Starosta warszawski/Tom I/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


VIII.


Po trzech Królach odbyć się miało w Krystynopolu wesele... Im państwo województwo kijowscy oszczędniejsi byli i skrzętniejsi w zwykłém życiu — tém na ten akt wspanialéj wystąpić chcieli. Znano z opowiadań zbytki dworu saskiego, do których Brühl był przywykły, wiedziano jak on wykwintne wiódł życie; chciano naostatek po długiém milczeniu i oddaleniu od większego świata występem zaćmić uczty najwspanialsze...
Wojewodzina byłaby może starała się pogodzić wspaniałość z oszczędnością, ale na tym punkcie sam pan Franciszek Salezy okazał się nieubłaganym.
— O tém mi asińdźka ani mów — odezwał się — tu nie ma co skąpić — oczy całéj Rzeczypospolitéj zwrócone są na nas... trzeba wystąpić i wystąpimy — po królewsku! Dam ile będzie potrzeba... choćby krocie miały pójść. Należy stanąć od razu tak jak nam przystało...
Gdy da Bóg wydawać drugą i trzecią — zrobi się inaczéj, bodaj cicho i skromnie — ale pierwszą i jeszcze za Brühla dając...
Potrząsł ręką do góry pan wojewoda... a że wiele czasu do stycznia na tak wielkie przygotowania nie zostawało, natychmiast do narady wezwał księcia Czetwertyńskiego... Szło głównie o program wesela. Przy obrzędach weselnych ongi były zachowywane pewne tradycye narodowe — siła mów głosić musiano i słuchać, przy oddawaniu podarków, marcepanów przy stole — przy wprowadzaniu do sypialni, pokładzinach, przy wieńcu, przy rozmaitych ceremoniach ślubu i wesela, aż do cukrowéj wieczerzy i wyjazdu z domu rodzicielskiego... Mówili od pana młodego, od rodziców, od rodziny jednéj i drugiéj, przyjaciele, dworzanie i t. p. Oprócz mów sam obrząd, wedle starych zwyczajów na pół publiczny, uciążliwy był, a dla obcych dziwnie się mógł wydawać...
Wojewoda nie rad był odstąpić od tradycyij a biedził się z tém jak ją przełkną Sasi.
Obyczaj europejski już w kraju się zagęszczający, znosił te dawne obrzędy i nowe wprowadzał cudzoziemskie formy. Nie wiedziano zaprawdę, jak lepiéj było — czy stać przy dawném, czy zerwać z przeszłością. Dla obojga państwa było to markotno, a dla obcych znowu nie chciano się okazać śmiesznymi i zardzewiałymi... Dla tego, w rzeczach tych biegłego zaproszono do rady księcia Czetwertyńskiego, który powoli wsunął się do kancellaryi, gdzie oboje państwo nań oczekiwali. Stary kniaź zubożały, miał postawę wspaniałą, znać w nim było ową bujną krew dawnych wodzów, co nie łatwym do rządzenia tłumom w pochodach i zdobyczach wskazywali drogi... Służył on panu wojewodzie, ale swą mitrę nosił dla tego jak przystało, i choć się kłaniał, nie poniżał. I tym razem głowy uchyliwszy, ręce zaraz za pas włożył, stając jak równy przed równym.
— Czém mogę służyć panu wojewodzie?
— Waszmość, mości książę, jesteś naszym przyjacielem — chcemy waszéj rady, oto z powodu tego wesela... odezwał się pan Franciszek Salezy. Już to nie ulega wątpliwości, iż wystąpimy tak jak nas stało, niech kosztuje co chce... ale jest sęk... Maryanna idzie za cudzoziemca, choć to niby szlachcic polski, ale zarazem i graf niemiecki. Weseleby przystało sprawić po naszemu, po polsku... z drugiéj strony... oni tego nie zrozumieją i prześmiewać gotowi.
Książę oczy mocno otworzywszy, stał długo milczący i słychać tylko było poważne sapanie. Jak wszyscy niemal ludzie owego wieku, powolnie myślący, miał i on swe przysłowie, które w mowie pomagało do zasztukowania pauz, gdy się myśl opóźniała — a myśl chodziła leniwo...
— Furda — tego — panie wojewodo.. rozpoczął mimowolnie na początku zaraz umieściwszy przysłowie, kniaź Czetwertyński — Furda tego, nie ma nad czém tak dalece myśleć... Trzeba aby był i wilk syty i koza cała...
— Ale jak? zapytała wojewodzina.
— Jak? gładząc łysą głowę rzekł książę — jak? Furda tego — polski ceremoniał się nieco obetnie, a nowomodnego przyrzuci...
— Cóż z mowami będzie? wtrącił wojewoda...
— Oni ich i nie zrozumieją — cicho szepnęła sama pani...
— Dla tego słuchać mogą — furda tego — rzekł książę — ruszając ramionami... bez mowy zupełnie obejść się nie może...
— Acindziéj wiesz, mości książę, że za moich młodych czasów, na porządném weselu, piętnaście do dwudziestu oracyj trzeba było wysłuchać — rzekł Potocki.
— Samem je prawił, jak nie mam wiedzieć? — odezwał się kniaź... Na mojém własném figla mi spłatał, którego nigdy nie zapomnę, Pociéj. Przypadło mu odemnie za pannę dziękować w łożnicy... umiał expedite, ale nim do niéj przyszło, umyślnie go spojono.. Stanęliśmy słuchać, odchrząknął — oczy mu słupem stanęły, rękę podniósł — czekamy — zczerwieniał jak burak, krztusi się... ani słowa...
Ten i ów pod bok go szturcha... jeszcze się gorzéj coraz począł mieszać... i — drapnął jak niepyszny. Musiałem sam ex promptu go zastąpić...
— Ja wiem, żem nieraz na weselach tylko szum słyszał — dodał Potocki, — a pewnie nie więcéj i drudzy. Bredzono śmiało...
— Mów jak najmniéj będzie... zadecydowała pani — ale z innemi obrzędami...
Książę się zamyślił...
Pewnie że stary obyczaj i publiczne odprowadzenie do sypialni nie ujdzie — rzekł po chwili... a marcypanów i świec pan młody nie przyszle... więc z francuzka po polsku... takie moje zdanie, furda tego panie wojewoda...
Utrzymała się opinja Czetwertyńskiego, i program powoli zaczął coraz wyraźniejsze przybierać rysy... Zawczasu tedy kancelarya wedle trzech aryng różnych poczęła pisać listy, do duchowieństwa, senatorów, dygnitarzy, familij i przedniejszéj szlachty, z którą panowie Potoccy mieli stosunki. Zachodziła ta trudność, iż z wielu osobami partyi przeciwnéj były kolligacye i pozornie dobra komitywa — nie wypadało więc i tych opuścić, a pokrzywdzić pominięciem, choć się na pewno spodziewano iż listownie się chorobą, żałobą lub inném jakiém sianem wykręcą.
Ksiądz biskup łucki Wołłowicz, osobno przez dworzanina zaproszony został, ażeby nowożeńcom błogosławił, boć mniéj niż biskup ślubu dawać nie mógł. Listy szły na pocztę, przez kozaków dworzan, kresy i gubernatorów dóbr rozsyłano... Inne téż przygotowania na ogromną skalę czyniono. Do Węgier umyślnie po wina, ze wszystkich dóbr zwierzyny kazano dostarczyć, z Gdańska przywieziono korzenne do kuchni przybory... Pieniądze szły okrutnie, a gdy pani Anna postękiwała na to, wojewoda usta zaciskał i powtarzał: Niech kosztuje co chce, inaczéj nie może być...
Na tém się skończyło.
Osobne trzy izby zajmowali kuśnierze i krawcy... szyto suknie a panna Marya jak machina do próbowania ich coraz powoływaną być musiała.
Szła po sześć razy czasem na dzień blada milcząca, dawała się opinać oglądać na wsze strony i obojętna powracała nazad do swego pokoju...
Naukom już dano za wygraną, nawet młodsze siostry niewiele ich pilnowały... Madam ciągle przygotowywała swą wychowanicę, tak skutecznie, iż coraz się stawała smutniejszą. Nie miała wcale daru przekonywania, a była w najwyższym stopniu niezręczną i wygadywała się z historyami, które do stanu małżeńskiego nie zachęcały. Większą część dnia spędzały w pokoju madamy... Wojewodzina choć nadzwyczaj zajęta i mało w to wglądająca, w końcu jednak sama dopatrzyła tego, iż panna Marya zmizerniała, schudła... i coraz więcéj kaszleć zaczynała. Nawykła do posłuszeństwa, poleciła madamie, aby te jakieś kwasy i apprehenzye wybiła córce z głowy, kazała jéj jeść i być wesołą. Tu wszystko musiało się spełniać jak dysponowano. Jednakże, mimo całéj usilności Dumont, panna Marya zmuszającą się do uśmiechów, coraz chudła i czerniała. Wojewodzina zaczynała się gniewać... Nie wydała się z tém przed córką, bo madam nastraszyła ją, że surowość jeszcze ten stan pogorszyć może. Posłano Niemca doktora, aby o stanie zdrowia wojewodzianki się przekonał. Ten niewiele umiał, obawiał się coś stanowczego wyrzec; plątał się i wojewodzinę uspokoił tym ogólnikiem, że te panieńskie nerwy po ślubie przyjdą do normalnego stanu.
Wszyscy, nawet Bebuś, widzieli wyraźnie iż pannie Maryi obawa zamążpójścia — nowego życia przestrach i niezdrowie sprawiała. Wojewoda nie wiedział i nie domyślał się nic...
W duszy dziewczęcia w istocie działo się coś dla niéj saméj niezbadanego — zdało się jéj, iż rozstanie z Krystynopolem życiem przypłaci, że z tęsknoty umrze, że gdzie indziéj potrafi chyba płakać i konać... Godzinami stała w oknie — a gdy Godziemba się pokazał, ledwie spojrzawszy uciekała.
Chłopak od zaręczyn chodził jak trup blady, roztargniony i codzień prawie musiał być strofowany za zapominanie się jakieś, tém dziwniejsze że dawniéj do najżwawszych i najprzytomniejszych się liczył.
— Co ci jest, Godziemba? wołał starosta Zawidecki: skaranie boże! — chory czy zakochany... Albo idź się połóż, albo się do kaduka żeń a tu nam więcéj zawadzasz, niż pomagasz...
Szpiegowano młokosa, ale nikt nic nie wyśledził.
Tymczasem madam Dumont, w sprawach sercowych doświadczona wielce, gdyż nim się wychowaniem zajmować zaczęła, wiele sama na sobie smutnych doznała kazusów — z różnych stron badając swą ukochaną, wpadła nareszcie na jakieś podejrzenie, że tu serce musiało wpływać na taką nieprzezwyciężoną tęsknotę i apatyę... Lecz sama myśl, żeby wojewodzianka otoczona tylko pośledniejszego gatunku osobami, mogła na kogoś rzucić oko, przerażała madamę! Gdyby, uchowaj Boże, coś podobnego dośledzono — na niąby cała spadła wina! Strach ją ogarniał wielki... A nuż się wyda? a nuż coś jest? Nikomu wszakże do panien ani się zbliżać, ani mówić do nich nie było wolno. Cóż to być mogło.
Ciekawość, obawa, litość pobudzały madam do pilnego śledzenia najmniejszych ruchów panny Maryi. W czasie gdy młodsze panienki z nią lekcye odbywały, Dumont chodziła po swoim pokoju... Uważała teraz bardziéj śledząc wojewodziankę, że zwykle stawała w oknie, podparta na ręku i niekiedy godzinę się z miejsca nie poruszała. Wzbudziło to w niéj podejrzenie. Z drugiego pokoju ostrożnie przez okno przypatrywała się, czy téż kogo nie obaczy...
Zaraz pierwszego dnia stojąc na czatach spostrzegła Godziembę, który przesunął się w ulicę, znikł pomiędzy drzewami, — ale zdawało się jéj, że w nich ukryty stanął. Pilnowała go i przekonała się, iż w istocie pozostał naprzeciw okna panny Maryi, pierwszy raz zdawało się jéj to tak nieprawdopodobném i zuchwałém, że to wzięła za wypadek... Lecz... powtórzyło się nazajutrz i razy kilka Dumont więcéj niż podejrzenie powzięła. Jakiś ruch chusteczką białą — złapała... potém niby jakieś znaki, naostatek po tygodniu z rozpaczą nabyła przekonania, że choć w tém wszystkiém nie mogło być nic posuniętego bardzo daleko — stosunki oczu i serc — niestety — istniały...
Nie wiedząc, co z tém począć, Dumont przekonawszy się, najprzód się rozchorowała. O wyjawieniu tajemnicy wojewodzinie mowy nawet być nie mogło... tak straszliwe pociągnęłoby to za sobą skutki. Zmilczeć zupełnie — nie umiała, poradzić się nie było kogo... Madam stała już nieustannie na straży, jeszcze niedowierzając oczom — ale wreszcie wątpliwości dla niéj nie było żadnéj.
Odkryła przyczynę choroby, smutku, wstrętu wojewodzianki do tego małżeństwa. Walcząc z sobą długo, wahając się, Dumont postanowiła otwarcie z wychowanicą się rozmówić, boć tak samo jak ona dośledziła tych konszachtów tajemnych, mógł je podpatrzyć kto inny, choćby łotr Bebuś, który był najniebezpieczniejszym ze szpiegów.
Jednego tedy wieczoru, gdy się panny pospały, Dumont wezwała do siebie wojewodziankę — opatrzyła drzwi, korytarze... zapobiegła, aby ich nikt nie podsłuchał... i ucałowawszy ją — prawie ze łzami poczęła rozmowę... niedosłyszanym szeptem:
— Panno Maryo, panno Maryo! ja teraz już wiem, dla czego mizerniejesz i bledniesz... Ja jestem waszą najwierniejszą przyjaciółką, i z trwogi już od kilku dni choruję...
Marya zbladła, spojrzała na nią, strwożona, nie śmiejąc ust otworzyć...
— Nie ma się co taić przedemną... ale to okropna rzecz! Gdyby się we dworze domyślono... Boże Wszechmocny!.. stałoby się coś okropnego! wszyscybyśmy byli zgubieni...
Tak pospiesznie mówiąc, plącząc się, nie wiedząc jak wyraźniéj dać poznać wojewodziance odkrytą tajemnicę, szepnęła na ucho nazwisko Godziemby...
Usłyszawszy je panna Marya chwyciła z całych sił za ręce i dłonią zasłoniła jéj usta...
Zdradził ją ten przestrach — padła potém na krzesło zakrywając sobie oczy. Dumont zlękła się, aby nie omdlała, i zaczęła ja ściskać, cieszyć, uspakajać.
— Na miłość bożą, niech się panna Marya nie trwoży — nikt na świecie o tém wiedzieć nie może i nie będzie... to zostanie między nami... Więc to prawda!...
I załamała ręce... a po chwili nie doczekawszy się odpowiedzi, szepnęła:
— Gdyby się domyślano — gdyby tylko cień podejrzenia padł... a! panno Maryo — kazanoby go zabić!!
Słaby krzyk wojewodzianki stłumiła Dumont, chustkę jéj do ust przykładając. Można się było obawiać, aby zawsze niespokojna wojewodzina nie posłyszała go i nie przyszła...
— Zaklinam cię... powiedz mi wszystko, wszystko — ja nie zdradzę... ja poradzę i pomogę...
Oprzytomniawszy nieco, panna Marya się podniosła... łzy jéj z oczu płynęły... rzuciła się na szyję madamy...
— Moja Dumont — cóż ja ci mam powiedzieć? on patrzał na mnie — ja odpowiadałam wzrokiem, nigdy trzech słów nie mówiliśmy do siebie. Ja go kocham, i z téj miłości umrę powoli, on pewnie także... Zaniesiemy ją oboje do grobu.
Słysząc to Francuzka rozpłakała się.
— Jakto? jakto? nawet nie spotkaliście się — nie mówili — nigdy? pewnie!
— Na wszystko najświętsze przysięgam...
— Ale to osobliwsza miłość! dodała madam. I nie dziw... Gdyby się dowiedziano, onby ją życiem przypłacił. Jakże się mógł ośmielić na was podnieść oczy! Ależ to przecie sługa!...
— To wychowaniec naszego domu... przerwała panna Marya.
— To człowiek biedny — najniższéj kondycyi... I ruszyła ramionami...
Marya płakała i nie odpowiadała nic...
— Straszliwa tragedya — ciągnęła daléj poruszona Dumont — co tu z tém począć! To trzeba sobie wybić z głowy i serca, to nie ma sensu... okropna... a wojewodzina...
Zakryła sobie oczy Francuzka.
— Na samą myśl truchleję — dodała...
— Widzicie, rzekła — ja — ja się domyślam, mogą się dorozumieć inni. Wojewodzianka mizerniejesz, kaszlesz, zamyślasz się — widocznie ślub ten w niéj wstręt obudza. Uchowaj Boże inni ludzie na tę myśl wpadną, zgubisz siebie i jego...
Surowość obojga rodziców była tak znana, iż w istocie Francuzka miała prawo się trwożyć.
Panna Marya stała już z oczyma suchemi, milcząca...
— Za cóżby mnie karać miano, albo jego? — odezwała się wreszcie — oczyma tylko rozmawialiśmy z sobą i sercami... Trzeba będzie umrzeć z tęsknoty gdy mnie ztąd wywiozą — umrę — wy mnie nie wydacie; tajemnica pójdzie ze mną do grobu... A! wy nie powiecie nikomu!
Załamane ręce madamy świadczyły, iż nigdyby tego dopuścić nie mogła...
Rozmowa przedłużyła się, tak urywana i mało zawierająca treści jak jéj początek — płakały, ściskały się, Dumont piła wodę, aby się otrzeźwić, litowała się — szukała jakiegoś ratunku, a znaleźć go było trudno.
Z tego co mówiła Marya, łatwo wyrozumiała, iż czyste, niewinne, wychowane bogobojnie dziecię, nie zamarzyło nawet o czemś, coby z karbów obowiązku wyjść mogło... Wojewodzianka ograniczała się tém, iż chciała umrzeć. Dumont szukała w głowie sposobów, aby żyć mogła...
— Idzie wam o to, abyście się na siebie patrzali — odezwała się — więcéj wam nie potrzeba... Niech się Godziemba stara, aby go Brühl wziął do swojego dworu...
Marya się zarumieniła przelękniona — a madam mówiła do niéj daléj:
— Może się to da zrobić — ale z ostrożnością wielką... Nie ma innego ratunku — ja z nim pomówić muszę — ja...
Wojewodzianka z kolei przeraziła się.
— Jak? o czém? z nim mówić! A! na Boga! zdradzić mnie!...
— Ale uspokójcież się — nikogo w świecie nie zdradzę, o niczém nie wiem i nie głupiam mu więcéj nad to powiedzieć... co konieczne... Ależ ja nie pierwszy rok na świecie żyję, a wam umierać nie dam z takiéj dziecinnéj miłości... To chłopiec bałamut, ręczę, zuchwalec i niewart tak pięknego jak wasze serca...
Późno w noc skończyła się ta łzawa rozmowa, lecz wojewodzianka po niéj uczuła się nieco spokojniejszą, a Dumont niemal do białego dnia biła się z myślami, jak ma do tego nieszczęsnego Godziemby przystąpić.
Wcale to nie było łatwo, gdyż we dworze wszelkie stosunki osób płci różnych, chociażby najniezależniejszych, nadzwyczaj ściśle były kontrolowane. Młodzież męzka nie śmiała się otwarcie zbliżyć do fraucymeru, chyba w dni Zapustne pod okiem starszych, gdy tańce wyprawiano na sali. Dumont nieodstępnie była z pannami... Mieć więc zręczność mówienia z Godziembą — było prawie niepodobieństwem. Lecz jest li niepodobieństwo dla podżyłéj, zręcznéj kobieciny, gdy sobie czém głowę nabije?... Przez parę dni madam męczyła się napróżno... potém zaczęła się skarżyć na ból głowy. Rumianek był w takich razach uniwersalném lekarstwem...
Nie pomógł jednak. Skutkiem narady z doktorem, pani Dumont nakazano przechadzkę. Wojewodzina na czas jéj niebytności przy pannach posadziła ochmistrzynię, gdyż panny miały swe godziny zajęć, których opuszczać nie mogły...
Dumont przez dwa dni chodziła do ogrodu napróżno... trzeciego czatowała i złapała Godziembę. Zobaczywszy ją, chciał z razu uciec — lecz Francuzka zawołała nań prędko, że mu ma coś powiedzieć. Nie patrząc nawet na niego, rozglądnąwszy się tylko, aby jéj nie podsłuchano, szybko rzuciła mu te wyrazy:
— Waćpan powinieneś wyjść ze służby pana wojewody... Ja mu dobrze życzę. Wam tu grozi niebezpieczeństwo... Nie mogę mówić jaśniéj. Proś waćpan, aby go odprawiono... Znajdzie się późniéj inne miejsce, odbierzesz waćpan wiadomość. Rozumiesz?
Godziemba wybąknął coś niejasnego... Dumont pierzchnęła co prędzéj. Choroba jéj i ból głowy tegoż dnia ustały...
Pan Tadeusz wprost z ogrodu pobiegł do oficyny, myśleć co ma poczynać...
Nie czuł się zupełnie czystym na sumieniu, słowa wiec guwernantki utkwiły w niém. Żal mu było dwór opuszczać, a do tego trudno nawet, wojewoda jako wychowańcem nim rozporządzał, sądził, że miał nad nim prawo życia i śmierci. Prosząc o uwolnienie, Godziemba musiał się zrzec raz na zawsze protekcyi, pomocy, wszystkiego co mu przyszłość mogło zapewniać... Krok ten pozbawiał go jedynego przytułku. Wprawdzie Francuzka obiecała jakieś inne miejsce, ale jakąż wagę mogły mieć jéj wyrazy?
Chodził Godziemba po swéj izdebce włosy targając, gdy go do starosty powołano...
Ten miał na niego ciągle oko, widząc go roztargnionym i smutnym, a że sam był człowiek młody i wchodził we wszystkie młodości bole i choroby — postanowił przez litość przy pierwszéj zręczności gdzieś mu się dać po świecie przewietrzyć...
Miano ważne papiery wysyłać do gubernatora w Humaniu, wojewoda kazał sam, by je któryś z roztropniejszych dworzan wręczył i odpowiedź dostawił. Starosta Zawidecki był pewien, że Godziembie tą podróżą łaskę wyświadczy...
— No, panie Tadeuszu — odezwał się, — pakuj acindziej troki, czy tłomoczek... jedziesz z papierami do Humania.
Godziemba stał wcale nie pokazując po sobie wesołości. Spadało to na niego zbyt nagle, nim się miał czas rozmyślić, co zrobić z radą madamy i z sobą. Rozpaczliwe usposobienie od czasu zaręczyn wojewodzianki pchało go do jakiegoś kroku szalonego. Czuł że pozostać tu dłużéj nie powinien. Nie wiedział jeszcze co z sobą zrobi, ale mu na rękę było wyrwać się na swobodę. Dziecinna miłość nie miała celu i była szaleństwem, od niéj saméj uciekać należało...
Jeszcze myślał w jaki sposób odpowie, gdy starosta Zawidecki, zawołał zdumiony.
— A toż co jest? Słyszałeś waćpan? jedziesz do Humania...
— Jestem chory — rzekł Godziemba — pan starosta przebaczy.
— Właśnie widzę że waćpan chory jesteś, i dla tego wysyłam go. Młodemu nie ma nic zdrowszego jako dobrze się przetrząść i aurę odmienić.
Godziemba zamiast podziękować, stanowczo odparł:
— Nie pojadę.
Marszałek osłupiał.
— Mości Godziemba — zawołał — u nas we dworze nie ma — nie, póki kto jest na służbie pana wojewody, acan to wiesz... Gdybym jego odpowiedź odraportował — wiesz konsekwencye, jakieby za sobą pociągnęła?
— Jestem chory — mruknął Godziemba — i — proszę o uwolnianie ze służby.
Usłyszawszy to, starosta uszom prawie nie chciał wierzyć.
— Co waćpanu jest? jaka chandra go napadła? zawołał — mam nad nim litość — życzę się pomiarkować. Waćpan nic nie masz na świecie oprócz łaski pana wojewody, a jeśli ją stracisz...
— Pan Bóg nad sierotą — westchnął Godziemba.
Widząc ten upór, marszałek popatrzał i z życzliwością zbliżył się do niego.
— Ale powiedzże mi co ci jest? to niezrozumiałe...
— Nic mi nie jest — począł Godziemba kwaśno — łaskę pana starosty umiem cenić — ale — ale — ja postanowiłem iść w świat, tu się zestarzeję i z dworzanina nie wyjdę, a łaska pana wojewody...
Nie dokończył — starosta głową dziwnie trząsł.
— Jak sobie chcesz — odezwał się zimno; — tylko ponieważ nawet wartogłowów gubić nie lubię — daję czas do namysłu do jutra... Do Humania pojedzie Dębicki, waćpan się namyśl, a jeśli bunt chcesz podnieść — jakiego sobie piwa nawarzysz, takie pić będziesz...
Skłonił się Godziemba i wysunął się za drzwi.
— W tém coś jest — rzekł sam do siebie starosta Zawidecki. Przywołano natychmiast Dębickiego, który z radością pobiegł po konia i przyjął polecenie. Wieczorem starał się wybadać marszałek towarzyszów Godziemby, czy się z kim nie powaśnił, czy co nie zmalował — lecz nikt o niczém nie wiedział.
Tymczasem Tadeusz do swéj izby na górę poszedłszy, z myślami się bił i sam do stanowczego kroku podbudzał. Wziąwszy na rozum, doszedł teraz, iż madam, która była przy wojewodziance, musiała nie darmo ostrzedz go o niebezpieczeństwie. Bebuś mógł dośledzić jego wycieczki w ogrodową ulicę i znaki dawane... Niebezpieczeństwo w takim razie mogło być w istocie groźne, gdyż wojewodę znano z tego, iż się miał za pana życia i śmierci swych podwładnych. Opowiadano po cichu rozmaite stare dzieje o znikłych dworzanach, o domierzonych karach, które się krwawo zakończyć miały... Godziemba więc postanowił nie czekając odprawy, bodaj nocą wysunąć się do miasteczka, a ztamtąd w świat ruszyć... Dokąd? sam dobrze nie wiedział... O czém? to także było pytanie. Zamknąwszy się w izdebce, począł od inwentarza tego co sobie wysłużył... Kassa zawierała kilkanaście złotych, garderoba była dosyć porządna... Konia, który mu służył, zabrać nie czuł się w prawie. Westchnął biedak... lecz postanowienia nie zmienił. Nie chciał uciekać jakby przewinił, nie pożegnawszy tego, który się uważał za opiekuna i dobroczyńcę. Siadł więc list pisać z pożegnaniem do pana wojewody. Za powód w nim stawił, iż musiał prowadzić życie bezczynne... i że sobie — jak mówiono naówczas, szczęścia chciał na świecie szukać... Dziękował za wszystkie łaski i — i — prosił o przebaczenie za krok samowolny... List napisawszy, odczytawszy, przepisawszy, upakował małe zawiniątko, i już ciemnym wieczorem, właśnie gdy na kolacyę do marszałkowskiego stołu dzwoniono, wysunął się do ogrodu niepostrzeżony.
Starosta Zawidecki nie widząc go przy wieczerzy, nie dał znać po sobie nic — inni sądzili, ze go gdzieś wysłano... Nazajutrz rano nie było go na mszy; nie doczekawszy się na śniadanie, pan starosta posłał po niego. Doniesiono mu, że izba była otwarta, klucz w zamku, a Godziemby ani śladu... Ten, który chodził, dodał po cichu, że na stoliku list jakiś leżał. Marszałek pobiegł sam... Obejrzawszy się nie wątpił już, że Godziemba uszedł... Był to ważny wypadek... straszliwa niesubordynacya... bunt, samowola.
Wiedział, iż dla samego przykładu wojewoda płazem tego nie puści.
Skutki dla Godziemby, gdyby się go pochwycić udało, mogły być straszliwe: więzienie o chlebie i wodzie, któż wie? w pierwszym impecie może skazanie na karę cielesną. Żal mu się zrobiło młokosa, radby był zwlec rapport do wojewody, ale już w całym dworze wiedziano, domyślano się, szeptano, że Godziemba uszedł. Nie było więc sposobu, tylko list odnieść i o tém co się stało oznajmić.
Potocki rozdraźniony był właśnie i gniewny — tysiącem różnych spraw go męczono... Gdy starosta wszedł, list schowawszy za suknię, chodził po kancellaryi brodę ogoloną gładząc i trąc, co było najgorszym znakiem. Odwrócił się ku niemu... godzina była niezwykła...
— Co mi waćpan powiesz?...
Starosta Zawidecki sam nie wiedział jak zagaić...
— Stała się u nas rzecz... rzecz niezwyczajna, ekstraordynaryjna, odezwał się po namyśle... Dziś rano Godziemba na mszy i śniadaniu nie był, poszedłem zobaczyć czy nie chory, nie znalazłem go i w mieszkaniu... tylko... list...
Wojewoda brwi coraz marszczył i rękę wyciągnął milcząc... Potrzeba było pismo wręczyć. Rozerwał kopertę wojewoda i poszedł z pismem do okna; marszałek śledził fizyognomię, widział jak zbladła i ręce się zatrzęsły. List rzucił o podłogę..
— Błazen! zawołał. Posłać kozaków za nim, nie musi być daleko! On mi tu będzie za służbę dziękował, on, którego wychowałem, i co mi winien wszystko! Patrzcie go! jakie fonfry! Niech mi za nim jadą i związanego dostawią. Pięćdziesiąt bizunów na kobiercu i na odwach, do ciemnego karceresu, na chleb i wodę, żeby miał czas przyjść do rozumu...
Za służbę mi będzie dziękował!
Oczy wojewody zrobiły się straszne; starosta słuchał, ale dreszcz po nim chodził.
— Za tém pójdzie, że mi tu daléj fornale i hajducy za służbę podziękują! Trzeba dać naukę...
Wtém wojewodzina uchyliła drzwi...
— Słyszałaś asińdźka! zawołał coraz bardziéj się rozogniając Potocki. Słyszałaś co się tu u nas nowego święci? Ten smarkacz, młokos, ten niezdara, któremum nie dał umrzeć z głodu... Godziemba, nie pokłoniwszy się poszedł precz... ledwie raczywszy mi listem za chléb i sól podziękować.
Wojewodzina załamała ręce.
— Ale możeż to być?
Spojrzała na starostę, który ruszył ramionami nie mówiąc słowa.
— Słyszałeś asindziéj rozkaz? to zgorszenie, to skandal... Proszę mi zaraz wysłać za nim, i com dysponował, żeby się co do joty spełniło...
Starosta głowę pochylił i wyszedł...
W istocie natychmiast wyprawiono pogoń, ale wysyłając ją, poczciwy marszałek choć surowe wydawał rozkazy, umiał wejrzeniem i ruchami dać poznać kozakom, żeby się zbytecznie nie upędzali za zbiegiem. Wybrał wreszcie takich, których znał, że Boga w sercu mieli, i umyślnie się wygadał głośno, co schwytanego czekało.
Po całym dworze rozeszła się wieść dziwna, niezrozumiała o ucieczce, a razem o gniewie okrutnym pana wojewody. Była to gratka niepospolita dla złośliwego Bebusia, który ręce zacierał z radości, myśląc o kobiercu. Obiecywał sobie być świadkiem wykonania wyroku, i latał jak opętany powtarzając, iż Godziembę czeka pięćdziesiąt...
Gdyby śmiał, byłby z tém wpadł i do panien — lecz tu mu wchodzić, inaczéj niż posłanemu, nie było wolno.
Dumont pierwsza dowiedziała się zrana w korytarzu od starszéj ochmistrzyni o ucieczce, i ostrożnie o tém szepnęła pannie Maryi, dodając iż się to stało z jéj rady...
Miała więc czas wojewodzianka wypłakać się w kątku, oczy obmyć i uspokoić się, nim wyszła na pokoje. Ochmistrzyni upewniła madam, a ta pannę, iż choć kazano ścigać Godziembę, starosta Zawidecki tak to urządził, aby go nie pochwycono.
Przez cały dzień wojewoda chodził zagniewany i łajał kto mu się nawinął... uciekali wszyscy... Co godzina posyłał się dowiadywać czy nie ujęto Godziemby — lecz ani tego dnia, ani następnego, żadnego śladu nawet nie nadybano i trzeba się było z tą myślą pogodzić, że mu to ujdzie bezkarnie.
Było tradycyą w takim razie, gdy ktoś zawinił srodze tak, iż go więcéj znać ani o nim wiedzieć chciano — że pozostałości jego uroczyście wywlekano na dziedziniec pałacowy i w obec całego dworu, do najdrobniejszego szczątku palono. Stało się tedy trzeciego dnia, że pan wojewoda rzeczy Godziemby nakazał wyrzucić i spalić. Cały dwór był przytomny dawno już niewidzianéj egzekucyi. Grozą to przejęło wszystkich. Od téj chwili nazwiska winowajcy wspomnieć, mówić o nim było najsurowiéj wzbroniono.
Co się stało ze zbiegłym, nikt nie wiedział... W miasteczku badani Żydzi i mieszczanie, poprzysięgali, że go nikt owéj nocy nie widział, nie spotkał.. ani z nim mówił. W okolicy nikogo podobnego na gościńcu téż nie napytali kozacy... nawet posłuchu...
Wojewodzianka płakała... chodziła do okna, choć nikogo tam już jéj oczy nie spotykały... a głupi Bebuś, który w upiory wierzył, zaklinał się, iż Godziemba musiał umrzeć, bo jego ducha raz wieczorem dostrzegł przesuwającego się około pałacu... Znano karła że plótł zawsze nic do rzeczy, i nikt mu nie wierzył.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.