Starościna Bełzka/XXXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starościna Bełzka
Data wydania 1879
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXXIII.

Spoczniéjmy tu na chwilę i podziwujmy się obrazowi, jaki w tych szczątkach zbutwiałych i w ręku rozsypujących się listów, przeszłość nam sama przedstawia. Gdyby ze swobodą powieściopisarza wszystko to ktoś wymarzył, nie opierając się na autentycznych dokumentach — możeby czytelnik wymysł uważał za naciągnięty i nieprawdopodobny?
Ten pan Komorowski naprzykład zjawiający się w Krystynopolu wśród nabożeństwa, i jak upiór przerażający wojewodę i całą jego rodzinę strachem panicznym? Nie jest-li to scena powieści więcéj niż rzeczywistość! Ten poczciwy pan Horoch podkradający się z listami, ta straż i niewola Szczęsnego, sąż to sceny z romansu, że już główne i krwawe pominiemy, które nie powieściopisarza, ale poetę natchnąć mogły i stworzyły arcydzieło?
Napróżno wysilać się będzie wyobraźnia, tworząc nowe światy swoje: nie zrówna ona z naiwnemi swemi wymysły i machinami, swobodnemu kierunkowi rzeczy ludzkich, wśród których nieprzerwanie idą po sobie dramat, komedya, a ludzie grają w nieskończonéj i niewyczerpanéj rozmaitości.
Najniedbaléj skreślony list przenosi nas żywo w przeszłość, żywiéj zawsze niż najumiejętniéj skreślony potrafiłby obrazek; wszyscy nie chcąc stają się artystami, nawet ci, co się nigdy nie poczuli nimi, gdy wiernie kreślą co widzieli i uczuli.
Jedno słowo starczy często na odmalowanie wizerunku człowieka, a w listach, któreśmy już przywiedli, nie widzimyż obrazu Krystynopola, tak misternie uchwyconego i odtworzonego, jakby go umiejętna kreśliła ręka? Można-li tu co dodać? godzi się domyślać więcéj? — Nie sądzę.
Sama wojewodzina, słońce nad zachodem, około któréj kaprysów i dziwactw wszystko się obraca w obawie jéj chimer i gniewu; obok niéj milczący, zgryziony, chory, z opuchłemi nogami wojewoda, na którego duszy ciężar taki, stąpający na palcach około najukochańszéj Anuleńki; daléj córki, którym przykazano milczeć, niepojmujące co się w domu dzieje, gniewne na Komorowskich i przekonane, że prześladują Potockich; daléj cały dom posłuszny i dworacki tłum klientów, Sierakowscy, Pruscy, Wyczółkowski powtarzający za panem litanię o niegodziwości (wyraz ciągle używany) Komorowskich...
Za tło tego obrazka weźmy jeszcze kraj skonfederowany, pełny scen niepokoju, rozerwany, zalany wojskami, gościńce niebezpieczne, bandy zbrojne, przebiegające prowiucye, a oczy i serca zwrócone zewsząd ku generalności...
Obraz ten, który nam nietknięte materyały całkowitym i pełnym dostarczają, nie potrzebuje kommentarza ani dodatków, tak sam przez się tchnie artystyczną prawdą i charakterem właściwym, bo w nim zostały same te tylko rysy, które zostać były powinny.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.