Starościna Bełzka/LIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starościna Bełzka
Data wydania 1879
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LIX.

W Galicyi spodziewano się w téj chwili przejazdu króla rzymskiego Józefa II, i co żyło, z ciekawością zabiegało mu drogę, gotując świetne przyjęcia, choć nigdzie się nie zatrzymując przelatywał przez te kraje. Podróż cesarska skierowana była na Radoszyce, Szczawnę, 28 lipca miał być w Lisku. Tu czekał go miedzy innymi Karol Brühl z mnóztwem innych obywateli. Jechali z cesarzem w jednéj karecie hr. Nostitz, daléj Laudon, Pellegrini (który z drogi już do Wiednia powrócił), i jak mówiono, Esterhazy. We trzech karetach za cesarzem mieścili się generałowie świty, we czwartéj kancellarya, w piątéj, szóstéj i siódméj officerowie i adjutanci, w ósméj kuchnie, których dwie naprzód zawsze wyjeżdżały i poprzedzały naj. pana. Oprócz tego sześciu konno na koniach pocztowych ze dworu i szlachty towarzyszyło, a konwój składał się z ośmiu żołnierzy równie na koniach pocztowych.
Cesarz przyjmował wszystkich z grzecznością nadzwyczajną i uprzejmością największą; w Tulczyku widząc się z ordynatem generałom ziem podolskich, Janem Zamojskim, gdy ten snadź przed nim na los kraju się użalał, miał mu odpowiedzieć: Opportunum erat hoc pati, propter feliciorem Reipublicae eventum. Słowa te jego różnie sobie tłómacząc, powtarzano po kraju. W Lisku, gdzie jak wszędzie po drodze, w zamku stać nie chciał, zawsze zajezdne dla siebie zajmując domy, aby być swobodniejszym, jadł i spał także w oberży. Generałowie świty w zamku mieli kwaterę. Przyjmował tu damy, kasztelanową sanocką, (Malicką?) i p. Chojniecką, dla których tłómaczem był dawniéj cesarzowi znany Karol Brühl. Ten się ofiarował naj. panu w dalszéj towarzyszyć podróży, ale cesarz nie przyjął usługi. Z Liska na Sanok, gdzie Mniszech zjechał dla widzenia się z cesarzem, i Brzozów, posunął się daléj do Nozdrzca i Dynowa na noc.
D. 29 na Dubiecko, Próchnik, do Jarosławia na nocleg przybył, trzydziestego nocował w Jaworowie, a na 31 przyjechał do Lwowa.
Szóstego sierpnia stanął Józef II w Stanisławowie, rezydencyi kasztelanowéj kamińskiéj, która na niego oczekiwała z przyjęciom. Pamiętnik Anonima wspominając o tych odwiedzinach, które w imieniu matki oddawał cesarz kasztelanowéj, pisze, że Kossakowska wcześnie z Wiednia mając o nich wiadomość, godnie tak wysokiego gościa przyjąć starała się. W pałacu więc wyporządzono dla cesarza appartament najwspanialszy w pawilonie, gdzie była jedna sala cała obiciem ze słomy sztucznie i kunsztownie wyklejonéj na cienkiém płótnie ubrana, gabinet obok z równym smakiem i sztuką, wysadzany drzewem wszelkiego rodzaju, jakie tylko u nas rośnie, w różne piękne desenie, nareszcie pokój sypialny staropolskiemi ze skarbca Potockich dobytemi tureckiemi, jedwabiem przetykanemi makatami i dywanami złotem i srebrem haftowanemi przyozdobiony.
Jak w Lisku jednak, tak i tu cesarz kwatery w zamku mieć nie chciał, około bramy Tyśmienicką zwanéj zobaczył stary zajezdny dom żydowski z odartym dachem, i może dla tego, że był najniepozorniejszy, przez wrodzoną żyłkę do oryginalności, w nim sobie obrał mieszkanie. Odjeżdżając potém ze Stanisławowa dał gospodarzowi 2000 złotych reńskich na reparacyę gospody, a kasztelanowa idąc za jego przykładem, darowała Żydowi materyał na nową budowę. Żyd naturalnie pobudował się jak najporządniéj, a na froncie położył napis świadczący o bytności cesarza Józefa II.
Anegdotę tę przywodzi Anonim; współczesne jednak korrespondecye nie trzy dni, jak on utrzymuje, ale nad godzin kilkanaście w Stanisławowie pobytu cesarskiego nie przedłużają. Przybył tu 6 sierpnia o godzinie 4 z południa i zaraz usiadł do stołu, o piątéj godzinie obszedł i obejrzał fortecę, a późniéj udał się do gospodyni, u któréj zabawił trzy godziny na rozmowie. Nie przyjąwszy mieszkania w pałacu, przenocował w karczmie przy Tyśmienickiéj bramie i siódmego udał się w dalszą podróż do Śniatynia.
We Lwowie z uśmiechem odpowiedział witającéj go deputacyi mieszczan, którzy już homagium składać byli gotowi.
— Mości panowie, poczekajcie, nie wiecie jeszcze czyi jesteście.
Późniéj nieco cesarz Józef był i w Krakowie, gdzie na niego biskup Sołtyk oczekiwał. Ta bytność choć biskup miał szczęście witać najj. pana w katedralnym kościele i oprowadzać go po nim, choć potém otrzymał półgodzinną sam na sam audyencyę, przykre jakieś wrażenie zostawiła w umyśle Sołtyka.
Zawczasu już nieprzyjaźni wnosili, że go cesarz wcale przyjąć nie zechce, nie tak się jednak stało; niewiadomo jaka była rozmowa, ale po tém widzeniu się z Józefem IIgim, Sołtyk nagle i dziwnie się odmienił, tryb życia inaczéj urządził, zachorzał, zamknął się w domu niedostępnie, fabryki rozpoczęte porzucił i tak się stał niewidzialnym jak wprzódy był gościnnym. Nawet z siostrą rodzoną, która była zakonnicą w Jarosławiu, gdy do niego przyjechała, widzieć się nie chciał. Ks. Olechowski tylko i Waligórski mieli przystęp do niego... Głęboki smutek i zwątpienie go opanowały.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.