Starosta warszawski/Tom I/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


VI.


Dla zrozumienia tego coby Francuzkę spotkać miało cofnąć się nieco musimy w opowiadaniu. Już od dwóch miesięcy często przybywała do Krystynopola pani Mniszchowa z Dukli, przesiadywała tu razem z panią Cetnerową po dni kilka i nadskakiwała wojewodzinie. Po każdém widzeniu się, następowały narady z ks. Russyanem i panną Terlecką, konferencye wieczorne burzliwe, naprzemiany usposobienia wesołe i frasobliwe, irrytacye, mdłości i uszczęśliwienia. Widocznie coś tu ważnego się gotowało. Wojewoda wzywany to mitygował, koił, to sam nie wiedząc co poczynać wysuwał się milczący. Niekiedy szeptano i sprzeczano się żywo.
Panna Terlecka podsłuchała raz wojewodzinę wołającą:
— Nie chcę! nie chcę za nic w świecie!
Potém przybyła znowu Mniszchowa, uśmiech powrócił na usta, dobry humor rozjaśniał twarze wszystkich, pan wojewoda ręce jéjmości czule całował... W kilka dni wróciły fochy, a po nich jeszcze raz pokój i zgoda... Trwało to dosyć długo, dopóki wreszcie nie ustaliła się na horyzoncie krystynopolskim pogoda, i wojewodzina nie stała się łagodnie zamyślona tylko. Wzywano często jegomości na ciche narady, zawsze ucałowaniem rączek się kończące i sakramentalném:
— Zrobisz co zechcesz, moja duszko... nikt nie zmusza...
Po tych wszystkich przejściach i niepewnościach, których przyczyny domyślała się tylko panna Terlecka, a wiedział o niéj jeden tylko ks. Russyan który milczeć umiał, jednego dnia po wieczerzy dwór wojewodziny cały zebrał się u niéj w garderobie na zwykłą konferencyę...
Oprócz staréj i młodéj Terleckiéj była pani Wałowska, były dwie niemłode jéjmoście; wojewodzina siedziała w fotelu i wzdychała zamyślona, na noc każąc sobie pod czepek włosy układać.
— Już dłużéj nie ma co tego w bawełnę obwijać, odezwała się cicho do staréj Terleckiéj ze swym workiem i różańcem siedzącéj na nizkim stołeczku u nóg pani...
— Proszę cię moja Terlesiu, o nowennę na intencyę Maryni...
Stara dewotka w ręce plasnęła...
— Tak mi panie Boże dopomóż, — poczęła, szepleniąc żywo, — tak się nademną ulituj Matko Najświętsza, opiekunko moja osobliwa, że już mnie Duch Święty dawno to do serca podał, iż o pannę Maryannę chodzi... względem wiekuistego, a daj Boże sukcesów pełnego postanowienia. Co w niebie napisano, nie minie... Nowenneczkę z suchotami odposzczę i odprawię na intencyę całego splendoru domu moich dobrodziejów...
Plotła tak świecąc małemi oczyma i całując z uniesieniem rąbek szaty swéj pani, gdy wojewodzina dodała:
— Albo co będzie lub nie... zobaczymy... Kawaler rodu pięknego, cóż kiedy słyszę trochę bałamut,.. piękny, bogaty...
— Za łaską Pańską... do Przemienia koronkę mówić będę sześć niedziel, wszystko się to inaczéj obróci... a trzpiot ustatkuje.., Byle łaska boża — Duch Święty natchnie...
Panna Terlecka stała nadsłuchywując także.
— Różnie ludzie prawią — poczęła wojewodzina — siostra za nim przemawia, osoba poważna i stateczna... ręczy... z Warszawy inne wieści płyną.
— Nie trza zważać, szepnęła panna — zazdrośni je wymyślają.
— Ale masz racyę — rzekła pani.
— O! już to moja — odezwała się Terlecka uśmiechając się do córki i uderzając po czole... jéj rozumek dał Pan Bóg, kiedym ją za młodu do Św. Józefa ofiarowała!... Wymodliłam jéj i wypościłam główkę nie makówkę... serduszko złote i błogosławieństwo aniołów...
— To téż — ciągnęła na szczebiotane uwagi nie zwracając wojewodzina — postanowiliśmy pozwolić kawalerowi przybyć...
— Nowenneczkę pocznę jutro! zawołała stara... świeczki dwie zapalę i zaposzczę...
— Ojcowie się już porozumieli — szepnęła jéjmość, — ale o tém nie trzeba mówić, jeszcze nikomu.
— Kłódką usta zamknę, dla miłości moich dobrodziejów, których Bóg niech obsypuje... Najświętsza Opatrzność — Patryarchowie, Patronowie i wszyscy święci pańscy... Ora pro nobis! plotła Terlecka.
— Jak myślicie? odezwała się wojewodzina — lada dzień przybędzie; należałoby Marynię przygotować, żeby się wiedziała jak znaleźć, a starała podobać...
— Przy łasce Pańskiéj, bo ja powiadam to zawsze... w miłosierdziu bożém... przerwała stara Terlecka... a rany Jezusowe pomogą!
Westchnęła w piersi się bijąc...
— Jeśli mi pani słówko wtrącić pozwoli — szepnęła panna...
— Mów, proszę cię.
— Główka nie makówka! mruknęła matka, nie mogąc powstrzymać języka.
— Panience nawet nie trzebaby mówić, iż rzeczy niepewne... ciągnęła daléj panna Terlecka — bo to, proszę jaśnie pani, czy na jedną czy na drugą stronę padnie — lepiéj od razu objawić postanowienie... panna Maryanna nie wiedząc, że rzeczy pewne i stateczne, myśleć może tak i owak, a jak się dowie, że to ma być niezawodnie (co przy łasce bożéj niechybnie nastąpi) — zastosuje się do woli rodziców i będzie dobrze.
Stara Terlecka słuchając córki, tylko głową kiwała, dziwiąc się jéj rozumowi, i dłonią się biła po twarzy.
Wojewodzina mocno była zadumana.
— Już to jegomości nie widziałam nigdy tak czegoś pożądającego jak tego małżeństwa — które mu potrzebne być musi — rzekła cicho... a jak oni co postanowią, zawsze na swojém postawią.
— E! odezwała się panna śmiało, całując rękę wojewodziny — co to mówić! jak jaśnie pani nie zechce, to się wszystko w nic obróci. Ale dla czegóż nie chcieć, gdy dzięki Bogu, partya jakiéj tylko można żądać?...
— Pewnie, pewnie — ale to młode i trzpiot... bałamut... tak z Warszawy donoszą... mruknęła jéjmość.
— Bo chcieliby jaśnie państwa zdysgustować, a sami go chwycić... dodała panna Terlecka...
— Ale, wracając do rzeczy — zaczęła wojewodzina... trzebaby Marynię przygotować... Mnie nie wypada, przestraszy się dziewczyna...
Spojrzała na pannę Terlecką...
— A tybyś tego nie potrafiła? hę?
— Co mnie pani rozkaże, na wszystko jestem gotowa — poczęła panna — jednakże ja tam téj poufałości nie mam... Mnie się zdaje, że do tego...
— Któż, myślisz? kto?...
Stara Terlecka mrucząc coś, jakby się modliła, ciągle klepała się po twarzy. Był to wyraz podziwienia nad córki rozumem...
— A gdyby madam? proszę jaśnie pani — szepnęła panna i to, niechby nie mówiła, że z dyspozycyi, tylko — pod sekretem... Panna Maryanna byłaby przygotowana...
— Słowo daję nie ma do rady jak ty Terlesiu masz słuszność, tak najlepiéj...
Lice matki staruszki rozjaśniło się, ręce złożyła i nie wytrzymawszy dłużéj — dodała:
— A ja nowenneczkę zapocznę... i do moich świętych się udam... których wiem, aby się maryażem opiekowali — i Opatrzność Boska, a Patronowie i Anioły Stróże... Zobaczysz pani, pójdzie wszystko jak z płatka...
Narada przeszła w opowiadanie o Brühlach ich stosunkach i charakterze, panna Terlecka znadź dobrze przygotowana, miała w tém względzie obfite wiadomości, i widocznie była za związkiem. Wojewodzina nie zdawała się téż od tego, konwinkowała ją i ta okoliczność, że po królowéj JMci, niedawno zmarłéj starostwo spiskie spadło na Brühla a syn je miał od niego otrzymać... Liczono téż inne mnogie posiadłości już nadane lub przyobiecane.
— Przy pomocy bożéj, konkludowała Terlecka... pójdzie wszystko jak z płateczka... a po weselu — okroi się i mnie ubogiéj słudze, a bogomodlnicy... jaki płateczek...
Na radzie tajnéj postanowiono, w myśl panny Terleckiéj, użyć madamy do przygotowania wojewodzianki. Nazajutrz miała z nią mówić o tém sama pani, i dla tego ją do siebie wezwała...
Gdy Dumont weszła drżąca... wojewodzina siedziała w swoim pokoju przytykającym do sypialni i dzielącym ją od wielkiéj sali. Jak w charakterze obojga państwa tak w urządzeniu tego mieszkania osobliwsza panowała mieszanina pańskości i skrzętnéj gospodarności.
Staroświecki zegar przepyszny stał na kominie między dwoma chińskiemi wazonami, było zwierciadło weneckie z herbem Potockich u góry, biuro bronzami złoconemi ozdobne, ogromna szafa gdańska rzeźbiona, którąby w muzeum godziło się postawić, ale obok tego leżały cienkie motki niebielone, kilka wianków grzybów, próbka suszonego rumianku, na oknie stały gąsiory tajemnicze, w których pod okiem wojewodziny naciągały spirytusy pączki brzozowe, jarzębina i różne sławione produkta. Tych rozmaitych specyfików wyrobu sama pan Anna doglądała, nie spuszczając się na nikogo. Niezmiernie czynna, choć miała się zaprawdę kim wyręczyć, nie chciała uwolnić się od pracy. Kilka pokoleń składało się na książkę straszliwemi charakterami pisaną, w któréj były i przepisy pieczenia ciast wielkanocnych, i lekarstwo skuteczne od robaków, i smarowania przeciw rwaniu w kościach, i recepty wódek a likworów doskonałych...
Zmierzchało już, gdy z bijącym sercem wsunęła się madam do pokoju wojewodziny. — Bebuś ciekawy a złośliwy, rad coś podsłuchać, wśliznął się za nią, lecz baczne oko pani postrzegło go, tupnęła nogą, i zawołała ostro:
— Bebuś! czego tu? swojeś zrobił! A do budy mi! nogi za pas! Słyszysz?...
Karzeł trochę zmieszany uciekł...
Wojewodzina siadła w krześle podparta na ręku i chmurna... spojrzała na Francuzkę...
— Siadaj, moja Dumont — odezwała się nieosobliwą francuzczyzną: siadaj proszę, mamy z sobą do pomówienia...
W głosie nie było nic przerażającego, Dumont się uspokoiła i na dosyć oddalonego krzesła rożku, przysiadła nader skromnie.
Wojewodzina zamyślona milczała trochę, potém coś sobie snadź przypomnieć musiała, dała jakiś znak madamie, a sama po cichuteńku na palcach skradła się do drzwi wchodowych i otworzyła je nagle... Złapany na uczynku Bebuś, chciał pierzchnąć nogą się o coś zaczepił i padł.
— Łajdak jakiś! paskudztwo!... krzyknęła pani nogą tupiąc — idź mi zaraz niech ci, nie kto inny tylko ochmistrzyni, da rózeg piętnaście, i żebyś mi kwitek przyniósł na to..
Bebuś coś bełkotał, ale drzwi się nielitościwie zamknęły, wojewodzina bez najmniejszego wzruszenia powróciła do krzesła...
— Przysuń się tu moja Dumont, odezwała się po cichu.
Posłuszna Francuzka przyniosła krzesło i siadła. Jéjmość nie wiedzidała od czego począć. Westchnęła pierścionek na palcu obracając machinalnie.
— Mam ci to oznajmić moja Dumont, rzekła wreszcie, że stracisz jedną z wychowanek... Marysia młoda, bardzo młoda jeszcze, mogłaby poczekać, delikatna jest i wątła... wcalebym sobie nie życzyła już za mąż jéj wydawać — ale cóż chcesz? Składają się tak polityczne okoliczności i rachuby Jegomości pana wojewody.
— Ach! westchnęła Francuzka mimowolnie łamiąc ręce, bo wiedziała, jaką ta nowina przykrość zrobi wojewodziance...
— Nie ma o tém co mówić — ciągnęła daléj pani, — że co się postanowiło to spełnić się musi. Dzięki Bogu, dzieci nasze tak wychowane, że zrobią co im każą. Nasza to rzecz im szczęście obmyślać. Przytém świetny los czeka Marynię, a i konkurent, jak mówią, kawaler co się zowie edukowany wysoko, rozumny, piękny, młody i stanowisko mający znakomite. Już to tam o podobanie się nie idzie, bo rzeczy między panami ojcami zawczasu ułożone... Otóż moja Dumont, choć ja dzieci nie pieszczę, i u mnie, choćbym kazała téj chwili stanąć na kobiercu, każda z nich musi... ale biednego dziecka mi żal, aby się nie strwożyło... aby wiedziało jak się ma znajdować.
Francuzka cała pochylona słuchała, nie odpowiadając.
Rozumiesz mnie dodała wojewodzina.
— Doskonale — słabym głosem ozwała się madam.
— Narzeczony w tych dniach przyjedzie — mówiła daléj — Marynia, choć to dziewczynie młodéj przystało, straszna trusia, — niechże się po kątach nie chowa, a gdy do niéj zagada, żeby mu przytomnie odpowiadała... Ani się do zbytku uśmiechać, ani boczyć się nie ma — niech jéj to Dumont powie...
Francuzka głową potrząsała...
Pani wojewodzina jak we wszystkiém tak i w tém chciała zawczasu uregulować, rozdysponować, niemal podyktować wyrazy. Panienka nie mogła i nie powinna była mieć swojéj woli, ale iść wedle przepisów aż do ołtarza... Któż wie... nawet od niego odszedłszy — bo władza mężowska rodzicielskiéj nie kruszyła...
Widząc Francuzkę milczącą, ale potakującą i posłuszną, powtórzyła jéj razy kilka instrukcye matka i biorąc za klucze — bo sama od apteczki nosiła zwykle — dała znak skończonéj konferencyi. Madam dygnęła i wyszła — lecz tak zadumana a smutna, iż ani wiedziała jak stanęła u drzwi, i stała pod niemi tak długo, aż ją hałas bawiących się wrzawliwie dwojga młodych dziewcząt, przywiódł do przytomności.
Marynia jak zwykle stała w oknie od ogrodu... i patrzała zadumana w ulicę...
Mamyż zdradzić wielką tajemnicę, któréj się nikt a nikt w świecie nie domyślał, o któréj nikt nie wiedział...? Marynia czytała dużo romansów — miała usposobienie do marzeń... i choć sama się do tego sobie nie przyznawała — kochała się... a szczęśliwy wybrany — szalał tajemnie wzdychając do wojewodzianki. Romans ten trwał już ze trzy lata, — nie wiem tylko czy go tak nazwać było można. Nigdy podobno nie przemówili do siebie ani słowa... Młodemu dworzaninowi wiadomo było, że gdyby był podnieść śmiał oko na córkę wojewody, dostałby sto na kobiercu i jutro znalazłby się na drugim końcu świata... Zakochać się w Maryni takiemu biedakowi, było toż samo co zapragnąć gwiazdy z nieba...
Lecz są takie siły, których złamać nikt nie może — oczy wojewodzianki spotykały się z wejrzeniem dworzanina, i nauczyły się mówić do siebie, i mówiły zawsze tę jedną pieśń nieśmiertelną, którą tysiące lat powtarzają, między kolebką a grobem: — kocham ciebie!...
Z téj miłości, wiedzieli dobrze, nie miało być nic — oprócz miłości — oprócz tego czém ona poi, kropli marzenia i puhara goryczy, a tęsknot — a łez... bez końca.
Szczęśliwym czy nieszczęśliwym wybrańcem wojewodzianki był piękny chłopak, który się na łasce wojewody wychował, a jemu był winien wszystko... Ojciec jego pan łowczy Godziemba, szlachcic prastary, okrutny sejmikowicz i zawadyaka, dał się na jednym zjeździe, utrzymując sprawę wojewody posiekać w kawałki. Przeciwna partya wpadła nań i porąbała tak, że gdy go potém wniesiono pływającego we krwi na kwaterę, nim ksiądz dobiegł z Sakramentami, Panu Bogu ducha oddał. Miał tylko czas panu Domaszewskiemu, który był tam od wojewody, powiedzieć: „Zostawiam mu syna — będzie miał na sumieniu śmierć moją, jeśli mu ojca nie zastąpi...“
Doniesiono to wiernie wojewodzie, który chłopca, naówczas mającego lat około ośmiu, zaraz kazał przywieźć i oddał na wychowanie do Lwowa, a gdy szkoły cum summa laude skończył, wziął go sobie za dworzanina i losem jego obiecywał się zająć.
Chłopak sierota nie miał żywéj duszy na świecie, jedną tę tylko opiekę pana wojewody, która wprawdzie za wiele starczyć mogła, ale serca nie karmiła. Zdano go na ręce obce... a jedyną miłość, jakiéj skosztował, przyniosła mu biedna istota, stara mamka, która za swojém przybraném dziecięciem do Krystynopola się przywlokła. Potraciwszy dzieci, w małym Tadeuszku miała syna, świat swój cały... Dopóki on siedział w Krystynopolu, służyła żydom w miasteczku, aby go choć widzieć mogła z daleka; gdy go wieziono do Lwowa, szła za nim pieszo, przyjmowała służbę gdzieś w pobliżu i czuwała nad Tadeuszkiem, który ją téż niemal jak matkę szanował. Stara lękając się go swém ubóztwem i miłością zawstydzać, skradała się doń pokryjomu, byle słowo przemówić, dowiedzieć się czy zdrów, posłyszeć głos i uspokoić serce, że dziecku się nic nie stało...
Tadzia Godziembę trzymano surowo, i wysługiwać się musiał, ucząc posłuszeństwa, karności — a nie wiedząc co mu wojewoda gotował. Czasem go dla pięknego charakteru używano do kancellaryi, to znowu dla jeszcze piękniejszéj twarzy, figury i szykownéj maniery, dla reprezentacyi u dworu stawiano...
Wojewodzina dosyć go lubiła gdy był dzieckiem, potém gdy wyrósł a wrócił tym Antynousem... krzywo nań patrzała. Odesłałby go gdzie jegomość na wieś, do gospodarstwa, mawiała, bo to nie ma nic gorszego w domu, niż taki gładysz... dziewczętom głowy zawraca, sam się psuje i uchowaj Boże nieszczęścia, zgorszenie być może.
Wojewoda jednakże lubił się pięknymi chłopcami otaczać, był to téż rodzaj arystokracyi. Godziemba zaś prócz tego, miał piękne familijne stosunki i rodzina jego dawniéj na krzesłach senatorskich siadywała — a dworzan z takich senatorskich dzieci pięknie było mieć.
Został więc Tadeuszek przy dworze i powszechną miłość zyskać sobie potrafił, wyjąwszy wojewodzinę i Bebusia. Karzeł go nienawidził. Stanąwszy przy nim, mało co mu był za kolana...
Na swój czas i wychowanie był to téż chłopak niezmiernie bystry i chciwy poloru a nauki. Sam prawie z małą pomocą nauczył się po francuzku, expedite mówił po łacinie, rozumiał trochę po niemiecku i z książkami miał aż nadto do czynienia, o co go nawet skarżono.
Wojewodzina nie lubiąc go, domyślała się, że musi być bezbożnik, choć na nabożeństwa uczęszczał i klęczał jak i drudzy... Był to między innemi i ulubieniec księdza Wolffa, ale tam nie wolno mu było chadzać, bo wojewodzic nie miał prawa przestawać z młodzieżą dworską.
Jakim sposobem raz pierwszy oczy Tadeuszka spotkały się ze spuszczonemi oczyma wojewodzianki — jeden Bóg to wie; jak się one ośmieliły mówić — i jak aż do... nieznacznych przyszło pół-uśmiechów — odgadnąć trudno. Nic więcéj nad to nie było — to nawet jest rzeczą wątpliwą, czy mieli kiedy zręczność przemówić do siebie. A jednak wojewodzianka doskonale wiedziała, że on się w niéj kochał śmiertelnie, i Tadeuszek pochlebiał sobie czasami, iż nie był jéj obojętny... Były takie chwile szczęśliwe — wkrótce jednak gdy rozmierzył przestrzeń, co go dzieliła od téj gwiazdy — miał się za szalonego, iż mógł to przypuścić...
Nikt w świecie tego dziwnego stosunku czworga oczu się nie domyślał, niktby weń nie uwierzył. Było to coś tak tajemniczego... między Bogiem a nimi... tak bez nadziei, tak dziecinnego, iż sama położenia szczególność — mogła uczucie potęgować.
Nigdy panna Marya nie poszła daléj myślami... nigdy on nie ośmielił się odgadywać przyszłości... Pragnęli tylko, ażeby to jak najdłużéj trwało...
Sen to był na jawie... sen dziecinny, niewinny, śliczny a smutny; smutny jak na ziemi wszystko — co piękne!
Historya téj miłości składała się z niedostrzeżonych pyłków... były spojrzenia pamiętne, długie, i rumieńce... Raz Tadzio podniósł chustkę zgubioną, raz Marya rzuciła kwiatek na drodze... Czy umyślnie...? Od téj pory Godziemba go nosił na sercu... Około okna panien przechodziła ścieżka, naprzeciw nich szła ulica — Godziemba miewał w takich godzinach konieczną potrzebę wyjść do ogrodu, gdy panna wojewodzianka stawała w oknie...
Te godziny jakoś bez umowy, obojgu były wiadome...
Na tych schadzkach wejrzeń, kończyły się owe dzieje snu, owa sieć pajęczyn, która dwa serca łączyła. Któż wie, po za taką miłością cichą, tajemniczą, bywają całe światy marzeń? I tu one być musiały... Chwilami wierzono w cuda... czasem zabijała rzeczywistość.
Gdy madam Dumont wracając od wojewodziny weszła do pokoju panien, w którym dwie młodsze biegały, uganiając się za sobą, Marya stała właśnie w oknie. Zwróciła się zapłoniona, lecz że już dosyć było późno, nikt nie dostrzegł rumieńca.
Biedna madam szła tak przybita ciężarem konfidencyi, która na nią spadła, iż nie śmiejąc podnieść oczu, wprost do fotelu się dowlokła i rzuciła nań zadumana...
Trzy młodsze rozpoczęły na nowo przerwaną zabawę, która w téj godzinie była dozwolona — Marya przeszła z wolna pokój i przysunęła się, jakby przeczuciem do madamy. Ta ją namiętnie pochwyciła w objęcia... i uścisnęła tak dziwnie, inaczéj niż zwykle, że dziewczę stanęło zdumione.
— A chère Marie! zawołała madam, siądź przy mnie! Czegoś mi bardzo smutno... niech się siostry bawią... my z tobą pomówimy.
Posłuszne dziewczę wzięło stołeczek nizki, i patrząc w oczy guwernantce, usiadło przy niéj.
— Byłam u wojewodziny — poczęła gorąco i niecierpliwie ze zwykłą niezręcznością Dumont — a! gdybyś wiedziała, gdybyś wiedziała, dziecko moje, o czém tam była mowa! Jeszcze mi się głowa pali, jeszcze mi bije serce...
Marya spojrzała ciekawie.
— Czy mama się gniewa za co?... Na nas? dodało dziewczę, bo matkę znało tylko prawie z jéj gniewu.
— O! nie! nie — zniżając głos poczęła madam — ale co mi mówiła! co mi mówiła!
Już tylko oczyma pytała Marya. Nastąpiło jeszcze jedno w głowę pocałowanie... potém nie mogąc już utrzymać sekretu, poczęła madam żywo.
— Tylko mnie nie zdradź, chère Marie — a! broń Boże... coś ci powiem, czego się nie spodziewasz...
Schyliła się jéj do ucha...
— Wydają cię za mąż!
To powiedziawszy, spojrzała Dumont, jaki skutek wywarła... i przelękła się. Marya rzuciła się, chwyciła ją za ręce i padła zemdlona.
Krzyk okropny wyrwał się z piersi madamy, siostry przybiegły z drugiego pokoju, a że mdłości były surowo zakazane i nigdy się nie trafiały, nie wiedziano jak ratować... Marya jednak po chwilce ocuciła się sama... i głowę położywszy na kolanach Dumont, płakała.
Siostry przy niéj posiadały na ziemi — niezrozumiałe to było dla nich... Ludwisia zawołała głośno, że Maryni trzeba było dać dziegciu powąchać — bo to musiały być robaki...
Pobiegła nawet zaraz do garderoby po medykament, który stał zawsze w pogotowiu — lecz już go nie było potrzeba... Marya wstała i zaczęła się przechadzać z wolna, blada, osłabiona i pomieszana...
Dumont z kolei płakała ze strachu, przeklinając swą niezręczność... Na tém się skończyło, bo nadchodziła godzina wieczerzy i modlitwy, i panny musiały się stawić wyprostowane do matki.
Madam zaklęła wychowanicę, aby nic nie dała poznać po sobie, a dziecię nawykłe do posłuszeństwa przybrało twarzyczkę, z któréj już nic, oprócz zwykłego jéj smutku, wyczytać nie było podobna. Wieczór zszedł wedle programu; o godzinie zwyczajnéj, panny się spać pokładły... Jednak madam szepnęła starszéj, że gdy się siostry pośpią — one jeszcze obszerniéj się rozmówią z sobą.
Na ten sen nie długo czekać było potrzeba: młodsze ledwie do poduszek przyłożyły głowy... znużone dniem pozasypiały... Marya wstała i poszła do Dumont. Miała czas przez kilka godzin oswoić się z tą straszną wiadomością, — była prawie spokojna. Zobaczywszy ją madam, załamała ręce.
— Jaka ty jesteś blada! zawołała — przecież — proszę cię — nic w tém tak przerażającego nie ma... Uzyskasz więcéj swobody... będziesz panią w domu... Mąż twój ktokolwiek nim będzie, musi cię pokochać... słowem...
Marya ręce załamała.
— Ale — ja — ja za mąż iść nie chcę ja klasztor wolę...
To wyznanie tak było przerażające, iż madam padła, usłyszawszy je, oczy sobie zasłaniając rękami.
— Chère Marie! a toż co znowu! nie rozumiem! dla czego?
Wyrwały się te słowa pełne znaczenia biednéj wojewodziance, a teraz sama miarkowała, iż niemi powiedziała za wiele... Szukała w myśli — jak się miała tłómaczyć... i nie znalazła nic...
Dumont czekała.
— Zlituj się, dla czegóż klasztór ci na myśl przychodzi? To najsmutniejsza rzecz w świecie... Nie wiesz kogo ci przeznaczają. Ma to być człowiek młody, piękny dobrze wychowany... i wielkiego rodu...
Marya, któréj czytane książki może na myśl przyszły — zebrała się na odpowiedź.
— Ale — moja pani Dumont — ja tego pana nie znam — on mnie...
Francuzka łzę otarła i obejrzała się.
— Tak — to prawda, rzekła — lecz u was magnatów inaczéj się nie żenią. Dobrze nam ubogim, poznawać się, podobać wybierać, wam to zabronione... Trzeba się zgadzać z przeznaczeniem.
W tych dniach — dodała ciszéj, naznaczony mąż przyjeżdża... Słuchajże mnie dobrze: — wojewodzina chce, abyś nie była zbyt nieśmiałą, ani nadto poufałą — abyś go nie zrażała... Masz być grzeczną dla niego. Zdaje się, że rzecz już jest ułożona, że nic nie pomoże, bo słowo dane...
Westchnęła.
— Zgodzić się musisz z przeznaczeniem, dziecię moje...
I popłakały się obie... Rozczulona Dumont wzięła z tego assumpt do poufnéj spowiedzi ze swojéj młodości w któréj powabny muszkieter grał rolę bardzo czułą. Nie przyznała się może do wszystkiego, lecz gorącą miłość łzy jéj po latach tylu najlepiéj poświadczyły...
Po długiéj rozmowie Marya poszła — płakać do swojego łóżeczka...
W pięć dni po tém nadzwyczajny ruch był w Krystynopolu, — łatwo się można domyślić, iż dostojnych gości oczekiwano... Najwięcéj mieli do czynienia ci, przy których były klucze, — bo wydawano zacząwszy od nowych mundurów dla wojska, aż do sreber, które na stół wyjść miały. W tym gospodarnym dworze, dzień powszedni różnił się wielce od uroczystego... Na codzienną potrzebę wszystko było inne, odzież, jadło zastawa: po święcie i uroczystości wracały mundury, srebra, broń, kosztowności do szaf, kufrów i sepetów pod klucze... Na wielką paradę nie żałowano nic, lecz post festum, zdawano z regestrów aż do najmniejszego guzika. Wojewoda w utrzymaniu tego porządku był nie ubłagany.
I tym téż razem, rozkazy wydane panu staroście Zawideckiemu, powołały dwór do jak najświetniejszego występu. Wojewoda oznaczał starszyźnie nawet jak się przyodziać miała... Dobyto srebra przepyszne ze skrzyń, w których na sukiennych spoczywały łożach w kuchni już zawczasu przyspasabiano co najwyszukańsze potrawy. Jejmość wzdychała uznojona — wojewoda przypominał:
— Niech asindźka pamięta o tém, że to gęby popsute, iż to są wykwintnisie, jakich świat nie widział... że im nigdy dosyć wytwornie dać nie można... kucharz Francuz niech gotuje...
Na dzień naznaczony, wszyscy dworzanie, choć barwy nie nosili, wystąpili jednako i bogato ubrani. Wojsko w nowych koletach, ładownicach i kapeluszach. Starosta Zawidecki i książę Czetwertyński od aksamitów i złotogłowów, a sam pan wojewoda po potocku — to jest kontusz szaraczkowy z guzami brylantowemi, pod szyją spinka z soliterem kilka tysięcy dukatów wartającym, żupan trochę przyszarzany, buty czarne, pas perski...
Inny Potocki na trybunał lubelski wdziewał zgrzebną koszulę, opończę z samodziała, ale obszytą perłami i wysadzaną guzami, z których każdy wieś był dobrą wart. Pan wojewoda tak daleko fantazyi nie posuwał — lecz lubił ją téż pokazać...
Wojewodzina, która się stroić nie lubiła, musiała też na ten dzień w dyamentach i atłasach wystąpić — nudziło ją to... lecz inaczéj być nie mogło. Szczególną téż pieczę miano nad nieszczęśliwą ofiarą, która, choć skromnie, ubrana była ze staraniem wielkim, utrefiona wykwintnie. Wojewodzina, która nie mówiła jéj nic, bo jéj psuć tą poufałością nie chciała, kazała jéj przed wyjściem na pokoje ukazać się sobie... Marya stawiła się blada... drżąca i mizerniejsza niż zwykle...
Obudziło to zły humor matki — chciała nawet kazać uróżować nieco biedną — lecz w téj chwili rozruch się stał wielki w dziedzińcu i o Maryi zapomniano...
W bramie dała się słyszeć muzyka, trąby i bębny powozy, których nigdy nie widywano przed gankiem, zataczały się z turkotem ogromnym przed galeryę — wojewoda w ganku sam dostojnych gości przyjmował... Byli to Jego Ekscellencya graf Brühl, minister, starosta warszawski, syn jego. Mniszech marszałek nadworny, zięć i kilku panów, towarzyszących im dla dodania powagi...
W progach pałacu krystynopolskiego spotykały się, można powiedzieć, dwa zupełnie różne, w niczém sobie niepokrewne swaty które interes i rachuba miały połączyć — cywilizacya jakaś strupieszała i zwątlona ze światem starym surowego obyczaju chrześciańskiego. Jak się te krańcowe dwa przeciwieństwa zrozumieć mogły, przejednać miały — było może dla nich samych tajemnicą. Oprócz interesu nic z sobą wspólnego nie miały...
Przepych na pół azyatycki Potockiego wcale nie był podobny do wyrafinowego zbytku Brühla; tak jak marsowa i groźna twarz wojewody odbijała dziwnie przy uśmiechniętéj, wypogodzonéj, słodkiéj nad wszelki wyraz twarzy ministra. Powitanie w ganku i przedstawienie syna, poszło — dzięki zręcznéj Mniszcha pomocy — bardzo gładko. Młody Brühl, który całą niemal przewędrował Europę, przypatrywał się nie bez ciekawości temu nowemu dla siebie światu, dworowi, twarzom, strojom...
Szli wszyscy na pokoje, gdzie pani wojewodzina, Maryę bladą mając u boku, i kilka panien rezydentek w oddali, oczekiwała na ministra, z nadzwyczajną galanteryą posuwającego się ku niéj z synem...
Jedno wejrzenie na młodego Brühla dało poznać wojewodzinie, iż jéj go nie przechwalono. Starosta był jednym z najpiękniejszych mężczyzn swojego wieku, a wychowanie i wczesne obycie się z najwyższemi towarzystwa sferami, nadawało mu wielką swobodę i wdzięk w obejściu...
Z przestrachem oko Maryi padło na niego, gdy on z obojętnością wystygłego i zrezygnowanego człowieka, przelotne rzucał na nią wejrzenie. Oczy się nie spotykały, zdawały się owszem unikać siebie... Wojewodziance ta laleczka wydała się dziwną i straszną; staroście ta, w któréj odgadywał swą narzeczoną, — zbiedzoną, chorą i nieszczęśliwą... Śmiertelną bladością okryła się twarz ofiary, która ledwie drżenie ukryć mogła. Brühl równie jak ojciec swobodny, obracał się tu z zamaszystością obrachowaną, któréj widocznie polską chciał nadać cechę... W pierwszéj chwili posypał się grad, polała się powódź wzajemnych komplementów, podziękowań, wdzięczności — smażonych wyrazów mających dowieść, jak zaszczonym czuł się wojewoda jak szczęśliwym był minister...
Ta niemiecka elegancya, którą tak serdecznie witać musiano, nie szła pewnie w smak Potockiemu, bo pod nią domyślał się i czuł lekkości obyczaju, lekceważenia wiary — mnóztwa nowostek niebezpiecznych, — lecz zdawało mu się, że droga, którą szedł, prowadzi go do nowych zaszczytów, a może nawet do tronu, który już zdala świtał w głowie magnata... Dla czegóżby po Sobieskim, Wiśniowieckim, Leszczyńskim nie miał zapanować Potocki, który od nich czuł się możniejszym?
Łącznikiem dwóch biegunów, jakie stanowiły kontusz wojewody i aksamitny złotem szyty frak Brühla — był marszałek nadworny Mniszech, obu pokrewny — oba rozumiejący — może w duszy równie na oba poglądający obojętnie. On pośredniczył między niemi...
Przyjazd zdawał się tak obrachowany, aby zbytnią nie trudzili się goście rozmową, gdyż natychmiast prawie otworzyły się podwoje i stół uginający się pod ciężarem sreber ukazał...
Ministrowi podała rękę wojewodzina... Miejsca tak były rozporządzone, iż staroście warszawskiemu umyślnie dano krzesło przy wojewodziance, która siadła obok jak trup blada, jak liść drżąca. Naprzeciw niéj Godziemba z dala nad służbą straż pełniący... stał osłupiały... i bezprzytomny...
Gwar i wesołość urzędowa napełniały salę jadalną, ta wesołość konieczna, którą każdy gość przyzwoity z sobą przynosi i gospodarz musi ją mieć na jego przyjęcie. Uśmiechały się wszystkie twarze, oprócz bladego lica wojewodzianki, która nie wiedziała gdzie była i co się z nią działo... Gwar ten szumiał w jéj uszach niezrozumiały, jak fale morza, które ją pochłonąć miały. Drżącemi rączkami rozkładała i składała serwetę, w oczach się ćmiło, śmiertelny jakiś strach ją ogarniał. Czuła, że na nią musiały być zwrócone wejrzenia i pragnęłaby się była ukryć od nich w głąb ziemi. Starosta siedzący obok, daleko więcéj obyty ze światem, wystygły i chłodniejszy, nie mógł nie dostrzedz téj trwogi... Był przygotowany na wszystko — rozumiał położenie ofiary, miał litość nad nią. Dla tego może dając jéj czas ochłonąć i przyjść do siebie, nie odzywał się.
Wojewodzina, któréj oczy córkę groźnie śledziły, widziała także jéj bladość, domyślała się bojaźni, i gniew ją porywał na samo przypuszczenie, iż panna Marya mogła osłabnąć, a mdłości jéj wywołać wrażenie i pomstę ojcowską. Na nieszczęścię wzrok mający zelektryzować córkę i przywieść ją do opamiętania, napróżno rzucała na nią, nie mogąc spotkać jéj spojrzenia. Tak upłynęła pierwsza chwila, a w głośnéj rozmowie dopytywano o zdrowie Najjaśniejszego Pana i o posłuchy z pola wojny.
Pannie Maryi udało się jakoś założyć serwetę, spróbowała zupy skosztować, ale łyżka się z ręką trzęsła... i musiała ją położyć. Twarz jéj smutna zawsze, choć piękna i rysów regularnych, pod wrażeniem niewypowiadzianéj trwogi przybrała wyraz nienaturalny, niemal dziki. Matka nawet czuła, że tak się przedstawiając podobać nie może. Lecz układy były prawie zawarte, umowa skończona, i nie szło już o to wcale, jak przyszli małżonkowie żyć mieli z sobą. To należało do nich tylko. Brühl był młodzieńcem dobrego wychowania, a panna nałamana do biernego posłuszeństwa bez granic...
O wzajemnéj miłości nikt nie pomyślał, a wedle teoryi krystynopolskiéj i staro-szlacheckiéj, dwoje ludzi młodych, gdy małżeństwo z innych względów było dla nich obrachowane, — musieli się przywiązać i kochać jak Sakrament przykazał. Dwóch więźniów zamkniętych w jednym lochu na wieki, wszak musi nawyknąć do siebie i wzajem starać się ulżyć losowi?
Jakkolwiek młody, Brühl skutkiem wychowania i wrodzonych mu usposobień, już w téj życia epoce był raczéj widzem tego wśród czego się obracał, niżeli czynnym aktorem. Roli swéj nie brał do serca, odegrywał ją zręcznie, nie obchodziła go wielce... Ta Marya Potocka nieszczęśliwa, drżąca, przywodziła mu na myśl niezapomnianą cześnikównę koronną, która mu się niegdyś uśmiechnęła dziecinnemi oczkami...
— Czemu na miejsce téj Maryi Potockiéj, los mi tamtéj nie wydzielił? mówił sobie...
Wśród tych myśli, spojrzał na ojca. Stary Brühl dawał mu oczyma znaki, aby się starał zbliżyć do panny... Nie było w istocie czasu do stracenia, mówiono już o terminie zaręczyn... a za kilka miesięcy po nich miano naznaczyć ślub. W tamtych czasach wyprawy panien były przez troskliwe matki robione powoli, i gdy chwila wydania przychodziła, wszystko stało w gotowości, oprócz kilku sukien modnych, na które długo czekać nie było potrzeba...
Pan Alojzy myślał od czego rozpocząć rozmowę z nieznajomą... a choć mu nie zbywało na łatwości słowa... początek dosyć był trudny. Po chwilce jednak nowy wzrok ojca zmusił go do przyśpieszenia zagajenia...
— Panna wojewodzianka nigdy nie była w Warszawie? zapytał... Przestraszona tym głosem, który nie miał w sobie nic groźnego, ale i owszem miękki był i łagodny, panna Marya nie zrozumiała o co była pytana — zadrżała, zmieszała się i oczy bojaźliwie podniosła na mówiącego, który powtórzył zwolna te same słowa...
— Ja?... ja... a! nie byłam nigdy! odpowiedziała.
Mogła odpowiedzieć, że nie była nigdzie więcéj oprócz Krystynopola, bo pamięć jéj nie sięgała czasów, gdy się tu rodzice przenieśli.
— Warszawa, ciągnął daléj starosta byle coś powiedzieć — bardzo się ożywiła od czasu, jak Najjaśniejszy Pan przeniósł się z Drezna. Mamy nawet operę, śpiewaków...
Wspomnienie o operze chwyciwszy jak deskę zbawienia, Brühl co prędzéj dodał: — Czy pani lubi muzykę?
W istocie panna Marya lubiła ją bardzo, ale oprócz kilku starych menuetów i kurantów na forepianiku — nic jéj nigdy nie uczono. Wojewodzina lękała się wpływu rozmarzającego muzyki, i wydoskonalenie w téj sztuce zostawiano tym, co z niéj żyli. Wojewodzianka przyznała się, że lubi bardzo muzykę — inaczéj nie wypadało. Zająknęła się tylko razy parę...
Brühl, który był wirtuozem na kilku instrumentach, oświadczył także, iż ma wielką słabość do niéj...
Daléj z tych dwóch wyznań okazało się niepodobieństwem wysnuć coś więcej. Nastąpiło milczenie. Jednakże głos tego groźnego obcego pana, uspokoił nieco pannę Maryę. Wrzawa coraz głośniejsza u stołu, brzęk kielichów, szczęk talerzy dozwalałyby jak najpoufalszą prowadzić rozmowę, gdyby Brühl miał do niéj ochotę a panna Marya odwagę...
Przed nią, naprzeciw jak posąg nieruchomy i blady stał Godziemba. Ile razy powiodła oczyma po sali, spotykała jego wzrok, a w nim niemal skamieniałą rozpacz. Starosta znowu gubił się w wynajdowaniu przedmiotu i trącił o podróż odbytą... zaczął chwalić kraj piękny i żyzny...
Wojewodzianka zmuszona coś odpowiadać, potakiwała machinalnie... Parę razy niby się uśmiechnęła, bo matka patrzała na nią. Brühl jednak był pewien, iż go nie słyszała i nie zrozumiała...
Zmęczyły go w końcu te preludya do niczego nie prowadzące. Młodzieńcza fantazya, choć w zimnym już zagrała — litość nad sobą uczuł i nad wojewodzianką...
Postanowił być śmielszym; nie było obawy, aby ich kto podsłuchał.
Schylił się nieco i żartobliwym tonem odezwał się po cichu:
— Wszystkie twarze u tego stołu się uśmiechają, wesołość jest powszechna... pani tylko smutna — a ja zafrasowany tém, że jéj rozerwać nie umiem...
W istocie położenie moje — i pani nie jest... przyjemne...
Niezmiernie zdziwiona tą nagłą zmianą, panna Marya podniosła ciekawe oczy; starosta raz puściwszy się, mówił daléj:
— Zapewne pani wie — o projektach rodziców?
Z początku wojewodzianka uszom wierzyć nie chciała — ta otwartość przeraziła ją i ucieszyła razem, było w niéj nareszcie coś szczerego, coś ludzkiego. Lecz rzucone pytanie, rozwiązać dla niéj było trudno. O projekcie urzędownie uwiadomiona nie była, przyznając się do tego, że Dumont jéj o nim mówiła — zdradzałaby Francuzkę...
Naiwna jak dziecię — lecz nieco ośmielona już — odezwała się cicho:
— A! ja — ja o niczém nie wiem.
— To się panna wojewodzianka przynajmniéj domyśla? dodał Brühl.
Na to nie było odpowiedzi; ciągnął więc daléj:
— Rozumiem, że tak narzucony pani... przyszły życia towarzysz, raczéj nienawiść musi obudzać, niż przyjaźń!
Panna Marya coraz się czuła swobodniejszą, i choć nieśmiało jeszcze szepnęła:
— Wszak to się do obu stron stosuje zarówno.
— Niestety! temu zaprzeczyć niepodobna — mówił starosta — jednakże rola mężczyzny jest przykrzejsza.
Chwilkę zamilkł, bo się służący zbliżył z półmiskiem...
— Pani mi daruje — począł znowu — że jestem zmuszony tak samo być posłusznym woli ojca, jak pani swoich rodziców rozkazom... Cóżby to pomogło, gdybyśmy się zbuntowali? Jutro przyszedłby ktoś drugi, mniéj względny odemnie, i ofiara spełnićby się musiała...
Wojewodzianka słuchała z wielką uwagą; Brühl czuł się coraz śmielszy i natchniony.
— Oboje — mówił — powinniśmy przyjąć los nam zgotowany tak, jak się — znosi burzę, deszcz, słotę spiekotę... Wola rodziców jest taką nieprzemożoną siłą w naszym świecie... Lecz — tu głos zniżył — mogę zapewnić panią, że osłodzić jéj los będę się czuł w obowiązku...
Panna Marya zarumieniła się mocno: nigdy podobnéj rozmowy nie prowadziła z nikim w życiu, nie wyobrażała sobie nawet, aby się tak otwarcie mówić godziło. Ma to jednak do siebie ton dany silnym głosem, że porusza struny pokrewne — najtrwożliwszy umysł czuje się podniesionym i ośmielonym. Bojaźliwa wojewodzianka widziała się niemal zmuszaną być równie szczerą... Pomyślała trochę i poczęła głosem przerywanym:
— Hrabia mi darujesz... ja tak pięknie mówić nie umiem... jam w życiu mówiła mało! tak mało! a swemi słowy swoich myśli... prawie nigdy.
Czuję, żeś mnie pan chciał ośmielić, pocieszyć, że wdzięczna mu jestem za to...
— Spodziewam się, że lepiéj mnie poznając przekonasz się pani, iż tyranem dla nikogobym być nie potrafił... Nie chcę się chwalić — ale wierz mi panno wojewodzianko, jestem dobry człowiek...
Mimowolnie panna Marya się uśmiechnęła.
— A ja jestem bardzo prostą — bardzo ograniczoną dziewczynką — rzekła... Lubię bardzo ciszę i spokój... wolałabym klasztor...
Ostatnie słowa ze spuszczoną głową szepnęła ledwie dosłyszanym głosem. Brühl się uśmiechnął.
Wszystkie panny, którym się ich narzeczony nie miał szczęścia podobać — rzekł — wolą klasztor... Lecz pani do klasztoru iść nie pozwolą.
— A! tak jest! westchnęła panna Marya...
— Ja jestem téż — mówił Brühl wychylając wina kieliszek — muszę się i z tém pochwalić — człowiek otwarty i szczery... Zaręczam pani, że będziesz u siebie swobodna, i choćby maleńki klasztorek będziesz sobie mogła założyć w Młocinach a pewno nie przeszkodzę.
Nawzajem w życiu jak najmniéj sobie będziemy zawadzali — wszak prawda??....
Wszystko to tak jakoś dziwnie brzmiało w uszach panny Maryi, że już tylko łagodném odpowiedziała wejrzeniem... Brühl w duchu z siebie był rad...
W główce wojewodzianki, religijne pojęcia o świętości Sakramentu, o nierozerwanych węzłach, mieszały się z tém co czytała we francuzkich romansach... Brühl jéj przypominał jakby z książki bohatera... spojrzenie na matkę — cały rygor związku, w którym spodziewała się niewoli. Nie mogła zrozumieć tych sprzeczności — ani gdzie była prawda... Pomieszana nie wiedziała co mówić...
Na zapytanie narzeczonego, odpowiedziała tylko głowy skinieniem, jakby mu chciała dziękować.
Rozmowa dwojga młodych, jakkolwiek jéj nikt słyszał — zwracała oczy... Brühl stary był pewien syna i cieszył się. Wojewodzina która każdy ruch córki śledziła z trwogą, była także dosyć jéj znalezieniem się... zadowolona.
Inni goście, zwłaszcza ci, co znali do zbytku surowe wychowanie panien, zdziwieni patrzali na zbliżenie się posłuszne dwojga tych istot wczoraj jeszcze sobie nieznanych a wkrótce mających zamienić pierścienie zaręczyn...
W tém rumor się zrobił wielki, wojewoda wstał aby wypić zdrowie ministra i ex promptu, wypalił mówkę wedle starych formuł o zaszczycie, jaki dom jego spotykał... Hucznie przyjęto toast... Brühl dziękował rozpromieniony z tą twarzą cukrową, miłą, wyelegantowaną zawsze jak on cały... Wojewodzina nawet małym kieliszeczkiem piła zdrowie jego Ekscelencyi... A że przed nim już sporo się spełniło lampeczek, nalewanych ciągle, do których spełniania, marszałek i wice-marszałek chodząc do koła stołu zachęcali, — humory się podniosły... Nastąpił toast nieobecnéj hrabiny Brühlowéj i całego domu, za który i pan starosta dziękował, potém minister wniósł zdrowie obojga województwa i konsolacyi będąc już wdrożonym w polskie zwyczaje. Pomniejsze zatém już ciszéj i prawidłowo potoczyły jedne po drugich, a nie pokrzywdzono nikogo...
Naostatek ruszył się wojewoda, Brühl podał rękę pani domu i całe towarzystwo przeniosło się do bawialnéj sali. Starosta się czuł obowiązanym prowadzić pannę Maryę, która szła blada jak ofiara, choć z mniejszą już może trwogą... Po ukłonach i podziękowaniach sama wojewodzina starała się tak ułożyć — aby młody Brühl mógł swobodnie zbliżyć i zalecić pannie Maryi...
Towarzystwo ożywione skupiło się w gruppy rozmaite; pan Alojzy nie potrzebował teraz ani wejrzenia, ani instrukcyi ojca, aby zrozumieć swe obowiązki. Stanął naprzód nieco z dala od wojewodzianki, znalazł potém pozór zbliżenia się ku niéj, a wojewodzina nieco się usunęła, aby im więcéj zostawić swobody, i rozmowa poczęta u stołu, daléj się już ciągnąć mogła bez przeszkody.
Od czasu gdy ją wiwaty przerwały, do téj chwili panna Marya mogła zważyć każde słowo i zastanowić się nad jego znaczeniem... Brühl ze swą galanteryą, śmiałością i grzeczną żartobliwością zawsze ją jakimś strachem napełniał — instynkt dawał jéj czuć w nim człowieka zimnego i obojętnego, ale zarazem... czuła w nim téż powolność i dobroć wystygłéj istoty, którą wszystko mało obchodzi. Wiało od niego łagodnym sceptycyzmem, któremu imienia nadać nie umiejąc, wojewodzianka pierwszy raz w życiu z nim się zapoznawała... Był on daleko mniéj straszny od tyranii, pod jaką lata jéj dzieciństwa spłynęły... lecz nie obudzał sympatyi...
Trwoga ustąpiła — w sercu jednak nie mogło się obudzić nic więcéj, nad trochę jakiegoś spokoju.
Brühl... widział w tém dziecku bojaźliwém, które mu przeznaczano — coś obudzającego miłosierdzie, politowanie — nic więcéj... Nawykł był trochę do tych pań dworu, których najświetniejszym prototypem była własna jego matka, umysłem sięgających najdalszych sfer, ciekawych wiedzy, chciwych życia, rozumiejących wszystkie namiętności, dogadzających wszelkim fantazyom... Wojewodzianka nie mogła mu się podobać, nie podobała... Szukał w niéj jednego tylko z pewnę obawą — dumnego i energicznego charakteru w spadku wziętego po rodzicach — obawiał się wiecznéj walki... Reszta była mu prawie obojętna. W oczach, w mowie panny Maryi nie znalazł tego uporu i złośliwości, któreby go mogły drażnić, i to go zaspakajało... W małżeństwie pan starosta ani mógł, ani chciał szukać nic więcéj nad to, co taki związek dla interesów politycznych mógł przynieść — znośnego pożycia na wzajemnych ugruntowanego ustępstwach..
Zaczęta przy stole rozmowa dozwalała mu wnosić, wedle jego dyagnozy, że panna Marya zahukana przez matkę, trzymana surowo, wcale jeszcze nierozwiniętą była zagadką.
— Jest to stawka na ślepą kartę — rzekł w duchu, — los ciągnie, ja trzymam, bądź co bądź, ojciec wygra Potockich przymierze... a ja?? ciekawą istotę do obserwacyi...
Uśmiechnął się smutnie do siebie. Musiał się znowu przysiąść potém do panny wojewodzianki i zabawiać ją rozmową, wśród któréj Mniszech przyszedł go ostrzedz, iż pani wojewodzina, która słyszała, iż ma być trzpiotem, przypisywała jego powagę przybraną temu, że ją przed Brühlem za kapryśną i chimeryczkę ogłoszono.
— Na miłość Boga, roztrzpiotaj się i swywol... i to co prędzéj! szepnął szwagier — inaczéj stracisz łaski...
Starosta był posłuszny, bawiła go może ta komedya, którą odegrywał...
W ciągu kilku godzin, troskliwy kuzynek parę razy dał mu pożyteczne wskazówki, gdyż brwi wojewodziny to się marszczyły... to wypogadzały... a od niéj zależało wszystko...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.