Starosta warszawski/Tom II/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


V.


W Młocinach teraz chwili pokoju nie było, powozy jedne zajeżdżały, odchodziły drugie, cisnęli się przyjaciele, przynoszono rady, stary Brühl przysyłał rozkazy, a Dumont nie mogąc dobrze pojąć o co chodziło, niespokojna przybiegała do cześnikowéj, badając ją o przyczynę tego nadzwyczajnego krzątania.
Cześnikowa o niczém nie wiedziała.
— Moja Dumont — mówiła — to się mnie wcale nie tyczy... ja się męża nie pytam, a on mi téż nie spowiada się z tego co robi...
I byłaby francuzka niezaspokojoną została, a zmuszona uciec się do Godziemby, któryby jéj może niewiele rzecz objaśnił, gdyby jeden z powozów zachodzących przed ganek nie przywiózł pani Sołłohubowéj...
Piękna Marya wpadła jak burza do salki, zarumieniona, z oczyma płonącemi, poruszona niezmiernie, zaniepokojona widocznie. Wbiegłszy żywym krokiem, wprost do cześnikowéj się rzuciła, ściskając ją i jakby zdziwiona, że ją zupełnie spokojną zastała nad tą nieśmiertelną robotą do kościoła, która się nigdy nie kończyła.
— Moja Maryniu! — zawołała — zlituj się, zlituj, mów, co u ciebie słychać? co się święci?.. Ja drżę cała... Co mówią? jak sądzisz?..
Zdziwiona cześnikowa oczy podniosła, nie mogąc pojąć o co chodziło.
— Ale o cóż ci idzie? — zapytała.
— Jakto! o co?.. przecież o nic innego, tylko o twojego męża... W całém mieście mówią tylko o tym niepoczciwym spisku na niego!.. A! jestem zła! jestem wzburzona! całą familię utłukłabym w moździerzu...
— Spisek na mojego męża! — zawołała cześnikowa — ale to nie może być?.. ja... pierwszy raz słyszę...
Sołłohubowa zdumiona zamilkła... spuściła oczy, zdała się niepewną, co mówić i co począć daléj.
— Cóż za spisek? — odezwała się Brühlowa zwolna. — Mnie się zdaje, że gdyby coś było seryo, jabym słyszeć musiała. Hrabia jest zupełnie spokojny i wesół... nic groźnego być nie może.
— To nic nie dowodzi, twój Brühl jest zawsze spokojny, z jego twarzy nigdy nic poznać nie można... Tymczasem jest spisek szkaradny... ohydny, niegodny...
— A! ta nieszczęsna polityka! — dodała Sołłohubowa — nie cierpię jéj...
Śliczna jéj twarzyczka zarumieniła się, a oczy niespokojne poczęły biegać po salonie. Dumont przypatrywała się jéj z nadzwyczajną ciekawością.
— Od ciebie, widzę, że się nic nie dowiem — dorzuciła przybyła pani — jest twój mąż w domu?
— Sądzę, że musi być — odpowiedziała Brühlowa, która powoli do swojéj roboty wracała.
— O! i mnóztwo ma gości... — wtrąciła Dumont — szczególniéj dziś zajazd wielki od rana...
Sołłohubowa klasnęła w białe rączki.
— Widzisz... u niego narady być muszą... W Warszawie wszystko wre... Dać się zwyciężyć familii... a! toby było największe nieszczęście... my musimy nietylko się obronić... ale ich pokonać...
— Wystaw sobie — mówiła daléj zwracając się do cześnikowéj, która jedwab nawlekała — wystaw sobie... mają żal, urazę, chcą się pomścić na starym Brühlu... co za niegodny środek, aby wymierzyć cios na syna! Nie prawdaż, moja droga? to szkaradne, to obrzydliwe... Co cześnik winien?
— Lecz czyż co zagraża mężowi mojemu? — podnosząc oczy nieco zaniepokojona odezwała się Brühlowa.
— Zagraża mu skandal publiczny... chcą na sejmie zarzucić, że szlachcicem nie jest i posłem nie ma prawa być... Ponieważ z obu stron wysilenie wielkie, mąż mój powiada, że do walki w izbie i do krwi rozlewu przyjść może...
Brühlowa rzuciła robotę trochę przelękła.
— Możeż to być?
— Wszyscy ręczą... zewsząd groźby lecą...
To mówiąc pani Sołłohubowa łamała ręce, a nie mogąc z niepokoju usiedzieć na miejscu, zerwała się z krzesła i poczęła żywo przechadzać się po saloniku.
Naprzeciwko w pokojach cześnika żywsze spory i rozmowy się toczyły o tym samym przedmiocie, chociaż Brühl mały brał w nich udział, gdy Godziemba, który miał rozkaz oznajmowania, jak skoroby pani Sołłohubowa przybyła, i wiedział jaką tém hrabiemu uczyni przyjemność, wbiegł szepnąć mu na ucho... o miłym gościu.
Brühl, który dość obojętnie słuchał narady, przeprosił przytomnych i wbiegł do salonu żony. Zaledwie go ujrzawszy, Sołłohubowa śpiesznie posunęła się ku niemu.
— Mój hrabio — zawołała — przyjeżdżam oburzona... wzruszona, dowiedzieć się o was... Słyszeliście, co w mieście mówią?
Cześnik się uśmiechnął obojętnie dosyć.
— A wiem — rzekł — ale na to, na co nie ma ratunku, zwykłem czekać spokojnie. Napadnięci.. cóż — bronić się będziemy? co wypadnie... przyjmę stoicznie.
— Przecież nic złego wypaść nie może, nie powinno? przecież i my jakąś siłę mamy? Familia całego kraju nie pożarła i nie przywłaszczyła sobie.
Spojrzała nań zaognionemi oczyma. Cześnik téż patrzał na nią jak w tęczę, ale zdawało się, że blask jéj oczu więcéj go zajmował nad przedmiot rozmowy.
— Kochana kuzynko — odezwał się wreszcie — muszę ci to powiedzieć otwarcie! uwolń mnie od mówienia o téj nieszczęsnéj tak zwanéj polityce, przynajmniéj tam, gdzie ty z sobą przynosisz młodość, wdzięk, uśmiech i gdy człowiek radby zapomnieć o téj poczwarze, która życie nasze pożera i krew wysysa.
Sołłohubowa ruszyła ramionami.
— Ale ja, jak wy, mój cześniku, przeklinam zarówno nieszczęsne te swary, nie cierpię tych kabał — cóż, gdy dziś o was chodzi! Nie polityka mi w głowie, ale się lękam.
Tu się zarumieniła, Brühl ją wziął za rękę, ukłonił się grzecznie i rzekł z uśmiechem.
— Proszę się uspokoić, — dziękuję wam serdecznie, ale — nie mówmy o tém... Wszystkie siwe głowy i poważni mężowie już się tém zajmują — co się mnie tycze, ja w ich rękach jestem bierném narzędziem i zupełnie spokojnie na to patrzę. Mało mnie to obchodzi. To wszystko, życie tylko psuje.
— Niestety! — odezwała się Sołłohubowa — lecz właśnie dla tego, że wy to sobie lekceważycie, oni na was wymierzają ciosy.
Brühl z lekceważeniem potrząsł głową.
— Mam powody — rzekł — sądzić, iż choć zawzięci, wielkiéj mi krzywdy nie uczynią. Z księciem Adamem byłem zawsze dobrze.
— On téż się nie podejmie téj roli — odezwała się Sołłohubowa — ale stolnik litewski, którego oni tak samo pono jak minister was, za narzędzie użyją i naprzód popchną.
— Ten osobiście nie był mi także nieprzyjaznym...
— Cóż to znaczy? w polityce i bracia się rzucają na siebie. Wszak hetman żonaty z Poniatowską, a z familią nie trzyma.
Na twarzy Brühla odmalował się wyraźny wstręt do dalszéj rozmowy. Westchnął.
— Szczególne to przeznaczenie, które właśnie tych stawi na scenie, co najmniéj do niéj ochoty mają i zdolności. Zdaje mi się, że stolnik także wolałby się zabawiać czem inném, lubi literaturę i sztukę, ma wiele talentów... a pchają go tam gdzie ich wcale użyć nie będzie miał zręczności... Ainsi vole monde!
Pani Sołłohubowa uspokojona tym pozornym pokojem Brühla, nie odpowiedziała nic i usiadła przy jego żonie... Cześnik poszeptawszy kilka słów, wskazał na drzwi prowadzące do jego salonu, gdzie nań czekano i wyszedł prędko.
Tam gorącą toczono rozmowę...
Szło o obliczenie sił swoich... o strategię sejmową, o obrachowanie jak przeciwnicy uderzą... Stary Brühl nie był tak spokojny, jakby mógł być, znakomite siły mając za sobą. Wiedział wprawdzie, że tak lub inaczéj zwyciężyć musi, lecz skandalowi który wywołać chciano, niepodobna było zapobiedz. Nie szło tak dalece Brühlowi o ten pozór szlachectwa polskiego, które uzyskali za radą i z pomocą familii — ale o wrażenie, jakie na szlachcie uczynić miało samo zadanie nieszlachectwa! Nie było cięższéj obrazy dla obywatela ówczesnej Rzeczypospolitéj szlacheckiéj, nad zaprzeczenie mu tego tytułu. Układano się wiec z familią, która w ręku mając broń taką, stawiła warunki niemożliwe; chciała, aby dla niéj rzeczy niewykonalne, na pół już dokonane inaczéj, odwołano i zmieniono.
Na teraz już szło o województwo wileńskie dla Radziwiłła, przyrzeczone mu uroczyście, o którém kraj cały wiedział, lecz na które przywilej jeszcze podpisany i przypieczętowany nie był.
Radziwiłł tymczasem, którego dotąd panem miecznikiem zwano, właśnie do Warszawy przybył. Opowiadano w Młocinach, że więcéj pięciuset szlachty przyprowadził z sobą, że między innemi wieziono za nim cztery niedźwiedzie litewskie do zaprzęgu nawykłe, które w małą karetkę zakładano... Niemi nowy wojewoda miał się popisywać w stolicy. Cuda téż prawiono o charakterze, wesołości, bucie i bogactwach tego najbogatszego pana Rzeczypospolitéj i o nadzwyczajnéj odwadze jego i fantazyi...
Jeszcze Szymanowski o tém szeroko się rozwodził, gdy na dziedzińcu gwar posłyszano... Stolnik ciechanowski wyjrzał oknem i krzyknął:
— O wilku mowa, a wilk za płotem... Otóż i on!..
Rzucili się wszyscy do okna, a Brühl naprzeciw, aby tego znakomitego powitać gościa.
Zataczała się przed ganek kareta paradna, złocista, która żadnéj z królewskich nie ustępowała, sześciu końmi tarantowatemi zaprzężona, u chomątów w tygrysie skóry przybranych, kapało złoto z uprzęży... Przodem jechało dwóch dworzan czarno ubranych, bo dwór był w żałobie. Za karetą postępowała druga i trzecia wioząca towarzyszów i przyjaciół księcia... Za niemi konno kilkunastu z milicyi zbrojnych i paradnie przystrojonych. Brühl stał w ganku, gdy z powozu wysiadł podtrzymywany przez służbę dorodną, piękny mężczyzna w sile wieku, czarno téż ubrany, ale nader wspaniale i smakownie. Na głowie kołpak miał z czarnych soboli, którego kita przypiętą była doń czarnym, téż ogromnéj wielkości i blasku dyamentem... Twarz była wyrazu dziwnego, pełna życia, powagi choć nie bez ironii skrytéj — oczy bystre, usta ruchawe, i coraz nowy charakter obliczu nadające, naprzemian surowy, obojętny — szyderski i żartobliwy...
Zobaczywszy Brühla, którego się raczéj domyślił niż poznał, Radziwiłł kołpak uniósł do góry...
— Mnie wielce miłościwemu panu a bratu, submituje się wojewoda wileński...
Podał rękę, którą Brühl ścisnął, kłaniając się i dziękując za uczyniony honor, poczém książę przedstawił Wołodkowicza, Rejtana, i cały dwór z nim przybyły — a cześnik zaprosił do sali, gdzie już kobiety niezmiernie zaciekawione przybycia wojewody oczekiwały. Cześnikowa nawet roboty schowała... Mężczyźni dotąd osobno naradzający się, przeszli do kobiet, aby się księciu przedstawić.
Radziwiłł raźnie i śmiało wszedł na pokoje... kobietom się skłonił, ichmościom przybyłym także, podano krzesło, usiadł. Rozpocząć rozmowę zdawało się rzeczą przy paniach nader trudną, boć o polityce przy pierwszém słowie mówić nie wypadało...
Cześnikowa, acz z nieśmiałością, spytała wojewody, czy po raz pierwszy był w stolicy?
— A! nie — odrzekł Radziwiłł — jużem ją miał szczęście oglądać przed laty, ale ja mój Nieśwież wolę... Obrócił się do Brühla. — A pan cześnik pewnie Drezno?
Brühl potrząsł głową.
— Wprawdzie tam się urodziłem, lecz przybrawszy sobie Rzeczpospolitą za matkę, tu się czuję jak w domu.
— Król JMć pono tęskni do puszcz swoich — odezwał się książę — ja mu tu trochę drobnéj zwierzyny przysłałem... ale to tak jak na próbę. Gdyby mnie zaszczycił swą bytnością w Nieświeżu... panie kochanku (po raz pierwszy mu się znane jego przysłowie wyrwało) — dostawiłbym pod strzał — nosorożca.
Uśmiechnęli się niektórzy... Dla Radziwiłła nic nie było niepodobnego.
— Teraz — odezwał się — kopią u mnie właśnie maleńkie morze w Albie, myślę sobie krokodylów parę sprowadzić na rozpłodek, abyśmy w tém upośledzeni nie byli...
Nic nikt nie odpowiadał... kobiety spoglądały po sobie...
— Waćpan, panie cześniku, bardzo tu przyjemnie mieszkasz w Młocinach... pod oknami Wisła płynie, mógłbyś sobie flotę zbudować i z nią do Puław zawinąć, aby je zbombardować.
To już była przygrywka do familii i spraw publicznych.
Brühl przerwał, dowodząc, że kapryśna Wisła, która na wiosnę wylewała, w lecie czasem niemal bywa suchą...
Pani Sołłohubowa, któréj mąż jako z Radziwiłłówny urodzony, księciu był znajomy dobrze i pokrewny, wyręczając gospodynię, milczącą i wylękłą, odezwała się słów kilka. Próbowała Dumont téż wmięszać się do rozmowy, ale téj książę nie odpowiedział — jak późniéj tłumaczył — nie będąc pewnym czy szlachcianka. Rozmowa widocznie utrudniona przytomnością kobiet, szła jak po grudzie. Sołłohub przytomny — podszepnął — że możeby dla pomówienia poufnie na ustęp odejść wypadało. — Chwycił się tego książę chętnie, damy mrucząc i kłaniając się pożegnał, i wiedziony przez gospodarza, udał się z nim do biblioteki, gdyż salonik Brühla był za ciasny.
Cześnik, który książki lubił wielce i przesiadywał chętnie z niemi, tę swą ulubioną siedzibę bardzo sobie ładnie przystroił... W pięknych szafach z bronzami stały dokoła księgi, a na szafach popiersia marmurowe filozofów i pisarzy.
Kilka portretów Mengs’a, kilka wdzięcznych pastelów, przyozdabiały ściany, nade drzwiami były śliczne krajobrazy wyobrażające okolice stolicy saskiéj. W pośrodku stół i razem biuro przepyszne, okryte było pamiątkami i mniejszemi dziełami sztuki...
Radziwiłł się obejrzał po salce i siadł w podaném krześle.
Posłano już po wino, owoce, konfekty... aby zdrowie wojewody wypić — który w dosyć dobrym zaczynał być humorze.
— Pieścidełko ten pałacyk w Młocinach, — rzekł do Brühla — ale to takie małe, że go do kieszeni możnaby schować.
— Zwłaszcza do takiéj jak WKs. Mości, — odparł Brühl.
Radziwiłł się uśmiechnął.
— Pókim był miecznikiem — odezwał się — kieszeń miałem dostatnią; ale gdym z łaski J. K. Mości został wojewodą — okaże się ona za małą. Bo my, panie kochanku, w archiwach przywileje całéj Litwy chowamy, a do kieszeni téż musimy wszystką ubogą bracię naszą dopuszczać.
— Tandem — zagaił Sołłohub — mówmy, Mości książę de publicis.
— A cóż o nich, panie kochanku gadać? — zapytał Radziwiłł spokojnie. Przyprowadziłem z sobą cztery niedźwiedzie i pięćset szlachty. No — niedźwiedzi do sejmu nie puszczą — ale moje szable gdy się tam znajdą — zrobią porządek — panie kochanku — i kwita.
— Tylko że to — przerwał grzecznie Brühl — pod bokiem króla i w sejmie broni się użyć nie godzi...
— To warunkowa rzecz, panie kochanku — sapnął wojewoda — dopóki się do czupryny nie dobierają — wara; ale gdy mi kto palce zechce do fizyognomii zbliżyć — nie moja wina, że bronić się będę musiał.
Parsknęli Wołodkowicz i towarzysze księcia.
— Mojém zdaniem — dodał wojewoda — mojém zdaniem panie kochanku — na nos sobie familii siadać nie dopuszczę... Poszanują oni prawa, my ich nie zgwałcimy... zrobią burdę, odeprzemy ją jak szlachcie przystało. Co to — panie kochanku, wojna na języki! ja tego nie rozumiem; albo się całować... albo się rznąć i kwita...
Wszyscy milczeli, książę się obejrzał.
— Ja — dokończył — do rady nie na wiele się przydam — ale do roboty służę... panie kochanku. W taniec pójdę z ochotą.
To mówiąc rękę do Brühla wyciągnął. Proszę acana dobrodzieja, panie hrabio — abyś na mnie rachował jak na Zawiszę. My z Zawiszami jesteśmy w pokrewieństwie. Z kim dobrze to choć w piekło, z kim źle, i do nieba nie pójdziemy panie kochanku, byśmy szli z kielichami do dam... Kto mnie kocha, ten mnie naśladować będzie! Respekt dla kobiet! panie kochanku.
Ująwszy kielich w dłonie, książę rękę z kołpakiem oparłszy na karabeli, z wielką powagą, majestatycznie, z twarzą wyjaśnioną i wesołą, wtoczył się do salonu, gdzie się go panie wcale nie spodziewały. Był w humorze przedziwnym jak rzadko. Cześnikowa przelękniona widząc, że ku niéj cały tłum ciągnie, domyślając się grzeczności, wstała... W tém Radziwiłł do swoich się obrócił, jakby komenderował:
— Zdrowie dam, pani cześnikowéj dobrodziejki, nie inaczéj, jak na kolanach...
I bardzo zręcznie ukląkł, kielich podnosząc do góry z fantazyą wielką, potem do ust go przyłożył i duszkiem wychylił — ukazując, że kropli nie zostawił. Zarumieniona Brühlowa dziękowała... okrzyk się dał słyszeć... Biednéj Sołłohubowéj rumieńce na twarz wytrysły. Cała ta scena dla osób do spokoju nawykłych, nadto była huczną i niemal przykrą...
Szczęściem trwała niedługo, bo książę rękę gospodyni ucałowawszy, cofnął się razem ze swymi do biblioteki. Tu wnosić zaczęto inne toasty z kolei. Cześnik i nienawykły do nich, i nic pijący wina, w imię gościnności i dla przypodobania się sprzymierzeńcowi pić jednak musiał... Książę coraz w lepszy humor wpadał i usta mu się rozwiązały.
— Ja odwiedziłem acindzieja, panie hrabio — w Młocinach — rzekł — a za to pretenduję, abyś mnie w moim Nieświeżu zaszczycił bytnością swoją... Lubisz muzykę, ja mam téż kapelę i sam gram; lubisz widzę skryptury i książki, których ja niewielkim jestem amatorem, i to u mnie znajdziesz — a — co lepsza, panie kochanku, serce otwarte i szczere, na które rachować możesz...
Brühl dziękował...
— Tymczasem zaś, panie cześniku, panie kochanku, z familii sobie drwij — nic ona nam nie zrobi... Będziemy się razem trzymali, i pana stolnika, owego Francuzika, eleganta o krótkich nóżkach, w Kamysz zapędzimy...
Rozśmieli się wszyscy...
— Chybaby Bóg nie łaskaw! dorzucił Sołłohub.
— A dla czego nie ma być łaskaw? rzekł książę. Tamto mospanie, panie kochanku, wszystko ateuszowe nowomodni, a my starzy Pańscy słudzy... Jeśli ma paść grom, chyba na tę Sodomę i Gomorę...
To mówiąc wstał książę i żegnać się zaczęto... Brühl dziękował i przeprowadzał... A że już kobiét nie chciano niepokoić, szli wprost do ganku... przed którym kareta stała w pogotowiu... Uścisnąwszy się raz jeszcze, wojewoda na ręku dworzan wniesiony do powozu, siadł, za nim drudzy się poczepiali, i cały orszak z tąż samą pompą wyciągnął napowrót z Młocin do Warszawy...
Odetchnęły panie, gdy szum ustał i wojewoda odjechał wreszcie...
Inni téż goście za nim poczęli się do miasta wynosić. Narada dłuższa była zbyteczna, gdy książę stanowczo przyrzekł w razie wywołania burdy taką pomoc skuteczną.
Sołłohub jeden, na pół domowym będąc, pozostał. Cześnik znużony rzucił się w krzesło w bibliotece, wsparł na ręku i zadumał...
— No — jak ci się nasz Radziwiłł podobał? zapytał generałowicz...
— Zdaje mi się, że ani on mnie, ani ja jego nie zrozumiem dobrze nigdy — szepnął Brühl; — nie sposób byś tego nie czuł i nie widział, że myśmy istoty dwóch różnych zupełnie światów, tak naprzykład jak ptak i ryba... W swoim rodzaju jest on pewnie znakomitym tworem bożym...ale...
Tu ruszył ramionami...
— Ale ty bo, szlachcicu polski — odezwał się Sołłohub — chociaż duszą i sercem nasz, nie stworzony jesteś do naszego życia... Myśmy z wieków jak salamandry do ognia przywykli i zimno nam bez niego, naszym żywiołem walka, ruch — niepokój...
— Tak — a ja pokoju pragnę! dokończył Brühl — masz słuszność. Wy polityką się karmicie i ona wam idzie na zdrowie; ja jéj nienawidzę. Wy się brzydzicie papierem, jako rzeczą martwą; dla mnie on jest ekstraktem życia, na którym się zbiera co ono ma najlepszego... Tak mój Jasiu! niestety — przybrane dziecko wasze... na nic się wam nie przydam. Nie wart was jestem...
— Ale ba! — odparł w prostocie ducha generałowicz — tyś pewnie od nas więcéj wart, ale do czego innego... Na sejmiku — ja simplex servus Dei ciebie przepiszę... a na dowcip z tobą o lepszą nie pójdę.
— Dajmyż temu pokój, zawołał Brühl, i mówmy razem o czémś, coby tą kuchnią życia nie cuchnęło.
Sołłohub się do niego przysunął poufale.
— Właśnie ja miałem prośbę do ciebie, zupełnie osobistą...
Cześnik się żywo poruszył i chwycił go za rękę.
— Mów — co? — służę ci...
Generałowicz myślał trochę.
— Pamiętasz, rzekł, gdym zakochany jak... szaleniec... prosił cię o pomoc i swatostwo do mojéj Maryni... Dobijałem się o jéj rękę, mogę powiedzieć w pocie czoła — nie szczędząc nic, aż do ostatniego upokorzenia... Dobiłem się tego, czego pragnąłem...
Sołłohub zaciął się i dodał ciszéj:
— Nie jestem szczęśliwy...
Spojrzeli sobie w oczy. Brühl był widocznie zmieszany.
— Przypomnijże sobie — odezwał się, co ja ci naówczas mówiłem — com radził i co ty mi odpowiadałeś na to... Kazałem ci się starać o jéj serce — ty mi zaręczałeś, że je uwielbieniem i miłością pozyszczesz...
— Takem postępował jak obiecywałem, ciągnął daléj Sołłohub — na kolanach przed nią, niewolnik, sługa, wielbiciel... Ale to serce kamienne... od ślubu na krok się nie posunąłem daléj. Jest dobrą, jest łagodną — ale ona mnie nie kocha...
Załamał ręce — i począł biegać po bibliotece...
— Tak, ona mnie nie kocha... Próżnobym się łudził — rękę jéj mam, serca nie... Powiedz mi — co począć!
— Na to w istocie żaden najlepszy przyjaciel nie pomoże i nie poradzi — mówił Brühl. Mnie się jednak zdaje, że ci się przywiduje. Twojéj gorącéj miłości jéj spokojna przyjaźń nie starczy... Wymagasz po niéj jakichś zapałów, które nie są w jéj charakterze... To poprostu dziwactwo...
Rozmowa długiemi przestankami przerywana ciągnęła się daléj. Generałowicz chodził smutny, zaczynał coś mówić, wahał się i nie kończył. Brühl jakby go to niezmiernie nużyło, pot ocierał z czoła.
— Słuchaj — Brühl — szczerze ci powiem — ona ma do ciebie zaufanie — ona ci wierzy i lubi cię... Proszę cię — ty masz takt, na którym mnie zbywa — powiedz jéj to, na co ja sam poskarżyć się przed nią nie umiem i nie mogę...
— Zmiłuj się — jakiém prawem?
— Prawem przyjaciela... Jeżeli chcesz nawet... powiedz, że cię o to prosiłem. — Chwycił za ręce: — Uczyń to dla mnie.
Cześnik stał jak martwy, patrząc w okno, z boleścią jakąś na twarzy...
— Chodźmy do salonu — rzekł Sołłohub żywo — ja z cześnikową rozmawiając, odprowadzę do oranżeryi... zostawię was samych... Mów, mów z nią otwarcie...
Brühl nie odpowiedział nic, ale żywy zawsze generałowicz ujął go pod rękę i opierającego się nieco, gwałtem niemal pociągnął za sobą.
Dwie panie i ciekawa Dumont, siedziały rozmawiając jeszcze o księciu Radziwille. Sołłohub natychmiast zagaił rozmowę z cześnikową, którą doskonale zająć umiał, i manewrował tak zręcznie, że ją potrafił razem z Dumont odprowadzić dla oglądania aparatów kościelnych, które robiła...
Chciała iść za nimi, choć nieco ociągając się Sołłohubowa, ale mąż śmiejąc się prosił, aby gospodarza zabawiała. Zostali więc sam na sam, ona w krześle u okna, Brühl stojący w środku pokoju, zamyślony nad trudną missyą swoją. Z politowaniem niejakiém patrzała nań piękna pani.
— Jakże mam hrabiego zabawiać? czém?
— A, kochana kuzynko — odparł Brühl: jestem dziś do prawdy nie do zabawienia... Potarł ręką czoło. — A właśnie Sołłohub dzień ten wybrał, aby mi dać najcięższe i najśmieszniejsze z poleceń.
— Do kogo?
— Do pani...
Sołłohubowa rzuciła się w krześle i poczęła patrzeć w okno.
— Czy mam spełnić tę missyę?
— Naturalnie — odpowiedziała Marya — przynajmniéj, jakakolwiek ona jest, będzie mi osłodzona tém, że ją hrabiemu powierzył...
— Idzie o to — że — że pani go nie kochasz...
— Bardzo dobrze o tém wiedział, gdym za niego szła — bo to słyszał z ust moich, że kochać go nie mogłam. Nie kryłam się z tém wcale...
Zarumieniła się, i spuszczając oczy, mówiła daléj:
— Serce moje nie było wolne... Jestem dla męża powolną, łagodną, osładzam jemu i sobie ciężar tego życia wspólnego — czegoż może wymagać więcéj?
— Tego jednego, niestety! czego mu pani dać nie możesz!
Sołłohubowa oczy smutne podniosła.
— Powiedz mu to — panie hrabio — tak — nie mogę! Nie mogę! Miłość się nie nakazuje... wymodlić jéj nie można — ona jest niezwyciężona. Przysięgłam mu wiarę, dochowam jéj — to wszystko co uczynić mogę...
— Ale on namiętnie w was rozkochany...
— A to mnie zabija i męczy — szybko dodała Marya — żal mi go... czynię sobie wyrzuty...
Cześnik się przeszedł po pokoju...
Sołłohubowa wstała... i wyciągnęła dłoń ku niemu...
— Ciężkie jest życie — rzekła — ale są chwile co za męczarnie płacą... Trzeba się poddać konieczności i wlec egzystencyę tę do końca... Nie prawdaż? Pozostać sobą... i wierną sercu...
Brühl przyłożył do ust jéj rękę... nie mówiąc nic.
— Nic już nie mam do powiedzenia więcéj — rzekł po długim przestanku, gdy oczy jéj o odpowiedź go spytały. Spełniłem poselstwo... będę się starał go pocieszyć...
— A któż mnie pocieszy? odezwała się nie czekając odpowiedzi i odchodząc do okna Sołłohubowa...
Oglądanie apparatów musiało się skończyć, cześnikowa wracała ze swém towarzystwem. Oczy Dumont z za progu już śledziły Brühla i Sołłohubową, i znalazły ich w bardzo podejrzaném oddaleniu i obojętności, którą Francuzka wzięła za niezręcznie udaną.
— To dobre — rzekła w duchu — dla Sołłohuba i cześnikowéj — ale mnie oni nie oszukają... Niewinna para byłaby żywą prowadziła rozmowę, oni udają, że nawet ochoty zbliżyć się nie mają. A ten poczciwy Sołłohub, który im sam nastręcza zręczność rozmówienia się na osobności... Mężowie wszyscy są tacy — to darmo...
Po chwili generałowicz niecierpliwy z kolei Brühla wyprowadzał do bocznego pokoju.
— Mówiłeś z nią?
— Spełniłem coś żądał...
Uścisnął go: — I cóż? i cóż?
— Mój Jasiu — począł Brühl — nie przynoszę ci innéj pociechy nad tę, że — będzie się starała być jak najlepszą dla ciebie... ale któż sercu czułość nakazać może? — Jest i będzie ci wierną, bo przysięgi dochować każe jéj szacunek własny... Zresztą czas... któż wié?
— Tak, czas! gdy oboje kochać nie będziemy mogli — zawołał Sołłohub, — natenczas — znośni sobie będziemy... Cóż robić! Ja już tego nie dożyję — mój Brühlu — mnie ta miłość zabije.
— Dla żony?
— Tak, miłość dla żony! Słychana to rzecz! — ironicznie mówił generałowicz... Śmieszność! bo któż widział kochać się we własnéj żonie, i umierać dla tego, że nie jest wzajemną! Temu nikt nie uwierzy. Zazdrosnym być — to co innego — to w naturze — ale kochać się... i czuć, że to w końcu zabije!!
— Unosisz się i pleciesz nie do rzeczy, niecierpliwie przerwał Brühl — ja ci powiem jedno. Kobiety lubią pokorę i rezygnacyę, bądź dla niéj zawsze miłym, grzecznym, nie czyń wymówek... nie gryź jéj niemi... przez litość wrodzoną i dobroć skłoni się ku tobie...
Tu się zatrzymał nieco, jakby mu z ciężkością przychodziło dokończyć co miał na myśli.
— Jedźcie razem... za granicę — odbądźcie podróż dłuższą — to was zbliży...
Sołłohub spojrzał badająco na niego oczyma zdziwionemi.
— Ty mi to radzisz? ty?
— Dla czego cię to zadziwia?...
Sołłohub rzucił mu się na szyję.
— Ty jesteś szlachetny, poczciwy, zacny... więcéj nie powiem nic...
Ale — mój Brühlu — ja ją kocham! ja ją kocham tak, tak, że jéj smutku i przykrości uczynićbym nie mógł. A wiem, że podróż ta... nieochybnie przykrąby jéj była...
Skończmy na tém... Życie bywa niedługie, gdy je namiętność pożera i pali... Niech ona będzie szczęśliwa — a ja — sam winienem, nie mogę... odpokutuję za szaleństwo.
Na stole w bibliotece stały jeszcze kielichy i wino; Sołłohub nalał sobie największy, i z oczyma załzawionemi, poruszony mocno, ściskając rękę Brühla, desperacko go wychylił.
— Za zdrowie wasze!!
Kielichem stuknął, porwał za kapelusz... nagle.
— Trzeba jechać do Warszawy — bądź zdrów...
Uścisnął go i uciekł...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.