Starosta warszawski/Tom I/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
Prolog.


I.


Piękny był wieczór jesienny, chociaż ludzie co w chmurach, niebiosach, powietrzu, głosach ptasich, znakach rozmaitych, pospolitemu oku obojętnych czytać umieli — kręcąc głowami nic zeń nie wróżyli dobrego.
Pan podkomorzy Laskowski, który się w Haura wczytywał i z innemi księgami uczonemi miewał do czynienia, znaki na niebiesiech obserwować i one aplikować umiał do spraw gospodarskich — z tego zbytniego ciepła, dnia pierwszego września, z zarumienionych obłoków, kierunku wiatru i różnych innych sygnałów, prędką aury zmianę prorokował, — zimę bodaj rychłą i nie daj Boże srogą a przeciągniętą.
Tuż przy bramie Krakowskiéj naprzeciw zamku, gdzie wówczas (a było to roku Pańskiego 1750) niejaki Peszel winiarnię trzymał — dla ciepłego tego wieczora, kilku ichmościów, między którymi i pan Laskowski się znajdował, kazało chłopcu ławę wynieść ze stolikiem, w ulicę przed dom — i używając tu świeższego powietrza gawędką się zabawiali...
Z Laskowskim, który tu rej wodził, ba i wszędzie gdzie się okazał, bo był człek wymowny, głowacz i bywalec — zeszli się u Peszla na lampeczkę, Ocieski ubogi szlachcic z Poznańskiego, Kostrzewa i Babiński.
— Nic to mospanie dobrego nie jest, mówił rozglądając się Laskowski, — kiedy natura ze swych praw i obyczajów się wyłamuje. Wprawdzie ja tu na tym horyzoncie warszawskim tak swego nie jestem pewien, jak doma w mojéj Górce... bo tam wiem co lada obłoczek znaczy; jednakże takie ciepło pierwszego septembris... źle wróży!!
Ptactwo na południe dawno odleciało, a ono ma nos lepszy od najrozumniejszego astronoma. Nagle mości panie ścisną mrozy i zima się da we znaki!..
— E! e! rzekł popijając Ocieski... bywa różnica... Czasem wszystkie omina chybiają. Dał Bóg ciepło, cieszyć się niém, a w łasce Jego ufać, że nam za to płacić nie każe.
— A ja z panem podkomorzym trzymam, odezwał się Kostrzewa, który, prawdę rzekłszy, trzymał zawsze z tym z kim pił, i miał po części słuszność.
Babiński milczał, tylko czapki trochę uchylił, jakby chciał łysinę ostudzić i westchnął. Stało to za aprobatę.
Laskowski wciąż po niebiesiech się rozglądał, choć ich ztąd niewiele widać było, lecz uczyły go chmurki przeciągające zkąd wiatr dął, i kolor ich, co się na niebie działo.
— O tak! tak — dodał jakby sam do siebie... zimę będziemy mieli ostrą... Daj Boże, aby nieco wybujałe zboża mróz schwycił, nim śniegi na nie padną, boby to wyprzało z kretesem...
Wszyscyśmy sieli zawczasu... a tu jesień taka, że żyta szczególniéj, aż strach...
— To je spasać — odparł Ocieski — i kwita... Tyleby biedy...
— Spasać!... więcéj bydło wydepcze niż zje — dodał Kostrzewa — na to przymrozków trzeba czekać...
Babiński znowu głowę ostudził i westchnął, ale tym razem tak, że wszyscy nań spojrzeli, bo czuli, że prosił o głos...
— Ja, mości brdzieju — rzekł — ja — co się tycze mnie, mam taki system... Na Bartłomieja, mości brdzieju sieję... rola musi być zrobiona ut sic, zabronowana jak należy... ziarno czyste, pośladu na siew nie dopuszczam jak drudzy, słowem robię co mogę, a gdym spełnił moją powinność, przeżegnam rolę i czapkę zdjąwszy Panu Bogu ją polecam... Reszta do mnie nie należy... umywam ręcę...
— Waszmość jesteś jak ten, bodajże go! zapomniałem, co w procesie Trójcy Świętéj dawał plenipotencyę i adwokata nawet nie bierał.
Rozśmieli się wszyscy, gdy Kostrzewa to rzekł, a pan Laskowski kontynuował:
— Nie jestem ja téż z tych, którzy o Bogu zapominają, mówił, choć pod te czasy siła się ich namnożyło... ale znaki niebieskie Bóg nie kto inny téż pisze... tylko się ich czytać nauczyć potrzeba...
— Tandem, odezwał się Babiński, ad vocem znaków, co nam pan podkomorzy wróży w innych konjunkturach... a zwłaszcza w sprawach Rzeczypospolitéj...? Boć to i na ziemi osobliwe jakieś widzimy symptomata czasów... Więc ku złemu, czy dobremu idzie... tu sęk!
Kostrzewa ramionami ruszył.
— Ciekawość pierwszy stopień do piekła! Zimę zgadywać jeszcze jako tako się udaje, ba i tym co kalendarze piszą, ale w politycznych rzeczach... i djabeł jutra nie zgadnie.
— Ja najgorzéj wróżę, począł rozgadując się Babiński. Od czasu jakeśmy Sasów sobie na kark posadzili, coraz ku ruinie idzie Rzeczpospolita... Na prawdę, rzekłszy, już gdyśmy ich brali, nie było dobrze... a co teraz!
Machnął ręką i umilkł.
Ocieski westchnął i obejrzał się...
Laskowski rękę za pas włożywszy, choć jeszcze w niebo patrzał... już znać na ziemię myśl sprowadził, bo natychmiast głos zabrał...
— Że źle się dzieje — nie przeczę, rzekł; ażeby temu sami Sasi winni byli, nego. Uderzmy się w piersi... mądréj głowie dość na słowie...
Chrząknął Babiński... Rozmowa tak zagajona nie szła jakoś raźnie... oglądali się wszyscy, bo ulicą ten i ów przechodził, a wolno ciągnąc słyszeć rozmawiających było łatwo. Najwięcéj téż może na zamknięcie ust wpłynęło to, iż nieznajoma figura, która téż przesuwała się tędy ku zamkowi... wstrzymywała się w pochodzie i zdawała przysłuchiwać.
Był to szlachcic ze staroświecka i dziwacznie odziany... w krótkim żupaniku i kontuszu, w długich butach, w czapce z futrem, z ogromną szablą na wyszarzanych przednicznych rapciach wiszącą... z kijem w ręku, obuszkiem zakończonym. Suknie jego z niepośledniego materyału, znać długie lata w kufrach przeleżały, i więcéj od tego snu ucierpiały, niż od używania. On téż sam jakby z puzdra go wyjęto wyglądał — twarz miał żółtą, wywiędłą, zaschłą, pomarszczoną, policzki zapadłe, oczy zblakłe... a mimo zawiędnienia ruchy żywe i niecierpliwe wiele w nim fantazyi i gorącości krwi zdradzały...
Stanąwszy w pewnéj odległości od stoliczka, nie oczyma, ale uszami czegoś zdał się szukać, jakby nie dowidział. Lecz jeśli głosu czekał, zawiódł się, bo i podkomorzy i inni zamilkli, przypatrując mu się... Postawszy tedy chwilę, zwolna ku Laskowskiemu podszedł.
Podkomorzy dopiéro lepiéj się przypatrzywszy — zawołał...
— Zagłoba! jak Bóg miły...
— A no — a juściż! odparł podchodzący. Ja waści po głosie poznałem, bo pod wieczór tyle tylko widzę, że czasem drzewo od człowieka rozpoznam i Niemca od Polaka... I to nie zawsze...
Więc się sobie rzucili na szyję serdecznie bardzo.
— Cóż ty tu robisz! skarbniku!... ty, coś na domatorstwo poprzysiągł? jakżeś się ty z domu wywlókł? Czy proces masz? czy się o urząd starasz? czy ci spokój nie miły?...
— Otóż widzisz — począł skarbnik — nie zgadłeś...
Żartobliwym, dziwnym, niby szyderskim mówił głosem, tak, że wszyscy umilkli, ciekawie bardzo nastawiając ucha, bo człowieka i głos i ton zdradza... a rozum się i w dźwięku mowy wydaje... Poczuli tedy panowie Kostrzewa, Ocieski i Babiński, że znajomy podkomorzego musiał być człek nie lada, któremu ucha dać było warto.
— Ale naprzód — przerwał Laskowski, na ławie miejsce jest, panie Skarbniku, a u Peszla butelka druga zamówiona... lampeczka wakująca, czyściutka stoi, bo mnie tu znają. Mam taki zwyczaj, od dziadów jeszcze, że u mnie w domu zawsze u stołu jedném nakryciem więcéj jest niż gości, i do butelki lampek więcéj jedną niż gąb...
To mówiąc nalewał, a skarbnik się nie bronił i siadł... ale wprzódy czapki uniósł i submitował się panom braci, którzy mu téż wszyscy po imieniu i nazwisku się opowiedzieli.
— Więc, gdym nie zgadł — ciągnął Laskowski, mów co cię tu sprowadziło?...
Skarbnik z lampki trochę pociągnął, jakby tylko usta sobie chciał odwilżyć. Twarz owa pomarszczona, gdy ją podniósł, oczy zbielałe, usta wpadłe, jakimś ogniem wewnętrznym rozjaśnione, zapłonęły.
— Co — Boże miłosierny — począł — co!? mirabilia fecit Deus! na cudam tu przybył patrzeć. Albo to nie widzicie, że cuda się dzieją... i że nie ma tak błogosławionego kraju jak nasz... nad którymby opieka Wszechmogącego wyraźniejsza była!!
Wszyscy po sobie spojrzeli, a skarbnik, żartobliwie zawsze, ciągnął daléj spozierając na swych słuchaczów:
— I com rzekł, dowiodę — mówił. Jest-li na świecie kraj, któryby nierządem tak wyśmienicie stał jak nasz? w którymby próżniakom się lepiéj działo? gdzieby wina więcéj było, a przedniejszego choć winnic nie mamy? gdzieby jedwabiów więcéj schadzano choć jedwabników nie hodujemy? gdzieby złotem sypano hojniéj, choć go nie kopiemy? i — na ostatek, gdzieby dwunastoletnie chłopaki jednego dnia pełnoletność za łaską pańską uzyskać mogli??
Laskowski głową pokiwał, a Babiński obejrzał się bojaźliwie... Ruszył się nawet nieco, i gdyby nie wstyd, byłby się wyniósł może...
Nastąpiło milczenie... choć niedowidział twarzy skarbnik, poczuł i zrozumiał, że się słuchacze jego języka zlękli.
— Co to o tém gadać! bąknął Laskowski... na co?
— A o czémże? O kobietach, jak to u nas zwyczaj, pod rezon, jam za stary, o pobożnych rzeczach nie mam zwyczaju rozprawiać, bo respekt dla nich czuję — jeśli szlachcicowi de publicis nie wolno — cóż już? chyba gębę zamalować, albo ją na kłódkę zamknąć...
— Ale bo, mój skarbniku — szepnął Laskowski... słyszeliście w Saksonii o tym... o tym starym zamku na górze... Kat go wie, Koenigstein się zowie...
— To pudełko do chowania Sasów — odezwał się skarbnik...
— Tak, ale w niém i kilku naszych zakonserwowano — szepnął Babiński.
Nie zmieszał się stary i — popił.
— Ja, bo — rzekł — gdy mi język świerzbi... wytrzymać nie mogę. Djabeł nie tak straszny jak go malują, a gdyby wszystkich co się śmieją i stękają chcieli chować tam, miejscaby nie stało...
Machnął ręką i rozśmiał się.
— Jak mi Bóg miły — zabawna rzecz, mówił nie zważając na otaczających. Ichmość panowie co w mieście częściéj bywacie, z damamiście się oswoili; ja, domator... admiruję...
Wtém zwrócił się do Ocieskiego, który głowę miał nad lampką zwieszoną.
— Wszakże mnie uszy nie mylą — JMPan Ocieski?
— Tak jest — do usług.
— Jastrzębiec?
— Nie ma innych tylko tego herbu...
— Czyby z Ocieszyna? pytał uparcie skarbnik, choć odpowiedzi szły leniwo i niechętnie.
— Pisaliśmy się z Ocieszyna... cicho wymówił zagadnięty.
— A no! to któż lepiéj o cudach dzisiejszych czasów wiedzieć może nad waćpana dobrodzieja?
Stał się cud, iż graf Brühl, pierwszy minister najjaśniejszego Pana... który rodził się kędyś w Turyngii, a żył w Saksonii, nagle znalazł się polskim szlachcicem, Jastrzębczykiem i Ocieskim... tak jak Waszmość Pan! a toż nie mirabilia?
Ocieski tylko głową kiwnął.
— Gdyby nagle sowa, ptak Minerwy... dodał skarbnik, stała się z dnia na dzień jastrzębiem... naturaliściby z całego świata się zbiegli! Nie prawdaż?...
A no, to rodzina jakaś od Boga uprzywilejowana... Ten sam Brühl z Ocieszyna... ma synka. Synkowi jest lat dwanaście... jeszcze mleko ma pod nosem... Tymczasem Warszawie osieroconéj ze starosty grodowego, przez rezygnacyę wojewody ruskiego, brak głowy i dłoni. W całéj Rzeczypospolitéj nie ma człowieka na tę godność — dwunastoletniemu chłopięciu król Jegomość łaską swą dodaje lat dziesiątek... dzieciak budzi się dojrzałym, i oto go jutro będziemy widzieli wjazd uroczysty odprawującego na swą stolicę...
Alboż nie cuda? mirabilia!
I śmiać się począł...
Podkomorzy Laskowski po niebie spojrzał.
— Wiecie acaństwo co?.. Ciepło było, ale zawsze to wieczór wrześniowy, a kto ma w kościach łamanie, temu o tém zapominać nie potrzeba; wotuję więc, abyśmy się razem z butelką i lampeczkami pod sklepienie do izby zacisznéj przenieśli. Padająca rosa nigdy nie jest zdrowa...
Wszyscy wstali, jakby uradowani wnioskiem; skarbnik się rozśmiał i poszedł za ich przykładem.
— Na czyim wózku jadę, tego piosnkę śpiewam — rzekł: z lampeczką podkomorzego idę za moim winodawcą... Macie słuszność, pod dachem zawsze — zaciszniéj... a nuż co padać zacznie?
Przez okno otwarte Laskowski zawołał chłopaka, który w koszuli i fartuchu zwijał się po izbie, i kazał mu szkło zabierać. Poszli tedy processionaliter, gęsiego, dla niezbyt szerokich drzwi, jedni za drugimi, skarbnik przodem, Laskowski, Kostrzewa, Babiński, tylko się Ocieski coś ociągał...
— No, a waszmość? pytał Babiński.
— Nie bardzo mi się chce — szepnął Ocieski; to jakiś, mocidzieju, wyszczekany kawał konfederata... i już mi łatki przypinać zaczął.
— Ale chodź! Co bo znowu! fuknął Babiński, i popchnął — a to pomyśli, żeś się go zląkł!
— I to racya — rzekł Ocieski.
Poszli tedy... ale nie zatrzymali się w pierwszéj izbie, gdzie kilka osób w arcaby grało, a po kątach sączono z kuflów. Podkomorzy, który u Peszla był jak w domu, zaprowadził do bokówki, gdzie nikogo nie było. Tu chłopak stołki prędko fartuchem pościerał, stół zdmuchnął... butelkę na nim ustawił, a sam, po świecę poszedł, bo w izbie się ściemniało...
— A toż to nie cud? ozwał się daléj ciągnąc skarbnik, któremu jego myśl znać w głowie tkwiła — toż nie cud, że szlachta polska, tak się stała w ręku saskiego ministra potulną, iż ją jak wosk miękki ugniata i czyni z niéj co mu się żywnie podoba??
Ocieski w izbie śmielszy, siedział bardzo nadęty... Ledwie tych słów dokończył Zagłoba, rzucił się z impetem wielkim.
— Bóg widzi, począł wybuchając — że ja zwady nie szukam... jestem człek spokojny, ale znów nie mogę ścierpieć, by mi docinano...
Skarbnik spojrzał nań bardzo zdumiony.
— Albo co?
— Bo, że Ocieski jestem... i że Brühlowi szlachectwa i herbu nie przeczę... to mi pono za złe macie?
— Albom mówił?
— No, nie, a samo z siebie to wyszło — począł Ocieski — a gdy raz o to się potrąciło... clara facta, trzeba się tłómaczyć.
Skarbnik oczy nań zwrócił, szlachcic wstał i wziął się pod boki...
— Powiem wszystko, bo się nie sromam i nie taję tego com uczynił... Szlachcic jestem i byłem... ale nas różne vicissitudines do mizernéj substancyi przywiodły... Miałem chłopów piętnastu... a dzieci pięcioro... Jejmość i ja jużeśmy niemal kochać się bardzo obawiali, żeby błogosławieństwa bożego więcéj nie przybyło... Tandem, deus ex machina, jawi mi się jednego dnia, poszóstno, urzędnik koronny, którego nie wymienię. W bramę z karocą zajechać nie mógł, bo ta tylko dla fur z gnojem i dla bryczki była zbudowana...
We dworze popłoch, dzieci do ogrodu pouciekały, a starszy się nawet w pokrzywach poparzył, jéjmość na strych drapnęła... zostałem ja w kitlu płóciennym... przymuszony stawić czoło jaśnie wielmożnemu, ba, nie zdradzając tajemnicy — jaśnie oświeconemu...
Ten u bramy wysiadłszy, dwóm dworzanom psy podwórzowe przykazawszy trzymać w respekcie — wprost do mnie do ganku.
Byłem pewien, że albo koło mu się w drodze złamało, albo oś pękła, bo coby u mnie taki dygnitarz robił? A no — wola boża, o kowalu tylko myślałem...
Wita mnie — ja mu się submituję.
— Szanowny panie bracie, rzecze... ja tu do waszmości w pilnéj sprawie, więc się wpraszam gdzie na ustęp, abyśmy swobodnie pogadać mogli.
Myślałem tedy, ani chybi! sejmikowa sprawa; ale zkąd mu z tém do mnie, hreczkosieja i domatora?.. Idziemy tedy... Łbem się o uszak wyciął w progu, i śmiejąc się jeszcze a trąc czoło — rzekł: wysokie progi. W izbie gościnnéj, gdzie dzieci harce wyprawiały — nieład był — choć płacz... ale oświecony na to nie zważał... Siadł... Jam kitla zapiąwszy stał — co téż to będzie...
— Widzę u waszeci pana brata, skromny domek — rzekł — po staroświecku...
— Tak, panie wojewodo: — Maciek zrobił, Maciek zjadł.
— A dziatki Bóg dał?
— Pięcioro! westchnąłem...
— Chwałaż Bogu! to największa pociecha... hodują się zdrowo?
— Nienajgorzéj...
Czekam aż o sprawie zacznie, a ten wciąż kołuje... gdyby kałużę objeżdżał... Patrzę mu w oczy, dławi się, idzie mu nieraźno. Pyta o familię, spowiadam mu się z dziada i pradziada... słucha... Dowiaduje się czy nas więcéj jest, mówię mu, żem sam.
Wodził mnie tak z pół godziny, naostatek powiada:
— Dziwnie to losy ludźmi rzucają... a gdy Pan Bóg komu chce poszczęścić, osobliwszych do tego środków zażywa. Muszę waszmości powiedzieć o czém pewnie nie wiesz, że ów Jan Brühl, na Ocieszynie, podkomorzy poznański, za Kazimirza Jagiellończyka, od którego się wywodzicie, miał rodzoniuteńkiego brata, który się wyniósł do Niemiec.
Tum krzyknął: — Chowaj Boże! — a ten znak ręką dał: — „Wysłuchajcież“. Słucham tedy... Jął prawić, że grafowie Brühlowie są jego potomkami i że się chcą szlachtą polską wywodzić... Jeszcze dobrze nie rozumiałem co z tego ma być, gdy głos zniżywszy dodał: — Dziesięć tysięcy czerwonych złotych przywiózłem z sobą... Chcesz je mieć — krótka sprawa! Grafa Brühla do herbu i familii przyjmiecie...“
Dopiero mi się wyjaśniło...
Skłoniłem się oświeconemu do kolan... — Łaskawco, rzekłem, dawniéj szlachta do herbów z pozwoleniem, zasłużonych chamów przyjmowała, nic za to nie biorąc; a jabym grafowi za dziesięć tysięcy czerwonych złotych miał téj satysfakcyi odmówić? Toćbym głupi był...“
— „Masz słuszność — odparł przybyły dygnitarz... Cyrograf mi podpiszesz... worki ci oddam i rzecz skończona... A teraz daj co zjeść i czém gardło popłókać, bom jak pies głodny...“
No — kończąc historyę — dodał Ocieski, tyle powiem, żem wódki i miodu kazał przynieść, jéjmość na prędce jajecznicę zrobiła i bigos się znalazł... wioskę zaraz kupiłem, i w rok mi szóste dziecię na świat przyszło...
A mam tego za cztery litery, kto myśli, żem źle zrobił.
Dano brawo Ocieskiemu — Babiński go pocałował...
— Ja i bez czterech liter — odezwał się skarbnik — pochwaliłbym wasze postępowanie... Z szołdry zrobić szlachcica polskiego... toć to i sztuka i zasługa!... Ale czyś waszmość dał przynajmniéj na mszę na tę intencyę, żeby mu Bóg zesłał gratiam status, i żeby mu ze szlachectwem sentymenta się zlały, które nobilitati są właściwe?
— To nie moja rzecz — odparł Ocieski — niech on się o to stara!...
Wypił jednym tchem szlachcic lampeczkę i drugą sobie nalał...
— Stało się — począł skarbnik... i oto jutro dwunastoletni synalek nowo odkopanego szlachcica wjeżdża na gród warszawski...
— To się nie chwali! mruknął Ocieski... boć to drwiny albo z nas... albo z całego świata.
— A, tego asindziej nie mów, z przybraną powagą odezwał się skarbnik... Ażeby o tém sądzić, głębiéj trzeba zajrzeć w misteria pewne, i oto te gratiae status, o których tylko co wspomniałem... Wiadomo światu, że gdy małoletni pozostanie dynastą... lat mu dodają i panuje tak dobrze... jakby wąsy miał. Brühlowie tak blizko stoją tronu (tu odchrząknął znacząco), iż przywileje monarchiczne na nich spływają.
Szlachta nie odpowiadała...
— Ale co bo tam o téj materyi tak łaskotliwéj... prawić mamy! odezwał się Laskowski... ot raczéj powiedzcie panie skarbniku... co tam na prowincyi słychać? Jak się obiecują urodzaje? jakie ceny? co z Gdańska?... Czy omłotna pszenica?...
— Wszystko najwyborniéj — odparł szydersko skarbnik... raj — błogosławieństwo boże... jedz, pij i popuszczaj pasa! Bo, proszę was — wszyscy wiecie, że naszéj ziemi tylko pognoju brakło... Król JMść saski umyślnie nam wojsk nasłał cudzoziemskiego autoramentu, i tak nam pola ugnoili, że gdzie kapucyna posiał, kozak się rodzi!...
Na prowincyi wszyscy szczęśliwi tak, że im słów braknie, aby to szczęście opisać, i dla tego milczą. Z Gdańska najlepsze wieści — powiadają nawet, że dla tego, aby się ceny w porcie podniosły, oddamy go Prusakowi. To gospodarny człek... zaraz pszenica podrożeje... Cóż tedy chcecie?
Hulanka u nas taka, szlachta się roztańcowała, że chłop nosa boi się wytknąć... Słowem, mirabilia!
Wszyscy umilkli; podkomorzy Laskowski, człowiek stateczny i poważny, uczuł, że skarbnika więcéj pytać nie wypadało, bo się za daleko puszczał... Zagadano i o innych rzeczach i butelczynę trzecią dano na stół.
Babiński się jednak milczkiem wyniósł, Kostrzewa w kąt zaszył, a Ocieski nadrabiając fantazyą, podparł się łokcie na stole położywszy i wprost w oczy patrzał wyzywająco na skarbnika... Ten, Bogu ducha winien... powiek téż nie zmrużył... a Laskowski zwrócił konwersacyę na ową jesień i prognostyki przyszłéj zimy...
Ze skarbnikiem było przytrudno, bo on i mrozy umiał wykładać po swojemu, aby z obecnych spraw, ludzi i toku wypadków przedrwiwać.
Tak się to do nocy prawie przeciągnęło, aż nareszcie Ocieski posłyszawszy późną godzinę bijącą na zegarze, do odwrotu się zabrał. Zostali tylko Laskowski i Zagłoba...
Klapnął po kolanie przyjaciela, podkomorzy...
Niepoprawny waszmość jesteś, rzekł cicho... Dobrze to sobie postękać i pobiedować we cztery oczy, ale tam gdzie osób więcéj, bezpieczniéj milczeć. Uczciwić ludzie wszyscy — ale języki świerzbią, — po co sobie robić nieprzyjaciół?
— Ja bo, widzisz, cicho szepnął skarbnik — tych co mi nieprzyjaciołmi być mogą, gdyby przyjaciołmi być chcieli, gorzejbym się obawiał jeszcze. Bóg z nimi! W sumieniu spokojny... non curo verba malorum!... Prawdy się nie zaprę. Verbum nobile powinno być nie tylko stabile — ale i świętemu przekonaniu stać na świadectwo... Jak milczę — znoszę wszystko; gdy usta otworzę — kłamstwa przez nie nie przepuszczę, bobym sobie nietylko usta, ale i duszę powalał... Machnął ręką — Bóg z waszecią! I poszedł.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.