemu idzie o to, abyśmy koniecznie krwią tę salę i kartę historyi naszéj splamili — rozumiem jego milczenie — rzekł Mokronowski; w przeciwnym razie, powinniśmy oba skłonić naszych, do wyjścia razem i w porządku. Wyrazy te pochwycono jako rodzaj hasła i środek ukończenia sporu, który rozwiązanym inaczéj być nie mógł, tylko wzajemnemi ustępstwy i odroczeniem ad futura.
— Razem w milczeniu i porządku! zaczęto powtarzać po szeregach, i tłum ten przed chwilą jeszcze zażarty, stłumiwszy i powściągnąwszy gorączkę, skłonił się do wychodzenia, jak mu nakazano... Czapki ponakładano na głowy, ręce w kieszenie lub za pas, i z usty zaciętemi, ci co najmocniéj gardłowali, poczęli wysuwać się nie patrząc, kogo obok siebie mieli... umyślnie oczy spuściwszy... Radziwiłłowie tylko kupą otoczywszy znowu Brühla, wyprowadzili go z sali nie pierwszego, ani ostatniego, w poważném milczeniu.
Gdy raz ten modus exeundi przyjęty został i poparty przykładem główniejszych przewódzców — płynęły już daléj tłumy bez najmniejszego wypadku a nawet swaru i oprysku... Na sali pozostawało coraz mniéj, i w końcu na ławach siedzieli już tylko ci, którzy woleli ściśle we drzwiach przeczekać, a za kratkami został sekretaryat sejmowy, wylękły i osłupiały...
— A co? a co? zapytał podkomorzy Laskowski który spokojnie kazawszy sobie snującemu się pod koniec chłopcu z butelkami, podać szklankę piwa, smoktał ją postawiwszy na kolanie — a co? nie ma co mówić! dokazaliśmy sztuki... jakiéj Rzeczpospolita od trzechset lat nie widziała!
Mówił to do starego przyjaciela Zagłoby, który stał naprzeciw niego z rękami w kieszeniach. Z sejmu zrobiliśmy sejmiczek, i obyczaj rąbania się po prowincyach, zaprowadzony w stolicy. Wyraźny postęp, mosterdzieju!
Mówił to z boleścią wielką, chociaż ze spokojem. Zagłoba, który był niemym świadkiem obu posiedzeń z rezygnacyą filozofa go słuchał, na pozór obojętny, w rzeczy głęboko upokorzony i przejęty, a jak śmierć smutny.
Uśmiechając się z boleścią w oczy sobie patrzali.
— Nie ma co mówić — dodał Laskowski... żaden sejm jeszcze tak znakomicie nie stanął jak ten. Nie sztuka zrywać, ale zrywając nasienie niezgody na długie lata skutecznie roli powierzyć — to mi się nazywa... rozum statysty!!
Zagłoba ramionami ruszył...
— Trzydzieści lat edukacyi dobréj coś znaczy — odezwał się ironicznie — nauczyliśmy się wiele i darmo chleba nie jedli... Dobrze tak! dobrze! Płazem uchodziło wiele, od Zygmunta III powtarzano, że nierzędem stoimy... musi nieład przyjść do chaosu, aż się ludzie opamiętają. Wypijemy do dna, cośmy dwieście niemal lat warzyli — na to pono nie ma ratunku...
Gwarzyli tak, gdy Żudra, który swoich odkomenderowywał znowu na stół pański, zbliżył się do nich. Sapał biedaczysko i podbródki mu tańcowały, pot ocierał z czoła, pasa poprawiał, znużony był tak, że na ławę padł. Laskowski z przyjacielem spojrzeli nań, ale się do niego nie odezwali, choć się ich wyzywać zdawał... Podkomorzy popatrzał nań tylko i oba zamilkli.
— No — rzeczy skończone! zawołał Żudra: nauczyliśmy Niemców rozumu!
— Myślę że i Polaków téż! rzekł krótko Zagłoba...
— Niech znają co Familia może...
— A no, prawda — wszyscyśmy to poznali, dodał pierwszy: że mówi o zaprowadzeniu ładu w osobliwszy sposób pięknie, i to nową metodą, doprowadzając anarchię do kresu...
Żudra popatrzał pogardliwie.
— Jam tam nie polityk! odezwał się — ja tam nie mędruję... ale my tu w domu u siebie, szołdrom przewodzić nie damy.
— Słusznie, potwierdził Zagłoba — lepiéj wszystko do góry nogami wywrócić. Z nazwiska sądząc, panie Żudra, dodał, myślałbym żeś Rusin i że mnie zrozumiesz — coś mi się przypomina przysłowie: Ne kupyw bat’ko szapki, nechaj uszy merznut!
Żudra się skrzywił.
— A wy co mówicie, panie podkomorzy? zapytał Laskowskiego...
— Waćpan mnie znasz, odparł spytany z powagą: nie taję się z myślami, jestem za domową zgodą pomiędzy braćmi... a tych co do wojny i rozdziału prowadzą... mam... za...
Wstrzymał się, zżymnął i nie dokończył. Kto znał umiarkowanie Laskowskiego, mógł zrozumieć jak rozdraźnionym był, gdy się na tak energiczne zebrał wyrażenie.
Żudra wstał.
— Myśmy niewinni — zawołał — nam nóż przyłożyli do gardła — poddać się samowoli Brühla i dać zjeść w kaszy — a niedoczekanie...
— Pewnie — dodał Zagłoba, — niech nas raczéj wszystkich razem djabli wezmą...
Żudra, znać nie pomiarkowawszy się, potwierdził: — A pewnie!!
— No — i wezmą! dokończył stary szlachcic — jak dwa a dwa cztery... Przyjdzie choćby anioł po Sasach rządzić, spadek tego nieładu odziedziczy — i rady nie da...
— E! mospaneńku! rękę w górę podnosząc zawołał Żudra — spadku tego nie weźmie kto inny tylko Familia... a ona — przy pomocy bożéj i czyjéjś jeszcze... rady da! rady da! powtórzył z naciskiem.
Laskowski, któremu rozmowa już ciężką się stawać zaczynała, wstał i czapkę nałożywszy, a Żudrze nawet nie skinąwszy głową, podał rękę przyjacielowi i z nim razem z sali opustoszałéj się wyniósł.
Rozeszły się tedy obie strony w egzasperacyi wielkiéj i nienawiści która przez tych parę dni wyrosła jak nigdy... Mówiono już wychodząc o zerwaniu sejmu, ale jeszcze Familia temu wierzyć nie chciała. Z zamku dochodziły wieści, że król pragnął połatać sprawę i pogodzić, że chciał księcia Radziwiłła wzywać i uprosić, aby krzesła dobrowolnie ustąpił. Lecz Brühl uznał to niepodobieństwem. Manifest Szymanowskiego już był podany.
Brühl nie widząc się nawet z ojcem odjechał z gwardyą swoją do Młocin, pewien, że rzeczy są skończone i że więcéj stawić się pod tym pręgierzem nie będzie już obowiązany... Sam jeden, osłoniony płaszczem, zadumany, blady, kazał się zawieść do domu; wróciwszy zaledwie kilku grzecznemi słowy żonę przywitał, oświadczył, że potrzebuje spoczynku, i zamknął się w swém mieszkaniu. Doznawał tego uczucia, jakiém przejęty jest człowiek, który wyszedł z wielkiego niebezpieczeństwa i ma je za sobą. Oddychał swobodniéj... poświęcił się dla ojca, teraz mógł zapomnieć o wszystkiém i trochę żyć — dla siebie.
Rachuby jednak były mylne, i zawód bliski; zaledwie usiadł w krześle, usiłując rozpędzić bolesne wspomnienia tego dnia i zapomnieć o wrzawie, która mu jeszcze w uszach tętniała — gdy już turkotało i głosy w przedpokoju słychać było...
Pobladł i załamał ręce... wszedł Sołłohub... Ten przynajmniéj najmniéj mu ciężył — odetchnął więc znowu...
— Wiem, rzekł od progu, że nie będę ci pożądanym gościem, ale mnie twój ojciec przysyła. Nie widziałeś się z nim, jest niespokojny...
— Posłałem oznajmić, że jestem cały i że potrzebuję spoczynku, zawołał Brühl wesoło... Chwała Bogu, że się jeszcze uścisnąć możemy, bo o niewiele chodziło aby mnie rozsiekali... gdyby nie Mokronowski...
— Mokronowski w rękę ranny — szepnął Sołłohub, jest to tajemnica, odpychając szablę, obciął sobie dłoń... ale przytomności umysłu jego dosyć wychwalić niepodobna...
— Myślę, że przecie na tém się skończy — dodał Brühl...
— Wcale na to nie wygląda — rzekł Sołłohub, jeśli wczorajsza noc była burzliwa, dzisiejsza straszniejsza jeszcze.
Już nie o kiereszowanie się na sejmie idzie, ale radziwiłłowscy szykują się do walki w ulicach. Nie mogą tego ścierpieć, że ich dziś powstrzymano i chcą koniecznie pokazać na karkach Familii, że tchórzami nie są... Dla tego ojciec twój mnie tu przysyła, abyśmy razem jechali do księcia wojewody...
Brühl obu rękami strzepnął.
— Miejcież litość nademną! nie mogę wszystkiego robić i za wszystkich... dajcie mi spocząć... wysilony jestem i mam tego dosyć...
— Jeszcze jeden krok i koniec — sejm się jutro kończy, rzekł Sołłohub...
— Ale ja na Radziwiłła nie wpłynę — niech mu poszlą kogo innego, zawołał rozpaczającym głosem cześnik. Wysoce szacuję jego zamaszystą rycerskość i waleczność — między nim jednak a mną, wierzaj mi, nic nie ma coby nas łączyło i zbliżało. Każdy z was lepiéj i silniéj do niego przemówić potrafi...
Sołłohub zamilkł smutnie, ale wzrokiem prosił ciągle...
Brühl widząc, że nie potrafi się uwolnić, porwał niechętnie i milcząco za kapelusz.
— Jedźmy — zawołał — dziej się wola boża. Kielich należy wysączyć aż do mętów na dnie.
Konie Sołłohuba stały gotowe, eskorta, bez któréj ruszyć się nie było podobieństwem, bo wśród takiego roznamiętnienia łacno mógł Brühl w ulicy być napadniętym... stała téż w pogotowiu. Cześnik nie zachodząc nawet do żony, siadł do powozu, przeklinając czasy, w których żył, i okoliczności, w jakie go wplątano.
Zbliżając się do stolicy, można już było dostrzedz, że Sołłohub nie przesadzał malując stan jéj jako groźny. Ulice pełne były kup zbrojnych, hałaśliwie krzyczących i zdających się zbierać w pewnych oznaczonych stanowiskach... Właśnie wieczorny chleb... a przy nim piwo i wino téż posiliło szlachtę i dodało jéj animuszu. Śpiewano więc pieśni, wykrzykiwano przeciwko Sasom, odgrażano się, i zdawano nie unikać, ale szukać walki. Dwa czy trzy razy na widok powozu, któremu saska gwardya towarzyszyła, posypały się odgróżki... Idący stanęli i złośliwym śmiechem salutowali karetę Brühla... Po winiarniach i gospodach tłum i hałasy były ogromne.
Puszczono już wieść o zerwaniu sejmu, która Familię do ostatniego gniewu przywiodła. Nie mówiono o niczém, tylko by się bić, siekać i mścić..
Zbliżając się do pałacu Radziwiłłowskiego, dostrzegli i tu czarnych gromad w gotowości, stojących, milczących wprawdzie, ale nie mniéj groźnych.. W dwóch salach jeszcze książę sam honoracyorów u stołów przyjmował. Siedział z księciem Stanisławem na podwyższeniu, w krześle, podparty na rękach, chmurny jak noc, zły i zniecierpliwiony... Coraz to kielich wina połknął, wąsy pociągnął i wzdychał. Bliżéj siedząca szlachta patrzała nań milcząca, a ci co daléj siedzieli, w miarę oddalenia od niego coraz byli gwarliwsi. Na przeciwnym końcu stołu... warczało i burczało jak we młynie... Litwa powstrzymywana przez dwa dni, nie mogła połknąć téj nieczynności sromotnéj. Właśnie gdy Brühl z Sołłohubem wszedł, dwóch Korewów i nie wiem ilu Rudominów, razem z Iliniczami i Wereszczakami, układało projekt podkradnięcia się w pewne miejsce, w którém się familiantów znaleźć spodziewali, i puszczenia nieco krwi... aby téż nie wracać do domu szabel nie umoczywszy. Odbywała się narada pocichu i oczy pobłyskiwały...
Książę jak tylko zobaczył młodego Brühla, wstał i z kielichem nalanym, wystąpił naprzód z jego zdrowiem, które z okrzykiem ogromnym wypito...
Sołłohub mu coś szepnął na ucho, zabrali się tedy do gabinetu; ale nim poszli — wojewoda zawołał do siebie pana Lachowicza, który miał dowództwo zwierzchnie nad zebraną drużyną.
— Pułkowniku, panie kochanku — proszę wydać rozkaz, sub poena infamiae i wygnania, aby mi nikt na swoję rękę awantur nie robił. Widzę panie kochanku, z min, że się piwo waży, niechże czekają komendy... Pójdź waćpan po stołach, i powiedz, że Radziwiłł o to — prosi — a gdy mało, każe...
Lachowicz się oddalił.
Dwaj Radziwiłłowie, Brühl i Sołłohub do gabinetu weszli. Generałowicz był tłomaczem i począł zaraz prosić, w imieniu ministra, a bardziéj jeszcze w imieniu króla, aby zwady unikano. Familia szukała tylko pozoru do rozlewu krwi, aby winę potém zrzucić na partyę królewską...
Sołłohub mówił prędko, Brühl rzucanemi słowy krótkiemi potwierdzał... Książę słuchał, patrząc nie na nich, ale na ścianę. Zdawał się roztargniony.
— Siadaj hrabio, panie kochanku — rzekł wreszcie wzdychając — a przebacz z góry, że ja Litwin szczery i nie polityk... powiem co mam na sercu. Wytrzymać już nie mogę... Wszystko poszło źle — a czemu? oto dla tego, żeście mnie nie posłuchali i od razu nie pozwolili ich trochę posiekać... Wszystkoby już było dziś w porządku, a sejm, panie kochanku... szedłby jak po maśle. Jego Ekscellencya minister Brühl, i wy panie cześniku, znacie inne narody europejskie, ale naszego, mało. Myśmy żołnierze: jak nam krew zakipi, żadne faenum graecum nie pomoże, póki jéj sobie nie puścimy... Szast prast, i dopiero pokój, zgoda.. przyjaźń, serdeczność największa... panie kochanku... To darmo... Niemca można ugadać i przekonać, Francuza rozśmieszyć i rozbroić, a nas, panie — nie inaczéj tylko przez łeb... U nas łby twarde, panie kochanku, i dlatego żadnego Polaka, a bodaj Litwina i Rusina, śmierć nie bierze inaczéj tylko za nogi, bo wie, że pałce radyby nie dała...
Gdy książę wykładał tę teoryę swoją z kompokcyą wielką i głębokiém przekonaniem, Sołłohub patrzał na ziemię, a Brühl nie bardzo może jéj rozumiejąc, w sufit...
Król JMość zaklina, dodał generałowicz, żeby krwi przelewu uniknąć.
Zżymnął się Radziwiłł.
— A któżby tam, panie kochanku, dobrowolnie chciał chrześcijankę przelewać, rzekł; a no! są necessitates. Proszę sobie wystawić moich biedaków, którzy z pod Nieświeża tu na kulbakach tłukli się po to, aby im, panie kochanku, z pozwoleniem, Familia pod nos smrodziła, a oni musieli, nawet nosów nie śmiejąc pozatykać... wąchać i dziękować... A no — i ja w tém położeniu!!
Książę ręce szeroko rozstawił...
Sołłohub go oczyma błagał...
— Bądź wasze spokojny, kuzynku — dodał książę — jak nie można, nie można, utrzymam moich choć na łańcuchu... ale to na tém koniec nie może być...
Książę podniósł się i przystąpił bliżéj.
Familii inaczéj nie pokonamy, tylko krwi jéj puściwszy... Bo to, panie kochanku, przez Sieniawskich w sadło porosło... rozwielmożniało, i buta straszna — a świeża, więc gorąca... Ja mam, panie kochanku, sześć — mogę postawić do dziesięciu tysięcy ludzi, zbiwszy do kupy pospolite ruszenie; pan wojewoda kijowski takżeby ze sześć postawił... Myślę, że hetman pójdzie z nami... więc, panie kochanku, krótka sprawa i najlepsza rzecz — w pole... Staniemy łeb na łeb... a ja już w tém, panie kochanku, że ich rozumu nauczymy, i będzie tak cicho i tak gładko...
Wpadł w téj chwili Lachowicz donosząc, że mimo najsurowszych rozkazów, o dwadzieścia kroków od pałacu kupka czarnych spotkała się z tymi co mieli kokardy czerwono-zielono-białe, kolory Familii, i że parę łbów zostało pokiereszowanych, ale ich rozbrojono. Sołłohub ręce załamał, książę nie zmieszał się wcale...
— Ale to tam nic! rzekł: bzdurstwo. Bez tego się żaden zjazd nie obchodzi.
I obracając się do Lachowicza:
— Zabito kogo, panie kochanku?
— Nie, ale poznaczono.
— To się wyliżą... byle pajęczyna i świeży chléb, najlepszy plaster, panie kochanku. A naszych?
— Para téż dostała...
— Dać im naukę, panie kochanku, i niech młody Michaelis poopatruje — a ci, co pokiereszowani, żeby się na świat nie pokazywali.
Skończyła się tedy konferencya zapewnieniem księcia i pana Lachowicza, iż pokój zostanie zachowany, z warunkiem, byle go przeciwna strona nie naruszyła.
Brühl ścisnął rękę księciu milczący... wypito jeszcze raz zdrowie i wyszli.
W dziedzińcu właśnie plejzerowani wrzeszczeli odgrażając się, a szlachta do księcia zbierała się biedz prosić, aby pozwolił na odegraną... Brühl rwał się do domu — Sołłohub go musiał zawieść do ojca... W saskim pałacu pod bokiem króla, właśnie zgromadzona była rada; ksiądz prymas, hetman, biskup Sołtyk i wielu innych, wezwani na nią, króla się starali uspokoić i zapobiedz dalszemu rozprzężeniu... Nie było jednak innéj rady, nad ten sposób, którego przez lat wiele używano i nadużywano — sejm zerwać.
Brühl stał przy tém, uniewinniając się, iż był zmuszony...
Cześnik który na radę ani mógł, ani chciał wchodzić, pozostał długo w gabinecie, oczekując na ojca. Zmęczony, zrazu zniecierpliwiony, odzyskiwał zwolna swą obojętność i po trosze już podżartowywał z siebie i drugich...
Gdy rada się skończyła, a senatorowie rozjechali, minister, któremu oznajmiono o synu, wpadł, jak zawsze rzucając mu się na szyję, i usiłując czułością wynagrodzić nielitościwe z nim obejście...
— Kochany Alojzy... wszystko skończone... rzekł... Mężnie wytrwałeś do końca... Król i ja wdzięczni ci jesteśmy... Wszystko czém mnie król najmiłościwiéj w Polsce obdarzył, przekazuję tobie. Mam obietnice generalstwa artylleryi konnéj, oddam ci je... bo wiem, że to lubisz, i że na tym stopniu użytecznym będziesz.. Sejm zostanie zerwany, a szlachectwo i honor nasz ocalony...
To mówiąc powtórnie, jakby z wybuchem czułości, rzucił mu się na szyję znowu... Pan Alojzy milczący wysłuchał, nie odpowiadając słowa. Minister wnet odwrócił się do Sołłohuba, który, dla wybawienia przyjaciela z przykrego położenia, począł o Radziwille opowiadać. Tak, trochę weseléj i swobodniéj zakończył się wieczór ten, a że pora już była spóźniona, cześnik zanocował w Saskim pałacu...
Nazajutrz rano, książę wojewoda posławszy na zwiady gdzie ma Brühla szukać, przybył po niego do Saskiego pałacu i zabrał na posiedzenie z sobą.
Tego dnia sala inny obraz przedstawiała, lecz choć mniej na pozór groźny, straszniejszy może niż dni poprzedzających. Namiętności zdawały się wewnątrz pochłonięte zapowiadać niezbłaganą walkę na przyszłość. Nie szło już o porwanie się na sali, czuli wszyscy, że się gdzieś w polu... rozstrzygnąć musi współzawodnictwo i nasycić nienawiść. Więcéj pomiarkowania i powagi było na twarzach — lecz z czół pochmurnych i oczu zaiskrzonych wiało pragnieniem odwetów... Stolnik osłoniony, stanął nieco daléj, niemal zawstydzony tryumfem, który do niczego nie doprowadził, a jego samego więcéj kosztował niż był wart... Wychowanie i charakter osobisty, czyniły mu wstrętliwém to co dla Familii popełnić musiał...
Arbitrów nacisnęło się mnóztwo ciekawych... galerye były pełne, lecz wrzawa i gwar dawnych posiedzeń ustąpiły milczeniu posępnemu... Małachowskiemu rękę musiał podać Mokronowski, tak starzec szedł osłabły i smutny... Ręce mu drżały, gdy rozwinął papier, który niósł... i oznajmił o manifeście Szymanowskiego, posła ciechanowskiego.
Wymówienie imienia tego szmer wywołało, obejrzeli się wszyscy, szukano go oczyma. Napróżno... Wiedząc dobrze na co się narażał, Szymanowski zniknął, nie było go na sali.
Rozkazano czytać manifest, którego izba słuchała w milczeniu...
Szymanowski obwiniał w nim nienawiść i ambicyę, które w niwecz najzbawienniejsze obróciły projekta... żalił się, że czas przeznaczony na obrady, upływał na zamieszkach, wiodących kraj do ostatecznéj zguby... Dla tego, przewidując, iż niesnaski rozbudzone rosnąć muszą i wzmagać się, widząc, że kraj nie ma swobody należnéj, zajęty będąc przez wojska obce; — gdy posłowie nie mają bezpieczeństwa osobistego, w téj świątyni praw zagrożonego do tego stopnia, że nie radzić musiano, lecz myśleć o obronie, — sejm poczytuje za niemożliwy i t. d.
Głuche milczenie, panowało po skończeniu czytania manifestu... nie odzywał się nikt... patrzali jedni na drugich, na twarzach partyi familijnéj widać było tłumiony gniew i oburzenie...
Małachowski wniósł, aby trzech posłów wydelegować do Szymanowskiego i prosić o przywrócenie izbie — activitatem... Nikt się nie sprzeciwił temu... Naznaczono trzech z głównych prowincyj, i ci natychmiast wyszli.
Sejm w oczekiwaniu został in passivitate.
Godzina ta wydała się wiekiem wszystkim, po deputacyi mało się kto spodziewał. Była to raczéj forma i pozór, niż krok, któryby skutek jakiś obiecywał. Stronnictwo Brühla wiedziało dobrze, iż Szymanowski, w obawie aby go przy takiém rozdraźnieniu, nie rozsiekano — rano wyjechał z Warszawy... Domyślali się tego i przeciwnicy...
Szeptano, spozierano, pomiędzy galeryami a salą dawano znaki... upłynęło wreszcie dosyć czasu, póki posłowie nie wrócili oznajmując, że Szymanowskiego nigdzie znaleźć nie mogli.
Małachowski wstał cały drżący...
— Niech pomsta boża ściga tego niecnego obywatela, winowajcę, gorszego od ojcobójcy....
Przeklęctwo to, które rozległo się wśród ciszy i od którego niejedne lica pobladły — dotykało nietylko posła ciechanowskiego; spadało ono po części na tych, co byli przyczyną zamieszania i waśni. Stolnik litewski uśmiechnął się wprawdzie, lecz widać było po nim, że uczuł i on winę swoją.
— Spełniliśmy, dodał stary — obowiązki nasze do końca; dotrwaliśmy na stanowisku, bo do ostatniego tchu — winniśmy bronić Rzeczypospolitéj...
To były ledwie dosłyszane ostatnie wyrazy, któremi sejm został zamknięty... Małachowski padł na krzesło... w milczeniu smutném posłowie, jakby upokorzeni, płynąć zaczęli z sali... a narzekania i przeklęctwa po chwili napełniły korytarze zamkowe...
U drzwi stała Poterucha z koszykiem, kiwając głową..
— Nie ma już tu co robić! mruczała... a podobno na zamek drugi raz na sejm nie warto nóg fatygować...
I zwolna razem z innymi ze wschodów schodzić poczęła...
Na wszystkich twarzach malował się smutek i zawód... Familianci tylko uśmiechali się, odgrażając na — poczekanie... „Na tém nie koniec... zobaczymy...“
Jeden cześnik może swobodniéj odetchnął, wychodząc z sali, którą Radziwiłł opuszczał, mimo otrzymanego województwa, niemal upokorzony...
— Co to wszystko warto, rzekł na wychodném do Lubomirskiego — wodę warzyć, woda będzie... Gdybyśmy im byli trochę krwi puścili na razie — ale acińdzieje wszyscy jesteście ciemięgi...
Najprzykrzejsze może było położenie stolnika, który użyty jako narzędzie, choć się chwilowo odznaczył pewną odwagą — przedstawił się małoznanym współobywatelom w świetle fałszywém. Czuł to sam... W pierwszéj chwili różne powody skłoniły go do podjęcia się téj roli, wybornéj dla jakiegoś podrzędnego sejmikowicza, nie dla hrabiego Poniatowskiego, któremu ów Fornica wieszczo wielkie przepowiadał losy... Lecz, trzeba było nadrabiać fantazyą, aby się nie przyznać do popełnionego błędu... Pan stolnik więc musiał twarz wesołą przybierać i swobodnym a szczęśliwym okazywać się w towarzystwie...
Chociaż hetman Branicki jawnie teraz był z dworem i Brühlem przeciw Familii, choć parę zdala krzywo spojrzał na szwagra, stolnik dowiedziawszy się o blizkim wyjeździe jego — poszedł do siostry z pożegnaniem... Hetmanowa była mu najulubieńszą ze wszystkich, może dla tego, iż go najgoręcéj kochała i najświetniejszą prorokowała mu przyszłość... Umyślnie, jak się zdaje, stolnik wybrał do pożegnania chwilę, gdy już dwór cały był w pogotowiu, a hetman na wsiadaném...
Siostra przyjęła go z okrzykiem, stary Branicki z grzecznością zimną i dumną... Bardziéj niż kiedy, obchodził się z nim jak z młokosem, gdy stolnik do dojrzałości rościł sobie prawa...
Stało się tak, że pani hrabina Izabella zaprosiła brata... miał ją i hetmana przeprowadzić na Pragę... Branicki siadł razem z żoną, aby w jéj towarzystwie przejechać stolicę, bo wyjazd, jak każdy krok hetmana, był uroczysty i reprezentacyjny.. Szły jego straże przyboczne, janczarowie, konie powodne pod dywdykami, furgony, dworzanie, hajducy... cała ta świetna i liczna czereda, którą się otaczać lubił... Lud cisnął się, aby te parady podziwiać, Poniatowski siedział na przodzie w karecie... rozmawiał z siostrą, która na pół wesoła, wpół niby smutna, podrażnioną była i niespokojną. Długo się hetman do rozmowy nie mieszał wcale, siedział milczący, poglądając z góry na szwagra...
Gdy wreszcie hrabia zaczął mówić z nadrobionym zapałem o swojém znalezieniu się na sejmie, hetmanowi oczy błysły i twarz się zarumieniła.
— Kochany hrabio, rzekł nagle rękę mu kładąc na ramieniu — przypomnij sobie mój wiek i swój — to mi daje prawo powiedzieć ci słowa prawdy...
Nie będę ci winszował twojego występu na świecie i rozpoczęcia obywatelskiéj karyery... Zły to początek, dla prywaty podjąć się zerwania narad, do których kraj największą przywiązywał wagę. Trochę animuszu na to było potrzeba, a bardzo mało talentu, w czémby waćpana lada szlachetka zastąpił... Zapisać się w pamięci ludzkiéj, jednając sobie naraz pół kraju nieprzyjaźni.. nazwę błędem i smutną omyłką...
Z wielką żywością hetman w téj chwili domawiając nauki moralnéj, która żonie jego rumieniec gniewu wywołała na twarz, zawołał na woźnicę, aby stanął.
— Nie fatyguj się daléj — rzekł do Poniatowskiego... Żegnam go...
Nie wiedząc co odpowiedzieć, zmieszany, nadrabiając uśmiechem, hrabia się skłonił, pocałował siostrę w rękę i wysiadł szybko, przenosząc się do powozu, który szedł za karetą, aby powrócić do Warszawy; a hetman jechał do Białegostoku.

KONIEC TOMU DRUGIEGO



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.