Stare obrazki/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Stare obrazki
Wydawca S. Lewental
Data wydania 1888
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ELIZA ORZESZKOWA.


STARE OBRAZKI.
ASYLUM.LEGENDA.




Warszawa.
WŁASNOŚĆ, NAKŁAD I DRUK S.  LEWENTALA.
Nowy-Świat Nr. 41.
1888.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 22 АпрѢля 1888 г.





TURIA.
MŁODÉJ POMOCNICY I PRZYJACIÓŁCE MOJÉJ,
z którą wspólnie uczę się czytać o dawno ubiegłych wiekach,
MARYI SIEMASZKÓWNIE
obrazek ten poświęcam
AUTORKA.
W piérwszéj połowie panowania Oktawiana Augusta nie było pewno w Rzymie człowieka szczęśliwszego nad Lukrecyusza Wespiliona, uczonego pomocnika panującego władzcy, w trudném i kosztowném dziele budowania dróg publicznych. W kwiecie i sile wieku, bo trzydziestu kilku lat życia dosiągłszy, miał on już za sobą wiele niebezpieczeństw szczęśliwie przebytych, a przed sobą szeroko otwartą drogę do najwyższych w państwie zaszczytów i zasług. Wysoka godność pretora Rzymu, którą piastował był przez czas przepisany prawem, umieściła go w rzędzie senatorów i pozwalała mu oczekiwać najwyższego po cesarskiém dostojeństwa konsulatu. Niezbyt wielki majątek swój i swéj żony, składający się z pastwisk w Sycylii, z winnic w Latium, z kilku fabryk garncarskich i tkackich i z pięknego domu w stolicy, utrzymywał on rządnością swą w stanie kwitnącym, a dochody które zeń czerpał, zwiększały się znacznie setkami tysięcy sestercyi, otrzymywanemi za pełnione przez się urzędy. I nie otrzymywał ich darmo. Na krześle kurulném, w głębokiéj nawie bazyliki stojącem, żaden pretor nie zasiadał gorliwiéj od niego i sprawiedliwszych nie głosił wyroków; żadna téż z robót publicznych szybciéj i lepiéj wykonywaną nie była, jak pod przewodnictwem i dozorem jego budująca się teraz droga Flamińska. Oktawian całkiem zdawał się zapominać, że po nagłéj śmierci poprzednika i wuja jego Juliusza Cezara, młodziutki wtedy Wespilion stanął był w szeregach Brutusa i, walcząc przeciw pretendentowi do władzy cesarskiéj, w bitwie pod Filipami ciężką poniósł ranę. O téj jednomyślności z Brutusem a nieprzyjaźni względem Cezarów, jako téż o ciężkiém paroletniém wygnaniu, na jakie sam go był skazał, Oktawian całkiem zdawał się zapominać i dawnego wroga swego uczynił poufałym doradzcą swym i czynnym współpracownikiem. Wprawdzie, nikt prawdziwych zgłosek uczucia przeczytać nie mógł w sercu tego, który w przedchwili zgonu, nazwać miał życie swoje dobrze odegraną komedyą. Co pewna, to, że w dziele okrywania świeżych gruzów rzeczypospolitéj blaskiem i potęgą jedynowładztwa, jak téż w chwalebnych zamiarach doskonalenia dobrobytu i administracyi państwa, potrzebował on pomocników rozumnych i dzielnych, a z rozumu i dzielności ich mądrze korzystać umiał, jakiemikolwiek były osobiste jego dla nich uczucia. Jednym z takich był Wespilion. W dodatku szczęśliwy człowiek ten był mężem Turyi, kobiety pięknéj, a o któréj w Rzymie bardzo mało mówiono, i ojcem młodziutkiéj Wespilii, któréj wdzięki i talenta słynnemi już być zaczynały. W porze téj Rzymianie dzielili jeszcze zdanie Greków, że gdy o kobiecie młodéj i pięknéj świat milczy, mąż jéj pewno w sercu swém śpiewa jéj pochwały. Ale jeżeli młodziutka dziewczyna słynąć zaczyna z wdzięków i talentów, rodzice jéj śliczne rzeczy roją dla jéj przyszłości. Spokojna wesołość panowała zawsze w domu Wespiliona. Nie bywało w nim nigdy uczt hucznych, długo w noc przeciąganych, osypywanych różami i oblewanych strumieniami ognistych win greckich, — bo znieść by ich nie mogła pani domu, a pan domu czasu na nie nie miał. Ale często bardzo w triclinium z ładnie malowanemi ścianami, na łożach których purpurowe lub śnieżne okrycia były wyrobami rąk Turyi, Wespilii i domowych ich pomocnic, zasiadało do wykwintnego, lecz miernie obfitego posiłku grono przyjaciół, których liczba nie przechodziła nigdy liczby muz. Nad małém zgromadzeniem tém unosił się téż wtedy wdzięczny i wzniosły duch Helikońskich dziewic; słychać tam było męzki acz melodyjny rytm greckich epopei, kwieciste wiersze Wirgiliuszowych sielanek, a pomiędzy uczone wywody Lukrecyuszowe mieszała się od czasu do czasu lekka i wesoła strofa żyjącego jeszcze Owidyusza lub starego greckiego Anakreona. Z dźwiękami wierszy łączyły się dźwięki muzyki; Turia pięknie grała na cytrze, a młodziutka Wespilia rychło matkę w sztuce téj prześcigać zaczęła. Potem w Perystylium zdobném w marmurowe kolumny i grupy zieleni rosnącéj w wazach etruskiego kształtu, toczyły się jeszcze przez czas jakiś poważne rozprawy kilku mężów o sprawach państwa, nauki lub sztuki, a mieszał się téż w nie nierzadko z uszanowaniem słuchany głos Turyi. Potém jeszcze, dom dostojnika rzymskiego cichym stawał się i spokojnym; w najparadniejszéj i najlepiéj zamkniętéj sali tablinum zwanéj, słychać było głos Wespiliona, dyktującego sprawozdania i rozporządzenia uczonemu wyzwoleńcowi, którego trzcinka z szelestem posuwała się po pergaminie, albo styl, z lekkiém skrzypieniem rznął znaki na woskiem oblepianych tabliczkach. W Atrium, przy ogniu palącym się na domowym ołtarzu, nad impluvium, zbiornikiem wody, świecącym jak srebrna szyba pośród owijających brzegi jego bluszczów, furczały wrzeciona i zcicha dzwoniły pogadanki i śmiechy kobiet. Czasem zamiast pogadanek i śmiechów, z furczeniem wrzecion łączyła się łagodna i płynna mowa Turyi, która córce i ulubionym domownicom opowiadała rozdziały z księgi Tytusa Liwiusza, dziejopisa wolnych i wielkich czasów Rzymu. Wtedy duch bohaterstwa, duch potężnych uczuć i czynów, unosił się nad ogniskiem domowem, drobna dłoń młodziutkiéj Wespilii, trzymająca białe wrzeciono, nieruchomo zawisała w powietrzu, a w oczach jéj, w czarnych jéj oczach, zupełnie do ojcowskich podobnych, rozpalały się te święte ognie czci i rozrzewnienia, w których rodzą się i rosną cnoty wszystkie.... Wtedy téż Wespilion uchylał kwiecistą zasłonę, dzielącą tablinum od atrium, długo niepostrzeżony, o białą kolumnę wsparty, przysłuchywał się mowie Turyi, patrzał na rozmodloną do wielkiéj przeszłości twarz córki, aż zbliżał się zcicha i obie te drogie głowy ramionami ogarniając, przyciskał je do piersi w milczeniu, z wyrazem niewysłowionego szczęścia na twarzy, pracą i myśleniem nieco zmęczonéj. I gdy w pustém już atrium czuwające nocą pacholęta służebne przykładały z kolei drewek do ognia, palącego się na domowym ołtarzu i który nigdy nie powinien był gasnąć, w głębi domu długo jeszcze słychać było szepty i pocałunki; czasem rozlegała się tam i aż do wpółciemnego atrium wlatywała perłowa gama dziewczęcego śmiechu, czasem głos męzki toczył z głosem niewieścim poważną, poufną naradę. Śród nocy Turia wstawała często i białą szeroką pallą owinięta, z lampką w dłoni szła do sypialni córki, aby popatrzéć na spokój jéj snu, lub go przywrócić, jeśli-by przerwanym był przez przykre albo złowrogie marzenia. Jeżeli nie wracała długo, z cubiculum czyli sypialni małżonków odzywało się naglące wołanie: „Turio! Turio!“ Nieobecność żony Wespilion wtedy tylko mógł znosić, gdy pracował, lub gdy go jakiekolwiek obowiązki zajęć i stanu jego zdala od niéj trzymały.

Szczęśliwi jeżeli losu swego są godni, lubią siać szczęście dokoła. W domu tym niewolnicy nawet mieli pogodne twarze i żywość ruchów, znamionujących sytość ciała i wesele ducha, a nie było ich wielu, gdyż często bardzo Wespilion i Turia całe gromady ich obdarowywali wolnością. Wyzwoleni imali się handlu, rzemiosł i innych profesyi różnych, do jakich usposobił ich pobyt w domu dawnego pana, który „patronem“ ich pozostawał i nie jak niewolnicy już, lecz jeszcze jako „klienci“ służyli mu wiernie i ochotnie, czy to powiększając sobą orszak, lektykę jego na ulicach miasta otaczający, czy dając mu rzęsiste oklaski, gdy przemawiał w senacie, lub wstępował na „rostrę“ mównicę publiczną, wznoszącą się pośród Forum, czy, broniąc imienia jego i sławy od wszelkiéj skazy, którą uszkodzić-by je chciała zła wola i zawiść.
Jednak w dniu pewnym u wejścia do szczęśliwego i spokojnego domu tego, tłoczył się tłum, gwarzący zcicha wprawdzie, lecz niespokojnie, ciekawie i smutnie. Dom znajdował się przy jednéj z głównych ulic Rzymu, zwanéj ulicą Świętą. Nietylko przecież ulica ta lecz i miasto całe nie posiadało jeszcze téj świetnéj postaci, bogactwami kapiącéj i w obszerne przestrzenie zaopatrzonéj, w jaką niewiele późniéj, po wielkim Neronowskim pożarze i w skutek długiego pokoju, przyoblec się miało. Wprawdzie i wtedy już Oktawian, wspomagany przez okoliczności, towarzyszące czasowi jego, poczynał drewnianą i bezładnie zbudowaną stolicę swą przerabiać w marmurowy, rzeźbiony, pozłocony klejnot i cud świata. Ale ciasnym i nieporządnym był jeszcze Rzym, ciasno i duszno było na ulicy Świętéj. Przed domami, których ilość pewna jaśniała już bogactwem marmurowych ścian swych i rzeźbionych portyków, ciągnęły się szeregi ozdobnych arkad murowanych i z drzewa skleconych budek, z których na ulicę buchał gruby gwar kupczących tłumów i wypływała co chwila gruba krzykliwa ciżba. Tu, na słupach arkady jaśniały rozwieszone jaskrawe tkaniny i kwieciste kobierce Wschodu, tam błyszczały rzędy naczyń z zabarwianych szkieł i kryształów, z różnobarwnych marmurów, bronzu i malowanéj gliny ówdzie wiały gorzkie i gryzące zapachy pieprzu i korzeni, albo łaskotliwe i mdłe wonie perfum, tam jeszcze piramidy rumianych i złotych owoców nęciły wzrok i powonienie, a gdzieindziéj, w budce drewnianéj, ludowy balwierz błyskał ostrzem stali do koła twarzy wyprostowanego na stołku pacyenta, albo uliczny lekarz, otoczony tłumnie, warzył i mierzył lecznicze maście i płyny, albo na wysokiéj fajerce błyskał płomyk i skwierczały smażące się kiełbaski. Ze stosów, wznoszących się tuż przed nogami przechodniów, kobiety z ludu, białemi płachtami okryte, wybierały i kupowały czerwone garnki i misy; w doktorskich budkach jęczeli chorzy, którym przed oczyma publiczności opatrywano rany lub nastawiano złamane członki; na rogach ulicy, przed stojącemi tam posągami bóstw dróg rozstajnych, słychać było modlitewne zawodzenie i krzyki, a kędyś, w głębi jakiegoś podwórza, rozdzielonego z ulicą przezroczystym portykiem, brzmiały przeciągłe i donośne wołania woźnych, ogłaszających imiona, przymioty i cenę niewolników, którzy wraz ze wszelkiemi dobrami jakiegoś bankruta, na publiczną sprzedaż wystawieni, stali tam na podwyższeniu z desek, nadzy, ze znakami kredą wyrysowanemi na piersiach i rodzajem koron na głowach.
W tłoku tym i gwarze, pomiędzy rzędami arkad i budek, nad któremi wznosiły się wysokie a martwe, bo ze strony ulicy okien pozbawione ściany domów bogatych, na wązkiéj i ciżbą płynącéj przestrzeni, zatrzymywały się przed domem Wespiliona i Turyi liczne lektyki, przez barczystych Kapadoków lub czarnych Numidów przynoszone, a z których wysiadali dojrzali mężowie w fałdzistych togach, młodzi panowie w obcisłych tunikach, kobiety w „stollach” rzęsiście haftowanych i malowniczo opadających im do stóp, z pod pasów świecących kością słoniową, srebrem i złotem. Wysiadłszy z lektyk, ludzie ci, umykając coprędzéj od naciskającego ich ulicznego tłumu, przez drzwi u których stróżował „ostyaryusz,” odźwierny ubrany w barwy domu czyli liberyą, wstępowali na obszerny podwórzec wchodowy, w kolumnady i rozłożyste drzewa przystrojony i, zatrzymując się tam na chwilę, porozumiewali się z sobą spojrzeniami i cichemi, lecz śpiesznemi szepty. Z wyrazów twarzy i szeptów ich poznać można było, że w domu tym dzieje się coś niezwykłego, coś, co przybywającym doń nakazywało przyoblekać się w pozory choćby uroczystego smutku. Pomiędzy przybyłymi mężczyznami były wprawdzie twarze istotnie i szczerze zasmucone, lecz na uroczysty nastrój ducha trudno było bardzo zdobyć się wystrojonym kobietom, których ogniste i zalotne oczy ukradkiem szukały pośród męzkiego tłumu kwiecistych tunik i utrefionych głów, próźniaczych, wykwintnych młodzieńców. To téż tu i owdzie krzyżowały się z sobą spojrzenia wyzywające i wabne, lub rozległ się szybko stłumiony śmieszek. Dostojnym tym i możnym, Wespiliona i Turyi krewnym i przyjaciołom, nie wypadało jednak oddawać się pustocie, wobec patrzącego na nich, w podwórzu zgromadzonego tłumu klientów domu. Ludzie ci, w grubych, brunatnych togach i z których wielu miało grube, spracowane ręce, wyzwoleńcy ci Wespiliona, albo téż ubodzy i oddawna z domem jego węzłami patronatu i klienteli związani rycerze, napełniali sobą nietylko podwórze ale także i „atrium.” Niezawsze zgromadzali się oni w liczbie tak wielkiéj, jakkolwiek obowiązek składania patronowi porannych odwiedzin, część ich pewną sprowadzał tu codziennie; dziś jednak przyszli wszyscy i jakkolwiek wielu z nich zostawiło kędyś zajęcia swe i interesa, stali wytrwale, lub sofy i stołki pod ścianami obsiadywali, szepcąc téż pomiędzy sobą zcicha i z wyrazem zasmucenia wstrząsając głowami. Przed wchodzącymi do „atrium” możnymi panami i paniami, rozstąpiły się spiesznie brunatne togi, niemniéj przecież niektórzy, z pomiędzy ludzi niemi odzianych, śmiało wystąpili z tłumu i poufale acz z uszanowaniem zbliżyli się ku dostojnym. Byli to wysoce poważani i na drodze do wielkich fortun zostający architekci, rzeźbiarze, malarze, lekarze. Nizkie pochodzenie zatrzymywało ich jeszcze w szeregach klientów wielkich domów, lecz talenta i nauka budziły dla nich szacunek i przyjaźń najdostojniejszych. Dwaj szczególniéj, z pomiędzy tych szanowanych dorobkiewiczów, zwrócili na siebie odrazu uwagę świeżo przybyłych gości. Byli nimi najsławniejsi lekarze spółcześni: siwy, ponury Glykon, o którym pocichu szeptano, że sztuką swą usuwał nieraz z drogi Cezara tych, których na drodze swéj mieć on nie chciał, i wyniosły, długobrody z jasném głębokiém spojrzeniem, medyk cesarskiego dworu, Antoniusz Muza. Współtowarzyszy tych, którzy w ustronnem miejscu „atrium” stojąc, z zajęciem i zcicha rozmawiali z sobą, otoczyło wnet liczne grono, osypujące ich śpiesznemi zapytaniami. Na zwiędłych ustach Glykona igrał błędny, sarkastyczny uśmiech, a spuszczone powieki jego nie podniosły się i nie odkryły źrenic, pełnych cynicznéj wzgardy dla wszelkich ludzkich uczuć i cierpień. Ale pogodny i szczery Muza, ze smutkiem w mądrych, przejrzystych oczach, uczynił obu rękoma gest, oznaczający zrozpaczenie zupełne.
— Czyniłem, co mogłem i co tylko doradzała mi nauka moja. Cezar sam przysłał mnie tu, na pierwszą wieść o nieszczęściu Wespiliona, lecz czémże są usiłowania nasze wobec niezłomnych praw przyrody?...
— Wobec woli nieśmiertelnych bogów! — nabożnie poprawił młodszego kolegę truciciel Glykon.
Westchnienia zaszemrały dokoła, w cisnącéj się pod ściany gromadzie klientów, ktoś głośno załkał, — przechodzący zblizka młody niewolnik szepnął po grecku:
— Antygona nie była od niéj piękniejszą i lepszą.
Poważni mężowie w senatorskich latiklawach, białych purpurą i złotem wyszywanych, pozostali w „atrium” i, zasiadłszy na sofach, których śpiesznie ustąpili im klienci, a oczekując końca dramatu, odegrywającego się kędyś w głębi domu, zabawiać się poczęli zcicha toczonemi rozprawami o najświeższém posiedzeniu senatu, o mowie, którą na niém wypowiedział Cezar Oktawian, o zasługach Wespiliona i obecném jego nieszczęściu. Utrefieni młodzieńcy w strojnych tunikach, próżniacy i wykwintnisie, noszący zbiorową nazwę Ardelionów, a którzy obecnymi bywali wszędzie, gdzie tylko spotkać mogli zabawę wesołą a choćby smutną i przedewszystkiém piękne kobiety — spuszczali powieki, nastrajali rysy swe do min poważnych, a ścisnąwszy się nad „impluvium” w gromadkę, szeptali o wczoraj widzianéj w teatrze ślicznéj pantominie, o wesołéj uczcie u niemłodéj już, lecz jeszcze rozkoszy życia żądnéj Cecylii Metelli, o pięknéj Rufilii, która przed chwilą, na słowa wyrzeczone przez Muzę, załamując ręce i głośno wzdychając, tak ogniste i obiecujące wejrzenie rzuciła z pod powiek na bogatego wdowca Labeona... Kobiety, poufalsze i mniéj od mężczyzn powściągliwe, z Cecylią Metellą na czele, wcisnęły się gromadnie w boczny korytarz, z „atrium” w głąb’ domu wiodący. O wielkiéj pani téj, najbogatszéj ze spółczesnych kobiet rzymskich, bardzo wiele i bardzo długo w Rzymie mówiono. I teraz jeszcze, jakkolwiek twarz jéj, cudownie piękną niegdyś, okrywała już delikatna sieć zmarszczek, jakkolwiek ukazywano sobie chirurga, który w zamian dawnych w usta jéj włożył nowe białe zęby, i perukarza, który głowę jéj okrył długiemi pierścieniami włosów, — mówiono o niéj wiele. Miała ona jeszcze wyniosłą o gipkich ruchach swych rozkoszną kibić Afrodyty, a szmaragdowe jéj oczy silniejszym nawet niż dawniéj pałały ogniem. Przodem szła; pierścienie rudych włosów, jak ogniste węża opadały na szkarłatne i złote szlaki jéj sukni, czarne brwi zsuwała dumnie i niechętnie, a za nią kilka par stóp niewieścich uderzało o marmur posadzki sandałkami, zdobnemi w złoty haft i perły i kilka młodych, pięknych twarzy usiłowało przybrać wyraz, miejscu i chwili właściwy. Daremnie. Zalotna i żywa Rufilla, świeżo z drugim już mężem rozwiedziona, szepnęła coś do ucha o bogatym wdowcu Labeonie Tertulii która ze skromnie spuszczonemi powiekami, głosem niewinnéj gołębicy opowiadać zaczęła przyjaciołkom, jak wczoraj siedziała u stóp Cezara, a on stroił jéj głowę w wieniec różany. Nagle, wdzięczne te, szepcące usta zamknęły się i umilkły, umilkł miarowy tentent sandałków, Cecylia Metella stanęła i stanęły za nią jéj towarzyszki, a wkrótce, na twarzach ich, wyraz wezbranego, swawolnego życia ustąpił przed wyrazem przykrego strwożenia. Szeroko pootwierały piękne swe oczy i wyprostowane, nieruchome, białemi zębami błyskające z za purpury warg wpółotwartych, machynalnie przebierały w palcach miękkie fałdy swych „stolli.”
Stały one teraz pomiędzy dwiema kolumnami, pod kwiecistym festonem podniesionéj opony. Przed niemi był pokój, wyraźnie za sypialnią służący i wdzięcznych ozdób pełen. Na ścianach, górą i dołem biegły misternie splątane szlaki z greckich zygzaków, a pomiędzy niemi, wybornie naśladując naturę, leciały jakby, albo na zielonych gałęziach spoczywały różnobarwne ptaki i motyle. Z sufitu, skrzydlate dzieci zdawały się sypać róże i fijołki na układaną w gwiazdy posadzkę, na hebanowe i w bronz zdobne krośna z rozpoczętą robotą na bogatą oprawą lśniące u ściany rzędy pargaminowych zwojów. Wszystko to oblane było fioletowém światłem, padającém od zasłony, okrywającéj jedyne okno, a którą słońce świecące na zewnątrz czyniło podobną do ametystowéj szyby. Z za niéj wysuwający się wązki promień słońca pozłacał wiszącą na ścianie cytrę, a z innéj strony na stole, pełnym szklanych naczyń z lekami, migotał płomyk lampki bronzowéj, mającéj kształt kobiecego sandałka. Kobiety domowe i służebne, z obu stron kolumn stojących u wejścia, zbijały się w ścisłe gromadki i w milczeniu załamywały dłonie, albo brzegami tunik zakrywały swe twarze; w głębi zaś pokoju w głębokim pół-zmroku, niewyraźnie widać było łoże usłane białą i purpurową pościelą, a na niém leżącą postać szczupłą i sztywną. U stóp łoża podobne do chwiejnych cieniów chyliły się ku sobie dwie kobiety z których jedna bezsilnie wspierała się na drugiéj, miłośnie ją obejmującéj, a tuż przed leżącą i z głową ku niéj pochyloną, stał mężczyzna wysoki, opłynięty fałdami niedbale włożonéj togi. Z fioletowéj mgły napełniającéj pokój, twarz jego śniada, męzka, ku leżącéj postaci nieco schylona, wyłaniała się wyraźnie. Był to Wespilion.
Uroczystą, głęboką ciszę, która napełniała pokój, przerywał tylko przyśpieszony i słabemi bardzo jękami przerywany oddech spoczywającéj na łożu i coraz bardziéj sztywniejącéj postaci. Stopniowo lecz szybko jęki przerzadzały się, oddech stawał się coraz cichszym, ustawał chwilami, odzywał się znowu, przerwał go dźwięk jakiś dziwny, struny jakby, która zadzwonić miała, lecz z cichym, przeciągłym zgrzytem pękła i — wszystko umilkło. Na twarz Wespiliona spadła wielka bladość, po ciele jego, od głowy do stóp, owinęło się krótkie lecz gwałtowne drżenie. Stało się. Przyszła sekunda, któréj, stojąc tu, upatrywał bacznie, aby spełnić to, co był powinien, a czego nie spełniać pragnął-by choćby za cenę życia. Ciężko, powoli podniósł rękę i ruchem miękkim, drżącym, przesunął dłoń po oczach i ustach zmarłéj. Wedle obyczaju narodu swego zamknął on powieki i na zawsze utulił wargi téj, dla któréj był najbliższym na ziemi człowiekiem, a potém, do tegoż obyczaju stosując się, a bardziéj może pozwalając, aby męzkie serce wybuchnęło na chwilę, roztworzył nad łożem ramiona i po trzykroć wielkim głosem zawołał:
— Wespilio! Wespilio! Wespilio!
Wszyscy wiedzieli, że gdy ten, który w ostatniéj chwili stróżuje nad łożem śmiertelném, wyda z ust swych trzykrotne to, ostatnie wołanie, jeden ze śmiertelnych opuścił już ziemię. To téż domownice i służebne u kolumn stojące, z wielkim płaczém padły na posadzkę; głośnemi krzykami żalu ozwali się słudzy i klienci, którzy dotąd, cicho i trwożnie, we wpółciemnym korytarzu oczekiwali stanowczéj chwili; tłumione lecz rozdzierające łkania wydobywały się z piersi dwóch kobiet, u stóp łoża wspierających się wzajem, Wespilion zaś, nad łożem schylony, twarz przybliżył z blizka do twarzy zmarłéj, aż gdy zesztywniał w niéj już muskuł ostatni i ostatnia kropla krwi zniknęła z warg delikatnych, cichym, długim pocałunkiem usta swe z ustami jéj połączył. W sposób ten przyjmował on w piersi swe ostatnie tchnienie swego dziecka. „Extremum spiritum ore excipere.” Kiedy z dwiema grubemi łzami na skurczonych od bólu policzkach podniósł się i wyprostował, domownicy i słudzy powstali z ziemi i podnieśli głowy, a wyciągając ku łożu ramiona wybuchnęli chóralnym przeciągłym okrzykiem:
— Vale! Vale! (Żegnaj! Żegnaj!)
— Vale! — zawołały piękne i strojne kobiety, pośród kolumn stojące, a gdy ostatnie to pożegnanie słały istocie, która zaledwie była powitała życie, na tak wesołych przed chwilą ich twarzach rozlał się szczery smutek; żywa Rufilla, bogatego męża sobie łowiąc i skromna Tertulia, ulubienica Cezara, miały łzy w oczach, inne płakały nawet na dobre, tylko Cecylia Metella, w szałach życia zestarzała, ukryć nie mogła wstrętu i przesądnéj trwogi, którą budził w niéj widok śmierci.
— Vale! — ozwał się u wejścia poważny chór męzkich głosów. Dostojni krewni i przyjaciele Wespiliona, przez jednego ze sług o nadejściu stanowczéj chwili uwiadomieni, nader szli śpiesznie i śnieżnemi latiklawami swemi świecąc w fioletowym zmroku pokoju, objęcia swe otwierali, szeroko przed strapionym ojcem. Wespilion, z postawą spokojną i poważną, lecz z twarzą, któréj drgnień bolesnych pohamować, ani wielkiéj bladości ukryć nie mógł, postąpił ku nim, a Antistiusz Labeon był piérwszym, którego z dłońmi połączył swe dłonie i na którego ramię opuścił głowę, rozrzewnioną nad siły. Z Labeonem od młodu wiązała ich przyjaźń ścisła, którą uświęcała wspólność stoczonych walk i stale choć skrycie piastowanych przekonań. A gdy dwaj przyjaciele zamieniali się z sobą cichemi, urywanemi słowy, nad umarłą dziewczyną zabrzmiało ostatnie, z rodzierającém łkaniem wykrzyknięte: — Vale!
Dwie kobiety, dotąd u stóp łoża w cieniu stojące, wysunęły się na światło. Jedną z nich była Turia, wysoka i chwiejąca się, z załamanemi dłońmi i twarzą tonącą w łzach, — drugą, na którą światło z okna obficiéj spływało, piękna dwudziestoletnia dziewczyna, z wyrazem niewysłowionéj słodyczy i czułości w ciemnych oczach, z potokami niepospolitych w klimacie tym, bo złocistych włosów, bezładnie opływających aż prawie do kolan białą jéj tunikę. Snadź Turia kochała bardzo krewną swą Atią, bo miękkie objęcia, w których tuliła ją ona i łagodne i jéj szepty, przywróciły jéj moc ciała i ducha.
— Turio! — szeptała jéj piękna dziewczyna, — idź do Wespiliona... zwróć się do Lukrecyusza swego, Turyo... rzuć się w objęcia tego, który ci pozostał!...
Przypomnienie o mężu było dla Turyi promieniem światła, rzuconym w ciemności grobu. Tak, miała jeszcze męża... on jéj pozostał jeszcze, człowiek, którego od lat dziecięcych prawie kochała i czciła... Tak, uścisk jego będzie dla niéj tą zbawczą Letą, w któréj na chwilę przynajmniéj utraci pamięć, a on nieszczęsny czyż nie potrzebuje także, aby pieszczące jéj dłonie na zbolałéj piersi jego spoczęły? Odwróciła się od łoża i z gorączkowemi rumieńcami na policzkach, lecz silna już i prosta, kilka kroków postąpiła naprzód. Wtém, z obwisłemi nagle rękoma stanęła. Wespilion, wyjąwszy dłonie swe z rąk najmilszego sobie Labeona, stał, przed świetném gronem krewnych swych i przyjaciół, a na wyrazy współczucia, któremi osypywali go oni, po krótkiéj chwili ponurego zamyślenia odpowiadał:
— Teraz już, przyjaciele moi, całkiem bezdzietny jestem. Bogowie wiedzą, żem nie wyrzucał im nigdy, iż mi nie dali syna. Oprócz ojczyzny i dobréj sławy dziewczynę tę kochałem nad wszystko na ziemi i była mi ona pociechą wtedy nawet, gdym patrzał na ojców, otoczonych liczném potomstwem. I tę, jedyną, uprowadziły mi z domu złe moje gieniusze. Za lat niewiele dobiegnę kresu mojéj młodości. Starość samotną będę miał i jałową, jak nieurodzajne drzewo, schnące na skwarnych piaskach, a gdy umrę, imię moje stanie się echem przebrzmiałém... marnym cieniem czegoś — co było!
Mówił to głosem głębokim, ponurym, z wbitemi w ziemię suchemi oczyma, a skończywszy, skraj swéj togi zarzucił na twarz i głowę, którą pochylił nizko.
Turia, nagle znieruchomiona, z obwisłemi ramionami, patrzała na męża, słuchała słów jego, aż i jéj oczy oschły z łez, a zastąpił je ogień suchy i ponury. Uderzył w nią nowy cios jakiś, błysnęła w głowie jéj myśl, która dotąd nie gościła w niéj nigdy, a teraz rysy jéj sztywnością przerażenia zjęła. Podniosła dłoń do czoła i po trzykroć szepnęła:
— To prawda! to prawda! to prawda!
Lecz w téjże chwili grono świetnych kobiet, z któremi łączyły ją węzły pokrewieństwa i dalszéj lub bliższéj znajomości, zbliżyło się ku niéj. Cecylia Metella chciała wziąć dłonie jéj w ręce swe bogatemi pierścieniami okryte, Rufilla kibić jéj otaczała ramieniem. Tertulia niewyraźnie coś szeptała o wielkiém dla Turyi współczuciu Cezara, któraś z młodszych, w rozrzewnieniu schyliła się prawie do kolan jéj, śpiewnym głosem zawodząc pochwały zgasłéj Wespilii i żale swe po niéj. Ale Turia na wszystkie kobiety te spojrzała wzrokiem takim, jakby widziała je po raz piérwszy w życiu, jakby budziła się ze snu strasznego i zlękniona zapytywała: „czego ci obcy i obojętni żądają ode mnie?” Szybkim ruchem zwróciła się do złotowłoséj dziewczyny, na mgnienie oka jéj nie opuszczającéj.
— Pójdźmy, Atio, o! pójdźmy ztąd prędzéj!
Straszne łkanie wzbierało w jéj piersi, a zrozpaczony, błędny jéj wzrok z ponuremi błyskawicami biegał od sztywnych zwłok córki, do nieruchoméj, togą okrytéj głowy małżonka. Wyszły, a w téjże chwili, o wydarzeniu zawiadomiony, przybył do domu Wespiliona kapłan Wenery Libitiny, który, imię zmarłéj zapisawszy w dzierżonych przez się urzędowych regestrach, przychodził pocieszać strapionego ojca i przywodził za sobą orszaki pogrzebowych płaczek i sług świątyni, mających przy zwłokach śpiewać „mortualia” żałobne pieśni. Wchodząc do „atrium” „Libitinarius,” żałośnym głosem do znajdującego się już tam pana domu zawołał:
— Wolał-bym, o Wespilionie, abyś, zamiast do mnie, posyłał dziś gońca do sług Wenery Lucyny, którzy w regestrach państwa nowonarodzone zapisują dzieci!...
Gdy „Libitinarius” słowa te wymawiał, Turia, wsparta na ramieniu Atii, przez „atrium” przechodziła. Słyszała.
Wśród wchodowego podwórca, oddalająca się z domu grupa świetnych kobiet, stanęła jeszcze, aby pomówić o scenie żałosnéj, tylko co widzianéj i o zabawach wesołych, w ciągu dnia zdarzyć się mogących. Jako motyle barwne dokoła kwiatów, fruwali dokoła niewieścich sukien strojni i woniejący Ardelionowie. Mówiono zrazu o Wespilii.
— Piękna z niéj niewątpliwie była-by kobieta, — zauważyła Cecylia Metella, — ale jeżeli-by w ślady matki wstępowała. Rzym posiadał-by tylko o jednę głupią kobietę więcéj.
— O, Domina! — zawołała młodziutka i świeżo do towarzystwa wielkiéj pani przyjęta Salvia — słyszałam zawsze, że Turia jest kobieta uczoną. Umié po grecku, pięknie gra na cytrze i w gospodarstwie domowém nikt jéj prześcignąć nie może.
Cecylia z góry na mówiącą spojrzała.
— Prawda jest dzieckiem czasu, Salvio — pedantycznie nieco odrzekła; — gdy pożyjesz dłużéj, dowiesz się wielu prawd o niewieściéj głupocie i mądrości...
— Turia jest bardzo piękna i córka jéj nigdyby jéj we wdziękach nie dorównała, — zauważył jeden z wytwornych młodzieńców.
Pochwała, ta udzielona piękności, która jéj pięknością nie była, ugryzła w serce Rufillę.
— Czyście zauważyły — zaczęła — jak dziwném było dzisiejsze obejście się z nami Turyi? Lukrecyuszowi swemu ręki nawet nie podała...
— Na nas spojrzała, jakbyśmy jéj nieznane były i odwróciwszy się wnet do swéj Atyi...
— Wyglądała tak, jak gdyby dotkniętą została przez chorobę świętą (waryacyą).
— O Atia! Ciekawa to rzecz, czy ona ze swemi złotemi włosami i ze swą gołąbkową twarzą, męża sobie znajdzie!
— Pora-by już! Dwudziesty rok życia rzymskiéj dziewicy kopie grób dla jéj nadziei...
— Domini! — zawołała do młodzieńca Cecylia — daje wam zagadkę do odgadnięcia. Co od Atyi Hymen odpędza?
— Sakiewka jéj pełna pajęczyn! — chórem odpowiedziało ust kilka.
— Eheu! — po grecku westchnął młody Flawiusz, krewny Labeona — ilekroć patrzę na Atię, żałuję zawsze, że jest ubogą...
— Ale wzamian, pod opiekuńczémi skrzydłami Turyi, nauczyła się być cnotliwą! — szydersko syknęła wielka pani. Rufilla usiłowała zmienić tor rozmowy. Chciało się jéj bardzo dowiedzieć od młodego Flawiusza, gdzie-by w ciągu dnia spotkać się mogła z bogatym jego krewnym. Na polu Marsowém pokazywać dziś miano świeżo przywiezionego Cesarzowi nosorożca i węża potwornéj wielkości. Czy Labeon przybędzie oglądać ich sam, albo z cesarskim dworem? Dwór cesarski — zcicha i skromnie twierdziła Tertulia — przechadzać się dziś będzie po świeżo ukończonym portyku Liwii. Cesarzowa dumną jest, że pięknemu dziełu temu bozki małżonek jéj, nadał jéj imię.
— Każę się dziś zanieść do portyku Liwii — wykrzykła Cecylia.
Młody Flawiusz szepnął do ucha Rufilli:
— Jeżeli przyrzekniesz mi, Rufillo, nagrodę, któréj zażądam, sprowadzę dziś do portyku wuja mego Labeona.
— Z żądaniami swémi, Flawiuszu, udaj się do Atii, która widocznie tak bardzo ci się podoba, że gdyby nie jéj sakiewka z pajęczynami, pogasłybyśmy wszystkie przy niéj w oczach twoich, jak mdłe gwiazdki przy świetném słońcu.
— Zaprawdę, Domina — złośliwie uśmiechnął się młody wykwintniś — słodką wychowanicę cnotliwéj Turyi można tylko... poślubić!
W dniu tym przed domem Wespiliona, na znak, że zagościła tam śmierć, wkopano szereg cyprysów, a przez siedm dni następnych publiczność rzymska tłoczyła się do „atrium,” które przedstawiało widok niezwykły.
Lukrecyusz Wespilion niczego nie żałował dla uświetnienia żałobnych obchodów. Barwne malowania, okrywające ściany „atrium,” zniknęły całkiem pod fałdami śnieżnego „bissusu,” kosztownéj wielce tkaniny lnianéj, którą je przyobleczono. Białe róże okrywały posadzkę, a pomiędzy „impluvium,” srebrną szybą błyszczącém pośrodku sali i kolumnami, rozdzielającemi ją z sąsiednią komnatą, w srebro i kość słoniową zdobne, wznosiło się wysoko łoże śmiertelne, „lectus funebris” na którem spoczywały zwłoki Wespilii, tak osypane białemi kwiatami, że widać było tylko głowę jéj, oplecioną zwojami kruczych włosów i młodziutką, jak alabaster białą, pogodnie uśmiechniętą twarz. Dymy palonych wonności, ulatując ze srebrnych kadzielnic, błękitną mgłą łagodziły olśniewającą białość sali i napełniały ją ciężkiemi, upajającemi zapachy. Sługi świątyni Wenery Libitiny ciemnemi szeregami obsiadywali śnieżne ściany, śpiewnie zawodząc żałobne „mortualia.”
W ciągu siedmiu tych dni Wespilion i Turia dwa razy tylko rozmawiali ze sobą. W pokoju wychowanicy swéj Atyi zrazu, potém w opustoszałéj sypialni córki, Turia, zamykała się milcząca, nieprzystępna, z niezłomną wolą pozostania samotną. Raz w nocy, gdy „atrium” było puste i nawet podwładni „Libitinariusa” w senném znużeniu pochylali głowy, Wespilion znalazł żonę, siedzącą u stóp wysokiego łoża śmierci, nieruchomą w żałobnych draperyach sukni swéj i zasłony, z czołem na dłoni i wzrokiem wbitym w ziemię. Zbliżył się i pochylony ku niéj, łagodnie ujął jéj rękę.
— Turio — rzekł z cicha — dla czego mnie unikasz, odkąd dotknęło nas wspólne nam nieszczęście? Czy nie jestem potrzebny sercu twemu? czy nie czujesz, żeś ty mnie potrzebna?
Nie podniosła głowy, ni powiek, twarz jéj pozostała martwą, milczała.
— Turio — łagodnie jeszcze, lecz już z żalem powtórzył Wespilion — mądrym nie przystoi nigdy rozpaczy wodze puszczać, ściągnij wodze serca twego i bądź jak zawsze kobietą rozumną. Wstań, wesprzyj się na ramieniu mojém i chodź płakać na mojéj piersi...
Teraz drgnęła i zacisnęła usta, jak gdyby niezmierném wysileniem woli tłumiła wyrywający się z nich okrzyk. Nie podnosząc przecież oczu na męża, ponuro szepnęła:
— Pozostaw mnie, Wespilionie, z tą, która była i na zawsze była-by — moją.
Zdumiony i urażony, wypuścił z dłoni swych rękę jéj, która bezwładnie opadła pomiędzy fałdy jéj sukni i odszedł. Do Labeona który w dniach tych nie odstępował go wcale, rzekł:
— Boleść niezmierna pomieszała jéj zmysły. Czas ją uleczy.
Innym razem, gdy najsłynniejsi artyści Rzymu, otaczając Wespiliona, naradzali się z nim nad godłami i ozdobami, któremi okryć mieli grobowiec jego córki, uczuł on chęć zasiągnięcia zdania Turyi i obowiązek zapytania jéj o jéj we względzie tym wolę. Przywykły do dzielenia się z nią każdym swym zamiarem, szedł do niéj i teraz, a za nim postępowali mistrze budowniczéj, snycerskiéj i malarskiéj sztuki, z którymi rozmawiał on z poufałością i szacunkiem. Turią znaleźli znowu w atrium, gdzie, skryta za kolumną, splatała dla córki świeże wieńce z róż i cyprysu, a siedząca u stóp jéj Atia, wybierała i podawała jéj kwiaty. Oczy miała suche, twarz martwą i okrytą wyrazem ponurego zamyślenia. Ujrzawszy nadchodzących, wstała i uważnie, w milczeniu wysłuchała artystów, przedstawiających jéj pomysły swe i plany. Czy chciałaby, aby grobowiec młodziutkiéj Wespilii posiadał kształt złamanéj kolumny, albo domowego ołtarza, albo jeszcze świątyńki okrągłéj z bronzową kopułą, czy obelisku ze złotą na szczycie kulą, która-by wieczorami jak meteor wysoko pośród gasnących błękitów świeciła? Na ścianach grobowca zaś można-by wyrzeźbić Sen, w postaci starca, śpiącego na łożu z chmur, czy młodzieńca z wywróconą w dół i zgaszoną pochodnią w ręku, albo dziewiczą postać w lekkich obsłonach w górę ulatającą i patrzącą ku ziemi, na któréj zostali jéj ukochani. Lecz wolała-by może, aby wymalowano świetnego motyla, wpadającego w płomień, lub chwytanego przez ptaka, czy piękne drzewko, z którego wiatr porywa wszystkie liście, czy zwinięty żagiel, symbol skończonéj żeglugi życia, czy jeszcze zabawki dziecięce, we wdzięczny nieład ułożone, a otoczone wieńcem skrzydlatych dzieciąt, boć przecież Wespilia, która w czternastym roku życia swego zgasła, chociaż dziewicą już stawać się zaczynała, niecałkiem jeszcze przestała być dzieckiem? Wysłuchawszy wszystkiego, co jéj mówiono, Turia spokojnie i rozważnie życzenie swe wypowiedziała. Do tych z pomiędzy mistrzów, którzy Grekami byli, mówiła po grecku. Wybór który czyniła pomiędzy przedstawionemi jéj pomysłami i zdania, które o nich wyrażała, znamionowały smak wykształcony i wyobraźnią, dobrze rozpoznającą wszystkie odcienia piękna. Mówiąc, zwracała się ku artystom, którzy przed trafnością sądów jéj nizko chylili głowy, lecz wzrok jéj stale i uparcie unikał wzroku męża i, kończąc, dodała tylko:
— Wszystkie te zdania i życzenia moje niech ustąpią przed wolą męża mego, Wespiliona, jeśli im ona przeciwną będzie...
Rzekłszy to, usiadła znowu za kolumną i białemi dłońmi, które drżały trochę, splatać zaczęła wieńce z kwiatów, podawanych jéj przez Atię. Wespilion uprzejmym giestem wskazał artystom wejście do sąsiedniéj sali, a gdy odeszli, stał jeszcze przez chwil kilka i patrzał na żonę. Ona zdawała się nie spostrzegać obecności jego.
— Turio — ozwał się głosem drżącym od gniewnego i smutnego wzruszenia — co znaczy to obejście się twoje ze mną? Z obcymi rozmawiasz się spokojnie i rozumnie, a ja jestem ci jakby obcy!
Ze spuszczonemi na róże oczyma odpowiedziała krótko:
— Proszę cię, Wespilionie, abyś do „Nowemdialii” milczéć mi pozwolił.
„Nowemdialia” były to ostatnie żałobne obchody, w dziewiątym dniu po pogrzebie zmarłego odbywane.
Na pogrzeb Wespilii woźni wzywali lud rzymski na wszystkich placach i rogach ulic, donośnemi głosami wykrzykując słowa formuły tak jak Rzym staréj:
— Rzymianka umarła. Pogrześć ją należy. Wespilią córkę Lukrecyusza Wespiliona wynoszą z domu. Idźcie. Już czas.
W jednéj z godzin przedpołudniowych, więc w porze dnia, w któréj stolica wrzała najsilniéj wezbranym ruchem, ogromne tłumy ludu powoli i z ciężkością sunęły wązkiemi ulicami od domu Wespiliona w kierunku Forum. Przodem szedł liczny poczet muzykantów, dmących w trąby i liczne gatunki fletów, za nimi gromada pogrzebowych płaczek, z rozwianemi szaty i włosy, miotając się, wznosząc ręce ku niebu, albo uderzając się niemi w piersi, zawodziła w takt muzyki szalone i rozdzierające pieśni i lamenty; po płaczkach szły grupy najlepszych aktorów czasu, strojami i pantominą przedstawiających tragedyą Ifigenii, téj dziewiczéj ofiary śmierci wczesnéj i męczeńskiéj, potém miasto posągów i wizerunków przodków, niesionych zwykle przed zwłokami mężów, zwłoki młodéj dziewczyny wyprzedzały długie szeregi rówieśnic jéj i przyjaciółek, które w bieli całe sypały kwiaty przed śmiertelném łożem, sunącem wraz ze spoczywającą na niém nieruchomą postacią, na barkach najprzedniejszych młodzieńców Rzymu, synów przyjaciół i krewnych Wespiliona i Turyi. Za łożem śmiertelném dopiéro w złotém od słońca powietrzu, płynąć zdawały się niezliczone, w rzeźbę, srebro, kość słoniową i szkarłat zdobne lektyki. Jedna z nich niosła samę cesarską parę. O złotem szyte poduszki lewém ramieniem wsparty spoczywał w niéj Oktawian, ze swą szczupłą i niewysoką lecz kształtną i skromnie ubraną postacią, z twarzą bladą, schorowaną, a z któréj pięknych rysów wyczytać można było ten geniusz złowieszczy lecz potężny, mocą którego owijał on wolność Rzymu jedwabnemi dłońmi w żelazne łańcuchy. Przy nim siedziała Liwia, małżonka jego, będąca mu zarazem dobrym geniuszem pociechy i mądréj rady, a tuż obok rodziców posuwała się w lekkiéj i błyszczącéj lektyce czarująco piękna córka cesarska, Julia, w téj chwili nawet niemogąca powstrzymać się od żywych ruchów głowy i na wsze strony rzucanych zalotnych spojrzeń, a jakkolwiek obyczaj wzbraniał przy pogrzebowych obrządkach jakiéjkolwiek w ubraniu złotéj ozdoby, w złotolity swój, na świat cały sławny, płaszcz owinięta. Nieprzystojne to zachowanie się jéj i tak wyraźne poniewieranie obyczajem publicznym, mąciły spokój i słodycz, któremi Cezar, jak zalotnica w powabną szatę, owijał się wiecznie przed oczyma ludzi. On, który wszystko zawsze ukryć umiał, gniewne błyski oczu wciąż słał ku córce, rozswawolonéj na pogrzebie dziecka jednego z najużyteczniejszych mu mężów. Sam za to ani razu nie spojrzał na Tertulią, jakkolwiek lektyka jéj co chwila nasuwała się mu przed oczy, a leżąca w niéj kobieta wysmukła i biała, jak kielich lilii, wlepiała w niego wzrok pełen skromnéj i smętnéj zadumy. Ponieważ złotem i błyszczącemi klejnoty przystroić się nie mogła i czoło niewinne i szyję łabędzią osypała perłami, a było jéj w nich pięknie, jak lilii w kroplach rosy. Za lektykami cesarskiéj rodziny i najbliższych krewnych zmarłéj, sunęło wszystko, co tylko w Rzymie dostojném, bogatém i świetném było, a w końcu orszaku tego dopiero edylowie, liktorowie i „designatorzy,” ładu w tłumach i bezpieczeństwa ich dozorujący, dech w piersi i siłę w ramionach tracili, zadanie swe pełniąc. Tłuszcze ludzi wszech stanów, klientów i sług wielkich domów, handlarzy, rzemieślników, żołnierzy, cudzoziemców, niewolników nawet, cisnęły się, deptały i dławiły wzajem, unoszone żądzą spojrzenia choć zdala na świetne czoło orszaku. Togi ciemne i białe, starannie udrapowane lub mocno zszarzane, tuniki, różnobarwne głowy w kapeluszach okrągłych, albo kryjące się od słońca pod parasolami, albo odkryte całkiem, łyse lub łysinę zasłaniające malowaniem naśladującém włosy, — twarze utuczone w grubym dobrobycie, albo skłopotane chęcią zwrócenia na siebie uwagi, albo wychudłe i chore od nędz stolicy, albo jeszcze rozpalone ciekawością czy gniewem, — mięszały się tu z sobą w mozaikę nierozwikłaną i falę gwałtowną, nietylko zalegającą przebywane ulice i place, ale pnącą się na drewniane budki, które trzeszczały i chwiały się pod jéj naciskiem na słupy arkad, z których ulatywały w powietrze szmaty podartych materyi i z brzękiem spadały na kruche naczynia, na kolumny i gzymsy portyków, które świeciły niejedną ogoloną głową Egipcyanina, niejedną parą małych i skośnych azyatyckich oczu, niejedném wpółnagiém ciałem wpółdzikiego Galla, Germana lub Bryta. Pochód trwał długo, aż zatrzymał się na Forum, gdzie patrycyusze, wysiadłszy z lektyk swych, obsiedli u stóp Kapitolińskiéj świątyni, rzędy kurulnych krzeseł, z mównicy zaś publicznéj Labeon głosił długo wdzięki, talenta i dobroć zmarłéj dziewczyny, a dłużéj jeszcze zasługi jéj ojca, cnotę jéj matki, i wzajemną wielką ich dla siebie miłość. Ostatni ten ustęp pogrzebowéj mowy, wzniecił ruch pewien w świetném gronie pań i młodych panów, napełniających umyślnie na dzień ten wzniesioną trybunę. Kobiety szczególniéj zamieniały się spojrzeniami i uśmiechy zdającemi się mówić: „Kto wié? Kto wié?”
Zachowanie się Turyi w ostatnich dniach kilku głośném już stało się w świecie. Domyślano się, że dotychczasowa małżeńska jéj cnota była ciężkim przymusem, dla szczęścia jedynéj córki znoszonym, a teraz... kto wié? Na twarzy Cecylii Metelli malował się złośliwy tryumf. Pamiętała dobrze wesoły i razem pogardliwy śmiech jakim wybuchnęła Turya na widok piérwszy raz w Rzymie na jéj głowie zjawiającéj się peruki, pomalowanéj rudo-ognistą barwą...
Nakoniec ogromny orszak dosięgną! miejsca, znajdującego się nieopodal szerokiéj drogi Appijskiéj ustrinum zwanego, a przeznaczonego na palenie ciał zmarłych. Pośród ustrinum wznosił się stos wysoki, z drogich i wonnych drzew cyprysowych, cytrynowych, mirtowych, w kształcie olbrzymiego ołtarza zbudowany. U szczytu jego na bogatém łożu swém ostatniem, wonnościami okryta spoczęła zmarła dziewczyna, a obok niéj położono ulubioną jéj cytrę i złote plectrum, pałeczkę, którą uderzała w jéj struny. Potém, gdy w tłumach ogromnych, plac i drogę zalegających, uroczyste a więcéj jeszcze ciekawe zapanowało milczenie, Wespilion wyszedł z pośród przyjaciół swych, którzy go wciąż otaczali wierném i czułém gronem. Wysoki, prosty, w mężnym spokoju swym wspaniały, z płonącą pochodnią w ręku zbliżył się do stosu i, odwracając twarz, która, śród ciemnych fałd zarzuconéj na głowę togi, świeciła bladością marmuru, płomień pochodni rzucił pomiędzy kruche gałęzie. W mgnieniu oka, z szumem i trzaskiem buchnął ogromny, jaskrawy ogień; ci którzy zblizka stos otaczali, przeciągle, żałośnie zaszemrali: „Niech miękko spoczywają kości twoje!” snop głosów kobiecych wzbił się wyżéj, śpiewnie wołając: „Odejdź duszo niewinna!” aż wszyscy razem: dostojni i pospolici krewni, znajomi, kapłani, płaczki, cała ta wielotysięczna, pstra, w chwili téj nieruchoma już fala ludu, posłała białéj, szczupłéj postaci, już u szczytu stosu blaskiem ognia pozłoconéj olbrzymi, długi, ostatni krzyk pożegnania.
Vale! Vale! Vale!




Dziewiąty dzień po pogrzebie Wespilii miał się ku końcowi. Już uroczystości i obchody dnia tego, feriae novemdiales zwane, dokonanemi były, przy urnie, chroniącéj kości zmarłéj, z pośród popiołów stosu wydobyte, w mleku, winie i wonnościach skąpane, krewni i przyjaciele Wespiliona przełamali z nim chleb i zjedli oliwki. Na znak kruchości życia stłuczono szklane naczynie, a na znak wiecznego odrodzenia się jego, złożono przy urnie jajko z marmuru. Już także ludowi, który obecnością swą uczcił i uświetnił pogrzebowe obchody, edylowie z pomocą sług Wespiliona rozdali znaczne ilości mięsiw, wina i pieniędzy. Teraz Wespilion znajdował się w domu, lecz nie sam jeden. Towarzyszyło mu grono przyjaciół, którzy do końca dnia tego jeszcze odstąpić go nie chcieli. W triclinium, przy spożywaniu przez dostojnych i drogich gości wykwintnego lecz krótkiego posiłku, Turya obecną nie była. Atia biało ubrana, ze swemi złocistemi włosami, po grecku w tyle głowy w ciężki związanemi węzeł, wymówiła opiekunkę swą chorobą i, zastępując ją, skromnie lecz z wdziękiem i godnością pełniła obowiązki gospodyni domu. A kiedy, starym obyczajem niewiast rzymskich siedząc przy stole, dokoła którego we wpółleżących postawach spoczywali na łożach mężczyzni, błękitnemi oczyma swémi wodziła dokoła, doglądając wszystkich potrzeb i żądań, kiedy krążącéj przy stole służbie dawała łagodne rozkazy, albo z poważnemi sąsiadami, pragnąc rozweselić smutny nastrój zebranych, z wdziękiem i powagą rozmawiała o przedmiotach nauki i sztuki, wszyscy obecni spoglądali na nią z upodobaniem szczerém, a młody Flawiusz towarzyszący tu dnia tego wujowi swemu, pożerał ją prawie ognistym i wielbiącym wzrokiem. Kiedy ostatnie danie, składające się z cukrów, owoców i ciast z attyckim miodem, zdjęto już ze stołu i z wzorzystych, cytrowych desek słudzy ściągnęli śnieżny, wełnisty obrus, Wespilion gości swych zaprosił do Peristilium, gdzie odetchnąć mogli świeżém powietrzem wieczoru, wchodzącém tam przez dach na wskroś otwarty i przezroczystą kolumnadę, krużganek ten z ogrodem dzielącą. Dwaj młodzi chłopcy greccy, z rozpuszczonemi długiemi włosy, ponieśli za odchodzącymi smukłe amfory pełne starego wina i srebrne rzeźbione czary; Atia zaś i młody Flawiusz przechadzali się po „Atrium,” gdzie piękna i poważna dziewczyna opowiadała wykwintnemu „Ardelionowi” o ojcu swym, który, w obronie wolności Rzymu pod Filipami, u boku Brutusa zginął, o sierocém dziecięctwie swém wielkiéj dobroci Wespiliona i Turyi, którzy ją do domu swego przyjęli i dali jéj szczęście największe, bo światło umysłu i spokój serca, w którém panują miłość i wdzięczność. Zdawało się, że, słuchając jéj, młody Flawiusz przestawał być „Ardelionem.” Na wypieszczoną, utrefionemi włosy otoczoną twarz jego spływał wyraz powagi i serdecznego współczucia, a w pięknych oczach, których blasku kilka lat próżniaczego życia zgasić nie zdołało, błysnęła nieraz iskra namiętnego wzruszenia albo wzniosłéj myśli.
W „Peristilium” tymczasem, pod kolumnami, których bogato rzeźbione fryzy rzucały na czoła ich lekkie cienie, przed stołem, na którym stały czary pełne wina, zasiedli na kilku bronzowych stołkach goście Wespiliona. Był tam naprzód Antistius Labeon, najbliższy przyjaciel pana domu, najsłynniejszy z prawoznawców rzymskich i twórca wielu już ksiąg uczonych. Przy nim siedział Kordus Kremucyusz, uparty i śmiały wróg nowego porządku rzeczy, który, jako senator, częste staczał walki z dłonią, miękko i podstępnie podkopującą ostatnie swobody Rzymu. Obywatelską odwagę jego czcił głęboko Wespilion, a Turia poważała go téż, jako najstarszego z poojcowskich swych krewnych. Daléj Statilius Taurus, szczupły i łysy, człowiek z przebiegłą twarzą, całkiem przekonany o dobroczynności jedynowładczych rządów, rozmawiał o amfiteatrze, który kosztem swym wznosił w Rzymie z Azyniuszem Pollionem, który wtedy téż właśnie z nabożnym smutkiem budował przedsionek w świątyni Wolności. Munacyusz Plankus i Korneliusz Balbus byli téż nie najmniéj zasłużonymi Rzymowi mężami; piérwszemu z nich bowiem zawdzięczał on ogromną świątynią Saturna, drugiemu wspaniały teatr. Wszyscy razem składali poważne grono, które pod wpływem wina i poufałéj rozmowy stopniowo rozweselać się zaczynało, gdy z głębi domu idąca ukazała się Turia. Naprzeciw, kolumny perystylu rzucały śnieżne i wysmukłe linie na gęstą zieleń ogrodowych platanów, z za których przebijające się ostatnie blaski słońca oświeciły w pełni postać i rysy zwolna ku zebranemu gronu postępującéj kobiety.
W piętnastym roku życia swego Wespilionowi poślubiona, Turia, nie miała teraz jeszcze lat trzydziestu. Gdy młodziutka córka jéj żyła, wyglądała ona przy niéj nie jak świeżo choć w pełni rozkwitła róża, przy pączku zaledwie rozwijać się zaczynającym. Natura budowała ją na wzór dla poetów, bo kibić jéj i ruchy przypominały Wenerę-Uranią, boginią czystych i wzniosłych miłości. Dokoła wązkiego czoła jéj krucze warkocze wiły się grubym, lśniącym dyamentem, a w spojrzeniu wielkich oczu i uśmiechu warg delikatnych mieściły się energia i słodycz, rozum i wesołość. Zdrowie ciała i ducha oblewały policzki jéj barwą różaną, a drobne stopy żywo i lekko zdawały się ją nosić po drodze życia. Taką widywano ją dotąd.
Dziś także była piękną, tylko że słodycz, wesołość i żywość znikły w niéj ze szczętem. Żałobą okryła się, ale żałobą białą, przejętą przez niewiasty rzymskie, odkąd z rozszerzającym się zbytkiem purpura odcieni różnych godowym strojem być zaczęła. W niepokalanie więc białéj tunice, wązko obejmującéj aż do stóp wysmukłe jéj kształty, a na ramieniu skromnym agatem spiętéj, szła ona krokiem powolnym, lecz równym, a patrzący na nią mężowie zdala już spostrzegali wielką bladość i ponurą energią, które jéj twarz okrywały. Zbliżywszy się i przed bronzowym stołem, pełnym czar srebrnych, stanąwszy, podniosła głowę i obojętném acz grzeczném jéj skinieniem obecnych powitała. Wespilion, który na widok jéj zbladł był i dłoń podniósł do czoła, teraz pochylony, z duszą całą w oczach, wlepiał w nią niespokojne, namiętne spojrzenie. Ona po chwili, przez którą zdawała się chwytać powietrze, uciekające z jéj piersi, suchém, rozgorzałém okiem po obecnych powiodła i głosem przyciszonym, lecz w którym najlżejszego drżenia nie było, rzekła:
— Przyszłam tu, dostojni krewni i przyjaciele moi, aby oznajmić wam o postanowieniu, które powzięłam. Do was szczególniéj zwracam się Kremencyuszu, Plankusie i Labeonie, ponieważ wy to jesteście mi ojczystymi krewnymi i waszę opiekę rozciąga nademną prawo. Oto umyśliłam i postanowiłam, że żoną Lukrecyusza Wespiliona dłużéj nie będę i że jak najrychléj, przyzwawszy sobie na prokuratora jednego z mężów prawa, do senatu prośbę o rozwiedzenie mnie z nim zaniosę.
Umilkła i ze spuszczonemi powiekami, ze zwartemi, blademi usty, nieruchomo stała. Dłoń Wespiliona z czoła jego zsunęła się na oczy. Wyglądał jak człowiek rażony bólem i wstydem. Inni, po przejściu piérwszego osłupienia, mówić zaczęli, lecz inaczéj mówić nie zdołali jak urywanemi wyrazy. Zdziwienie, wzgląd na Wespiliona, szacunek jaki zawsze mieli dla Turyi, jéj w téj chwili energiczna i dumna postawa, wszystko to tamowało im głos w gardłach i słowa na ustach. Wolnomyślny w polityce, lecz w obyczajach surowy, Kremuncyusz zawołał:
— Nie godzi się, Domina... na bogów! tak się nie godzi...
— Clarissima! (najdostojniejsza) jakież przyczyny... — próbował zapytywać Balbus.
— Rozwagi! rozmysłu... — szeptał Plankus.
Żal po córce pięknym umysłem twym zachwiał — gniewnie prawie rzucił znowu Kremuncyusz.
A łysy, przebiegły, zwolennik nowych rządów, Statiliusz Taurus, łamiąc ręce, zawołał:
— Przypominam ci, Domina, że Cezar rozwodom przeciwny jest... postępek taki podobać się mu nie może...
Na te ostatnie wyrazy cień uśmiechu zaigrał w oczach i na ustach Turyi.
— Nigdy, Taurusie — odrzekła — czcicielką Cezara nie byłam, ani myślałam o przypodobaniu się jemu. Ponieważ Oktawian możności żądania rozwodów nie przemienił na niemożność, jak to w tylu innych razach już uczynił, ja, obywatelka rzymska, domagać się będę korzystania z praw swojéj ojczyzny. Żądam być rozwiedzioną z Wespilionem, a przyczyny żądania tego na właściwem miejscu i w stosownym czasie wyjaśnię.
Po chwili, gdy wszyscy, uderzeni ponurą i niezłomną energią jéj, milczeli, zwróciła się znowu do trzech obecnych w zgromadzeniu swych krewnych.
— Was, dostojni „agnaci” moi — rzekła — Kremuncyuszu, Plankusie i Labeonie, proszę i wzywam, abyście mnie, kobiecie już dojrzałéj i przyczyn woli swéj świadoméj, w spełnieniu zamiarów moich przeszkadzać nie chcieli. Z pod małżeńskiéj władzy Wespillona usuwając się, przechodzę pod opiekę waszę. Bądźcie mi życzliwymi i to zapisane w myśli swojéj miejcie, co wam teraz mówię, że jeśli pozory przeciw mnie świadczyć się zdają, postępki moje nie zaświadczą nigdy przeciw szlachetności i cnocie wspólnego nam rodu.
Rzekłszy to, skłonieniem głowy pożegnała obecnych i odeszła. Dokoła Wespiliona zaszemrały współczujące i pocieszać go usiłujące głosy. Jeden tylko Labeon ani jednego słowa nie wyrzekł w obecności Turyi i teraz, po odejściu jéj, milczał także. Zawsze był on gorącym czcicielem swéj krewnéj, dziś wydała się mu ona więcéj niż kiedy zachwycającą, a przyoblekał ją urok smutnéj jakiejś dla wszystkich nieodgadnionéj tajemnicy. Od roku był wdowcem, kobiety takie jak Rufilla, które oblegały go wabnemi zaloty, budziły w nim odrazę, a jakkolwiek dorastający synowie przyozdabiali mu dom i życie, w domu i życiu swém uczuwał pustkę i zapełnić ją zamierzał. Teraz Turia wolną zostać pragnie i zostanie pewno... Białą dłonią uczony prawnik gładził powoli długą, jedwabistą swą brodę, źrenice spuszczonemi powiekami okrył, milczał i my ślał. Gdyby Wespilion odgadł był w téj chwili myśli przyjaciela, ujrzał-by, że ułomne serce ludzkie mieszkać może w takim nawet uczonym i cnotliwym mężu, jakim był niewątpliwie Labeon. Ale on niewiele widział i słyszał ze wszystkiego, co go otaczało, a wtedy dopiéro, gdy pozostał samotnym, postanowił otrząść się, z wrażeń doznanych i panowania im nad sobą nie dać. Jak rzymianinowi i dojrzałemu mężowi przystało, ze spokojną postawą i twarzą zasiadł on do pracy w „Tablinum,” najparadniejszéj i zarazem najustronniejszéj sali domu. Była ona zwykłą pracownią jego. Na przezroczyste kolumnady, dzielące ją z sąsiedniemi komnatami, opuścić rozkazał grube zasłony z kwiecistych kobierców, a światło kilkoramiennéj wysokiéj lampy, wydobyło z cieniów rzędy wiszących na ścianach portretów i masek, przedstawiających rysy jego przodków. Pod ścianami, śnieżne lub złociste, stały posągi wielkich mężów rzymskiéj przeszłości, a w kilku szafach i na kilku stołach gromadziły się stosy napełnionych pismem pergaminów. Przy jednym ze stołów uczony wyzwoleniec, pełniący przy Wespilionie czynność sekretarza, pisał śpiesznie i gorliwie; przy innym, na łożu zaopatrzonym w pulpit, we wpółleżącéj postawie zasiadł Wespilion i, czoło na dłoni wsparłszy, z brwią ściągniętą boleśnie, pogrążyć się probował w odczytywaniu nagromadzonych sprawozdań i notowaniu uwag swych na drewnianych, woskiem okrytych tabliczkach. Przez te dni kilkanaście, w którym oddawał się prywatnym nieszczęściom swym i sprawom, nagromadziło się mu wiele zaległych robót. Zapomnieć o wszystkiém co nie było niemi — usiłował. Czy mógł? Dłonią przyciskał czoło i wlepiał w pergamin oczy, ale nie rozumiał snadź nic, bo wciąż jedne i te same wiersze wzrokiem przebiegał, a złoty „styl” pochwyciwszy, kreślił na tabliczce znaki, które wnet zacierał. Cisza w domu panowała grobowa, przerywał ją tylko cichy szelest kroków służebnego chłopięcia, które, czuwając w „atrium” przy ogniu domowego ołtarza, od czasu do czasu wchodziło do „Tablinum,” bronzowemi szczypcami obcinało knot w kilku płomykach lampy, albo cichutko wstąpiwszy na rzeźbioną drabinkę, szybko ścierało z ozdobnych ścian i sufitu ciemną sadzę, którą je plamił dym z lamp ulatujący. To samo téż chłopię, uchylając kwiecistą zasłonę, przyciszonym śpiewnym głosem rzucało w ciszę domu oznajmienie o każdéj upłynionéj godzinie.
Noc stawała się głęboką. Wyzwoleniec z głową opartą na ręku i przymkniętemi oczyma drzemać zaczynał, lecz opuszczeniem miejsca swego lękał się przerwać bieg myśli zwierzchnika, o którym mniemał, że w pracy jest pogrążonym. Na twarz Wespiliona wybił się krwisty rumieniec, styl z brzękiem na posadzkę z palców jego wypadł, zaszeleściły pergaminy, zrzucone z pulpitu giestem gwałtownym. Wstał i pracownią swą opuścił. Szedł naprzód przez „atrium.” Tu młody niewolnik, na lamparciéj skórze wyciągnięty, na widok pana swego wstał szybko i w słabo palący się na ołtarzu ogień, wrzucił wiązkę kruchych gałązek. Płomień buchnął silniéj i oświecił kilka krzeseł i stołków, a przy jedném z nich srebrną prząśnicę z wełnistą kądzielą i uczepioném do niéj wrzecionem z kości słoniowéj. Były to prząśnica i wrzeciono Turyi, które, po ukończeniu żałobnych obchodów, służba domu umieściła na zwykłych im miejscach. Naprzeciw, pod ścianą, cicho przelewała się w alabastrze struga wody, upływem swym znacząca bieg minut i godzin. Wespilion długo patrzał na prząśnicę i wrzeciono, na otaczające ołtarz, posążki bóztw domowych, na zegar wodny, który dla domu tego i dla niego znaczył był przez lat tyle, tyle szczęśliwych godzin, aż opuścił „atrium” i po chwili podnosił zasłonę, okrywającą wejście do sypialni zmarłéj Wespilii. Tu nieustannie, dziko unikając ludzi, przebywała teraz Turia.
Jakkolwiek była to pora kwitnięcia róż, a dokoła domu panowała noc gwiezdzista i ciepła, zimno musiało być kobiecie téj, która na nizkim stołku, w skurczonéj i zziębłéj postawie siedziała przed małym ogniem, palącym się na niewysokim, żelaznym trójnóżku. Fajerki takie ogrzewały zazwyczaj pokoje domów rzymskich w porze ostrych, zimowych wiatrów, lecz Turya w letnią noc tę czuła snadź dolegliwe zimno. O zmianie dziennego ubrania na inne nie pomyślała wcale i tak jak przed kilku godzinami, białą, wązką suknią od stóp do głowy objęta, siedziała schylona, z twarzą w dłoniach, a tylko krucze warkocze opadły z jéj głowy, rozplotły się i opłynęły ją całą rzęsistemi strugami. Usłyszawszy szelest uchylającéj się zasłony, podniosła głowę, a na widok wchodzącego Wespiliona porwała się z siedzenia, cofnęła o kroków parę i przylgnęła jakby do marmurowego słupa, z bielejącém u szczytu popiersiem jednego z ulubionych poetów Wespilii. Obu dłońmi zgarniała sobie na pierś gęstwinę włosów, jakby pod niemi niewidzialną stać się pragnęła, a z pochyloną nieco głową wlepiała w męża na poły zalęknione, na poły osłupiałe spojrzenie.
Poważny w ciemnéj swéj tunice, Wespilion blady był i surowy, ale spokojny. W milczeniu postąpił kroków parę i usiadł na sofie, przy któréj stał purpurowy podnóżek i leżała na podłodze rozwarta książka. Atia to snadź tylko co czytała swéj opiekunce wzmacniające słowa filozofa greckiego, bo karty książki okryte były greckiemi głoskami, a tuż przy nich wił się pas srebrny, który dziś błyszczał na białéj tunice dziewczyny. Wespilion usiadł i po chwilowém milczącém patrzaniu na Turyą, spokojnym choć surowym ozwał się głosem:
— Dla czego, Turio, drżysz przedemną jak niewolnica na widok srogiego pana? Jeżeli znienawidziłaś mnie, wyprostuj się owszem dumnie i jak kobiecie prawéj przystoi, powiedz przyczyny, dla których uczucia swe zmieniłaś. Po to przyszedłem tu.
Turia ochłonęła już z wrażenia, które uderzyło w nią wejście Wespiliona, odrzuciła w tył włosy i z ramionami u piersi skrzyżowanemi stała nieruchomo o ciemny słup plecami wsparta.
Wespilion nie spuszczał z niéj badawczego, surowego wzroku, ona patrzała w ziemię.
— Mniemałam, Wespilionie — ozwała się po chwili — że męzka duma powstrzyma cię od zapytania, co dzieje się w sercu opuszczającéj cię kobiety. Miałam nadzieję, że, zamiary me w obecności twojéj przyjaciołom i krewnym naszym opowiedziawszy i srogo cię obraziwszy, będę mogła jutro wyjść z domu twego niepytana i — nieżałowana.
Ze smutnym uśmiechem Wespilion odpowiedział:
— Sama sobie odebrałaś prawo do czytania w sercu mojém i nigdy wiedzieć nie będziesz, jakie ślady wyryje w niém twój postępek. Ale o przyczyny jego zapytać nakazuje mi właśnie ta duma męzka, któréj wzywałaś, aby cię od rozmowy ze mną obroniła. Niewolno jest niewieście przez kapryśne milczenie chwiać dobrą sławą męża i spokojem jego duszy. Nie przestałaś jeszcze być żoną moją i z pod władzy mojéj nie wyjęło cię jeszcze prawo. Byłem ci zawsze kochankiem i przyjacielem i nigdy cię nawet o nic nie prosiłem, bo, czego chciałem, tyś tego pragnęła, a czego zapragnęłaś to było żądaniem mojém. Teraz jednak, Turio, przypominam ci tę władzę, jaką prawo ojczyzny naszéj mężowi nad niewiastą daje i rozkazuję ci — abyś mówiła.
Stała nieruchoma wciąż i milcząca, lecz już nie drżała. Wespilion pytał daléj.
— Czy obraziłem cię niebaczném słowem lub postępkiem jakim? Ale, czyż jedno słowo lub czyn serce raniące zatrzéć mogą w pamięci tyle innych, które budziły szacunek i przyjaźń? Jeżeli jednak dla tego mnie opuszczasz, powiedź mi o tém, a będę wiedział, że nie jam winien, lecz winną tu pamięć niewieścia, z któréj jak z sieci tysiące wspomnień w chwili jednéj wysypać się mogą.
Nie podnosząc powiek, Turia odpowiedziała krótko:
— Żadném słowem ani żadnym postępkiem nie obraziłeś mnie, Wespilionie.
— A więc — mówił on daléj — z odejściem Wespilii zniknął zapewne dla cię cały urok naszego związku. Kłamałaś przede mną miłość i szczęście, aby nie rzucać cienia na dziecięcą wesołość i przyszłe losy córki?
Tym razem z tłumioném uniesieniem zawołała:
— O Wespilionie, nie oszukiwałam cię nigdy! Byłam przy tobie — szczęśliwą!...
W oczach mężczyzny rozrzewnienie zwycięzko walczyło z gniewem.
— Dla czegóż więc, gdy dotknęło nas wspólne nieszczęście, odrzucasz od siebie to, czém cieszyłaś się przedtém?
Odwracając twarz, z cicha rzekła:
— Chcę zostać wolną.
Teraz w oku Wespiliona błysk gniewu osuszył łzę czułości.
— Chcesz wolną zostać! — zawołał — o bogowie! Alboż ja cię niewolnicą moją czyniłem? Poco ci wolność inna niż ta, któréj u boku mego używałaś, powiernicą i doradczynią moją, wszechwładną panią domu i dostojną obywatelką Rzymu będąc? Teraz już chęci i zamiary twe odgadywać zaczynam. Dotknął cię trujący oddech wieku. Przypatrzyłaś się bliżéj farbowanéj peruce Cecylii Metelli i podobały ci się fantazye pustéj zalotnicy; zaleciał cię zapach róż, któremi Cezar wieńczy Tertulią i zapragnęłaś może z obłudną rozpustnicą tą do zaszczytnych stanąć zapasów. Pożałowałaś, że w domu moim nie użyjesz nigdy rozkoszy uczt pijanych i ust swych nie umoczysz w spieczonéj czarze szału. Wzgląd na młodziutką córkę powściągał twe żądze; gdy odeszła do grobu, ty lecisz w zepsucie. O, Turio! jakież bóztwa opiekowały się twém obliczém, że nie wydało ono ni razu ciemnych uczuć, które panowały w twem sercu? Medea była lepszą od ciebie, bo choć zamordowała swe dzieci, wnet po ich zgonie nie zapragnęła rozkoszy występku. Jakże długo zły geniusz mój kładł mi na oczy przepaskę ślepoty! Ślepy byłem. Z litością lub gniewem patrzałem na tych, którzy prawili mi o płochości i zdradach niewieścich. „A Turia moja!” tryumfująco wołałem w duszy. Lecz teraz wiem już, że prawdziwém jest przysłowie przodków naszych: „Przysięgi kobiet ryte są na skrzydle wiatru i na fali wodnéj.” Wiatr ulatuje, fala przepływa i pozostaje po nich — pustka i błoto!
Ciemne uniesienie oblewało rumieńcem blade jego czoło, a z ust i oczu lała się wzgarda, pod któréj dotknięciem Turia wić się zdawała z bólu. Śliczne, wpółnagie ramię jéj otoczyło kolumnę, kolana gięły się pod nią i z twarzą odwróconą, z czołem do marmuru przyciśniętém, przerywanym głosem zawołała:
— O Wespilionie! jak możesz myśléć tak!... czyżbym ja mogła... nie...
Potém ciszéj dodała:
— Chcę, Wespilionie, odzyskać wolność... aby zostać żoną Labeona!...
Tym razem jakby piorun w Wespiliona ugodził. Pochylił się naprzód i z osłupiałemi oczyma długo pozostawał w nieruchomości zmartwiałéj i nieméj.
— Labeona! — zwolna potém powtórzył — najlepszego przyjaciela mego... Więc zapewne oddawna już umówiliście, pomiędzy sobą szczęśliwe te zaślubiny... Przed rokiem owdowiał... a tyś mnie przez rok ten pieszczotami swémi osypywała, w spokoju słodkiéj pewności nurzała... a on ręce mi ściskał i do domu mego jak drogi brat wchodził... O czasy! O obyczaje! O serca zdradliwe i nikczemne!
Obu dłońmi zasłonił sobie oczy, jakby na widok ujrzanéj hańby olśnąć zapragnął i zbladłemi usty wymówił cicho:
— Żyjąc z przyjacielem dzisiejszym, pomnij, że żyjesz z jutrzejszym wrogiem!
Na te słowa, Turia oderwała się od kolumny, do męża, pognębionego stratą wiary w serca i cnoty ludzkie, wyciągnęła ramiona i z krzykiem, w którym mieszały się niewyraźne, niedomawiane słowa, rzuciła się ku niemu. Tu osunęła się na stojący u sofy podnóżek i załamując dłonie śpiesznie plączącym się w ustach i zamierającym w gardle głosem mówiła:
— Nie, Wespilionie, nie... skłamałam! nie wierz mi! skłamałam niecnie! Labeon nie winien i jam nie winna... występkiem brzydzę się... o zaślubieniu Labeona nie myślałam nigdy... Wolności żądam nie dla siebie, ale dla ciebie... dla ciebie, Lukrecyuszu mój...
Spojrzał znowu na nią wzrokiem ze zdumieniem osłupiałym. Głowa jéj chyliła się teraz ku ziemi, tuż przy ramieniu jego; uczuł zapach jéj włosów, po raz piérwszy od dni kilkunastu zblizka spojrzał na drogie jéj rysy. I po raz piérwszy dostrzegł w pełni ślady, jakie na nich dnie te wyryły. Straszna jakaś walka spaliła czoło jéj, tak niedawno jeszcze gładkie i białe, jak grecki marmur, — rozpacz jakaś wyssała wszystką krew z warg jéj i policzków, a trzeba było wielu gorących strumieni łez, aby oczy jéj tak głęboko zapaść i takim suchym, ponurym ogniem napełnić się mogły. Gniew jego zgasł, wzgarda umilkła, popatrzał na nią z litością i serdeczną trwogą.
— Turio! — rzekł — we wszystkiém co czynisz i mówisz, widzę niezrozumiałą dla mnie tajemnicę. Jeżeli słowa twe i postępki nie są skutkiem obłędu, sprawionego przez boleść, jaką uczułaś nad śmiercią córki — wyjaw mi tajemnicę tę... bądź mi... choćby po raz ostatni... dobrą przyjaciółką... zmęczonego nie męcz mnie dłużéj!...
Uczyniła ruch taki, jakby ramionami szyję mu otoczyć miała, ale powściągnęła się szybko, a i on także usunął się nieco dłonią sobie oczy zasłaniając, czy to dlatego, aby, nie patrząc na nią, nie uledz pokusie porwania jéj w ramiona, czy téż, aby z lepiéj skupioną uwagą módz słuchać tego, co mówić mu będzie. Ale ona milczała długo. Siedziała tuż przy nim na nizkim podnóżku, a rozpuszczone włosy opływały ją znowu aż do ziemi i część twarzy jéj zakrywały. Patrząc w ziemię, milczała i myślała, potém cichym i przerywanym głosem mówić zaczęła:
— Bogami świadczę się, że przeniosła-bym wszystko: rozłączenie się z tobą i wzgardę cnotliwych, — ale nie mogłam znieść wzgardy twojéj, Lukrecyuszu, ani tego, abyś brzydzić się miał całym rodem ludzkim. Jakżebyś bowiem mógł pojąć drugą małżonkę, gdybyś w kobiecie każdéj upatrywał duszę zdradliwą i podłą? Jakżebyś mógł prawym i dzielnym mężem pozostać, gdybyś wierzyć przestał w cnotę człowieka. Słabą niewiastą jestem, sam widok twój już zachwiał stałością moją, cierpienie twoje dokonało reszty.. Powiem ci wszystko.
Wola i przyzwyczajenie do rozsądnych słów i postępków przywracały jéj spokój i rozwagę. Z coraz większym spokojem i coraz rozważniéj mówiła daléj:
— Pamiętasz, Lukrecyuszu, jakeśmy długo biadali oboje nad tém, że bogowie nie dawali nam liczniejszego potomstwa! Tyś pragnął syna, ja, wstyd i smutek méj niepłodności okrywając wielką twą dla mnie miłością, pragnęłam go dla ciebie więcéj niż dla dumy i radości swojéj. Dorastająca Wespilia coraz bardziéj gasiła w nas pamięć o tém jedyném szczęściu, którego nam nie dostawało. Ileż razy mówiłeś o tém, że przyszłego małżonka jéj przybierzesz sobie za syna i że, nosząc twe imię, przeciągnie on w nieśmiertelne czasy cześć i cnoty twego rodu! Kiedy zaś oczy jedynego dziecka zamknąłeś do snu wiecznego, z ust twoich wyrwała się skarga bolesna... słyszałam ją, — słyszałam potém wyrzeczone do ciebie słowa Libitinariusza i wiele innych słów, nad tobą, jako nad bezdzietnym mężem biadających, wsunęły mi w ucho jadowite kobiety te, które jak przyjaciółki niby, pocieszać mnie przychodziły. Przez szesnaście dni i nocy myślałam wciąż o tém: „Nie! myśli i czyny Wespiliona mego bez dziedzica nie pozostaną, imię jego nie przebrzmi jak echo i nie zniknie jak marny cień czegoś — co było!...”
Słaby rumieniec wstydu opłynął jéj czoło, gdy ciszéj szepnęła:
— Ty, Lukrecyuszu, oduczyłeś mnie wierzyć w czarowników i wróżbiarzy, do których w trwogach i bólach życia udają się niedorzeczne tłumy. Ale czepiając się nadziei ostatniéj, skrycie wzywałam do siebie Antoniusza Muzę i sztuki lekarskiéj zapytywałam... Przeczącą otrzymawszy odpowiedź, rzekłam sobie: „Odejdę! Lukrecyusz mój pojmie małżonkę inną, która, szczęśliwsza ode mnie, wychowa mu synów dzielnych i córki dorodne, a ja w cichym jakim zakącie ukryta, zdala pochwytywać będę echa, przynoszące mi wieści o chwale i szczęściu jego!” Tak myślałam i postanawiałam, mniemając, że, śmiertelnie cię obraziwszy, odejdę niepytana o nic, w milczeniu i swego dopnę. Lecz skoro nieumiejętność kłamania i słabość serca zmusiły mnie do wyznania ci prawdy, proszę cię, Lukrecyuszu..
Umilkła na chwilę i podniosła głowę. Na twarzy jéj malowała się teraz wielka, uroczysta powaga.
— Proszę cię, Lukrecyuszu mój, abyś uczynił tak, jako ja umyśliłam. Młodym jeszcze jesteś i pięknym; wysokie miejsce, które w ojczyznie naszéj zajmujesz, okrywa cię urokiem dostojności i zasług. Niejedna dziewica piękna i szlachetna umiłować cię może i ze szczęściem towarzyszką twą i panią domu twego zechce zostać. Jeżelibyś jednak rady méj chciał usłuchać, pojął-byś naszę Atię. Wiek jéj dojrzały, — dwudziesty rok życia skończy ona niebawem, — za trwałość pięknych przymiotów jéj ręczy. Przyzwyczajona czcić cię jako wzór wszelkich cnót męzkich, do czci téj przyłączy miłość najczulszą i wierną. Ubogą jest wprawdzie, ale ty nie masz duszy chciwéj bogactw, a ja, w dzień zaślubin waszych, przyniosę jéj w darze połowę skromnego majątku mego. Druga jéj połowa, po śmierci mojéj do dzieci Wespiliona i Atyi należéć będzie...
Łzy głos jéj zatamowały, lecz nie zgasiły szlachetnego ognia, który napełniał jéj oczy i rumieńcem zapału oblał podniesione czoło. Patrzała na męża, lecz odgadnąć nie mogła, co czuł i myślał, bo dłonią wciąż zakrywał sobie oczy. Tylko na ustach jego, przed chwilą boleśnie ściągniętych, ukazał się i wnet zniknął, słaby, zaledwie dostrzegalny uśmiech. Spostrzegła go jednak Turia i, mniemając, że wybiegł on na usta Wespiliona, aby radośnie powitać przedstawiony mu przez nią obraz nowego szczęścia, zbladła zrazu bardzo, lecz prędko twarz jéj okryła się wyrazem niewysłowionéj czułości. Czule, miękko, ujęła w obie swe dłonie zwisającą śród fałd tuniki rękę męża, i głosem, w który siłę przekonywania wlewała, mówiła znowu:
— Niechaj cię, Lukrecyuszu mój, względy cnoty i prawości w tym razie nie powstrzymują. Rozwodząc się ze mną i poślubiając inną małżonkę, nie uczynisz nic przeciwnego prawom i obyczajom ojczyzny naszéj. Przypomnij sobie, że starożytni przodkowie nasi składali przed Cezarami przysięgę na to, że żenią się po to, ażeby zrodzić i wychować dla Rzymu obywateli użytecznych i dzielnych. Przypomnij sobie, że w 6-ém stuleciu po zbudowaniu wiecznego miasta, Spuryusz Karwiliusz po raz piérwszy dał Rzymowi przykład rozwodzącego się małżeństwa, nie dla czego innego, tylko dla tego, że mu żona nie dała potomstwa. Tulliusz Cycero, którego wielbicielem jesteś, po trzykroć był żonatym. Trzy z kolei małżonki do domu swego wprowadzał, słodki poeta nasz Owidiusz. I Cezar Oktawian przed zaślubieniem Liwii w podwójne już wchodził związki, a choć wiem, że ci on wzorem ani przedmiotem czci nie jest, toć jednak mądrości i cnót niejakich odmówić mu niepodobna...
Mówiąc to, słabła nieco i głowę chyliła, lecz prędko bardzo zmężniała znowu, wyprostowała się i głosem pełnym przenikającéj słodyczy mówiła daléj.
— I niech cię téż wzgląd na mnie i na szczęście moje nie powstrzymuje. Jeżeli postąpisz tak, jak ci doradzam, inaczéj niż dotąd, lecz nie mniéj bardzo szczęśliwą będę. Uczynię jak ci się będzie podobało. Gdy zechcesz, odejdę daleko i spokój ducha zachowam, myśląc, żeś ty szczęśliwy i żem ja to sprawiła. Gdy zażądasz inaczéj i poślubiając Atię, pozwolisz, abym jéj miejsce w domu twym zajęła, gdy ona moje zajmie, pozostanę i wszystko nam będzie wspólne: majątek i zatrudnienia, smutki i radości. Dzieci twe na ręku swych piastować będę i dopomagać matce ich, aby wzrastały w miłości dla ciebie, cnoty i Rzymu... A kiedy najstarszy syn twój dosięgnie wieku tego, w którym przed zdjęciem mu z szyi złotéj kuli, znaku dzieciństwa, powiedziesz go do senatu, aby, przysłuchując się tam i przypatrując wszystkiému, uczył się czynnie służyć ojczyznie, ja, skryta w cieniu jakiéj trybuny, z rozkoszą przypatrywać się będę radości twojéj i pojętnéj jego uwadze, a wróciwszy do domu, zasiądę do krosien, aby piérwsza toga męzka, w którą go przyobleczesz, mojemi rękoma utkaną była...
Kilka łez stoczyło się z oczu jéj po rozpalonych policzkach, załkała, ale raz tylko i nie z boleści. Owszem, unosił ją i blaskami swemi całą oblewał wspaniały duch ofiary.
— Dla ojczyzny naszéj, dla drogiego Rzymu naszego uczyń to, Wespilionie! — zawołała z natchnionym wzrokiem. — Nadeszły już czasy niesprawiedliwości i gwałtów, nadejdą potem długie szeregi walk i oporów... Gruzy wolności rzymskiéj święte skarby ojców naszych w marny proch przemienione, nie ostygną prędko... Lata mijać będą, nie przynosząc końca spiskom, buntom, walkom i morderstwom. Lecz, aby budowa, wzniesiona przez Juliusza i Oktawiana, obaloną została, trzeba Rzymowi szlachetnéj krwi wiele. Zkąd-że jéj on weźmie, jeśli najcnotliwsze rody jego bezpotomnie zagasać będą? Cudzoziemcy, Wespilionie, do ojczyzny naszéj płyną rzeką wezbraną, a potomstwo ich troszczyć się nie będzie o wielkość jéj i wolność, tylko o rozkosze i bogactwa swoje... Pragnę, aby synowie twoi zwiększyli zastęp mężnych i prawych, dopomogli kiedyś do tryumfu sprawiedliwości, wzmocnili życie Rzymu kroplą prawdziwéj, potężnéj krwi rzymskiéj...
Umilkła, nizko chyląc głowę, a załamane dłonie podnosząc, szepnęła jeszcze:
— Wzywam cię, Lukrecyuszu mój, jako błagająca, abyś postąpił według żądania i postanowienia mego...
Teraz z pod dłoni, którą sobie oczy zasłaniał, na policzki Wespiliona spływały dwie grube, zwolna toczące się łzy, ale usta jego zarysowywały coraz wyraźniejszy i pogodniejszy uśmiech. Co znaczyły te łzy i ten uśmiech? Turia wpatrywała się w męża wytężonym wzrokiem. Co jéj odpowie? Dla czego tak długo milczy? Nakoniec Wespilion odsłonił twarz, w dłonie swe wziął obie jéj ręce i łagodnie z tym zawsze błądzącym po ustach pogodnym uśmiechem, mówić zaczął:
— Pamiętasz, Turio, dzień naszych zaślubin, gdy dom rodziców twoich, ustrojony w girlandy z laurów i róż, jaśniał cały od świateł lamp i pochodni? Jam był wtedy młodzieńcem, który dostąpił piérwszego zaledwie stopnia godności w ojczyznie naszéj, to jest urzędu Kwestora, — ty, dziewczę wysmukłe i delikatna, w oczach swych miałaś już ogień kobiecych uczuć, a na ustach jeszcze śmiech dziecięcéj pustoty. Ale, Turio, młodemi będąc, nie byliśmy przeto niewolnikami. Znaliśmy się od dziecięcych lat naszych, a wola rodziców, która nas z sobą łączyła, spełniała najdroższe nasze pragnienia. Dzień ten, Turio, był dla nas obojga dniem upojenia i przez wiele dni następnych z podziwem myśleliśmy o tém, że Bogowie za siedlisko swe Olimp wybrali, skoro ziemia tak doskonałe daje rozkosze...
Turia wpatrywała się w mówiącego szeroko otwartemi oczyma. Po co przywołał on to wspomnienie, które w téj chwili łzami palącego żalu wzdymało jéj piersi?
— Ale godziny życia, Turio, naprzemian bywają dla ludzi matkami i macochami. Przyszła godzina, gdy rozplotłem ramiona twe, któremi szyję mą z namiętną trwogą oplatałaś i w rękę ująłem miecz. U boku Brutusa walczyłem o wolność i dostojność Rzymu. Pokonanego i ciężką obrażonego raną, zwycięzki Oktawian na wygnanie mnie skazał. Straszném było-by ono, gdybyś ty, Turio, z malutką Wespilią u piersi nie towarzyszyła mi w trudnéj żegludze morskiéj i na piaszczystych wydmach Afrykańskiego wybrzeża. Ty byłaś przy mnie, gdy spienione bałwany morza pochłonąć miały kruchy ten statek, na którym Cezar powierzył morzu niemiłych sobie i, ramieniem jedném cisnąc do piersi płaczącą Wespilią, a drugiém szyję moję otaczając, mężnie i słodko mówiłaś: „Zginiemy razem”. Potém w ubogiéj chatce ciemno-skórnego Etyopa wraz ze mną sypiałaś na skórach zwierzęcych i żywiłaś się nikczemnemi płodami dzikiéj téj krainy, a nigdy nędza nasza, tak niepodobna do dostatków, wśród których wyrosłaś, nie wywołała ci na twarz żalu lub niesmaku. Gdy nadchodzący wieczór spiekę powietrza ochładzał nieco kroplami rosy i rzeźwiącemi powiewami wiatru, opuszczaliśmy chatę Etyopa i, po gorących piaskach stąpając, ze schylonemi głowami szliśmy przez pustynią, ty malutką Wespilią, ja cytrę twoję w ramionach niosąc. Pamiętasz dwie te samotne palmy, pod których zielonemi parasolami usiadłszy, uśpione dziecię nasze składaliśmy na żołnierskim płaszczu moim, a sami przez długie godziny zamienialiśmy z sobą smutne słowa i słodkie pieszczoty? Jam jeszcze miał duszę pełną porażki prawych i tryumfu pognębicieli, a kiedy łzy rozpaczy ciekły mi po twarzy, tyś miękko je ocierała wychudłą swą dłonią i mężowi przypominałaś, że mężnym być mu przystoi. Czasem oboje nas ogarniała niezmożona za Rzymem tęsknota, piersi trudziło nam obce powietrze, oko daremnie po niebie i ziemi szukało znanych i miłych widoków. ucho namiętnie pragnęło ojczystych dźwięków. Wtedy tyś brała cytrę i długo śpiewałaś pieśni latyńskich wieszczy. A kiedy „plectrum” twoje z przyciszoném brzęczeniem uderzało w struny i głos twój uczony a słodki wznosił się i opadał, mnie się zdawało, że dobre gieniusze na złotéj chmurze niosą mnie do ojczyzny, czułem w piersi powietrze jéj, widziałem jéj niebo, ramiona wyciągałem ku drogim postaciom przyjaciół.. Noc nadchodziła, a tyś śpiewała jeszcze i jak bóstwa piekielne przy dźwiękach Orfeuszowéj liry, tak cieżkie bóle me i tęsknoty milkły i usypiały przy słodkim śpiewie twoim... ty najwdzięczniejsza!...
Patrzyli sobie wprost, twarzą w twarz, oczyma, w których co chwila błyskały i znikały powściągane łzy.
— Potem przebiegły Oktawian ujrzał potrzebę wzmocnienia rządów swych, przez przyzwanie ku sobie najwierniejszych synów Rzymu. Wraz z wielu innymi i mnie z wygnania powrócił on ojczyznie aż nadto łaskawemi słowy i postępki, zachęcając mnie do przyjęcia udziału w pracach publicznych. Długo byłem wahający się i niepewny, jak mi postąpić wypada. Bezczynność była mi wstrętną, lecz miałżem pracą i cnotą swoją podpierać rządy, dla których w duszy wieczną żywiłem nieprzyjaźń. I byłbym może, jak tylu innych uczyniło, unikając zbliżenia się z tém, od czego mnie przekonania moje odstręczały, oddał się miękkiemu i wykwintnemu próżnowaniu, które siłę duszy odbiera i blask imienia gasi, gdybyś ty mi nie rzekła: „Nie dla Oktawiana pracować będziesz, Lukrecyuszu, służąc publicznym sprawom, ale dla Rzymu, który teraz najwięcéj potrzebuje, aby nie opuszczali go dumni i prawi. Cóż będzie, jeśli u steru ojczyzny, obok pognębiciela wolności jéj, staną sami stronnicy i służalcy jego? Jeżeli rzeczy, przeciw któréj walczyłeś, odmienić już nie możesz, to czynnie zajmując się dobrem ogólném, wiele złego zmniejszyć i wiele dobrego podtrzymać i wzmocnić potrafisz. A tak i obywatelskiéj powinności swéj uczynisz zadość i dostojności swéj nie ubliżysz, bo, przekonań swych głośno wyjawić nie mogąc, pochlebcą Oktawiana przeto nie staniesz się, a dzielnym synem Rzymu pozostaniesz”. To mi powiedziałaś, a ja słowa twoje długo w myśli swéj ważyłem, aż przekonałem się, że powinienem uczynić tak jakeś doradzała mi, ty, mądrze myśléć umiejąca!
Teraz ona domyślać się zaczynała, ku czému zmierzało to wywoływanie przez niego najdroższych im wspomnień i, urokiem ich zjęta, lecz od zamysłów swych odstąpić nie chcąca, wysunęła z dłoni męża ręce swe i usuwając się nieco, z ciężko wymuszonym chłodem w głosie rzekła:
— Doradzałam ci, Wespilionie, jakem mniemała, że będzie najzacniéj i najgodniéj ciebie. Nie moja w tém zasługa lecz twoja, bo u twego to boku światło nauki i szlachetność uczuć obficie wlewały się do głowy mojéj i serca...
— Tak — zawołał, Wespilion — pojętną i starannie chowaną dzieweczką cię wziąwszy, z rozkoszą uczyniłem cię wspólniczką myśli i nauk moich. Ale gdziesz jest niewiasta, która-by hojniéj odpłaciła mężowi ufność i przyjaźń jego, niż uczyniłaś to ty, najlepsza i najwierniejsza. Nigdy pod rządami twojemi nie pokalała domu mojego pusta swawola, nigdy ściany jego nie usłyszały nieprzystojnego słowa, ani oka córki mojéj nie zaćmił widok dlań niestosowny. Uprzejmym uśmiechem i miłą rozmową ugaszczałaś przyjaciół moich, dla sług i domowników, jak żona Isomacha, byłaś zawsze czujną, sprawiedliwą, a o potrzeby ciała ich i ducha dbałą... a gdyś wobec Cezara i rodziny jego często stawała, nigdy słowem żadném ani ruchem nie zaprzeczyłaś przeszłości mojéj i czoła mego nie okryłaś rumieńcem wstydu... I ty najlepsza i najdostojniejsza mniemać mogłaś, że ja cię kiedykolwiek dla celów choćby najponętniejszych na inną zamienić zechcę! I tyś myśléć mogła, że mi synowie z innéj zrodzeni wynagrodzą utracenie ciebie! O, Turyo! gdy córkę jedyną utraciłem i tyś się odwróciła odemnie — niech bogowie mi przebaczą! — ale boleść którą uczułem nad drugiém, zgasiła we mnie pamięć pierwszego z dwóch tych nieszczęść moich. O ty najsłodsza! jabym do ciebie jak Odysseusz do Penelopy, przez wszystkie morza płynął, wzgardliwie odtrącając zaloty nimf, syren i czarownic wszystkich! Jabym jak Keiks do stóp Albiony, przez morze pochłonięty, trupem jeszcze do ciebie powrócił. Pójdź do mnie... pójdź... tu, bliżéj...
Rozrzewniona nad siły, ze szczęściem, które rozsadzało jéj piersi, próbowała jednak opierać się jeszcze, ale on, obie dłonie jéj przyciągając ku sobie, z wesołością, w któréj śmiech mieszał się ze łzami, zawołał:
— Czy pamiętasz pacholęce gry, którym oddawaliśmy się niekiedy, jeszcze przed zaślubinami naszemi? Pamiętasz, gdy, grając w „garnuszka” stawałaś w kole i wypadało ci wybrać jednę ze składających je osób przez pochwycenie ją za oba uszy i złożenie na ustach jéj głośnego całusa. Zawsze i nieodmiennie chwytałaś uszy moje i nigdy nikt prócz mnie nie ucieszył się pocałunkiem twoich ust dziewiczych! Uczyńże teraz tak, jakeś czyniła dzieweczką będąc... raz jeszcze wybierz mnie za swego.
Tym razem z głośnym płaczem szczęścia na pierś mu upadła, lecz, obejmując go i tuląc się do niego, jeszcze szepnęła:
— O, Lukrecyuszu, imię twoje przebrzmi jak echo i zniknie jako cień marny!
Dłonią zamknął jéj usta i poważny już choć z uszczęśliwieniem na twarzy rzekł:
— Aby tak się nie stało, w najbliższym czasie wobec Pretora i luda, przyjmę za syna Flawiusza, Labeonowego siostrzeńca. Młodzieniec ten zdolny jest i szlachetny, pod kierunkiem moim zarzuci wkrótce puste swe nałogi i stanie się mężem dzielnym. Nosić on będzie imię moje i odziedziczy po mnie majątek mój i moje dla ojczyzny chęci. Ożenimy go z Atią, którą kocha, dla szczupłości wpółstrwonionego majątku swego pojąć jéj nie mogąc, a ona, widziałem to, pokochać go jest gotową. Tak mieć będziemy syna i córkę, a gdy nadejdzie rocznica śmierci biednéj i dobréj naszéj Wespilii, jako „parentalia” dary pamięci najbliższych, zaniesiemy jéj wierną, wzajemną miłość jéj rodziców i przez nich sprawione szczęście dwojga młodych, którzy go są godni... Czy dobrze, Turyo? Czy chcesz aby było tak, jak mówię?
W téj chwili podniosła się u wejścia zasłona i, niespokojna zapewne o opiekunkę swą, do pokoju weszła Atia. Biała, fałdzista „palla” okrywała ją aż do ziemi, a szerokie jéj rękawy odkrywały nagie, śliczne jéj ramiona. Złociste włosy swe okryła na noc siatką ze szkarłatnego jedwabiu, w ręku jej błyskał płomyk lampki, palącéj się w bronzowym sandałku. Ujrzawszy Wespiliona i Turią połączonych uściskiem i z cicha z sobą szepcących, wydała krzyk radości i cofnąć się chciała, lecz Wespilion przywołał ją gestem. Postawiła lampkę na stole, przybiegła i u stóp Turyi na ziemi przyklękła.
— Atio! — rzekł Wespilion — ułożyliśmy z Turią że ty zastąpisz nam biedną naszę Wespilią i będziesz nam córką, a młody Flawiusz, przyszły mąż twój, wobec prawa i ludu synem naszym zostanie.
Zarumienioną od zawstydzenia i z kolei od nagłéj radości zbladłą twarz swą Atia ukryła na piersi Turyi, która, jedném ramieniem obejmując szyję męża, drugiém ją ogarnęła. Ogień, palący się na trójnogu, dogasał, lampka w bronzowym sandałku mdłe i chwiejne światło rzucała na malowane po ścianach ptaki i motyle, na zygzaki greckich głosek, napełniające karty rozwartéj na ziemi księgi, na popiersie latyńskiego poety, bielejące u szczytu ciemnéj kolumny. Noc płynęła, śpiewny głos służebnego pacholęcia melodyjnie rozchodził się po cichym domu, oznajmiając upływające godziny i już przez ametystową firankę zasłaniającą okno przebijać się zaczął szary błękit świtu, a troje pogan tych dzieliło się jeszcze z sobą rozkoszą świętych zamiarów i uczuć.





HASŁO.
Nigdy przedtém w cesarskiém palatium nie widziano komnaty tak surowéj i cichéj. Wprawdzie wysokie sklepienie sufitu z misterną siecią rzeźbionych medalionów i tłumem malowanych bóztw, świadczyło, że miejsce to wznosiły niegdyś dłonie możne i rozkochane w powabach sztuki. Świadczyły o tém jeszcze szeregi alabastrowych kolumn i spływające śród kolumn kwieciste zwoje babilońskich kobierców i szyby okna zabarwionym kryształem naśladujące barwy i blaski drogich kamieni. Była to przecież komnata cesarska, ta sama, w któréj część istnień swych spędzili niedoścignieni rozkosznicy świata: Tyberyusz, Neron, Domicyan, Adryan.

Jednak była ona teraz surową i cichą, napełnioną takiém tchnieniem, jakie dokoła siebie rozlewać zwykły duchy o wysokościach zamyślone i zapatrzone w głębie.
Miasto sprzętów, wysłanych miękkiemi puchy i drogiemi kruszcami świecących, łoże twarde i proste, z parą zwierzęcych skór za całą ozdobę i pościel; miasto wspaniałéj uczty, zastawionéj w naczyniach nieobliczonéj ceny, — trochę owoców i wina w kryształowych czarach; miasto strojnéj i gwarnéj gromady dworaków, — stół wielki, zwojami pergaminów spiętrzony i otaczające go stołki, z drogocennéj lecz twardéj kości słoniowéj, na wzór senatorskich, kurulnych siedzeń urobione. Snadź dostojnicy państwa, naradzający się nad jego sprawami, dosiadać je zwykli. I tylko złoty posąg Fortuny rzucał w półmrok téj komnaty, migotliwe, ogniste błyski. Na kwiecistém tle kobierca, postać bogini szczęścia, opiekującéj się rodem Antoniuszów, zarysowała linią niewymownéj czystości i gracyi. Lekko jedną stopą wsparta na wysadzaném dyamentami kole, ze wspaniałym wdziękiem wyciągnęła ramię, lejąc z tulipanowego rogu potoki kwiatów, owoców i kłosów. Przepaski na oczy tu jéj nie dano. Owszem, źrenice jéj, nieruchome a gorejące, ze świadomością wyboru i uśmiechami obietnic, patrzały wprost na tego, który był jéj wybrańcem.
Ale Marek Aureliusz w obliczu bogini szczęścia nie szukał dla siebie wróżb, nie poił oczu czarowną harmonią jéj kształtów, ani radował się dyamentową rosą, usiewającą obręcz i oś jéj koła. Wodny zegar, łagodnie szemrzący za ścianą z kobierców, nie dokonał jeszcze jednego swego obrotu, odkąd ministrowie, senatorowie i najwyższą ufnością władcy obdarzeni wymyśliciele, z tych otaczających stół siedzeń powstali i, odszedłszy, pozostawili go ciszy, pełnéj jeszcze surowych głosów ich napomnień. Absolutnego władcę połowy świata, doradcy i powiernicy jego, dziś upominali z surową szczerością. W tych upomnieniach brzmiało wciąż drogie mu imię jego brata.
— Nad postępkami Werusa, zaciąż cesarką swą dłonią!
— Płochość Werusa przykroć, Cezarze!
— Z rąk brata swego wyjm potęgę, którą go obdarzyłeś!
— Niech brat twój, Werus, przestanie razić oczy naszych synów, które sam przyzwyczajasz do widoku cnoty!
A uczony prawnik, Scewola, który wraz z nim pracował nad przekreślaniem wielu dawnych, a kreśleniem nowych ustaw państwowych, powstając, rzekł:
— Kiedy, Cezarze, znajdziesz się w Kuryi, w gronie całego zgromadzonego senatu, przedstaw do obrad ustawą, która-by nakazywała usuwać z oczu ludzkości takie szkodliwe i rozhulane dzieci, jakiém jest Lucyusz Werus!
Tak oni mówili o bracie jego, a on, ze spuszczonemi powiekami, słuchał i czekał... Czekał na dźwięk jednego jeszcze imienia, najdroższego mu już ze wszystkich imion na ziemi i czuł, że jeśli wymówią je, boleść i wstyd uderzą mu w oblicze bladością albo płomieniem. Nie wspomnieli go przecież. Nie chcieli może zapuszczać ostrzy w dwie zarazem rany jego życia. Cesarzowa zresztą niewiastą była, od steru państwa daleką; a z tém zaś szkodliwém i rozhulanem dzieckiem, jak cesarskiego brata nazwał Scewola, niepojęta dobroć Aureliana podzieliła się tytułem, bogactwy i władzą Cezarów.
Za drzwiami, osłoniętemi kobiercem, słyszéć dały się śpieszne kroki. Biała jak liść lilii, kształtna, jakby ją grecki mistrz wyrzeźbił, drogocennemi pierścieniami połyskująca ręka, uchyliła ciężką zasłonę; do komnaty cesarskiéj wszedł Lucyusz Werus.
Gdyby Ganimed, to pacholę tak śliczne, że je sobie na ukochanego pazia Jowisz wziął z ziemi do nieba, dorósłszy w niebie, na ziemię wrócił, nie wyglądał-by inaczéj jak ten współtowarzysz dostojności i władzy Aureliuszowéj. Nie tylko dorosłym był, ale już dojrzałym; jednak młodzieńczą, dziewiczą niemal była gibkość i delikatność wysmukłéj jego kibici. Śnieżna i barwistemi hafty okryta suknia nie osłaniała mu połyskliwéj białości ramion i stóp, ubranych w kobiece sandałki, a świecących zdobiącemi palce ich pierścieniami. Dokoła twarzy liliowo-białéj i gładkiéj, któréj linie zakreślały wytworny owal, jak strugi roztopionego złota spływały włosy płowe, zalotnemi skręty wijące się po ramionach i plecach, miałkiém złotem osypane, napojone lotnemi woniami. W gęstwinie tych włosów tylko co zdjęty z nich wieniec pozostawił tu i owdzie pąki róż i więdnące fiołki. Do fiołków barwą swą podobne były jego oczy, których dziecięcą prawie wesołość przysłaniała zlekka łzawa mgła długich rozkosznych upojeń. Po łabędziéj szyi Lucyusza wił się sznur turkusów, kołysząc mu na piersiach misternie ze złota wyrzeźbiony wizerunek ulubionego konia jego, lotnonogiego ptaka cyrkowych aren Awisa.
Krokiem zalotnéj dziewczyny przebył komnatę i różowemi ustami serdeczne pocałunki złożył na policzkach brata. Potém z miną dziecka, któremu przerwano miłą zabawę i z miękką gracyą ruchów opuścił się na futrami usłane łoże. Rubinowe, szmaragdowe, szafirowe blaski, z szyb okna padające, zamigotały mu w złotych włosach i splotły się nad czołem w ruchomą tęczę. We wpół leżącéj postawie wsparł głowę na dłoni i fiołkowe oczy utkwiły w twarzy Aureliusza. Głos jego, — gdy mówić zaczął — pełen był tonów śpiewnych, srebrnych, pieszczotliwych.
— Wezwaniem swém, Aureli, przerwałeś mi bardzo wesołą zabawę. W chwili, gdy twój posłaniec przybywał do mojéj wilii, z Agaklitem, Eklektem i innymi przyjaciołmi mymi grałem w kości, a Fortuna była mi tak przyjazną, jak gdyby opiekować się chciała najmniéj nawet godnym jéj łask członkiem Antoniuszowego rodu. Przez dwie godziny ani razu nie wyrzuciłem asa, a pięć razy same szóstki wypadły mi z rogu. Boski rzut Wenery! Miałem go dziś pięć razy i szósty miałbym pewno, gdyby nie oznajmiono mi, że ty mnie wzywasz. Posłuszny ci jestem, jak kochający syn dobremu ojcu. Przybyłem natychmiast. Ale wracać mi pilno. Czego ode mnie żądasz, o bozki?
Ojciec i syn, — takiemi imionami każdy-by nazwał tych braci, których dzieliła nieznaczna różnica lat. Brunatną togą okryta, wysoka postać Aureliusza zarysowywała w półcieniu linie pełne spokojnéj siły. Tłem jéj były rzeźbione poręcze wysokiego krzesła, na którem siedział, stopy wspierając o zadumaną głowę bronzowego sfinksa. Lecz nic mniéj podobném nie było do sfinksowéj tajemniczości, jak jego oblicze, z czołem wielkiém, przedwczesnemi bruzdami zoraném, lecz otwartém i jasném, jak szczerość i prawość. Oczy jego, niemające do ukrywania nic, posiadały dziewiczą przejrzystość, lecz zarazem i głębią taką, że w niéj, jak w bezdennych toniach oceanu, dojrzéć można było pogodę szczytów i mroki otchłani. Wszelkie blaski i cienie ziemi, życia i dusz ludzkich, przejrzały się w tych oczach mądrych, czystych i dalekim ogniem gorejących. Morze cierpienia wypić musiały usta jego, przedwcześnie pobladłe, — lecz gorzkie i zdradliwe pocałunki ziemskie, które wyssały z nich młodzieńczą krasę, nie zdołały wyssać rozlanego po nich morza dobroci.
W krótko ostrzyżonych włosach i długiéj brodzie młodego jeszcze Cezara bielało srebro siwizny. Wyciągnął rękę ku temu pięknemu dziecku, które, z tęczą nad czołem, gibkie swe członki wyciągało na skórze tygrysiéj i ze smutnym wyrzutem zawołał:
— Cezarze! Cezarze! Cezarze!
— Do kogo mówisz, Aureli, do siebie, czy do mnie? Jeżeli do mnie, dla czego mi przypominasz wysoką dostojność, którą mniéj swoim żądaniom, ile twéj łasce zawdzięczam.
— Dla tego to uczyniłem, Lucyuszu, abyś pomyślał, że błogosławionemi są te tylko szczyty, z których spływają zdroje czyste i krzepiące. Przekleństwo jest echem tych, którzy, wyniesieni nad innych, jako wulkany ogniem i popiołem, zieją na ludzkość błotem występku i pianą szaleństwa.
Różowe usta Lucyusza zadrgały śmiechem.
— Na Adonisa, boga czarownéj wiosny! Już ci ta szronem okryta zima mnóstwo czarnych rzeczy naszeptać musiała o mnie! Mówię to o ukochanych twoich uczonych i filozofach. Nie z wnętrzności kobiecych wyszli ci ludzie, ale z makówek wysypał ich Morfeusz, gdy mu się raz zachciało świat uśpić na śmierć! O jakież winy oskarżają mię teraz kapłani nudy?
— Naśladujesz, Lucyuszu, tych, którzy byli trądem świata. Jak Kaligula dnie i noce spędzasz na grze i piciu. Jak Nerona widują ciebie najohydniejsze oberże Rzymu. Jak Domicyan odrywasz niewiasty od ognisk domowych. Jak Witeliusz, stoły swe zastawiasz tak wykwintnemi potrawy, że w mowie rzymskiéj nazw, a w żołądkach biesiadujących miejsca im braknie.
Śmiałém spojrzeniem spoglądał oskarżany w twarz oskarżającego; migotała w nim tylko ironiczna nieco wesołość.
— Wszystko, coś rzekł, Aureli, czyniłem.
— Obyś był czynił to tylko! Lecz w czasie wojny, na którą cię wysłałem, gdzieżeś przebywał i czém się trudniłeś? Awidyusz, Stacyusz, Marcyusz zwyciężali Partów, zdobywali Armenią, do Babilonii i Medyi docierali rzymskim orężem. Tyś zimę w ciepłéj Leodycei, a lato w marmurowéj Antyochii spędzał, wolen od trudów właściwych głównemu wodzowi, same nawet lubieżne ludy Wschodu zdumiewając sztuką wysysania z życia wszystkich jego rozkoszy niższego rzędu. Potemeś z Antyochii zabrał i tu z sobą przywiózł gromady harfiarzy, zalotnic, kuglarzy i skoczków. Tymi napełniłeś swój dom, a sława stu-trąbna głosi, żeś kosztem narodu, nie Partów i Armeńczyków zwyciężył, ale... histrionów.
— Wszystko, coś rzekł, Cezarze, uczyniłem.
— Konia Awisa złoty wizerunek na piersi swéj nosząc, żywisz to zwierzę strawą mieszaną z daktyli i winnych jagód. W bezmyślnych walkach stronnictw cyrkowych, „błękitni“ lżą cię publicznie za popieranie „zielonych“. Ohydne boje gladyatorów ty szerzysz i wspierasz. Rozrzutność twa granic nie zna. Cóżeś to przed nie wielu dniami uczynił? Wyprawiłeś ucztę, któréj każdy uczestnik, od twego stołu wstając, otrzymywał w darze pięknych paziów i rzadkie zwierzęta, dyamentami wysadzane czary i wieńce splatane ze złotych tasiem, powozy, zaprzężone mułami i srebrną uprzęż na muły... Kiedy do wojny zbroi się wojsko a nędza pożera lud, tyś sześć miljonów sestercyi wrzucił odrazu w brzuchy i garście swoich dworaków!..
— Wszystko coś rzekł, Cezarze, uczyniłem.
Ze spuszczonemi powiekami i głosem tak zniżonym, jakby lękał się, aby go nie usłyszał ktokolwiek z bogów, czy ludzi, karcić zmuszony, a szczędzić pragnący, Aureliusz rzekł:
— Wszystko, coś czynił, było występkiem, —
Atłasowego czoła Lucyusza nie zmącił żaden cień wstydu ni zasmucenia. Przeciwnie, podniósł on je z nad dłoni, i wyraźniejsza ironja zaigrała na jego delikatnych wargach.
Z wesołą przekorą patrząc w twarz brata, mówić zaczął:
— Różnemi przymioty natura darzy śmiertelnych. Jak paciorki, przebrałeś te, które są moją własnością; pozwól, najdostojniejszy, abym wzajemnie, znizał twoje na nić méj pamięci. Złożymy przez to hołd sile twórczéj, wydającéj ze swego łona tak doskonałe sprzeciwieństwa. A ponieważ imię występków dałeś moim czynom, powiem z kolei jak twoje nazywam.
— Mów, Lucyuszu. Natura nie odmówiła ci rozumu i przenikliwości, a szczerość jest sercem przyjaźni, które, gdy bić przestaje, przyjaźń umiera.
— Mędrcem jesteś, Aureli, od lat dziecięcych zapatrzonym w oblicze Minerwy. Filozofią i pracę wziąłeś sobie za nierozłączne kochanki. Właściwém mianem twojém winno być: homo frugi, dwa wyrazy, któremi nasi przodkowie nazywali doskonale wstrzemięźliwego i skromnego męża. Tylko błagania twéj matki sprawiły, że sypiasz na tych zwierzęcych skórach, lecz na łabędzich puchach i kapach z tyryjskiéj purpury, nie dałeś nigdy spocząć swému ciału. Jadłem twém wzgardził by pewno lada jaki wzbogacony wyzwoleniec, Afrodyta zaś rychło zestarzała-by ze zgryzoty; gdyby twojemi tylko ofiarami cieszyć się miała. Takim jesteś. A w dodatku, jak Semelę grom Zeusa, tak duszę twoję miłość dla ludzi, przemieniła w krzak gorejący. Gorejesz, o boski! miłością dla ludzi! I czego-żeś przez tę miłość nie powyrabiał? Dnie i noce myślisz o sprawach publicznych, a dla stoczenia nad niemi obrad, ileż razy z Kampanii, z Albanii, przylatywałeś do Rzymu, i wprost z podróży, niby jakiś najemnik narodu, biegłeś do Kuryi. Żaden z cezarów, tak jak ty nie szanował wolności senatu i takiéj pieczołowitéj opieki nie roztaczał nad biednym ludem. Tyś to w całém państwie pomnożył ilość trybunałów, aby sprawiedliwość rychléj wynagradzała krzywdy. Tyś argusową czujność prawa zawiesił nad mieniem i bezpieczeństwem sierot. Tyś wzbronił zdzierstwa poborcom drogowych ceł, a rozdawanie zboża ubogim poddał surowéj słuszności. W czasach głodowych, twoje starania nie dały z głodu umrzéć nikomu, a gdy zaraza pustoszyła Rzym, kosztem szkatuły własnéj sprawiałeś biednym pogrzeby. Ciebie bolą nawet rany gladyatorów, a w amfiteatrze zasiąść zmuszony, wzgardę okazujesz dla krwawych widowisk, plecami zwracając się ku nim, a twarzą ku swym ministrom i gońcom, którzy ci tam o różnych ważnych sprawach prawią.
Ty litujesz się nawet nad lichymi skoczkami i na areny materace kłaść rozkazałeś, ażeby który pocieszny pajac, z liny spadając, o twardą ziemię łba nie roztrzaskał. Dziesięć tysięcy gladyatorów i tyluż niewolników do szeregów wojska zaciągnąłeś, chcąc przez postępek pierwszy odjąć ludowi nieco okrutnéj zabawy, a przez drugi pokazać, że niewolnik jest synem ojczyzny, a bronić jéj ma obowiązek i prawo. Wszystko jednak, co dotąd opowiedziałem, zaćmiłeś ostatnim czynem. Przed zbliżającą się wojną, zamiast podatkiem nowym obłożyć lud, ty — o nieśmiertelni bogowie — na sprzedaż publiczną wystawiłeś klejnoty prywatnego skarbca cezarów. Przechodząc wczoraj przez forum Trajana, słyszałem wołania woźnych: „Tyle za srebro cezara! Za obraz z sypialni cezara, tyle! kto da więcéj za złote misy cezara? Za złotolitą szatę cezara, kto da więcéj?“ Cezar zostanie nędzarzem, bogaci bogactwa jego posiądą, biedni ciężaru wojny nie uczują... Na wszystkie bóstwa nieba i piekieł! tego pomysłu pozazdrościł-by sam ten dobry Numa, który błagał rozgniewanego Jowisza, aby, wzamian żądanych przezeń głów ludzkich, jako pokutną ofiarę, przyjąć chciał ścięte główki cebuli. Ale ty — słońce dobroci! litował-byś się może i nad cebulą!
Złośliwe uśmiechy latały mu po ustach, policzkach i czole. Słońce radości oświeciło twarz Aureliusza.
— Wszystko, coś opowiedział, Lucyuszu, uczyniłem.
Śnieżną dłoń wyciągając ku bratu, z dźwięcznym śmiechem Werus zawołał:
— Wszystko coś czynił, filozofie, było — głupstwem!
Przestał śmiać się, i bystrym spojrzeniem zapytywał twarzy brata, czy zuchwałością swą nie przekroczył granic jego pobłażliwości. Ale pogodne oczy Aureliusza wyrażały tylko żartobliwą nieco ciekawość.
— Jeżeli zdołasz dowieść tego, coś rzekł, dam ci miano najznakomitszego retora wieku. Pragnę ujrzéć, jak umysł twój, od poważnych ćwiczeń odwykły, walczyć będzie z tak trudném zadaniem.
Lucyusz wyprostował gibką kibić i rękę podniósł z gestem oratora. Lokwens, bóg krasomówstwa mniéj wdzięczną miał postać, gdy mistrz snycerskiéj sztuki zaklinał go w posąg, wznoszący się teraz na Forum Romanum w pobliżu publicznéj mównicy.
— Nie myśl, abym dla tego, co twierdzę, długo miał szukać dowodów, albo w wyłuszczaniu ich posługiwać się prawidłami, których nauczali nas moi i twoi mistrze retoryki: Apoloniusz, Attykus, Fronton. Dawno już zapomniałem, co mi tam nad uszami niegdyś beczeli ci starzy nudziarze. Ale argumentem od najwyszukańszéj dyalektyki mocniejszym, jest moja doskonała szczęśliwość. Posiadam zdrowie, piękność i wesołość. Mléko oślicy, w którém codziennie członki swe zatapiam, daje mi białość i gładkość marmuru; zimna woda termów, w któréj pluskam się z bezmyślnością ryby, utrwala ich gibkość i jędrność. Na czole moim upłynione lata tyle pozostawiły zmęczenia, ile pyłku zostawia na róży muskające ją skrzydło motyla. Oko moje goreje, śmieje się, wabi, a pierś oddycha szeroko i lekko, rytmicznie, śpiewnie uderza w niéj serce. Lekkim czuję się tak, że patrzę czasem, czy mi u ramion nie wyrosły skrzydła. Człowiekiem ptakiem widząc się, zwołuję lutnistów i każę im śpiewać o wiośnie bez końca, o niebie zasianém słońcami uciech niezliczonych. Gdy po szerokiéj Apijskiéj drodze, lotnonogi mój Awis jak wiatr mię niesie ku rozkosznym wybrzerzom morza, a morskie powiewy rzeźwiące pocałunki kładą mi na twarz i ramiona; gdy w Sphaeristerium z mistrzowską zręcznością odrzucam piłkę, ciskaną przez towarzyszy, albo dzirytem zbijam ich w ziemi utkwione dziryty; gdy w żyłach moich wre sok płomienny, wyciśnięty z jagód, zrywanych na greckich wyspach, a z mego rogu złote kości wypadają z drażniącym brzękiem; kiedy długiemi memi włosami zamiatam łona ślicznych rzymianek, syryjek, hiszpanek, a usta rozkoszne szepcą mi do ucha: „kwiatem jesteś, Lucyuszu! Adonisem jesteś, bogiem nieśmiertelnéj wiosny!“ — wtedy dziękuję dobrym geniuszom moim, że odwracając mnie od trudów i trosk, wydarły me ciało słabości, zwiędnięciu, smutkowi, tym szpetnym klęskom, z których piekielne Parki przędą nić życia dla takich, jak — ty!
Z drgającemi tryumfem ustami i tęczą świateł, migocącą nad zapłonioném czołem, mówił daléj:
— Czy jest w palatium jedno jeszcze zwierciadło, nie sprzedane przez Cezara na koszta wojny? Przejrzymy się w niém oba, jeden obok drugiego stojąc! Pozdrawiam cię, przodku mój, o niecałe dwa pięciolecia przedemną przybyły na ziemię! Sam bóg czasu, nie poznał-by w nas rówieśników. Synem, syna twego nazwał-by mnie każdy, twoją powagę, a moją młodzieńczość ujrzawszy. Czemże cię obdarzyły miłe twoje kochanki? Boska filozofia! Czcigodna praca! Rozczulająca ludzkość! Dziękuj im, że zmarszczkami przedwcześnie zorały ci czoło, a na włosach złożyły grobową różę siwizny. Dziękuj im za szeregi bezsennych nocy, które krasę z policzków i warg twych wyssały. Cóżeś to uczynił z przyrodzoną pięknością swych kształtów? ukryłeś je pod fałdzistą togą, a zwątliłeś pochyłém ślęczeniem nad pergaminami. Cóżeś uczynił z blaskiem twych oczu? Przyćmiłeś go troskami i załzawiłeś litością. Wzrok swój cofnąłeś w głąb’ własnéj duszy, i w niéj jak narcyz w zwierciedle wodném, przyglądasz się samemu sobie — nie aby na wzór tamtego, piękność swą podziwiać; — lecz aby własne błędy i ułomności liczyć i karcić. Udoskonalasz się, najmędrszy, a od udoskonalania się tego starzejesz się strasznie prędko! Niech cię dla szczęścia świata strzegą dobrzy bogowie! bo o biciu twego serca Gallenus coś źle przebąkuje. Najuczeńszy to lekarz wieku! a zmarszczka rysuje mu czoło, ilekroć na twéj piersi dłoń swą opiera! Wielkiém jest serce twoje, o nieporównany! lecz ludzkiém, — przeto więc kruchem!
Nie śmiał się już. Wiara w to, co wygłaszał, zapałem świeciła mu z oczu, tryumfem gorzało czoło.
Jednak w naturze téj, ruchliwéj, jak fale wodne, smutek znalazł się, litujący się nad tym, który obrał sobie drogę inną niż ta, którą on sławił. Aureliusz przeciwnie uśmiechał się łagodnie i niezmąconą pogodą jaśniało jego oblicze.
— Dziecinną mową dowodzisz praw życia przez jeden tylko z jego pierwiastków. Ciało i zmysły wysławiasz. Powracaj prędko, powracaj śpiesznie do pamięci o pierwiastku drugim, wtedy zrozumiész, w czém pokładam szczęście. Chcę, aby rozum i dobroć uczyniły mię istotą silną i sprawiedliwą, przyjazną ludzkości, władnącą sobą i karną jak rycerz, który na odgłos bojowéj trąby, niesie życie w ofierze temu, co ma za dobro i prawdę. Chcę być atletą najwspanialszéj z walk, zwycięzcą huczących w duszy huraganów, — prosto stać, a zachwiany prostować się znowu.
Żywém poruszeniem Lucyusz podniósł się z łoża.
— Pojmałem cię, najmędrszy! Tyżeś to mówił o walkach życia i o huczących w duszy huraganach? Ergo: pożądasz, walczysz, cierpisz. Roztrwaniasz jedyne życie, po którém innego nie będzie — i wcześnie umrzesz!
— Na rozłogach przestrzeni i czasu, człowiek jest punktem maluczkim. Uciekającą wodą są jego rozkosze, snami cierpienia; miłości, zawiści, chwały mknącemi cieniami. Mogęż wynosić do najwyższéj ceny to, co posiada małość atomu, kruchość kryształu, nietrwałość minuty?
— Cóż ty najwyżéj cenisz?
— To, co jest wielkiém i trwałém. Cnotę, sprawiedliwość i dobro ludzkości.
Z niewiarą i gniewem zaśmiał się Lucyusz.
— Epikur i Lukrecyusz oduczyli nas wiary w bogów. Czy nie znajdzie się nikt, ktoby zdjął ze śmiertelnych ciężar wierzenia w ludzkość?
— Sama natura sprzeciwiała-by się temu. Wpatrz się w jéj prawa. Ziarnko piasku miesza się z piaskiem, kropla wody płynie z wodą, atom powietrza wiruje z powietrzem, iskra ognia płonie i świeci z ogniem. Jeden-że człowiek pozostać-by miał wolen od prawa pociągu, które rządzi muzyką gwiazd, a drobnym ptakom rozkazuje wspólnemi siłami bronić rodzinnego drzewa od paszczęki węża? W młodości mojéj widziałem mrowisko, zbudowane przez mnóztwo istot, z których każda zaledwie podźwignąć mogła drobne źdźbło trawy lub drzewa. Wicher chwiał wątłą budową, podmywały ją wody, napastowały owady innego rodu. Wtedy te zwierzątka biegły jedne ku drugim, dopomagając sobie w naprawianiu szkód; silne na grzbiety swe przyjmowały słabe, syte do ssania poddawały się głodnym i wszystko było wspólném w téj wielkiéj społeczności maluczkich. Widokowi temu przyglądałem się wespół z przyjacielem mym Rustikusem i obadwaj zawołaliśmy: „słodkiém jest prawo twoje, naturo!” Rustikus mię zapytał: „Jak mniemasz? Co na rozłogach przestrzeni i czasu zdziałać może dla społeczności ludzkiéj człowiek zawsze malutki, choćby był mędrcem, bohaterem, monarchą? — „To, Rustikusie — odrzekłem — co działa mrówka dla społeczności mrówczéj: do gmachu wspólnego przynieść swą duszę, która w ogromie całości drobném źdźbłem będzie, ale zrodzi swoje owoce. Człowiek rodzi owoce, z których powstaje mnóztwo innych, a wszystkie są takie, jakiém jest ich pierwotne ziarno.
Lucyusz jak dziecko, ubawione pociesznym żartem, po kilkakroć klasnął w białe dłonie.
Sosphos! — zawołał; — oto Imperator rzymski i podziwiany filozof przypisuje sobie potęgę, równą potędze pchły leśnéj! Mniemam, że takiéj roli nie przyjął-by nawet żaden z mych antyochskich histryonów. Ale... niech i tak będzie! Co mi tam! Chcę tylko wiedziéć, jakiemi cnotami jaśnieje społeczność mrówcza? Czy wielki Pliniusz nie dociekł prawości, szczerości, wdzięczności mrówek? Ty o tém wiész pewno. Ja, nie, bo do szpargałów czuję wstręt równy temu, jakim przejmują mię szpetne niewiasty i towarzystwo pedantów. O ludzkiém mrowisku za to powiem ci dykteryą, która mię dużo nabawiła śmiechu, tobie zaś użyteczną być może, jak pigułka, skręcona przez Gallenusa, dla chorego na błędne widziadła.
Z wdziękiem o śniężną kolumnę oparty, z twarzą pełną swawolnych i naprzemian szyderskich uśmiechów, opowiadać zaczął:
— Było to tak. Niedawno kuglarz jakiś, Egipcyanin podobno, chcąc wyłudzić od ludu sporą garść obolów i asów, przyrzekł mu widok najdziwaczniejszego z cudów. „Na polu Marsowém, — powiadał, — zobaczycie mię siedzącego na figowém drzewie, a gdy ze szczytu tegoż spuszczać się będę ku ziemi, szeroko rozwierajcie ślepia, bo przemienię się w bociana i wzlecę ku niebu; z nieba znowu spadnie ognista kula, która wam dzioby nieco osmali.” Tłum ciekawych osłów zaległ Marsowe pole, kuglarz ze szczytu dzikiego figusa zabawiał go czas jakiś mroczącemi umysł bredniami; potém usłyszano szelest gałęzi, z których naprawdę wyleciał bocian i począł wzbijać się w górę. Lud rozwarł ośle szczęki i nuże téż patrzéć w górę. Jedni klaskali i wrzeszczeli: Sophos! inni czekali kuli ognistéj, gotowi ucieczką ratować od niéj swe nosy, ujrzéć ją przecież pragnący. A gdy tak gapią się w zdumieniu i ciekawości, kuglarz tymczasem, po wypuszczeniu z zanadrza owego bociana, sam chyłkiem przenosił się z figusa w rosnącą tuż bukszpanową i mirtową gęstwinę. Byłby w niéj ukrył się i z otrzymanemi pieniędzmi bezpiecznie potém wyniósł się z miasta, gdyby go był nie dostrzegł jakiś przytomniejszy od innych człowiek. Ten go schwycił za szatę, wołając: „Oszust! kuli ognistéj nie sprowadził, a sam w bukszpany lazł! Zwiódł nas haniebnie!“ Wtém tego, co schwycił oszusta, chwyta za kark ktoś inny z ludzi i krzyczy: „Tuś mi złodzieju! Znalazłem nareszcie tego, kto mi wczoraj ze sklepu skradł srebrną czerpaczkę.“ Lecz znowu ktoś inny wyskakuje z gromady i złodzieja porywa za włosy: „Otoś mi zwodzicielu! Biada, kwiryci! Żonkę mi ten uprowadził z domu, o obywatele!“ Aż tu na uroczyście skarżącego się rogala wpada i łydkę jego łapie czwarty: „Mam cię przecież, pijaku, tyś mię po pijanemu zbił przeszłéj nocy, w ciemnym zaułku.“ Było tam takich jeszcze więcéj, którzy, rozpoznając się i każdy swego krzywdziciela poznawszy, stworzyli długi łańcuch, w którym ten owego za szatę, włosy, szyję, albo łydkę trzymał i szarpał. Ogłupiała zrazu gromada widzów, potém wybuchła śmiechem. Śmieli się nawet edyle, od śmiechu spełniać nie mogąc tego, co do nich należało, to jest pojmania zdemaskowanych przestępców prawa. Ja zaś wiem, że gdyby nie dwie fabrykantki masek: zgrabna obłuda i grzeczna przystojnaść, wszyscy śmiertelni stworzyli-by łańcuch taki, w którym każdy, krzywdziciela swego za włosy schwyciwszy, swoję łydkę lub szyję uczuł-by w garści przez siebie skrzywdzonego. Oto jest, Aureli, rzecz wielce podobna do muzyki gwiazd i do stadka niewinnych ptasząt, broniących wspólnemi siły rodzinnego swego drzewa! Takim jest moloch, w którego objęciu, ty — gorejesz!
Przez chwilę milczeli obaj. Cień zasmucenia powlókł twarz Aureliusza.
— Żądać, Lucyuszu, ażeby źli nie czynili źle, jest to wymagać od dzikiéj jabłoni, aby rodziła słodkie owoce, od konia pustyni, aby nie wierzgał kopytem, od niemowlęcia, aby krzykiem nie raziło uszu, od lichéj gliny, aby posiadała białość i twardość marmuru. Kamień rzucony w górę, tyle, wznosząc się, ma zasługi, ile winy, gdy spada ku ziemi. Lecz ogrodnicy zaszczepiają na dzikich drzewach wyborne płonki; twego Awisa staranne pielęgnowanie pokoleń uczyniło wcale różnym od nieposkromionego przodka; niemowlę rozumnie chowane staje się wzorem przystojności; pod warstwą szpetnéj gliny, umiejętne oko odkrywa pokład marmuru, a dłoń Praksytela wykuwa z niego, arcydzieła piękna. To ci wytłómaczy, dla czego wiedząc o złem, wierzę w dobro i, mogąc stać się żakiem, babrającym się w glinie, wolę być Praksytelesem, dobywającym z ludzkości jéj piękne marmury.
Giestami przeczenia, zdziwienia, niecierpliwości, Lucyusz swe gibkie ramiona podnosił i opuszczał, roztwierał i krzyżował. Lekką stopę postawił na bronzowym podnóżku cezara i pieściwie głowę ku jego piersi przychylił.
— Phantazos, roznosiciel ułudnych snów, obłąkał szlachetny twój umysł. Kocham cię, Aureli, i o ciebie jednego z pośród śmiertelnych czasem niepokój mię bierze. Wszystko mi dałeś, co mam i nie dokuczyłeś mi nigdy. Wzajem, odkąd ludowi i wojsku ukazałeś mię, jako drugiego Cezara, nie porwałem się do wyścigania ciebie w rządach i chwale; owszem, jak Kupido, któremu-by pozwolono przywdziać hełm Minerwy, skromnie siedzę ukryty w moim koszu róż. Ojcem, wodzem i dobroczyńcą moim uznałem cię chętnie, ajakże-bym mógł nie otwierać ci oczu na prawdy najwidoczniejsze? Powiem wszystko, co wiem. Wczoraj, spacerując po mieście, ujrzałem około Kolizeum zbiegowisko ludzi. Stanąłem z boku, aby niespostrzeżony przysłuchać się, o czém téż oni gwarzą. U ścian amfiteatru zgromadzeni, mówili oni i krzyczeli, że jesteś tyranem, bo porywasz im na wojnę aż dziesięć tysięcy gladiatorów. Inni wyrzekali, że do nędzy ich doprowadzasz, stanowiąc prawo, wzbraniające okrucieństwa nad niewolnikami i oddające tychże pod opiekę sądów. A inni jeszcze, — najlepsi sobie!... wyrzucali twojéj dobroci, że dla zmniejszenia ciężaru wojny, skarbiec Cezarów sprzedajesz: „Neron był lepszy, bo biednemu ludowi wymyślał zabawy, zamiast mu ich uszczuplać!!!” „Filozofem jest ten i nas chce gwałtem filozofami uczynić!” Marnotrawi chwałę i pociechę oczu naszych! Nie ujrzymy już w dni świąteczne, wystawionych na Forum cudownych rzeczy, któremi skarbce swe napełniali bozcy poprzednicy jego.” „Jeden Werus niech będzie panem naszym, bo mistrzem jest w bawieniu ludzi i zgromadzaniu drogocennych cudów świata!” Tak szemrały i groziły tobie podłe te gęby, któreś ty razy tyle żywił i od policzków obraniał. Do prefekta zawołałem, aby mi natychmiast tę bandę rozpędzić kazał i, uniesiony gniewem, osypałem ją sam obelżywemi wyrazy... Ale na Tyzyfonę i cały orszak jędz! ty o tém tak sobie słuchasz, jakby ci deklamował Teokrytową sielankę!
Roziskrzone i bystre oko Lucyusza niedoskonale czytało w obliczu brata. Nie słodyczą sielanki brzmiały mu w uszach słyszane wieści. Pogłębiły się nieco zmarszczki jego czoła i kilka drgnień przebiegło po bladych wargach. Chciał być kochanym przez tych, których kochał. Spokojnym jednak był głos jego, gdy odrzekł:
— Lud błądzi przez nieświadomość, a tyś okazał się kochającym i prawym. Nie gniewają mię obelgi ciemnych, a twoja miłość i prawość raduje.
— Gmin tedy jest gliną, gnijącą w ciemności, a oświeceni marmurem, przekutym w arcydzieła piękna — dłońmi takich jak ty Praksytelseów. Dobrze. Lecz ja ci mówię, że gdyby każdy z obłudnych pocałunków, któremi cię darzą oświeceni, wysysał tylko po jednym atomie twego ciała, już-byś oddawna nagim szkieletem sterczał. Czy ciemnym i nieświadomym jest Awidiusz Kassyusz?
— Chlubą Rzymu ten jest, Lucyuszu i nazywam go swoim bratem. Jemu to powierzyłem czoło rzymskiego wojska i strzeżenie od Azyatów granic ojczyzny.
W cichéj komnacie zadzwonił ostry, długi śmiech. Zaostrzyły się także delikatne rysy Lucyusza; jak z niecierpliwione dziecko trząsł długiemi włosy, z których spadały fiołki, a stopą, zdobną w złoto i perły, deptał cesarski podnóżek. Z pod haftów sukni wyjął niewielką szmatkę pergaminu. Pieczęć w niéj była złamana z widocznemi ślady porwanego sznuru. List to był, noszący na sobie znaki podróży długiéj.
— Jam płochy, dziecko, które nigdy nie dorasta, hulaka pustym igraszkom oddany! Jednak o lisich podkopach więcéj wiem od ciebie, o mądry i pracowity! Bo do mojego ucha zbliżają się śmiało usta delatorów, któreś ty od swego odpędził groźbami najsroższych kar. Lubię plotki. Rozrywkę mi sprawiają, a czasem pożytek. Te sześć milionów sestercyi, które tylko co mi wyrzucałeś, przyniosły plon. Biesiadnik mój jeden, najadłszy się i napiwszy, uradowany kosztownemi dary, wzajem darował mi ten list. Dobry człeczyna! Ukradł go i mnie przyniósł! To list Kassyusza... drogocenny! Wart więcéj niż sześć milionów, bo może twoje krzesło cesarskie, Cezarze!
I począł czytać list.
— „Awidyusz Kassyusz pozdrawia Druencyana, zięcia swego”.
„Co słychać w Rzymie? Czy fortuna zawsze sprzyja rozlazłéj filozofce i rozpustnemu żakowi z Antoniuszowego rodu? Lituję się nad ojczyzną, będącą łupem tych ludzi. Marek-Aureliusz uczciwym jest człowiekiem, ale rządzi z książek i obrzydliwą stała się jego łagodność, dozorująca każdéj blizny, wyrządzonéj przez dyscyplinę plecom niewolnika. Już wkrótce przemienimy się w baby, kołyszące niemowlęta, a nieznające zemsty, nienawiści i rozkoszy, jaką przejmuje rozlana krew wroga. Zgasną surowe cnoty naszych przodków: nieubłaganość i karność. Przekleństwo teraźniejszemu panowaniu! ci, którzy trudnią się rzemiosłem filozofów, powinni w dziurawych płaszczach przechadzać się pod łukami portyków, nie zaś rządzić światem. Światu potrzeba żołnierskiéj ręki i miecza. Ale wkrótce będzie może inaczéj. Wojsko mię ubóztwia, wielu z senatorów jest za mną. Oby tylko bogowie sprzyjali mojéj sprawie, a wkrótce zobaczycie mię w Rzymie, nie takim, jakem odjeżdżał, podwładnym Imperatora, chodzącego w spódnicy Minerwy...”
Z obrzydzeniem Lucyusz wstrząsnął zgniecioną kartę.
— Czy to nie jasno? Czy to nie jasno, co ten człowiek uczynić zamierza? Mnie co? ja nie panuję. Z nazwy tylko Cezarem jestem. Mnie Kassyusz oszczędzi, bo żak rozpustny groźnym mu być nie może. Ssać z życia słodkie jego mleko wolno mi będzie z Kassyuszem, tak jak bez niego. Ale ty... strzeż się! Mówię ci: strzeż się! swoich wspaniałych zamiarów, swoich drogich dzieci, swojego życia broń! Każ zabić Kassyusza!
W komnacie zapanowało milczenie. Czoło Aureliusza na dłoń opadło. Myślał. Potém głosem smutnym, ale stanowczym przemówił:
— Wolę spoglądać na groby swych dzieci, niż na krew ludzką, przelaną bez sądu.
— Rozkaż więc Kassyuszowi stanąć przed sądem Senatu!
— Daj mi dowody jego winy. Słowa, skreślone przez lekkomyślną rękę, mogą nigdy nie stać się czynem. Myśl ludzka wolną jest i czyny tylko sądzić i karcić przystoi — nie myśli.
— Czekaj więc czynu, aż oręż zbuntowanego żołnierza błyśnie ci nad głową!
— Wolę utracić głowę, niż czystość rąk i duszy.
— Przynajmniéj pod oko swoje zawezwij Kassyusza i nienawidzącym cię rękom odejm dowództwo wojskowe!
— Gdy barbarzyńcy grożą całości ojczyzny, nie wolno mi pozbawiać jéj najlepszego z wodzów.
Lucyusz drżał. Gibką i silną, choć tak wytworną stopą wywrócił małego sfinksa i daléj, daléj jeszcze, jakby gniew swój na tym sprzęcie wywierał, odpychał go i po mozajkowéj posadzce toczył.
— Wstań! — zawołał, — wiem już, czém cię pokonam! Pójdź za mną!
Jedyne okno téj komnaty wysokiém było, a wązkiém, przyćmioném i razem roziskrzoném od świętnego zabarwienia szyb. Lucyusz otworzył je ze skutkiem na oścież. Ogromna fala wonnego powietrza buchnęła w twarz dwu braci, a rozsiany w powietrzu złoty pył zachodzącego słońca, w pełni oświetlił ich postaci i twarze, tak z sobą niepodobne, jak gdyby powstały i żyły na dwu różnych globach.
Za oknem ukazał się portyk szeroki i długi, ze stropem niebieskim zamiast dachu, z gęstwiną kolumn, posągów, wielkich waz, dźwigających rozłożyste drzewa i kwitnące krzewy. Lecz nie te arcydzieła sztuki i natury ukazywało ramię Lucyusza. Wyciągnął on je ku małemu triclinium (jadalni) cesarzowéj, znajdującemu się naprzeciw pracowni Cezara. Bokami w jeden i drugi koniec portyku biegły liczne pokoje pięknéj Faustyny: triclinia różnych rozmiarów i rozmaicie przyozdabiane; exedry (bawialnie), ubieralnie, sypialnie jéj sług i faworyt. Teraz ten długi rząd okien i wejść, ze splotami wysmukłych kolumn i pod wdzięcznemi łukami arkad owiewało marzące milczenie. Tu i owdzie snuły się tam niby mknące marzenia senne. Zasłony turkusowéj lub koralowéj barwy, przepojone słoneczném światłem, a powiewami wiatru dotykane, fruwały w zieleni aloesów i mirtów, jak skrzydła bajecznych motyli.
Z za nich błysnęła na chwilę kunsztowna waza grecka, to nimfa z marmuru wychyliła śnieżne i okrągłe łono, to zaśmiała się filuternie grupa pyzatych Faunów, wysoki świecznik w ociekających metalowemi kwiaty ramionach ukazał puhary lamp, oswojony ptak morski zakołysał nad złotą klatką wielkie różowe skrzydła i tęsknym krzykiem przeszył powietrze. Lecz bezludnie tam było i cicho. W dnie, żadném świętem nieodznaczone, cesarzowa zwykłą była jadać ostatni posiłek dnia w tém właśnie małem triclinium, na które ukazywało wyciągnięte ramię Lucyusza. Teraz jadalnią zamykała opona z kobierców, lecz czylisz biesiadujące w niéj grono nie zapragnie odetchnąć powietrzem ślicznego wieczoru? Niecierpliwie i żądnie wpatrzył się Lucyusz w perskie zygzaki i kwiaty opony. Pragnął, zda się, podnieść ją siłą wzroku. Nie długo wpatrywał się i czekał. Wiedział zresztą, że czekać długo nie będzie, bo zwyczaje dworu cesarzowéj wybornie znanemi mu były. Kobierce rozchyliły się i w malowniczych festonach u góry zawisły. Lucyusz, jak ucieszone dziecko w dłonie klasnął.
Z za podniesionéj zasłony ukazał się obraz, szerokością portyku nie tak oddalony, aby nie można rozpoznać składających go rysów, barw i postaci. Łukiem rzeźbionéj arkady: jak haftowaną ramą objęta, była to komnatka mała, nizka, napełniona podwójném światłem: tém, co spływało z płonących u stropu lamp i tém, które wpłynęło do niéj ze słonecznego jeszcze portyku. W tém oświetleniu malowane ptaki i motyle, rojem skrzydlatym zdawały się odrywać od turkusowego tła ścian; z sufitu kapały pęki i grona kunsztownie rzeźbionych kwiatów i owoców. Były tam trzy stoły, a przy każdym z nich, na bogatych, wysokich łożach, spoczywały po trzy osoby. Z mężczyzn jeden pobrzękiwał na cytrze, drugi białe lilie wplatał do włosów swojéj sąsiadki, trzeci na innéj obnażonéj szyi, zapinał perły. Kobiety ku rozchylonym uśmiechami ustom niosły kielichy tulipanowych kształtów i barw, inne, ręce zaplótłszy nad głową, marzyły w rozkosznem milczeniu. Fioletowe i żółte barwy ubrań, mieszały się z białością nagich ramion i błyskami dyamentów i złota. Łagodne linie ciał z wpółsenną gracyą wiły się po purpurze posłań, przedziwną harmonią splatając z sinawą, leciuchną mgłą dymów, ulatujących z kadzielnic i z mdlejącemi co chwila śpiewami cytry.
W tém gronie Faustynę wyróżnił-by łatwo każdy znawca różnych stopni dostojności i piękności ludzkich. Ją jednę okrywała nawpół suknia biała, osypana gęstą rosą pereł. W kruczych jéj włosach iskrzył się wysoki, cesarski dyadem i cesarski orzeł złoty zdobił wezgłowie, o które wspierała się najpiękniejszém z niewieścich ramion. Figlarnie przegiętą głowę na jednéj dłoni wspierając, drugą igrała wieńcem z róż, — o tém jakby zadumana, czy ma nim uwieńczyć głowę mężczyzny, który, zwracając ku niéj twarz rozkochaną, rozlaném winem kreślił przed nią na stole tajemne jakieś znaki. Z drugiéj jéj strony spoczywająca niewiasta usłużnie odwracała oczy, wabiąc niemi tego, który grał na cytrze, a ramię z puharem wyciągając do długowłosego pazia, kołyszącego w podniesionych dłoniach wysmuklą amforę.
— Na Bachusa i Wenerę! — zawołał Lucyusz, — wolał-bym może być gościem Faustyny, niż tego sławnego rozkosznika, którego zwą Warusem! Przypatrz się, boski! jak ta kobieta wiernie podziela zwyczaje twoje i gusta! Jéj triclinium i twoja pracownia toż istnie bliźnięce komnaty! Czy spostrzegasz w tém gronie któregokolwiek ze swoich przyjaciół? Jest nim może ten Bebius, który tam brzdąka na cytrze, najsłynniejszy po mnie hulaka rzymski? A rilbże tamten, Tertuliusz, wzbogacony handlarz niewolnikami, których ty pod szczególną wziąłeś opiekę? Utilia może kochasz, tego ładnego chłopca, który ma tyle rozumu, ile jest wina w pustéj amforze, a jednak zręcznie fałszować umie punkty na kościach, robiących mu znaczne dochody! Śliczna kompania małżonki piérwszego z filozofów wieku! A siostrę swą Annię, czy w téj kompanii poznajesz? Wspaniale przed laty darowałeś jéj całe swe pomacierzyste mienie. Jakże ci zato jest wdzięczną! Wedle stopnia dostojeństwa swego, które przez ciebie posiada, spoczywa ona obok cesarzowéj i o! jak grzecznie odwraca oczy i uszy od poufnych spójrzeń i szeptów Faustyny i Orfita. Orfitus to bowiem jest, słynny nasz cytarzysta, ten, ku któremu małżonka twoja tak nizko przychyla swe czoło, czytając znaki, które on palcem kreśli na stole. Co on tam kreśli? Mniemam, że nie filozoficzne maxymy. Inne wcale głoski, niż te, w które ty wczytujesz się, filozofie, wychodzą teraz z pod tego białego palca, który tak czarodziejsko łaskotać umié struny cytry i serca niewieście! Bogowie! otóż i zdjęła z głowy swéj dyadem... czarnym strumieniem popłynęły jéj włosy po upojonéj kibici... namiętnym ruchem zrzucony sandałek jéj spadł na ziemię... plecy już tylko, tylko plecy widzę twojéj siostry Annii....
W tém, szybko, choć bez stuku, zawarło się okno, promienne obrazy portyku zniknęły, skonały dźwięki cytry, — cesarską komnatę napełniała znowu cisza i głębszy, niż przedtém półzmrok. Lucyusz umilkł i przenikliwym wzrokiem chciał przez twarz brata wedrzeć się do jego duszy... ale twarzy téj nie zobaczył. Zamknąwszy okno, Aureliusz stanął w cieniu kolumny i czoło oparł o chłodny jéj alabaster. Czyżby to wielkie czoło myśliciela zagorzało wstydem lub zbladło pod jaszczurczém dotknięciem obelgi? Czyżby nakoniec tę pierś szeroką, w któréj mieściła się cała ludzkość, nieposkromioném objęciem ścisnęła boleść? Ostrym słuchem pochwytywał Lucyusz nierówne i zbyt głośne uderzenia tego serca, o którem złe wróżby przebąkiwał uczony Gallenus. Łzy omgliły mu fiołkowe źrenice, ale uśmiechy porzucić nie chciały tych wiecznie dziecięcych a zarazem tak gorzkich ust.
— Otóż cię ugodziłem nakoniec, jak lekarz tnie żyłę pacyenta, którego uzdrowić pragnie! Żaden śmiertelny nie kochał tak niewiasty, jak ty tę ukochałeś! Albo ja o tém nie wiem! Albom nie widział, jak uciekłeś z nią niegdyś w góry Albańskie i w uroczém Lawinium, ty, Herkulesie myśli prządłeś u stóp téj Omfalii nici niebieskich marzeń i zachwytów. I ona wtedy płonęła dla ciebie. Sam Pytagoras nie zliczył-by pewno najczulszych pieszczot i przysiąg, któremi cię obdarzała. Nie zarzucam jéj kłamstwa. Szczerą wtedy była. Ale ty, taki skromny, prosty, ważnemi sprawami zajęty; tak w tobie nie ma nic z przebiegłéj zręczności kuglarza i wesołości płochego pustaka! Wkrótce znudziłeś biedaczkę! Głupcy zabawniejszymi są i milszą ta rozmaitość wzruszeń, którą czarę miłości zaprawiać umié rozpustnik. Ślinę zdjętą pocałunkami z ust głupców i rozpustników, ona przenosi na twoje usta, filozofie! Ci, którym na imię nicość, z tobą, — o wzorze rozumu i dobroci, — dzielą się tém, co ci najdroższe! Niéma w Rzymie ani jednego tak głupiego żaka, który-by jéj kochanków wskazać nie potrafił i każdému oznajmić, żeś ty wzgardzony i zaniedbany przez nią, wynoszącą nad ciebie Utilia bez mózgu, Orfita bez czci... A ty co? Ty jéj nawet od boku swego nie oddalasz i milczącemi ustami nakazujesz milczenie tym, którzyby ciebie ostrzegać, a ją gromić chcieli! Ludzie téż myślą, że ty nie wiész co to cierpienie. Stoikiem cię uznano, a potomność wyrzecze, że stoicy, bogom podobni, gryzących żalów nie znali. Głupstwo! Nie czarodziejami jesteście, lecz ludźmi. Co ludzi zawstydza, obraża, rani, was w tenże sposób dotyka. I tylko po was tego nie widać! Gdy inni wybuchają, wy zamykacie usta. Gdy inni w kałuże kładną się, albo w mogiły, wy stoicie prosto i patrzycie w górę. Oto wszystko... Aleś ty sam, stoiku, duszę do huraganu, a życie do walki przyrównał!...
Smukły i lekki, przybrał teraz pozór żwawego geniusza pokusy. Dłonią dotykał ramienia brata, to wspinał się na palce, aby ustami ucha jego dosięgnąć, — cały w błyskach swoich klejnotów i padających nań z okna ruchomych tęcz.
— Aureli! Zapraszam cię do méj willi na nocną ucztę, którą dziś wyprawiam! W całym Rzymie jedna tylko Fabia, Faustynie, dorównywa wdziękami. Oddawna już to czarujące stworzenie wzdycha do ciebie i na twój widok mdleje z radości i żądzy. Ale ty tego widziéć nie chciałeś, wierny małżonku kochanki Orfita! W połowie dzisiejszéj nocy, Fabia, przy wieczerzy spoczywać będzie obok ciebie, a paziowie moi napełnią wam kielichy winem, zrodzoném za czasów Augusta. Kiedy sok Bachusowy, wzmacniany przez dwa stulecia, zawrze ci w żyłach, spostrzeżesz piękność Fabii... i o tém, żeś czémś więcéj chciał być niż człowiekiem, zapomnisz!... Mam teraz także kuglarkę grecką, któréj ciało jest cudem natury, bo łączy w sobie z Herkulesową siłą, białość i gładkość lilii. Zobaczysz, jak, na wznak leżąc, żelazne kule z dłoni w dłoń przerzuca i członki swoje z giętkością gadziny zwija i rozwija. Będziemy mieli pantominę przedziwną, którą stworzył Eklektus, a odegrają aktorowie moi. Boki chyba sobie zerwiemy od śmiechu, tak jest dowcipną, pocieszną i razem mądrze naśladującą wszystkie garby i brodawki ludzkie... Lecz nic nie dorówna muzyce moich harfiarzy! Gdy złote struny zgodnie palcami zaczepią, rzekł-byś, że z nieba spadają deszcze śpiewających geniuszów miłości, tak tęsknie, sennie, zwolna łaskocących duszę, że rozkoszą mdlejąca zdaje się ona wychodzić z ciała... Pokażę ci jeszcze, jak przy rytmiczném dzwonieniu kastaniet tańczą czarnowłose moje Andaluzki i jak z kunsztownie urządzonego sufitu spada na biesiadników ulewa fiołków i róż. Zobaczysz moje wazy, i za wielką cenę wyszukane w Grecyi obrazy starych jéj mistrzów. Wszyscy moi skłonią się do stóp twoich, kadzielnicami powiewając przed tobą, a pieśń, którą na twoję cześć ułożymy, zgodnym chórem napełni ściany Lucyusza, tego płochego Lucyusza, który może jeden na ziemi kocha cię szczerze.
— Czy przyjdziesz? Niechaj bogowie mię natchną, jakiego znaku żądać mam od ciebie! Oto o piérwszéj godzinie nocy według zwyczaju Cezarów dasz wszystkim wojskom, będącym w Rzymie, Imperatorskie hasło. Pilnie nadstawię ucha i ze znaczenia jego odgadnę, jakie postanowienie powziąłeś  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  Nigdy jeszcze Violus, młodziutki Greczynek, tak długo od drzwi cesarskich nie oddalał wszystkich, którzy dążyli ku nim. Pacholę służebne, wyzwolone z niewoli i w domu Aureliusza chowane w pieszczotach, na skórze pantery siedząc, bawiło się metalową turkawką, z głuchém warczeniem wybiegającą z pod jego palców na gładką jak szkło posadzkę. Ukochani mistrze młodości Cezara, stoik Rustikus i filantrop Fronton, podnieść już mieli ciężką oponę, lecz Violus, palcem przyłożonym do ust, dał im znak odejścia. Uczony prawnik Scewola przybywał na codzienną rozmowę z Cezarem o poprawy potrzebujących ustawach państwa. Violus szczupłém ramieniem swém drogę mu zagrodził. Inny śpieszył z oznajmieniem, że wodzowie wojsk i z senatorów najstarsi zgromadzili się w sali palatium na naradę o zbliżającéj się wojnie, lecz także wkrótce powracał, aby poczesne miejsce wskazać dostojnikom i prosić ich, by czekać raczyli. Violus, nabawiwszy się turkawką, w białych zębach począł gryźć migdały, jak wierny i czujny pies, rozciągnięty u progu komnaty, w któréj panowało grobowe milczenie.
W palutium biegły szepty.
— Usnął i śpi tak długo...
— Nad sprawami państwa w cichości rozmyśla...
— Samotnie duma o wysokich zagadnieniach natury, wiedzy, ludzkości...
Dwunastą, ostatnią godzinę dnia, wnet oznajmić miały wodne zegary miasta. Mętnie oświetlone i pogrążone w ciszy przedsienia, portyki i sale palatium, miarowym i głośnym krokiem przebywał człowiek, od głowy do stóp okryty błyszczącą zbroją. Był to dowódca pretoryańskich straży. Ten czekać nie mógł. Z piérwszą minutą piérwszéj godziny nocy wszystkiému wojsku przebywającemu w Rzymie, musiał on dać z ust wodza wodzów, Imperatora, wzięte wojskowe hasło. Jego w téj porze od cesarskiéj komnaty oddalić nikt na ziemi prawa nie posiadał. Violus téż na widok nadchodzącego poskoczył z ziemi i, za oponą zniknąwszy, zwinny jak wiewiórka, z drabinki przenosząc się na drabinkę, u stropu cesarskiéj pracowni zapalił jarzące się światła lamp. Pod światłem lamp, Pretoryanin stał chwilę w swéj bronzowéj zbroi, do posągu rycerza podobny. Takim, jak teraz, nie widział nigdy Imperatora. Ramieniem wsparty o poręcz krzesła, patrzał on w twarz Fortuny, a po obliczu jego okrytém bladością marmuru, mknęły wzgardliwe błyski urągania. W moc bogini, złote kwiaty i kłosy do stóp mu sypiącéj nie wierzył. Nie wierzył w szczęście brane z połysków kruszczu z serc ludzkich, z pocałunków najdroższych i najpiękniejszych ust. Nie wierzył w trwałość jakiéjkolwiek wiosny i w wierność jakiéjkolwiek zapłaty. Nie wierzył, aby ktokolwiek zmierzyć mógł głębię jego duszy i balsam kojący do jéj ran przyłożyć. Pod sercem czuł złamany sztylet, a w piersi bezdenną tęsknotę za doskonałą, przeczystą pięknością, o któréj sny wykołysały mu duszę, a któréj nigdzie nie znalazł na ziemi. Więc z błyskami urągania na bladéj twarzy, spoglądał w zalotne oczy bogini szczęścia.
Gdy jednak nie upoiły go jéj dary, — nie złamały go téż jéj ciosy. Co czuł, co myślał, jak walczył i cierpiał w tych długich, samotnych godzinach, które odejście Lucyusza z wejściem Pretoryanina dzieliły, nikt wiedziéć nie miał. Teraz stał znowu wyprostowany, z męzkim spokojem postaci; zrezygnowana mądrość okryła mu blade czoło i wielką ciszą ukoiły się usta. Gdy podniósł powieki, w oczach jego jaśniała pogoda wiary, niezłomnéj wiary w to, czém Fortuna śmiertelnych darzyć nie może, lecz co w ich własnych piersiach powstaje ze zwyciężonych huraganów duszy, z krwawéj męki człowieczych żądań, poddanych człowieczéj woli. Rozum, dobroć, niepokalaność... o, Fortuno! biegnij ty na swém zawrotném kole innym rozdawać kwiaty i winne grona!... On będzie szczęśliwym słodyczą, którą z swéj piersi, na mroczny, błotnisty, lecz razem tak biedny i smutny świat ten rozleje!...
Przyciszony, męzki głos, ozwał się u drzwi:
— Długiego ci życia, Cezarze! o hasło proszę cię, Imperatorze!
Po chwili milczenia z nakazującą postawą i głosem spokojnym Aureliusz wymówił:
Parce et labora!
— „Przebaczaj i pracuj!“ — otrzymane hasło powtórzył Pretoryanin, ukłonem pełnym czci, żegnając władcę i wodza. Przez drzwi, któremi wychodził, wchodzili wodzowie wojsk i z senatorów najstarsi. Wkrótce w błyszczących zbrojach, albo śnieżnych togach, obsiedli oni kurulne stołki i długo w noc Marek Aureliusz naradzał się z nimi nad sposobami odparcia od granic ojczyzny strasznego najścia plemion germańskich.
Po salach, portykach, przedsieniach palatium, z ust do ust podawane, brzmiało dzisiejsze hasło Imperatora; stoczyło się z palatyńskiego wzgórza i po uśpioném mieście biegło wciąż daléj i daléj, zbliżając się do wspaniałéj Klaudyuszowéj drogi, przy któréj mnóztwem jaskrawych świateł, jaśniała willa Werusa. Wszystkich barw lampy zwisły u gzemsów i kolumn tego marmurowego cacka, dyamentowemi blaskami oświetlając i malując spowijające je wieńce kamiennych rzeźb i laurowych liści. Zdala miarowe i liczne kroki brzmiały po płytach bazaltu, zaściełających ulicę. Był to oddział nocnéj straży wojskowéj, mającéj w willi cesarskiego brata zluzować straż dzienną. Na porosły kwiatami wysoki taras willi ktoś wybiegł śpiesznie i nad misterném ogrodzeniem przegięty, rzucił ku nadchodzącym niecierpliwe pytanie:
— Hasło Imperatora?
Chór męzkich głosów odpowiedział z dołu:
Przebaczaj i pracuj!
Nad ogrodzeniem tarasu zaszemrało westchnienie... i wnet stopiło się w długi, srebrzysty śmiech. Z tym śmiechem płochym i zarazem gorzkim, Lucyusz Werus zniknął w gęstwinie marmurów i kwiatów, a jakby czarodziejskiemu zaklęciu posłuszna, śmiechem zawtórzyła mu cała jego willa. Harfy tam rozsypały deszcze leciuchnych tonów, podniosły się głosy ludzkie hucznie roześmiane, z figlarnym klekotem uderzyły o siebie metalowe kule kuglarzy, brzęknęły kastaniety, dźwięknęły kryształy, złote kości zadzwoniły o kamienne i szklane mozaiki stołów, — z zewnątrz lampy mrugały stoma dyamentowych oczu, wieńce pachniały i w szerokich przedsieniach bachusowym śmiechem wybuchała bawiąca się służba.
Po uśpionych ulicach i rynkach stolicy świata coraz daléj i daléj w noc brzmiało dzisiejsze hasło Aureliusza.
Tu męzkie rycerskie głosy wymawiały:
Parce!
Labora! — ze stron innych przynosiły echa.
Nad uśpionym, lub hulającym światem, słodyczą i siłą płynęły dwa te wyrazy. Błogosławić go zdawał się piérwszy, drugi nieść odkupienie. Był to niby wojenny krzyk dobrych geniuszów, lecących w bój ze złymi. I był to jeszcze oddech wielkiéj duszy, z piersi skrwawionéj wzbijający się nad nędze świata i stałą gwiazdą zawisający na niebie ludzkości.





ASYLUM.
Edykt Imperatora! Słuchajcie edyktu imperatora, ogłaszanego na Forum civile i na rogach wszystkich krzyżujących się ulic wielkiego miasta! Helwidyusz Priscus, były pretor Rzymu, były dostojnik państwa, pozbawia się ognia i wody, ten potomek wolnych i dumnych kwirytów, za to, że o wolności i dobréj czci swych przodków zapomnieć nie mogąc, śmiałemi postępki i słowy, upominał się o nie u Pana świata. Pan świata, — niech nieśmiertelnie zdrowym i szczęśliwym uczynią go Wszechmogący bogowie! — Helwidyusza Priska, obywatela z duszą ognistszą i usty szerszemi, niż na te czasy przystało, pozbawia ognia i wody na całéj przestrzeni państwa. Od azyatyckiéj Medyi i Partyi, do nadatlantyckich brzegów Galii i Hiszpanii, od gorącéj Maurytanii i Libii do zimnéj Brytanii i najzimniejszego Chersonesu, od najdalszych granic wschodu i zachodu, południa i północy, kędy tylko zamieszkuje plemię, lub włada oręż Rzymian, nikt wygnańcowi nie ma dać odpoczynku przy swém ognisku domowem, ani pragnącego pokrzepić kroplą wody, ani ze zgłodniałym połamać się kęsem chleba. Niechaj, jak orlę przez jastrzębia ścigane, leci on szybko i nieustunnie przez lądy i morza, aż dosięgnie tego kraju, w którym spocząć mu będzie wolno i sięgnąć po ogień i wodę, a którym jest zamieszkiwana przez wpół dzikich Japodów, Liburnów i Dalmatów, ponura, głucha, dzikiemi górami zarosła, Illiria barbara. Brzegi kraju tego oblewają błękitne wody Adryatyku, na których potężne swe statki budują olbrzymio silni Liburnowie, a w ich pobliżu rajską pięknością uśmiechają się do żeglarzy wyspy, przed wielu wiekami już użyźnione i przyozdobione przez wynalazczy geniusz osadników greckich. Ale tam daléj, w głębi lądu ciemnego od gór i lasów, niéma gajów oliwnych, ani wesołych winnic; pól swych Japodowie nie zasiewają złotą pszenicą i miast wielkich, świątyń białych, portyków, posągów, fontan, bijących dyamentowemi deszczami, nie wznoszą Dalmaci. Tam w szarych wodach samotnego Oenusu, przeglądają się tylko nagie skały i smutnie szumiące sosny, lub ławice białego piasku, na których wiatry kreślą szeregi dziwnych hieroglifów; czasem spragniony jeleń spadnie ze spadzistości i gibką szyję swą pochyli nad szlakiem wody; chyża sarna przemknie śród grobowéj zieleni iglastych lasów, ziemia zatętni pod kopytami bawołu, lub orzeł wzleci na ostre szczyty i na szerokich skrzydłach zakołysze się pod chmurami. Tam, w nizkiéj chacie dzikiego Liburna, Helwidyusz Priscus otrzyma ogień i wodę i żyć mu będzie wolno podług chęci. Czy długo? o tém nikt twierdzić nie może. — Wyroku śmierci nie zawiera edykt imperatora, lecz wszyscy wiedzą, że w tym czasie więcéj niż kiedykolwiek, życie ludzkie posiada lekkość i kruchość uschłego liścia, którym wichry dopóty miotają, dopóki się im nie podoba zamienić go w szczyptę marnego prochu.

W portowém mieście Ostyi, w domu jednego z przyjaciół Helwida, zgromadzili się ci wszyscy, którzy, na drogę daleką i wieczne może rozstanie, pożegnać go chcieli. Atrium, które gościnnie otworzyło się przed wygnańcem i wiernymi mu przyjaciółmi, nieobszerne było i nieozdobne, lecz znajdowało się w niém to, co, w najuboższém nawet domowstwie Rzymianina znajdować się musiało: małe impluvium, napełnione kryształowéj czystości wodą i nad niém nizki ołtarz domowy, połyskujący wonnym płomykiem i otoczony wyobrażeniami domowych bóstw. Posążki te z gipsu i ciemnego bronzu nie wytwornéj były roboty i jeden tylko z pośród nich uderzał czarującą pięknością swych kształtów. Był to na misternie wyrzeźbionym piedestale umieszczony marmurowy, biały, powagi i wdzięku pełen posąg Westy, bogini czystości niewieściéj i rodzinnéj miłości i zgody.
Dokoła tego miejsca, przy którém zazwyczaj dokonywały się najważniejsze akty towarzyskiego i rodzinnego życia, stało lub na stołkach i ławach siedziało osób kilkanaście. Niewolników, wyzwoleńców, życzliwych nawet lecz obcych klientów starannie ztąd oddalano. Narada, dla któréj przeważnie mężowie ci i te niewiasty skupili się tu w ciasne kółko, ważną być musiała, a spór, który toczyli z sobą, żywym i głęboko o ich serca zaczepiającym, bo smuga dziennego światła, która do mrocznéj komnaty wpływała przez urządzony nad impluvium czworokątny otwór sufitu, ukazywała na twarzach rumieńce zapału, na ustach gorzkie uśmiechy, a w ruchach postaci tę siłę wzruszenia, któréj pohamować i ukryć nie mogą nawet najpoważniejsi.
Kilku poważnych mężów, w surowe brunatne togi ubranych, ożywionym szeptem porozumiewało się ze sobą, a giesty ich ramion i wyrazy spojrzeń zdawały się czémuś usilnie zaprzeczać i czegoś stanowczo komuś zabraniać.
W pobliżu téj grupy, w zamyślonych postawach i z odblaskami różnych uczuć na wyrazistych twarzach, stali dwaj młodzieńcy, których gibkie i kształtne ciała pozbyły się w dniu tym wykwintnych sukien z kwiecistych lub haftowanych materyi, przyoblekając na znak żałoby białe i ozdób wszelkich pozbawione tuniki. Byli to Korneliusz Tacyt i Pliniusz Sekundus, których talenta i wzajemna przyjaźń sławnymi już czynić zaczynały. Piérwszemu z nich surowość myśli i z niéj może powstała przedwczesna ponurość, okrywały młodziutkie rysy; drugi, żyjące przeciwieństwo ulubionego przyjaciela, zdawał się być upostaciowaniem światowéj uprzejmości i niewieściéj prawie słodyczy. Z cicha rozmawiał z nimi i przekonywać ich w czémś usiłował, pedagog i retor Kalenus, słynny z uczoności i cnoty, lecz więcéj jeszcze z niezmiernéj miłości, którą obudzić zdołał w małżonce swéj, bogatéj patrycyuszce i znakomitéj poetce Sulpicyi.
Niewiast w zgromadzeniu tém było dwie tylko, a jedna z nich, żona Helwidyusza Priska, zdawała się być właśnie przedmiotem toczących się narad i sporów, bo ku niéj co chwila zwracały się wszystkie spojrzenia, ją wskazywały giesty, ona nakoniec, świętym jakimś ogniem gorejąca, stała u ołtarza wysoka, dumna i zda się niezłomna, z twarzą tak prawie bladą, jak marmurowe oblicze Westy i oczyma pełnemi płomieni.
Tuż za nią stojąca, z za jéj ramienia głowę swą wychylała poetka Sulpicya, w poważném i smutném tém gronie podobna do złotéj iskry, świecącéj w ciemnościach. Nawet smutek dnia tego nie zdołał zgasić przenikliwych promieni jéj oczu, ani piętna odważnéj wesołości odjąć zgrabnéj głowie, któréj krucze kędziory wypływały z pod złotéj siatki i przytrzymującego je ostrego stylu. Ostrém istotnie było to dzierżone przez nią narzędzie pisania i każdy wiedział, jak dowcipnemi i gorzkiemi słowy satyry Sulpicyi ścigały zepsucie i występki wieku. Lecz zarazem umiała ona słowiczemi tony opiewać miłość i wierność, a teraz lekka i zwinna wspinała się na palce nóg, aby zarzucić ramię na szyję, przenoszącéj ją wzrostem przyjaciółki i z uśmiechami, pełnemi figlarnéj przekory i łzawéj wesołości, z cicha mówiła:
— Wytrwaj, Fanio, w przedsięwzięciu swém i nie zważaj na to, co mówić będą ci długobrodzi pedanci. Zacni to są mężowie, ale niewiasta nie przestała być w ich oczach słabém dziecięciem, które, jeśli nie mąż, to agnaci na pasku wodzić muszą. Kalenus mój innym jest wcale i sprzyja zamiarom twoim. Nic dziwnego, nauczyłam go, co ma mniemać o sercu i woli kobiety...
Jakby w odpowiedź na te półgłośne słowa poetki, jeden z poważnych i cicho dotąd naradzających się z sobą mężów, zwrócił się ku Fanii.
Clarissima — rzekł — mąż twój, Helwidyusz, wezwał tu nas, przyjaciół swoich, a twoich krewnych, abyśmy zamiar twój towarzyszenia mu do Illiryi osądzili i postąpili według tego, jak nam rozum nasz i przywiązanie do waszego domu rozkaże, albo cię odeń odwodząc, albo ci do spełnienia go dopomagając. Zważyliśmy wszystko i powiadamy ci, Domina, że, wyrzekłszy się szlachetnych lecz bezrozumnych rojeń, w Rzymie pozostać winnaś, gdzie w nieobecności małżonka twego, my rozciągniemy nad tobą życzliwą i czujną opiekę.
U ołtarza stojąca, wysoka, w bieli ubrana kobieta, ze skrzyżowanemi na piersi rękoma, mowy téj wysłuchała, z twarzy mówiącego nie spuszczając oczu, które zapaliły się gniewem. Gdy umilkł, w tył nieco odrzuciła swe blade czoło i z ust jéj płynąć zaczęły słowa zrazu ciche, bo przytłumione gniewném wzruszeniem, potém coraz głośniejsze, dumniejsze i stanowczością brzmiące.
— Rozkazujecie mi, Domini, w Rzymie pozostać! Nie dla tego, abym rozkazu waszego wysłuchała, wezwał was tu mąż mój, Helwidyusz, który mi sam nie rozkazywał nigdy, bo w związku naszym nie było pana i niewolnicy, ale były dwie ludzkie istoty, dobrowolnie i słodko złączone z sobą jednostajnością miłości i woli. Kiedy mu serce jedno a przestrogi sumienia drugie dyktowały, chciał on rady waszéj zasięgnąć i sam się ztąd usunął, aby na postanowienia wasze spojrzeniem nawet żadném lub zbyt wyraźnym giestem wpływu nie wywrzéć. Ja zaś, na wezwanie was tu przystałam, mniemając, że przyczyny postanowienia mego zrozumiecie i do spełnienia go przyłożycie ręki pomocnéj. Ale wyście mi rozkazywać umyślili. Na Junonę, bezkarnie obelg nie znoszącą! wolną Rzymianką jestem, nie zaś ogłupioną niewolnicą wschodu, lub w gyneceum więzioną greczynką! Z osłoniętą twarzą chodzić po świecie pozwoliły mi prawa ojczyzny mojéj, duszę moje kształcili ci sami mistrze, którym mężowie rzymscy mądrość swą zawdzięczają, szanowana i słuchana rządziłam domem i zasiadałam u stołów biesiadnych, za patronkę swą obierały mię collegia pracowników rzymskich, próśb i przedstawień tego, który droższym mi jest nad życie, nie usłuchałam, a posłuszną stać-bym się miała wyrzeczonemu przez was rozkazowi? Dopomódz mi możecie, znajdując dla mnie miejsce na jakim bezpiecznym statku, który do Illiryi odpływać będzie i o to was proszę. Jeżeli zaś tego uczynić wam nie rozkaże dobra dla mnie wola, odjedźcie ztąd ku weselszym miejscom i ludziom, mnie własnemu rozumowi memu zostawiając.
Uczyniła ruch taki, jakby odejść zamierzała, ale jeden z mężów, do których zwracał się jéj zimny, pożegnalny ukłon, śpiesznie postąpił kilka kroków i zatrzymał ją giestem, pełnym uszanowania i prośby.
— Obraziły cię, — zaczął — słowa Lamii, bo głos jego powiedział je inaczéj, niż dyktowały uczucia i myśli. Szanujemy cię dla cnót twych i wdzięków, więcéj jeszcze, niż dla dostojności twego urodzenia i rozkazywać ci nie mieliśmy zamiaru. Ale prosimy cię, abyś pilnie zważyła wszystko, na co narażoną była-byś, gdybyśmy spełnieniu zamiaru twego niezwyciężonych przeszkód nie stawili. Na wszystkie bogi! czy dobrze wiesz, Domina, jakim jest ten los, w którego objęcia rzucić się pragniesz, jak gołębica w szpony jastrzębia? Illiria barbara! W młodości mojéj, jako wojskowy trybun, w kraju tym lat parę przebyłem i wiem, że zbyt słabą jest niewiasta, aby znieść mogła męki tamtejszego życia.
Łagodny głos mówiącego zgasił gniew w oczach Fanii, które nabiegły szybko wstrzymaną łzą. Przenikliwe jednak wejrzenie wpijając w twarz męża, zdającego się z niepokojem odpowiedzi jéj oczekiwać, ze smutną ironią zaczęła:
— Czy doprawdy słowa, które słyszałam, wyszły z ust Senekiona, najbliższego z przyjaciół małżonka? Czy, dzieląc wszystkie uczucia i myśli Helwida, Hereniusz Senekion nie potrafił w umyśle swym zważyć czci i miłości, które tak bardzo teraz nieszczęsny mąż ten obudzać winien w tych, którzy mu są blizcy? Może ciebie, Senekionie i tych innych przyjaciół Helwida, dreszczami trwogi przejmują dzikie obrazy Illiryi. Mnie, nie, skoro wiem, że tam Helwidyusz mój żyć i cierpiéć będzie. Daremnie porównałeś mnie do gołębicy. Z gniazda orłów pochodzę i życzliwość waszę ceniąc, trwogi nie podzielam.
Z za ramienia mówiącéj rozległ się krótki śmieszek, dwie drobne dłonie klasnęły.
— Otóż im dałaś! — wstrząsając wymykającemi się z pod złotéj siatki kruczemi kędziory, zawołała Sulpicya; — otóż im dałaś, Fanio! tym mężom, którzy męztwa niewieściéj duszy pojąć nie są zdolni. Do kądzieli im, nie zaś do miecza i rady! W puch miękki zamieniło się plemię Rzymian! Nie wstawajcie z martwych Gracchowie, bobyście ze wstydu do swoich grobów wrócić zapragnęli!
Ale Fania, nie słuchając złośliwego szczebiotu poetki, ku jednemu ze zgromadzonych mężów postąpiła. Postawa jéj nie była już tak dumną jak wprzódy, dłonie splotły się giestem prośby.
— Juniuszu Arulenie, — zaczęła miękkim, przyciszonym głosem, — ty, który byłeś świadkiem bohaterskiego zgonu mego ojca, nie bądź mi przeciwnym i w tym wielkim momencie mego życia podaj mi dłoń pomocną. Wiem, że, mężowi memu na wygnaniu towarzysząc, wysoko podniosę cześć moję i zadość uczynię powinnościom cnotliwéj niewiasty. Ale te względy słabo czuję i w oddaleniu widzę. Jechać chcę tam, dokąd on jedzie i cierpieć tak, jak on cierpiéć będzie, bo miłość dla niego tak mną zawładnęła, że bez niego oczy moje widziały-by same ciemności, a dusza nie czuła-by nic, oprócz pustki. Otóż wyznałam to, o czém usta wstydliwéj niewiasty milczeć przywykły. Na pamięć ojca mego Trazeusza, którego czciłeś, proszę cię, Arulenie, abyś mi odjazd ku brzegom Illiryi ułatwił.
Człowiek, do którego słowa te zwracała, myślał chwilę, wahać się zdawał. Wtém Kalenus, ku któremu czarne oczy Sulpicyi nieustannie w znak porozumienia mrugały, spróbował głos zabrać.
— Zdaje się, Domini, że ta szlachetna niewiasta ma prawo uczynić to, co zamierzyła i czego jéj przyganiać na sposób żaden nie możemy...
Łagodny Pliniusz, którego oczy jaśniały blaskiem niezwykłym, nieśmiało przemówił:
— Przebaczcie, Domini, że wypowiem to, co czuję oddawna. Oddawna czuję żal, że stryjowi memu nie towarzyszyłem na niebezpieczną wyprawę, którą odbył on w czasie pamiętnego wybuchu Wezuwiuszu i w któréj śmierć poniósł. Gdybym się z nim tam znajdował, albo-bym go radą jakąś, czy przyniesioną pomocą zbawił, albo w ostatniéj godzinie niósł mu oznakami przywiązania mego pociechę i pokrzepienie. Miłém mi jest życie i szczęścia w niém dość doświadczam, jednak, wspólne cierpienie z człowiekiem czczonym i ukochanym wydaje mi się także źródłem wielkiéj i czystéj, choć pospolicie mało znanéj szczęśliwości...
Korneliusz Tacyt opuścił dłoń na ramię mówiącego tak przyjaciela.
— Nie podzielam zdania twego, Pliniuszu, — rzekł smutnie, ale stanowczo. — W okolicznościach wszelkich i najsroższym choćby uścisku, człowiek może służyć cnocie i zachować spokój. Dobrowolne wstępowanie na stosy męczeńskie cierpienia ludzkości zwiększa, a szczęścia jéj nie przysparza. Dając się powodować płomienności swéj duszy, Helwidyusz zbłądził; ten błąd powtórzyć chce Fania, któréj powinnością jest pozostać w ojczyznie swéj i pognębionéj nie osłabiać utratą jednéj kropli szlachetnéj krwi.
Tak, jakby te słowa ostatecznie myśli jego w jeden zwróciły kierunek, Arulenus podniósł głowę i z mocą, którą żałość nieco osłabiała, wymówił:
— Na pamięć Trazeusza, którego czciłem, nie przyłożę się niczém do zguby jego córki!
Inni milczeli. Ramiona Fanii opadły wzdłuż białéj jéj stolli, schyliła głowę w milczeniu, nie zgnębiona, ani w postanowieniu swém zachwiana, lecz zadumą ogarnięta, wpół gniewną, wpół żałośną, bo czarne brwi jéj ściągnęły się ponuro, a blade usta drżały.
Lecz z za niéj, lekka i bogatemi haftami swéj sukni błyszcząca, wysunęła się Sulpicya. Źrenice jéj płonęły, w niecierpliwéj ręce żywo obracała wyjęty z kruczych kędziorów złoty i ostry styl. Snadź muza poezyi musnęła ją swém skrzydłem. Z przebiegłym uśmiechem na ustach, zaczęła:
— Nie przystoi Domini, mnie, słabéj niewieście, nauczać dostojnych mężów tradycyi wspólnéj naszéj ojczyzny! Lecz niech ta sama słabość płci mojéj broni mnie przed gniewem waszym, gdy wam przypomnę ustawę, pozwalającą winowajcom nawet, a cóż dopiéro niewinnie ściganym, znajdować sobie bezpieczne i nienaruszalne asyla. Najpiérwsze takie schronienie dla tych, których ludzkość chce z łona swego wyrzucać, Romulus ustanowił w świętym gaju dębowym, który podówczas zielonym wiankiem obejmował, dziś pałacami możnych przytłoczone, stopy Kapitolu. Drugie istnieje jeszcze w świątyni Dyany, któréj posąg, według starożytnéj baśni, powietrzem z Wejów do Rzymu przepłynął i stanął na szczycie awentyńskiego wzgórza. Potém imperatorowie starodawną tę władzę, ku czci ich wystawionym świątyniom i własnym swym ubóstwionym posągom przyznali. Ale najświętszém i najmniéj władzy ludzkiéj podległém asylum, jest ołtarz domowy, strzeżony przez Westę, boginią miłości rodzinnéj niewieściéj czci. Ktokolwiek przy tém ognisku usiądzie i do stóp Westy czoło swe pochyli, tego dotknąć mieczem wzbraniają prawa i obyczaje, a wszystkich pociech i obron gościnności udzielić mu rozkazują. Czy mam powiadać, że to jest przyczyną, dla czego zbrodzień, na śmierć wiedziony, jeżeli mu nieba spotkać się dozwolą z kapłankami Westy, przebaczenie win swych otrzymuje? A kiedyż mąż ten, którego mienicie się przyjaciółmi, ścigany przez losy i ludzi znajdzie Asylum pełne miłości i pociech? Czy doradzicie mu wpaść ukradkiem do awentyńskiéj świątyni, lub przypaść do stóp którego z kamiennych wizerunków tych; których nienawiść ściągnął na siebie przez swoję dla nich nieprzyjaźń? Nie; pozostaje mu tylko Westa, dobra i czysta bogini, tém usilniéj walcząca z Pandorą, im więcéj klęsk i męczarni ta ostatnia ze złowieszczego pudełka swego upuszcza na biedną ziemię. Kiedy Pandora krzesze nienawiść, Westa rozpala miłość, gdy tamta zadaje rany, ta ból ich umniejsza, I bywa że w ciężkim ciemnym momencie dziejów serce czystéj i kochającéj niewiasty, wiernéj czcicielki Westy, staje się dla zwyciężonych, uciśnionych, ściganych, jedyném na ziemi asylum. Dopóki takie asyla istnieją w ojczyźnie naszéj, Rzymianie! o mocy jéj i lepszéj przyszłości nie wątpię! Gdy i te znikną, niech pod stopami nieszczęsnych i ze wszystkiego ogołoconych, rozłamie się ziemia.
Porwana świętym szałem poezyi, Sulpicya drżała. Drżały i coraz bujniéj z pod złotéj siatki wymykały się jéj czarne kędziory, a słowa z ust purpurowych płynęły śpiewne i harmonijnym rytmem kołysane.
W westibulum ozwały się szmery kroków, i głosy rozmów ludzkich. Szczelnie dotąd zamknięte drzwi atrium otworzyły się i stanął w nich frumentarius, urzędnik dozorujący więźniów i do wyznaczonego im miejsca dążących wygnańców.
— Witajcie — rzekł. — Niewesołą tu wieść przynoszę. Ale powinność swą spełniam. Liburnijski statek, który Helwida Priska zawieść ma do Illiryi, za godzinę odpłynąć musi i już na gościa swego oczekuje.
— I na małżonkę jego, udającą się z nim w tę podróż, zabrzmiał głos Fanii, która, na widok obcego człowieka, powściągnęła wzruszenie i przed urzędnikiem państwa stała spokojna i nieco wyniosła, chociaż tę wyniosłość umniejszał napełniający jéj wejrzenie wyraz trwożnéj prośby. Z tą trwogą i prośbą w głosie zapytała:
— Czy pora już, abym sługom moim zanieść rozkazała na okręt przedmioty, które zabrać z sobą zamierzyłam?
Po chwilowém zdziwieniu na twarzy urzędnika trochę litości walczyć zaczęło z ochotą do grubiańskiego żartu. Ostatnia zwyciężyła. Z grubym śmiechem niedawnego wyzwoleńca i ślepego wykonawcy pańskich rozkazów, odpowiedział:
— Na Bachusa! Wesołą była-by nasza podróż, gdybyśmy mogli miłemi białogłowami napełnić nasz statek! Na biedę, nikt mi podobnego rozkazu nie dawał, a ja, pokorny sługa, rozkazom tylko posłusznym być muszę. Daremnie clarissima umieściłabyś na okręcie swe piękne stroje, popłynęły-by one bez ciebie.
Przerwał swą mowę, bo ujrzał wchodzącego do atrium skazańca i nizkim ukłonem, w którym przecież łatwo było odgadnąć ironiczny tryumf służalca, ku niemu postąpił.
— Dostojny, — rzekł — na ręce senatora nie wolno mi wkładać kajdan z podłego żelaza. Ukuj je sobie z własnéj twéj woli i pójdź za mną!
Sulpicya do ucha Fanii szepnęła:
— Przypomnij sobie, jakim sposobem, gdy Peta Sesinę na pewną zgubę wieziono do Krymu, babka twoja Arria przebyła za nim morze! naśladuj Arrią!
Na śmiertelnie bladą twarz Trazeuszowéj córki wystąpił rumieniec; — z radością klasnęła w dłonie.
— Natchnienie Westy! — zawołała. — Dopomóż mi w tém, o Sulpicyo!
Rozpromienione oczy poetki dały nakazujący znak Kalenusowi i oboje śpiesznie opuścili atrium, w którém Helwidyusz składał na twarzach przyjaciół i krewnych pocałunki wiecznego rozstania.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

.....Zdawać się mogło, że dnia tego wszystkie przepychy i czary natury umówiły się zstąpić na świat, by wygnańcowi ukazać najwidoczniéj wszystko, co stracił. Z wyiskrzonych szafirów nieba olśniewająca światłość słoneczna spływała na białą Ostyą i rozkoszne nadbrzeżne gaje.
W mieście biły fontanny, z cienistych portyków rozlegały się dźwięki cytr, róże pachniały, swawolnie i lubieżnie śmiały się grupy rzeźbionych i malowanych bóstw, wspaniałe i potężne wznosiły się ku niebu złote kopuły świątyń; w nadbrzeżnych gajach ptaki śpiewały i pomarańcze kwitły, rozpływały się wonie migdałów i mirtów, barwami tęczy i przedziwnie harmonijnemi liniami, w zieleni i kwiatach błyskały malowane, rzeźbione, w ten cudny dzień z radości zda się rozśpiewane wille bogaczy.
Pstra i ruchliwa ludność portowa wielkim tłumem mrowiła się na wybrzeżu morza, które, pałając jak topiące się w ogniu dyamenty, potężne swe fale toczyło w dal nieścigłą, w przestrzeń bezbrzeżną, nad otchłanią nieznaną, nieznurtowaną, pełną dziwów i cudów nieodkrytych, niezbadanych, ponętnych i groźnych.
U brzegu, przed wiecznie ciekawym i wydarzeń głodnym wzrokiem tłumu, stał gotowy do odpłynięcia liburnijski okręt. Potężny jak maszyna, mająca zwyciężać wzbudzone siły przyrody, zgrabny jak do tańca stojąca atletka grecka, wznosił on w powietrze misterną sieć swych masztów i wiązań, a roił się u spodu żeglarską ludnością. Daleką miał odbyć drogę. Zrazu na Tuskulańskie morze wzdłuż zachodnich wybrzeży Italii puszczony, afrykańskiemi wodami okrąży on Sycylią i, przebywszy morze Jońskie, znajdzie się Adryatyku, — gdzie jeżeli bogowie wód przyjaznymi mu wciąż będą, — w wiele dni i tygodni po wyjściu swém z Ostyi zawinie do illiryjskiego portu Salony. Tę daleką i niebezpieczeństw pełną drogę pomyślnie może odbędzie, bo budowali go i kierować nim mają słynni ze sztuki morskiego budownictwa i żeglarskiéj zręczności swéj synowie koryckich gór.
Stu wpółnagich liburnów już dwoma rzędami dokoła okrętu zasiadło. Wiosła nieruchome są jeszcze w ich rękach. Hasła czekają. Ten którego do swéj ponuréj ojczyzny, z czarownéj Italii uwieźć im rozkazano, ostatni pocałunek składa na czole małżonki. Byłaż-by ona tak nieludzko silną i powściągliwą? czy téż serce niewieście, którego przysięgi na skrzydle wiatru wypisanemi bywają, odwracać się już zaczyna od zgniecionego przez losy i ludzi? W téj przedśmiertnéj chwili pożegnania, twarz Fanii jaśnieje pogodą, z przekorną figlarnością uśmiechają się jéj usta, którym wróciła ich różowa świeżość, spojrzenie bez żalu; bez łzy nie żegna małżonka, lecz zdaje się mówić mu pełne obietnic: do widzenia! Sulpicya uśmiecha się także ale ze łzami, które strumieniem spływają po śniadém jéj licu.
Sto par nagich, żylastych ramion podniosło się w górę, sto wioseł jak sto skrzydeł, opuściło się na toń morską; potężny i zgrabny statek już od lądu odbija, już płynie, już go przestrzeń znaczna rozdzieliła z brzegiem Italii. Z brzegu, ku odpływającemu wygnańcowi, grono przyjaciół i krewnych rzuca chóralne, ostatnie: vale!
Vale! — powtarza pstry tłum, napełniający wybrzeże i jedni śmieją się, drudzy o historyi człowieka tego stłumionemi głosy rozprawiają, inni własne, swe sprawy, sprzedaże, kupno, zatargi, po krótkiém o nich zapomnieniu, w rozmowach i sporach gwarnie wytaczać próbują. W tém, wszyscy umilkli i w jeden kierunek spojrzenia swe puścili. Od brzegu odbiła łódka, prosta i mała łódka rybacka, ze śnieżnym żaglem, jak ze skrzydłem mewy, z dwoma srebrnemi w słońcu wiosłami. O szczupły maszt oparta, stała tam kobieta wysoka i jak posąg nieruchoma w swój białéj stolli, z czarną brwią, dumnie, czy może boleśnie ściągniętą, ale z uśmiechem spokoju na ustach. Powieki miała spuszczone i pod wzrokiem tłumu wstydliwie nieco pochyloną głowę, lecz gibkie jéj ramię tak silnie objęło szczupły maszt łodzi, że znać było, iż prędzéj rozstanie się z życiem, niźli opuści tę wątłą łupinę, która lekko i chyżo unosi ją w pogoń, w pogoń za wielkim statkiem Liburnów.
U brzegu wołano:
— Patrzcie! patrzcie! co to za łódka i kto ta kobieta?
— To małżonka Helwida Priska! To Fania Trazeuszowa córka!
— Czy ta niewiasta zamierza przebyć morze w téj łupinie? Czy ją szał święty i obłęd rozumu ogarnął?
Inni tłómaczyli: — mężowi na wygnanie towarzyszyć chciała; urzędnicy cesarscy nie dali jéj miejsca na unoszącym go statku. Krewni i przyjaciele odjazdowi jéj może przeszkody stawili. Oto, w jaki sposób ta nieszczęśliwa zaradziła sobie! W tém pretor miasta, z ręką ku morzu wyciągniętą, krzyknął:
— Szaloną jest! Cezar na wygnanie słać jéj nie rozkazał! zginie! powstrzymać szaloną! zawrócić łódkę i śmiałego rybaka, który na zysk się pokwapił, ukarać! Niechaj w ten moment najdzielniejsze łodzie wypłyną z portu po tamtą! Rozkazuję w imieniu imperatora!
Już ruch się zrobił między żeglarzami, już rozkaz prefekta spełnionym miał zostać, gdy wśród umilkłego ze zdumienia tłumu, donośny i srebrny, jak struna cytry namiętnie rozśpiewanéj, brzmiący, niewieści głos, znany ludowi głos poetki Sulpicyi, zawołał:
Asylum! Asylum! W imię Westy bogini domowych ognisk, żądam, aby przed Helwidyuszem Pryskiem, w sercu jego żony otworzyło się asylum!
Tłum, złożony z wyrobników, rzemieślników i żeglarzy, zadrżał i zakipiał; coś mu nagle wązki oddech rozszerzyło i duszę zazwyczaj poziomą uniosło w górę. U brzegu lądu, nad szumiącém morzem rozległ się wielki, zgodny, nakazujący krzyk wielu piersi:
Asylum! Asylum! W imię Westy, żądamy, aby ten skazaniec w sercu téj niewiasty znalazł asylum!
Prefekt powiódł wzrokiem po wzburzonym tłumie, milczał i odszedł. A łódź rybacka lekka i mała, na falujących szafirach morza goniła statek, jak jaskółka chmurę.





LEGENDA.
Jedna za drugą na Rzym spadały klęski: powodzi, ognia, moru i morderczego najazdu Etrusków. Nizkiém i ubogiém było podówczas to miasto, a losu jego mieszkańców nie zazdrościło-by nawet wiecznie strwożone i głodne plemię zajęcze. Ale Numa Pompiliusz wzrósł wśród tych chałup mizernych, a wiek dojrzały spędził w myślach i troskach nad tą nieszczęsną ludnością. Więc kiedy teraz z łona jéj wyszły zdwojone biadania, nieba i ziemi zapytywał: za co? ku niebu i ziemi wołając: na pomoc! Augurowie wyrzekli: Jowisz obrażony! Niechaj wódz ludu wstąpi na Eskwilińskie wzgórze, a tam w gaju świętym, objawi mu się gromowładne bóstwo i oznajmi, jaka pokutna ofiara gniew jego przebłagać zdoła.

Na Eskwilińskiém wzgórzu, wśród drzew, okrytych pomrokiem nocy, na trawy mokre od nocnéj rosy, Numa padł twarzą ku ziemi. Nad nim przerażającą ludzkie źrenice jasnością, w szacie, wygiętéj w łabędzie kształty, z orłem u boku, a błyskawicą napiętym łukiem w dłoni, zawisł rozdawca gromów i łask, niewoli i wyzwolenia. Drzewa znieruchomiały, umilkły szepty i szmery ziemi; w téj ciszy grozy i oczekiwania rozbrzmiał głos Jowisza:
— Na ołtarzu moim, dla przebłagania mojego gniewu, złóż jutro pięćset głów ludzkich!
Mokre trawy zaszeleściły pod drżącém ciałem Numy; z nad nich, głos cichy, pokorny błagalny, odrzekł:
— Pięćset głów ściętych żądasz, o Panie świata lecz jakich? nie dosłyszało tego śmiertelne ucho moje. Jutro, w ogrodach, których rozlane wody Tybru nie zniszczyły jeszcze, nim złote włosy Febusa ziemię oświecą, zetnę i na twym ołtarzu złożę pięćset głów cebuli!
W umilkłéj znowu przestrzeni zagrzmiał głos Jowisza:
— Skąpcem jesteś, Numo, i chytrym wybiegiem szczędzić próbujesz głów swoich Rzymian. Więc daj mi z ludzkich piersi wydartych serc tysiąc!
Numa odpowiedział:
— Oto jestem. Cierpię za tysiąc, więc tysiąc serc bije we mnie. Wydrzyj je, Panie, z méj piersi.
— I serca oszczędzasz! Daj mi więc jedno życie, ale takie, w które twórczy mój oddech tchnął pierwiastek najwyższości!
Numa zawołał:
— Oto jestem. Wodzem stałem się ludu mego, więcém śród niego najwyższy.
— Zmieniam mą wolę. Chcę, byś mi złożył w ofierze życie tego z pomiędzy Rzymian, który niższym jest od najniższych.
Numa z pokorą szepnął:
— Oto jestem! Służę całemu memu ludowi, sługą wszystkich będąc, niższym jest, niżeli najniżsi.
Brwi boga gromów rozgięły nieco swe ponure łuki, a błądzące mu przed obliczem płomienie grozy pobladły. Głos jego był podobnym do przyciszającego się grzmotu, kiedy przemówił:
— Podobasz mi się, kochanku niebiańskiéj Egeryi! Żal mi cię pozostawić w ubogim i udręczonym Rzymie. Wstań i idź do krainy Etrusków. Tam pola żyzne i ogrody bogate, w pałacach z marmuru kipią odgłosy uczt świetnych, a w świątyniach stoją posągi mężów wielkich. Królem Etrusków możnych i szczęśliwych uczynić cię rozkażę. Życie w rozkoszach upływać ci będzie, a dłonie mistrza wykują twój posąg i umieszczą go na szczycie najwyższym.
Numa z nad traw zroszonych podniósł twarz błagalną i odpowiedział pytaniem:
— A oni, Panie?
— O nich jeszcze myślisz? Nie do Etrusków tedy poślę cię, lecz wezmę do mego nieba. Oto ku tobie wyciąga się skrzydło mego orła. Szerokiém jest i miękkiém. Złóż na nie członki swe, zmęczone trudem ziemskim, i na łagodnych falach powietrza wzleć w strefę nieśmiertelnego szczęścia!
Numa zapytał znowu:
— A oni, Panie? a Rzymianie moi?
— O nich jeszcze myślisz! pomyśl o swojéj Egeryi. Niebianką jest, a tyś ziemi synem. Tajemnie i niekiedy widywać ją tylko możesz u brzegu tego strumienia, który już z łez jéj powstał. Śmierć twoja przetnie pasmo miłości waszéj. Nie ujrzysz jéj w ciemnym Erebie, a dla niéj mój Olimp stanie się ciemnym Erebem. Oto z łuku mojego błyskawicę puszczam; chwyć w dłonie ognistą tę wstęgę, ona cię ku Egeryi i wiecznemu szczęściu zaniesie...
Zroszone trawy drżały pod długiém westchnieniem Numy, ale, twarz swoję z nad ziemi podnosząc, odrzekł:
— A oni, Panie? a oni? a oni?
Zwinęło się skrzydło orła, błyskawica, już zrywająca się z Jowiszowego łuku, zagasła. Lecz na potężne ramiona Jowisza długie włosy jego spływały coraz łagodniejszą falą, a w głosie boga gniewu brzmiały dźwięki łaski, kiedy przemówił:
— Spraw, Numo, by w twoim Rzymie popłynęła rzeka miłości takiéj, jak twoja, a w kołczanie moim uwiężę wszystkie moje strzały.
Zniknęło niebiańskie zjawisko. Numa w świętym gaju pozostał z czołem przybitém do ziemi. W pomroce nocnéj trawy drżały pod westchnieniami jego i oblewały się rosą jego łez.
— Jakże ja to sprawię, o Panie świata! jakże ja sprawić to mogę?





NIEŚMIERTELNY.
Trazeusz umiera! Dwa miliony ust w Rzymie, powtarzały te dwa wyrazy. Dwa miliony powtarzających je głosów brzmiały przerażeniem tajemniczém, złośliwą radością lub ponurym żalem. Okiem lwa patrzał w tygrysią źrenicę Nerona; gdy mówić rozkazywano, milczał; kiedy milczenia żądano, przemawiał. Wśród senatorów, którzy ze wstydu czy trwogi nizko, chyląc czoła, Popeę obwoływali boginią, krzyknął: „nierządnica!” A potém, różanemi wieńcami owinął posąg Brutusa i ręka w rękę z zięciem swym Helwidem, zwyciężonego nazywał wielkim, przeklętego — błogosławionym. Dziś w przedwieczornéj porze, kwestor konsula stanął w przedsionku jego domu, rozwinął pergamin świecący pieczęciami Cezara i senatu, i przeczytał wyrok skazujący go na śmierć. Po ulicach rynkach portykach, łaźniach i bazylikach rzymskich, zjadliwym chychotem i stłumionym płaczem, popłynęły dwa wyrazy: Trazeusz umiera!
Już wylał czarę wina pod stopy Jowisza wyswobodziciela, pożegnał przyjaciół swych, uścisnął małżonkę, żyć jéj rozkazując, i błogosławiące dłonie złożył na głowach jedynéj córki i przybranego syna. Już z rozprutych żył jego, część zawartéj w nich krwi wyciekła, bo upływ jéj powstrzymać rozkazał, nie dla tego, by łaknął marnéj godziny życia, ale że jeszcze nie skończył rozmowy swéj z Demetryuszem.

W wielkim, bogatym domu, panowała niezmącona cisza. Ani krzyki rozpaczy, łkania żalu, nie mąciły ostatnich chwil skazanego i nie chwiały jego odwagą. Furye żalu i rozpaczy zamieszkały dziś w tym domu, ale szarpały piersi, umiejące milczéć wtedy nawet, gdy dusze wiły się w męczarniach.
Słońce zniżało się ku zachodowi i różowo-złotém światłem napełniało wspaniały perystyl, nad którym letnie powiewy, niosły po szafirowém niebie chóry ognistych obłoków. W świetle tém, szklana mozaika posadzki iskrzyła się blaskami drogich kamieni, a kolumny z białego marmuru, zmieniały się w płomieniste słupy. Tu i owdzie, z wazonów o dziwnych kształtach i rzeźbieniach, wyrastały pachnące mirty i rozłożyste laury, szeroko-listne aloesy i krokusy osypane złocistém kwieciem. W ogrodzie, za nieruchomą ścianą palm i platanów, perlisto szemrała fontanna i niby z kadzielnic buchały wonie fiołków i lilii.
W cieniu rzeźbionego gzemsu i dwóch laurowych drzew, których wierzchołki splatały się ze sobą, na hebanowém łożu, świecącém ozdobami z kości słoniowéj i perłowéj konchy, pod wielkiem, szkarłatném okryciem, spoczywał umierający.
Wśród purpurowych haftów wezgłowia, twarz jego uwypuklała się nieruchomemi kształty, niby poważna i szlachetna rzeźba. Oczy jego były otwarte i spokojne, spokojne téż były zarysy zbielałych policzków, i można było mniemać, że do chwilowego spoczynku ułożyły go tu miękkie dłonie przyjaźni albo miłości, gdyby nie fale myśli, przepływające po wielkiém czole i zaledwie dostrzegalne kurcze bólu, wijące się po zbielałych wargach.
U nóg łoża, twarzą zwrócony ku twarzy umierającego, owinięty w płaszcz gruby i podarty, na bronzowym stołku siedział Demetryusz z Sunionu. Filozof ten ze szkoły cyników oblicze miał zorane grubemi bruzdy, ciało wychudłe od suchego chleba, którym się żywił i słomianego barłoga, na którym sypiał, długą siwą brodę i płomień młodzieńczy w starych źrenicach. Głosem przyciszonym słabością i bólami, lecz w którym jeszcze odzéwały się dźwięki męzkiéj piersi, Trazeusz mówił:
— W minucie, poprzedzającéj zgon mój, nie osypałem ciała mego różami, ani rozkazałem lutnistom śpiewać i deklamować poetom, jak to uczynił był wykwintny Petroniusz. Nie zgromadziłem téż na wzór mądrego Seneki, dokoła mego śmiertelnego łoża tłumu przyjaciół i uczniów, aby im opowiadać tajemnice zaziemskie i smutki tego życia pocieszać obietnicami innego. Gdyby wszystkie rozkosze świata przybiegły, aby mię pieścić i weselić, nie zapłaciły-by mi za lata myśli i czynów, które utracam. Upewniać o niczém nie mogę i nikogo nauczać — bo sam wątpię i nie wiem. Z tobą tylko mówić chcę, Demetryuszu. Odpowiedziałeś mi już na wiele zapytań; odpowiedz jeszcze: czy bogowie są? czy bogów niéma?
Demetryusz po chwili milczenia odpowiedział:
— Epikur utrzymywał, że niéma bogów, Zenon z Cittium, że są oni; Protagoras zaś mawiał, że nic nie wie o bogach, czy są oni albo ich niema. Poszedłem za zdaniem Protagorasa. Nie wiem, Trazeuszu, czy są bogowie, albo ich niéma.
— Odpowiedź twoja zasmuciła mię. Wolał-bym, abyś mi był stanowczo odpowiedział; niéma bogów, bo wówczas mógłbym umierać z gniewem i pogardą tylko dla ludzi, a teraz, zapragnąłem, wstać z tego łoża, porwać w ramiona Pellion i górą tą Olimp zgruchotać.
Podniósł nieco ociężałą głowę, zabolałe jego ramiona poruszyły się pod szkarłatnemi fałdami, źrenice zapłonęły.
— Bo jeżeli bogowie są, jakiemiż są oni, skoro wszechmoc ich nie tworzy samego dobra, a dobroć nie zapobiega istnieniu zła? Nie dożyłem, Demetryuszu, kresu dojrzałego wieku, bogactwo i zaszczyty towarzyły mi stale i u boku cnotliwéj małżonki, niezachwianego doświadczałem szczęścia. Przecież, gdybyś mię zapytał: czy znałem męczarnią? Odpowiedział-bym: jak Laokona dusiły mię wężowe ich skręty. Od dnia, w którym ojcowskie dłonie przyoblokły mię w togę dojrzałości, na com ja patrzał i czegom doznawał? Tryumf chciwości i pychy, a pognębienie sprawiedliwości, zdeptanie cnoty przez podłość i rozumu przez przebiegłą głupotę, jest to, o Demetryuszu, tragedya, straszliwsza, niż wszystkie ponure wymysły Eszyla i Eurypidesa, na którą, gdyby patrzali bogowie, gniewowi ich nie wystarczyło-by gromów a dobroci łez. Ale ludzkość odegrywa téż i atalany (farsy) pocieszne, z których ja przecież śmiać się nie mogłem, bo ksztusiły mię one goryczą pieprzową. Żarłoczność wilków wydawała mi się niewinnością wobec pokory lisów, liżących stopy wilcze. Tygrys i hyena przerażały mój umysł, ale mdłości wstrętu podchodziły mi ku gardłu, na widok głupoty pozwalających pożerać się owiec. Nie nawidziłem ogarów, gdy krwiożerczémi pyski szarpały jelita szlachetnego jelenia, lecz ze wzgardą srożéj piekącą od nienawiści, spoglądałem na zające, których cień żaby, wyłażącéj z błota, zapędzał w gęste krzaki! Bogów, o których tak jak ty, nicem nie wiedział, ciszy nocnych i blasków słonecznych, zapytywałem: dla czego pod Filipami zwyciężył Oktawian, a uległ Brutus? dla czego nikczemna dłoń Pompeja zrzuciła z ramion wspaniałą głowę Cycerona? Dla czego cnotliwy Germanikus skonał od trucizny podłego Tyberyusza? Dla czego Messalina przeżyła wiek swój w wyuzdanych rozkoszach i umarła na pościeli z róż, a szlachetna i surowa Arya, skonała w potokach krwi małżonka swego i swojéj? W kole senatorów, trzęsących się od strachu i dbających tylko o całość swych latifundyów (majątków) i szkarłaty swych latiklów (tog senatorskich) jak téż, na widok ludu rzymskiego w amfiteatrze i cyrkach rytmicznemi oklaski witającego Nerona, wołałem w duszy: gdzież ujrzę ludzi! Wydawało mi się czasem, że cały naród rzymski widzę w postaci rycerza, stojącego pod Kaudyńskiém jarzmem. Stał z karkiem zgiętym i leniwemi palcami wygrzebywał sobie z ziemi to ziarna twardéj fasoli, to dzwona smacznéj barweny — skarżąc się tylko na to, że znajdował ich za mało. Brzuch mu rósł, w miarę jak postać malała, aż z rycerza o silnych barach i jasném obliczu, przemienił się w brzuchatego karła, z twarzą satyra i małpy. Na tom ja patrzał. Demetryuszu, a własną duszę czułem zamkniętą w scrinium takiém, w jakiém zamykają się zwoje pergaminów. Była ona zgnieciona, sznurami niemożności skrępowana i w futerale milczenia zamknięta. Myśli moje biły się o ściany méj głowy, jak więźnie łaknący powietrza. To, co czułem, nie wybuchało z méj piersi, lecz na dno jéj spadało, sycząc jak żużle topione w wodzie. Byłem jako położnica, która dziecięcia swego na świat wydać nie może. Nie mogłem wydać na świat samego siebie. Gdy zaciskałem zęby, aby nie mówić, kurczyłem prawicę aby nie działać, połykałem ślinę, aby nią nie pluć na tych, którymi gardziłem; chwytały mię bóle, od których ani bogactwo i zaszczyty, ani szczęście domowe, ani nauki mistrzów mych, stoików, uleczyć mię nie mogły. Ale człowiek, nad sobą samym nawet, wszechmocnym nie jest. Trazeusz, stworzony przez naturę, wyszedł na świat z Trazeusza, ulepionego przez okropności czasu. Rycerz, zgięty pod Kaudyńskiém jarzmem, wyprostować się spróbował. I oto — umieram. Jakiemiż są bogowie, jeżeli są, — o Demetryuszu, — jeżeli na wszystko, co ci opowiedziałem, patrzą i milczą?
Zmęczony długiém mówieniem, znowu głowę na poduszki opuścił, oddychał ciężko, i nieruchome, szeroko otwarte oczy w twarz mędrca wlepiał. Po ustach jego kurcze bólu przewijały się z ironicznemi uśmiechy. Tym ostatnim odpowiedział na ustach Demetryusza uśmiech żartobliwy, niemal wesoły. Głosem takim, jakby u biesiadnego stołu opowiadał przyjacielowi pocieszną dykteryą, zaczął:
— Kiedym raz na chodniku Tuskulańskiéj ulicy, stanął w łachmanach moich, półnagi bosy i na słonecznym skwarze z głową odkrytą, przechodzący tamtędy z orszakiem swoim Kajus Kaligula stanął przedemną i rzekł: „Czy nie możesz ciała swego, okryć przyzwoitszą szatą, a stóp osłonić takiemi choćby sandałami, jakie noszą szewcy rzymscy? Czemu przybierasz postać nędzarza?” Odpowiedziałem mu: „Dla tego tak czynię, Cezarze, abym jak najmniéj wydawał się podobnym do szambelanów twoich.” Kajus czuł się dnia tego w wesołym humorze; zapewne Jucitatus, ulubiony jego źrebiec, powitał go zrana uprzejmém rżeniem. „Znanym jesteś z dziwactw twych, rzekł ale nie gniewam się na ciebie... Oto daję ci wór sestercyi, ubierz się tak, jak ubierają się szambelani moi i przyjdź do pałacu mego. Od dziś, zaliczam cię do przyjaciół moich piérwszego rzędu.” Mówiąc to, skinął na jednego ze swoich posługaczy, a ten złożył obok mnie sakiewkę, splecioną z pereł i pełną złotych pieniędzy. „Kajusie, rzekłem, kiedy ci przyjdzie na myśl kusić mię po raz drugi, zacznij od ofiarowania mi całego państwa swego. Gdy wówczas odmówię przyjęcia twego daru, nie przemówisz już do mnie nigdy, bo nic nadto ofiarować mi nie zdołasz.” Wtedy Kajus, zwracając się do prefekta Rzymu: „Człowiek ten jutro płynąć będzie ku brzegom Afryki, łachmany jego brudzą mi piękne moje ulice! niech je obszywa w piaskach pustyni.” Czy mniemasz, Trazeuszu, że rozkoszą i weselem płynęły mi lata wygnania? Jeżeli mniemasz, że gdy ciało swoje żywiłem kęsem chleba i poiłem wodą zaprawioną octem, nie krzyczało ono o soczyste mięso pieczonego dzika i o płomienne słodycze, zaprawionego miodem Falernu, nie rozplątałeś dobrze zygzaków ludzkiéj natury. Kiedy zmęczone kości składałem na słomianym barłogu, nigdyż nie śniłem o łożu, wysłaném łabędzim puchem? Chropowata glina, z któréj popijałem moję wodę z octem, przypominała mi srebrną czarę, miłą dla oka i gładką dla warg i wolał-bym pewno wciągać w swe nozdrza woń arabskich perfum albo indyjskich kadzideł, niż smrody ryb gnijących i smażonego tłuszczu, które gęstą parą ścielą się u stóp Janikulu i napełniają izbę, w któréj mieszkam. Ale, Trazeuszu, widok osłów, wydymających grzbiety pod złocistemi czapraki i wieprzów, tarzających się w potokach win greckich i aleskandryjskich sosów, obmierziły mi stroje i uczty wielkiego Rzymu. Patrząc na rzędy zębów, gryzących się w kałuży o miedziany obol, ja, złote talenty odtrącałem nogą. Po świecie, zalanym morzem wyuzdanego zbytku, nędza moja obwoływała pogardę bogactwa. Pogodę i radość na obliczu swém nosząc, ukazywałem szczęście w łachmanach tym, którzy je tylko w Tyryjskiéj purpurze dostrzegać umieli. Uczniów miałem wielu; niejednemu wymiotłem z głowy pychę, a z pod błony piersiowéj wydarłem rozpustne chucie. Dostojnéj duszy ludzkiéj wystawiłem posąg w przybytku pijanego Pana, bożka cielesnéj natury. Nie będę, Trazeuszu, skrzepiać cię mową o niepojętych bogach, lecz powiem rzecz, dostępną mojemu i twojemu rozumowi: tam, gdzie nie było ludzi, byłem człowiekiem. Kiedy ostatków krwi swéj żyły twe pozbywać się będą, myśl tak o sobie.
Gdy Demetryusz mówił, rysy umierającego, przed chwilą wzburzone, przyoblekały się wyrazem takiéj słodyczy z jaką człowiek słucha dźwięków, wtorujących wewnętrznym jego głosom. Jednak fale rozmyślań przepływały mu wciąż jeszcze po bladém czole, a w oczach malowały się niezaspokojone żądania:
— Pocieszyłeś mię, Demetryuszu. Konając, widziéć będę posąg dostojnéj duszy ludzkiéj, wystawiony przez ciebie i przeze mnie w przybytku pijanego Pana, bożka cielesnéj natury. Ale człowiek, choćby największym był, jak cień przemija i milknie jak echo. Chciałbym, aby dusza moja nie przeminęła. Ponieważ jednak wyznałeś mi swą niewiadomość co do istnienia lub nie istnienia bogów, daremnie zapytywał-bym cię, czy dusza moja jest albo nie jest nieśmiertelną.
— Przeciwnie, Trazeuszu, umieraj z wiedzą, że dusza twoja jest nieśmiertelną.
Źrenice skazańca rozwarły się szerzéj. Lekka ironia zaigrała znowu dokoła warg, śmiertelnym bólem kurczonych.
— Wiem, Demetryuszu, że mówić mi nie będziesz o czarnym Styksie ani o przepływającéj go łodzi Acherona. Wszak nie ukażesz mi bladych cieni, błąkających się nad brzegami wody zapomnienia i miejsca mi wśród nich nie wyznaczysz. Nie powiesz, że, jak Eneasz, stąpię do piekieł i tam duchy ojców moich powitam, ani że na mnie zaszczeka trójgłowy Cerber i przed sąd swój postawią mię nieubłagani Minos i Radamantes. Wiész dobrze, że tak głupi nie jestem, abym temu wszystkiemu uwierzył, i gdybym o tém, nie zaś o wcale czém inném chciał słuchać, zamiast ciebie, wezwał-bym do śmiertelnego łoża mego paru augurów. Oniby mi te rzeczy szeroko rozpowiedzieli, a za progiem, spojrzawszy sobie w oczy, parsknęli-by śmiechem.
Demetryusz uśmiechał się przez chwilę, poczém łagodnie mówić zaczął:
— Są tacy, którym dusza zdawała się być sercem. Inni mówią że jest ona tchem, oddechem. Zenon z Cittium utrzymywał, że dusza świata to ogień. Arystoksenes miał ją za harmonią strun wewnętrznych, Pytagores za liczbę, Arystoteles za ruch nieustanny. Plato dzielił ją na trzy części: rozum w głowie, gniew w piersi, pożądliwość pod błoną piersiową. Bozki Plato najwięcéj przybliżył się do prawdy. Lecz nietylko rozum, gniew i pożądliwość powinien był wymienić. Wszystkie myśli i uczucia twe, Trazeuszu, były duszą twoją a słowa i czyny jéj oddechami.
Umilkł na chwilę i wszystko do koła milczało. Nawet szmer fontanny ucichł kędyś za ścianą palm i platanów; pobladły w górze ogniste obłoki; przygasły blaski kolumn i posadzki, a w opadającym na perystyl zmroku, w ciszy niezmąconéj, brzmiał nad głową skazańca sam jeden tylko, łagodny, głęboki głos filozofa.
— Znasz, Trazeuszu, naukę Epikura o atomach materyi, które, bujając nieustannie po nieskończonych przestrzeniach, tworzą ciągle coraz nowe światy i istoty. Gwiazda, metal, roślina, zwierzę i człowiek, zlepkami są nieskończonéj liczby atomów, z których każdy jest nieśmiertelnym, bo rozprzęgając się, wiążą się one znowu w kształty inne, a nigdy nie giną. Takiém jest królestwo materyi, do którego ciało twoje należy. Jak garść piasku, przez wiatr zdmuchnięta, rozpierzchnie się ono po nieskończonéj przestrzeni, a składające je atomy wnikną może w jedwabną tkaninę liliowego liścia, albo w strumieniu popłyną kroplą wody, czy parą wzniosą się w błękitne etery, zamigocą w płomieniu lampy, błysną w dyamencie, wyrosną z ziemi kłosem pszenicy, stwardnieją w sierści zwierzęcéj, spojrzą znów na świat źrenicą nowonarodzonego dziecięcia, lub świętym ogniem myśli zapłoną w mózgu męża. To wszystko opowiadam ci o królestwie ciał. Lecz obok niego istnieje takież królestwo dusz. Uczucia i myśli, to atomy duszy człowieka; tak jak te, które składają jego ciało, nie giną one nigdy, lecz sprzęgają się z atomami dusz innych, tworzą coraz nowe światy. Mądrość, wiedza, cnota, bohaterstwo, harmonia zlepkami są nieskończonéj liczby atomów, uleciały z dusz ludzkich. Nakształt ogniska rozwianego w mnóztwo płomyków i fali wodnéj w kroplistą mgłę, dusza twoja, Trazeuszu, rozproszy się po przestrzeni czasu, a składające ją atomy wnikną może w serce młodzieńca zapałem i męztwem, czy w pierś niewiasty pragnieniem wielkich miłości i ofiar, czy w czaszkę starca, miłą o czynach twoich opowieścią, czy w mózg dziecięcy, przeczuciem bohaterskości przyszłéj. Żywić się niemi będzie może niewolnik blady, lub truć się ten, który go rzucił w ciemnicę; wciągnie je w pierś swą pusty hulaka i z czołem zawstydzoném od biesiadnego stołu powstanie, albo męczennik, wychylający swą gorzką czarę, słodyczą ich usta swe ukoi. Ze śmiercią ludzi, nie umierają myśli ich, ani uczucia, ani słowa, ani czyny. To nawet, czego nigdy nie wypowiedziałeś, pieśnią bez słów w świat uleciało przez oczy twoje, postawę, uśmiechy, westchnienia. Milczące twoje bunty przeciw złemu, zabrzmią w przestrzeni czasu hasłem, wołającém ku dobru. A czy wiész, jaką pierś podnosić będą kiedyś bolesne twoje westchnienia? Na czyje usta zlecą uśmiechy twoich wspaniałych wzgard? Ty na to wszystko nie odpowiesz: „mnie tam nie będzie!” bo umiłowanie przyszłych wieków i pokoleń, mocno tkwi w duszach wzniosłych. Umierając, powtarzaj słowa starego poety:

Niechaj nikt łzami grobu mojego nie skrapia,
Ani z płaczem za trumną moją nie idzie —
Bo żyję wiecznie i z duszy do duszy przelatam.

Taką jest nieśmiertelność, Trazeuszu, którą ci opowiedział Demetryusz z Sunionu.
Przestał mówić i Trazeusz milczał także. Zbłąkany wśród laurów, ostatni promień słońca blady blask rzucił mu na czoło, gładkie teraz, jakby w zaraniu młodości. Dół jego twarzy pokrywał już cień nieprzejrzany, ale pod czołem wypogodzoném, widać było źrenice ze słodyczą zachwycenia wpatrzone w daleką przestrzeń. Pochylony nieco nad łożem Demetryusz zapytał:
— O czém teraz myślisz, Trazeuszu?
— Nazywaj mię przyjacielem swoim i pytaj: co widzę?
— Co widzisz, przyjacielu?
Bardzo cicho, tak jakby z wymawianemi słowy życie ulecieć zeń miało, Trazeusz zaczął:
— Widzę przestrzeń nieskończoną, napełnioną zmrokiem, płaczem i powiewami mroźnego Austeru. W téj krainie udręczeń płoną wielkie ogniska... u których wybledli i zziębli wędrowcy ogrzewają swe członki i drogi swe rozpoznawają, wołając: Dzięki Wam!
— Jedném z ognisk tych, Trazeuszu, będzie dusza twoja.
— Widzę jeszcze pustynią nagą i smętną. Ze spieczonych jéj piasków wytryskują szumiące zdroje. Do nich zeschłemi piersi przypadają pracownicy spoceni i, chciwe wargi w nich zatapiając, wołają: Dzięki Wam!
— Jednym ze zdrojów takich, Trazeuszu, będzie dusza twoja.
— Słyszę szczęk broni, huk ciał upadających, grzmot rozwalających się grodów. W tym zgrzytającym zgiełku, głosy jakieś przelatują, wołając: „harmonia! harmonia! harmonia!” Jeden z nich najwyraźniéj o słuch mój uderza...
— Jest-to, Trazeuszu, głos twojéj duszy.
— Słyszę świst biczów, chrzęst kości gniecionych, jęki szemrzące: krzywda! krzywda! i chichot olbrzymów, krzyczących: siła! siła! W tych gwarach zwycięztw i klęsk, przelatują głosy jakieś, wołając: sprawiedliwość! sprawiedliwość! sprawiedliwość!
— Pośród tych głosów, Trazeuszu, jest głos twojéj duszy.
Pierś umierającego wzdęła się długiém westchnieniem ulgi. Zwolna sennie powieki mu okryły zamglone źrenice, można-by rzec, że, cudną pieśnią upojony, usnął w rozkosznym spokoju. Jedna po drugiéj gasły perystylu kolumny, wprzódy rozpłomienione słońcem i w zawojach z kamiennych liści, stawały w zmroku, jak rzędy widm wysmukłych i białych. Górą, pod zciemniałą kopułą nieba, błysnęły gwiazdy; u końców perystylu i daléj, w głębiach domu, z wieloramiennych, wysokich świeczników, strzeliły płomienie lamp. Dymy kadzideł, palonych u domowego ołtarza, sinym obłokiem rozpostarły się w powietrzu i zapachami wonnych kor i korzeni owiały śmiertelne łoże. Nizko już teraz nad łożem schylony Demetryusz zapytał:
— O czém myślisz, przyjacielu?
Cichy, jak powiew zefiru, szept odpowiedział:
— Myślę, Demetryuszu, że gdybym ten zlepek atomów materyi, który był ciałem mojém, sprzęgał się po stokroć razy, stokroć razy, tak jak to raz uczyniłem, rozprzęgł-bym go przedwcześnie dla prawdy, dobra, harmonii i sprawiedliwości.
W godzinę potém, po wielkim, bogatym domu, po ulicach, rynkach, teatrach i pałacach rzymskich, z łkaniami rozpaczy, z szeptami trwogi i z chichotami tryumfu, popłynęły dwa wyrazy: Trazeusz umarł!
Nad łożem zmarłego skazańca stał jeszcze Demetryusz z Sunionu, twarz swą, po któréj ciężka łza ciekła, zwracając ku gwiazdom. Kiedy kapłani i sługi Wenery Libitiny, bogini pogrzebowych obrządków, mrucząc ponure mortualia, ciemnym orszakiem napełniali perystyl, on wzniósł ramiona i wielkim głosem zawołał: — Żegnaj, o nieśmiertelny!





MYSZY MORSKIE.
Na opalowych wodach Tyryjskiego morza, pod kopulą nieba, którego szafiry wysuwały się z mroków nocy i dymu pożogi, biegły, mknęły, rozpraszały się myszy morskie: tak przez Rzymian zwane statki piratów.

Więc nie dość im było jeszcze bogatych wybrzeży Azyi i roju wysp, któremi twórczość natury, jak wspaniałemi kwiatami usiała morza greckie? Nie dość im było od Krety do Smyrny, od tajemniczych gór Taurusu do rozkosznych gajów korynckich, nieść postrach, śmierć i zagładę? Aż tu, ku brzegom Italii przybyli, jak zatruta kropla krwi ku samemu sercu olbrzyma przypłynęli, tak mu już blizcy, że zda się podmuch wiatru mógłby do Rzymu zanieść echa morderczych ich krzyków. Kwitnąca Syrakuza z dreszczem trwogi widziała ich w swym porcie i ze zdumieniem, które trwogę nawet zdławiło, słuchała grzmotu pochwalnych pieśni przez nich ku czci Olimpusa, wodza ich, śpiewanych. Ale Olimpus miasta pełnego greckiéj ludności dotknąć nie pozwolił, i z radośném biciem serca ludność ta widziała, jak statek jego, inne za sobą wiodąc, ku Tyryjskiemu morzu pomykał, zdala już w blaskach słońca wysoko wznosząc bielą paryjskiego marmuru jaśniejący posąg Nemezydy. Na łabędziowo wygiętéj szyi statku umieszczona sroga i smutna bogini zemsty godłem Olimpusa była i biada portom, wyspom, świątyniom, które uczuły dotknięcie twardéj, śnieżnéj jéj szaty. Wśród Syrakuzan głucha wieść niosła, że ku Liparze tym razem zwrócone były jéj kamienne oczy, ku téj bogatéj i rozkosznéj wyspie, na któréj z pocztem pomocników swych i służalców przebywał teraz prokonsul i możnowładca rzymski, Belianus.
Prawdę wieść niosła; bo pod kopułą nieba, którego szafiry wynurzały się z mroków nocy i dymu pożogi, nad wodami, w które jutrzenka sypała deszcze opałów, Lipara leżała w gruzach. Wczoraj jeszcze była ona jednym z wielkich zbiorników życia, wrzącego rozkoszą i blaskiem; wczoraj jeszcze w świetle i cieple najłaskawszego na ziemi słońca, spokojnie, bezpiecznie nurzała swoje pałace, świątynie, ogrody. Dziś połamane jéj kolumny wznosiły wpośród ruin rzędy kalekich i zakrwawionych ramion, a spalone mirty i róże czarnemi szlakami prochów stroiły, niby do grobu, białość jéj marmurów. Po nocy zgiełkliwéj zalegała ją cisza grobu. Ludzie z niéj zniknęli. Biedacy, których mnóstwo zalegało głębie jéj złoconego łona, ciemną i przez nikogo nie ściganą chmurą, ku dalekim udali się brzegom; rozkuci niewolnicy padli w objęcia swoich wybawców; bogacze i możni żyć przestali, więc żaden głos, żaden szmer, żadne na ziemi lub w powietrzu drgnienie nie mąciły spokoju tego świeżego wielkiego cmentarza.
Wzamian, na wodach rozległych żyło, wrzało, ruchem barw, linii szat i obliczy mieniło się państwo ludne, ogromne, bogate, niewiedziéć zkąd, chyba z tajemniczych otchłani podwodnych lub z pełniejszego jeszcze tajemnic łona ludzkości powstałe. Wczoraj go tu nie było i wkrótce znowu na puste rozłogi morza wiatry i fale uniosą jego domy, dziwnie ruchome domy, których wdzięku zazdrościć-by mogły nimfy, bogactwa mocarze, a lotności strzały.
Nieduże, hyże, zdrabne i ciche te myszy morskie miały gibkość wężów, łot strzał i niespożytość hydry, na pociski wystawiającéj głowy niezliczone i które coraz odradzać się mogą. Było ich mnóstwo, a wszystkie na swych masztach, krawędziach i dziobach wywieszały zwycięzkie palmy i wieńce; wszystkie téż miały ozdoby swe i godła; bijące w przestrzeń tęczami barw i blaskami drogich metali. Tu, na wysmukłym przedzie statku sęp albo jastrząb rozpinał srebrne skrzydła, owdzie sfinks złotooki zamyśloną źrenicą wyczytywał w przestrzeni tajemnicę świata, tam jaszczurka z nad Nilu na ciepło słońca wystawiała drogocenną łuską okryte swe ciało, lub lew pustyni zdawał się do ryku otwierać spiżową paszczę, lub zębami z kości słoniowéj śmiała się twarz satyra, wspaniałemi kielichy rozkwitały kwiaty, czarownemi czy potwornemi kształty majaczyły istoty bajeczne, przez nikogo zda się na ziemi niewidziane, lecz może przez te hyże i ciche myszy odkryte, w im jednym znanych lasach Taurusu nad Eufratem, Nilem, Jordanem, może nad niknącym w prawie bajecznéj pomroce Gangesem. Z nad Eufratu, Nilu, może z nad Gangesu, że wszystkich grodów u wybrzeży mórz stróżujących, ze skarbnic mnóstwa świątyń zgromadzonemi były te kobierce, szaty, naczynia, zbroje, te niezliczone dzieła pracy i sztuki, które to państwo nawodne, ruchome, czyniło rajem przepychu. Jak różnorodnemi były napełniające je po brzegi bogactwa, tak téż różnorodnością mordującą wzrok i uwagę, mieniły się postawy, oblicza i ruchy jego mieszkańców, różnorodność niezmierną krwi, pochodzenia, przeszłości ich wskazujące. Od zwinnych, strojnych, pięknością rysów i wdziękiem poruszeń, jakby na wieki napiętnowanych Greków, do wpółdzikich i wpółnagich izoryjczyków lub afrykanów o cerze barwę oliwek przypominającéj; od czarnookich, posępnych hiszpanów, do dumnych, nizkoczołych, okrągłolicych synów Italii; od potężnych, lecz jak barbarzyńskie ich ojczyzny surowych i srogich iliryjczyków, dalmatów, traków, do rzymskich patrycyuszów o senatorskich postawach i oratorskich gestach i rzymskich również rolników, których schylone bary i posępne wzroki o niezgłębionych znojach i żalach zdawały się opowiadać, — były tu wszystkie narody, stany, losy znanego świata. Czy wszystkie wichry zbrodniczych chuci i wszystkie bicze nieszczęść i krzywdy, jak marne liście z dróg na bezdroża, to rojowisko ludzkie z ziemi na wodę zmiotły i zagnały? Tak wielkiém ono było i takie piętno buntu bez miary i odwagi bez granic noszącém. Jak z zuchwalstwa jego tryskał szał rozpaczy, tak w wesołości szalała swawola.
Rzekł-byś — tułacze — którzy za sobą domowstwa swe wraz z obrożami swemi spaliwszy, z dziką niepodległością rzucają się w groźne, lecz wolne przestworza, albo skazańcy wnet umrzeć mający i całą potęgą oddechu wchłaniający w siebie tryumf, pogodę, rozkosz ostatniéj może godziny życia.
Tu huczne trąby w poranne powietrze wojenne pobudki rzucały, owdzie miłosną melodyą i skargą płakały fletnie i lutnie; tam tańcem bachantek grzmiały azyatyckie sistry i cymbały, lub rozlegały się pieśni do urągliwych śmiechów podobne. Niektórzy wiosła w rybie płetwy przemieniając z szybkością, któréj zazdrościć mogły ryby, na wodnych błoniach w zawrotne puszczali się gonitwy, a z pod ich wioseł wody, w perliste, pieniste rozbijając się kaskady, zdawały się na wzór ludzi uganiać i szaleć. Inni wznosili w górę amfory, puhary, misy, dymiącém jadłem napełnione, lub, napinając łuki ku chmurom i falom świszczące, ciskali strzały. Wszędzie zaś, jak okiem zajrzéć, na opalowych tych wodach widać było chlamidy, tuniki, pancerze hełmy, misiurki, dzidy, miecze, i w to wszystko odziane a zbrojne postacie, to po babilońskich kobiercach kroczące, to leniwie wyciągnięte na futrach lwich i lamparcich, tu z łodzi do łodzi podające sobie dłonie i puhary, owdzie w poufnych lub hucznych rozmowach wyginające ciała z wdziękiem czy swawolą. A pośród tego ludu, szałem radości bez jutra zjętego, inny lud ptaków, zwierząt, sfinksów, satyrów, bajecznych kwiatów i istot, razem z łodziami kołysząc się, ścigając, tysiącznych dokonywując zwrotów, zdawał się z ludźmi i pośród ludzi żyć i szaléć.
Jednak wiedzieli dobrze ci weselący się ludzie, że nietylko dla łupu i orgii przywiódł ich tu Olimpus, ale też i dla sądu, dla jednego z tych sądów, na których odgłos blady strach zaglądał w twarze możnowładców rzymskich, z kurulnych krzeseł ich zrywał i od granic do granic państwa przez heroldów i trębaczy, „gwałt“ czyli potrzebę powszechnego przeciw wrogowi zerwania się głosić rozkazywał. Więc gdy Olimpus i towarzysze jego jeden z tych sądów rozpocząć mieli, oni także uczuli tchnienie, które wydaje z siebie wszelka straszna chwila. Byłaż to ciekawość, czy nasycenia oczekująca żądza krwi i męczarni, czy rzut myśli, odgadującéj najgłębsze znaczenie stać się mającéj rzeczy, lecz wkrótce, choć stopniowo gonitwy ich, ustały, gwary, śpiewy, śmiechy roztopiły się w ciszy; amfory, puhary, misy zniknęły; łodzie ich, jak zmęczone tancerki na puchach fal legły i, zlekka tylko przez nie kołysane, zdawały się razem z napełniającą je ludnością patrzéć i czekać.
Największy z pomiędzy wszystkich, choć mniéj od innych lekki statek Olimpusa, kołysał się prawie u stóp białych, cichych, rozległych gruzów Lipary. Posrebrzane wiosła bezczynnie zalegały jego krawędzie, wzamian od ruchu fali, w kamiennéj ręce stojącéj u przodu Nemezy, z lekkiém dzwonieniem poruszały się srebrne szale.
O łabędziową szyję statku oparty, w odzieży, któréj podarte hafty szeroko odsłaniały wypieszczone ciało, bez obuwia na białych stopach, stał Belianus, pan możny i wysoki dostojnik rzymski. Ci ludzie, którzy teraz stali przed nim groźnym półkolem, porwali go od uczty, którą z legatami i kwestorami swymi, ze świetném gronem wykwintnéj młodzieży sprawował. Dla tego to wieniec róż przeplatał mu utrefione włosy i więdnącemi liśćmi osypywał błyszczące łachmany, które przed kilku godzinami były godną podziwu szatą. Nad bezpieczeństwem jego stróżujące kohorty żołnierzy, legaci jego, kwestorowie, przyjaciele, klienci, pieśniarze, wieszczbiarze i skrybi, zginęli w nagłym i przez żaden szelest nieoznajmionym uścisku tych jak sen cichych, a jak śmierć niezwyciężonych myszy. Od niego jednego odwracały się ich miecze i dzidy, jego jednego z troskliwością dobréj piastunki szczędziła ich wściekłość i jeden on teraz, bezbronny, w błyszczących łachmanach, półnagi, stał oko w oko z rzędem ich posępnych i srogą łuną rozgorzałych twarzy. Ale, oko w oko przed nimi stojąc, powiek nie spuszczał; owszem, wodził po nich wzrokiem, którego spokój mąciło tylko wzgardliwe szyderstwo. Tylko co ręce uwolniono mu z więzów, więc je na piersi skrzyżował i głowę wznosząc, a brwi nieco marszcząc, głosem takim, jakim zapewne w bazylikach i kuryach zwykł był przemawiać, wyrzekł:
— Obywatelem Rzymu jestem.
Gdy to wymawiał, w źrenicach jego jak kryształ zimnych, w głosie, który zabrzmiał jak krótki rozkaz pana i wodza, czuć było pewność taką, z jaką wieszczbiarz dobréj wiary czarodziejskie zaklęcia swe wymawia. Niezłomnie pewnym być musiał, że na te trzy słowa wszystkie czoła w pokorze o ziemię uderzą i wszystkie serca od trwogi pomdleją; że gdy je nawet ku bogom lub rozhukanym bałwanom morza zwrócił, piérwsi łaskawie wyjrzeli-by z niebios, a drugie śpiesznie ku ziemi przypadły. Czyż-by ta pewność nie była złudzeniem? Bo oto Olimpusowi podwładni, lecz niemniéj na świat cały z lwiéj odwagi i przebiegłości jaszczurczéj słynni dowódcy piratów, jakby pociskiem w piersi ugodzeni, cofnęli się, w dłonie ze zgrozą klasnęli, okrzyki żalu, trwogi, przerażenia w zawody wydawać zaczęli. Z siły do stada byków, a z bogactwa do pocztu mocarzy podobni, nagle zmienili się w trzodę zajęczą i w korną gromadę służalców. Bezład do rozplątania niepodobny utworzyły pośpieszne, pokorne ich ruchy, w pokłonach chylone twarze, pochlebcze wykrzyki:
— Masz słuszność, o dostojny i dobrześ uczynił, dostojność swoję nam przypominając! A myśmy mniemali, że przed nami stoi równy nam śmiertelnik! Szaleni! Czy bogowie, ku swéj igraszce, z rozumów naszych ulepili piłki? Tożeś ty doprawdy obywatel Rzymu, w dodatku senator, z woli bogów półbożek. Aleś ty bosy i tak obdarty, jakbyś miał zaraz przysiąść na moście żebraków i do przechodniów rękę po asa wyciągać! Biedny, zimno ci może, a nieprzystojnie najpewniéj! Lecz my biedniejsi, bo gdy przed sądem piekieł staniemy, Minos i Radamantes nie przebaczą nam nigdy, żeśmy się w taki sposób z klejnotem ziemi obeszli. A przedtem jeszcze Rzym za ozdobę swoję ująć się zechce ku zagładzie naszéj przyśle znów Antoniusza, któremu w pamięć zwycięztwa, u brzegów Krety nad nami odniesionego, świat z wybuchem śmiechu przypiął nazwę Kretikusa. Zwyciężył on nas tak potężnie, że aż woda szumiała, gdy na jedynym, pozostałym mu okręcie, po stracie wielu innych przed naszą pogonią do Rzymu uciekał. Nic to. Oprócz tego sławnego Kretikusa macie tam w Rzymie wielu znakomitych wodzów i z tém wam tylko biada, że się oni wzajemnie po kuryach za włosy ciągają, a na Forum, jak dzikie byki, rogami się bodą. Nuż się jednak pogodzą i za ciebie na nas mścić się zaczną. A jaj! Strach z kości naszych klekotki robi! Ulituj się panie, pozwól abyśmy krzywdę zrządzoną ci naprawili. Oto zaraz podamy odzież stanowi twemu właściwą, Hermaju, senatorowi senatorską podawaj togę! A ty, Psahonie, śpiesz po sandały, w półksiężyce z kości słoniowéj zdobne, bo takie właśnie okrywają stopy senatorów, wstępujących na schody Kuryi. Skatonie, któryś w Samnium posiadał bogate dziedzictwo, więc na wykwintach znasz się, pokrzep mu siły puharem wina. Ty zaś Tyfirze, którego grać i śpiewać uczyły jęki podbijanéj Galii, lutnią swą przynieś. A Tregnadon gladyator, najsilniejszy z Traków, niechaj z trójzębem i siecią wystąpi i, towarzyszy z innych statków przywoławszy, umysł Belianusa widokiem krwawéj zabawy rozerwie! Śpieszcie! Śpieszmy! Odziejmy go, zabawmy, na najwspanialszym ze statków naszych do Rzymu odprawmy.
Spełniając to, co wypowiadali, żwawo krzątali się po statku i dokoła więźnia. Jeden Belianusowi na ramiona rzucał togę śnieżną, szkarłatem bramowaną, w złote haftowaną palmy; drugi mu ją układał w malownicze fałdy; inny, w miękkie i półksiężycem świecące sandały stopy jego wsuwał, młody Tyfiros, ze zwinnością galijczyka lutnią przyniósłszy, już po jéj strunach dzwonić zaczynał. Skato ku niemu puhar, napełniony rubinowém winem, wyciągał, czyniąc to z powagą i wdziękiém, które, że niegdyś arystokratą był, przypominały.
Dwaj tylko ludzie na ustroniu stojąc, w milczeniu na to, co przed nimi działo się, spoglądali. Młodemu Olimpusowi powaga wodza w ten ruch zawrotny mieszać się nie pozwalała; Bawiusz miał brodę srebrną, oblicze okryte bruzdami, i wiele lat minęło, odkąd na wojnę ludzi z ludźmi patrząc, niby po utraconéj nadziei pokoju i wierze w cnotę, przywykł był wzdychać: — O Gracchusy!
Olimpus westchnieniu temu odpowiedział:
— Cóż w tém smutnego spostrzegasz, przyjacielu zamordowanych przekształcicieli świata? Kot długo igra z myszą, nim ją zadławi; niech w dziejach ziemi raz przynajmniéj myszy wet-za-wet oddadzą kotowi!
Rzekłszy, ku białéj Nemezie spojrzał i ucho nieco przychylił, jakby wyraźniéj chciał słyszeć srebrne dzwonienie jéj szali. Lecz potem śmiech dźwięczny, głośny, taki, jakim niedbałe chłopięta się śmieją, wybiegł mu z ust koralowych, a od niego swawolnie i migotliwie iskrzyło się i błyskało złoto, przepasujące jego krucze włosy. Dłonią ściskając ramię Bawjusza, naprzód podany, palcem na Belianusa ukazywał.
— Patrz, patrzmy, kto lepiéj się bawi: ten, czy tamci? Ależ on cały wydyma się od pychy, pewien, że trzema tylko słowami w nicość nas wtrącił! Prostuje się, brwi marszczy, w fałdach swéj togi jak Zeus poważny i groźny. O, clarissimus, głupiec, na ciele rozpustnicy, ośla głowa! O coś zapytuje: krótko, zwięźle, jak przystoi panu do swych służalców przemawiać. Czy słyszysz? Raz w życiu jeszcze zaśmiéj się, Bawi uszu! Zapytuje, gdzie jest ten statek, na którym do Rzymu odpłynie! Hermajus mu odpowiada; tęgi chłop i znał go niegdyś, dobrze znał, bo na jego to prośby po ten klejnot świata przybyliśmy do Lipary...
Hermajus, gruby i ciężki, acz złocistym pancerzem ściśnięty, ku więźniowi wyciągał ręce, które nim miecz ujęły, długo zębem pługa musiały pruć ziemię.
Clarissime — mówił — czy mię nie poznajesz? Dziwniejszego pomiędzy ludźmi spotkania nie sprawili nigdy bogowie. Pozwól, że pamięci twéj dopomogę. W żyznej kampanii, u skraju ogromnego twego latifundium słało się w pokorze moje małe pólko, z ciemną i nizką chatą pośrodku. Jam téż przed tobą był taki mały, jak moje pólko przed twemi niwami i taki nizki, jak moja chata przed twym pałacem. Cichy téż byłem jak robak, który bezustanku po jednéj grudce ziemi pełza i może ją kocha, bo z niéj się wylągł i poi się jéj rosą. Lecz tobie, panie wysokiéj góry, mała moja grudka potrzebną się okazała. Willę twą oskrzydlały portyki na wschód, na zachód i na południe zwrócone, takiego brakło, który-by ciebie i gości twoich w upały letnie, chłodził rzeźwością północnej strony nieba. Biedny, bez szkody dla pól swych pszenicznych i urodzajnych winnic, nie miałeś gdzie go wystawić! Litości bogów godzien, ileż mąk zniosłeś, spełnić nie mogąc jednego z tysiąca swych żądań, którym dość było począć się, aby żyć i tryumfować! Szczęściem, boskie spojrzenie twoje spłynęło na moję grudkę i na gaj nieduży, lecz bogaty w cienie i chłody, które mi nieraz potem oblane ciało krzepiły. Wspomnij, wspomnij, Belianusie, ów dzień, gdy sakwę złotą, którą mi za chatę, gaj, za moje bogi domowe płacić chciałeś, u stóp twych złożywszy, żarliwie modliłem się do ciebie, abyś robaka, który na swéj grudce dostojnym i wolnym czuł się, z pod stóp swéj góry nie zmiatał. Wspomnij, że objawiłeś mi się wówczas, jak bogowie niekiedy objawiają się śmiertelnikom: nieubłaganym i wszechmocnym. Darmo wołałem, żem jak ty Rzymianin, że nie spłodziła mię niewolnica, że przodkowie moi z chaty téj zbrojno wychodzili na wojny, aby krwią swoją Rzymowi potęgę kupować. Darmo! Jak liść, przez wicher zerwany z drzewa, uleciałem w puste przestrzenie i cóż w tém dziwnego, że na te wody spadłem? To tylko za dziwną łaskę bogów poczytuję, że dziś tobie, Belianusie, wdzięczność swoje okazać mogę. Nie mamże wdzięcznym być za to, że, wiarę w głupstwa mi odebrawszy, z parobka rycerzem, z prostaka mędrcem mię uczyniłeś? Niegdyś, co rana bogom domowym dziękczynne ofiary składałem za to, że stworzyli mię wolnym synem ojczyzny, która najmłodszym nawet ze swych dzieci daje kęs chleba i sprawiedliwe sądy. Nie byłaż to wiara w głupstwo i nie otworzył-żeś mi oczu na prawdę, że ta ojczyzna śpiżarnie swe i sądy wam, silnym i możnym, w wieczną dzierżawę oddała? Nietylko mnie, lecz i mnóztwo innych ty i tobie podobni wywiedliście z błędu. Zapalczywością unoszony nieraz mawiałeś, że wolisz, aby szerokie twe pola uprawiali skuci niewolnicy, niźli te wolne, harde padalce, które byle o co wrzawę podnoszą i z grudek swoich tamę dla granic dziedzictwa twego budują. Stało się tak, jak żądałeś, potężny! Pola twe uprawiają skuci niewolnicy, zaś harde padalce na rzymskich rynkach po całodzienną miarkę zboża żebracze ręce wyciągają. Niektórzy, chaty swe utraciwszy, zamieszkali w morskich pałacach. Zbójcami woleli być niż żebrakami.
Beltanus słuchał, a choć widać było, że znaczenie wszystkiego, czego doświadczał, rozumiéć zaczynał, postawy nie zmieniał i powiek nie spuszczał. Owszem, wyżéj jeszcze wzniósł głowę, zwiędłemi różami zwieńczoną i, z drwiącym błyskiém w zimnych źrenicach, zapytał:
Ergo?
Lecz nie odpowiedział mu Hermajus, bo oddawna Skato mowę jego przerwać usiłował, a teraz drogocenny puhar, który przed chwilą Belianusowi podawał, z brzękiem o ziemię ciskając, z gromkim śmiechem wykrzyknął:
— Szczęśliwy Hermajus! Zna cię on od lat wielu, przeto pierwszy z pomiędzy nas po przyjaźń twoje sięgnąć miał prawo. Mnie nie znasz, panie! Lecz krewnym twoim jest Fabiusz Labeo, który, gdy w Ferentinum dwaj samniccy trybuni dogodzić mu nie potrafili, na chłostę ich skazał. Jeden szczęśliwy, z muru to miasto otaczającego zeskoczył, nie aby życie ratować, lecz aby od życia takiego, na jakieście wy obywateli samnickich skazali, uciec Drugi rychło schwytany.. Czy Labeo, gdyście przy uczcie zjadali tuczone przepiórki, wśród wielu uciesznych, facecyi téj nie opowiadał? Czy nigdy ci on, Belianusie, z drwiącym śmiechem nie powiadał imienia tego drugiego trybuna samnitów? Wecyusz Skato, Belianusie nazywał się ten drugi, a z dostojnego twego oblicza spostrzegam, żeś o nim słyszał. Posmutniał nieco Rzym tak wesoły, kiedy na dachy jego padła łuna tego pożaru, który samnici rozpalili w Asculum. Wecyusz Skato nie najmniejsze dorzucał do niego polana. Może go jeszcze w snach swoich widują rzymscy wodzowie: Rubiliusz i Sepion, których żołnierzy tłumnie on do podziemnego królestwa wysyłał. Niech ich tam tych żołnierzy Radamantes łaskawie sądzi! Biedacy! Myśmy do nich urazy nie mieli, braci w nich widząc raczéj niż wrogów i za ich zgony tak prawie jak za swoje udręczenia, wam złorzecząc, panowie nasi, ich i świata! Panami świata będąc, zwyciężyliście nas choć nierychło i ze zbyt wielką dla takich pieszczochów losu fatygą. Samnium okryte gruzami waszém znowu stało się dziedzictwem. Pompedyusz, Papiusz, Judacylus, Lamponiusz, sławni wodzowie samnickiego buntu, polegli albo rynki rzymskie napełnili błogą dla was muzyką kajdan. Wecyusz Skato przeżył wszystko: Labeowych liktorów rózgi, bitwy krwawe, śmierć — nadziei i widząc na ziemi panowanie wasze a na morzu zbrodnią, tę drugą wybrał. Zbójcą być wolał niż niewolnikiém...
Tu, mowę Skatona, szyderczą i popędliwą przerwał Psakon barczysty, a tak pokorny, jakby wnet upaść i u stóp Belianusowych czołgać się zamierzał.
— Będęż śmiał ja, który ani wolnym, choć drobnym rolnikiem, jak Hermajus, ani trybunem i wodzem sprzymierzonego z wami narodu, jak Skato, nie byłem — ja, który ssałem pierś niewolnicy, przemówić do ciebie, przyjacielu dawnego pana mego; Skorusa? Chyba słowami memi wspaniałe i rozweselające wspomnienie na umysł ci przywiodę! Czy dawno, o potężny, widziałeś teatr Skorusa? Przepyszny teatr! Cud świata! Wyraźny dowód niepojętéj potęgi ziemskich bogów! Zdobi go kolumn czterysta i trzydzieści tysięcy posągów, trzydzieści tysięcy widzów napawać się w nim może rozkoszą sztuki. Dziesięć razy lud rzymski obchodził noworoczne święto saturnalii, zanim ośm tysięcy niewolników wznieść go zdołało... Byłem jednym z tych ośmiu tysięcy...
Mówiącego Tyfiros odpychał, wołając:
— Bodaj cię Jowisz gromem swym zdruzgotał, samochwalco! O teatrze Skorusa prawisz a przecież wznosiłeś go przed obliczem ludzi i słońca. Kartagińskie kopalnie, to dopiéro państwo rozkoszy! Tam, pod ziemią, błyszczące kości ziemi, w piekielnych ciemnościach i swędach, toporami łamie niewolników czterdzieści tysięcy, a mnie słabe pacholę, z górskiego gniazda porwane, za to, żem w góry moje chciał uciekać, do raju tego wtrącono. Ledwiem życie ztamtąd uniósł, a z życiem prześliczne piosenki, które się z téj kupy udręczonych duchów wylęgły, jak z gnojowiska brzęczące chrząszcze... Jedną z tych piosnek rozweselę cię wnet, Belianusie, boż pewno ze smutkiem spostrzegasz nieobecność nadwornych swych piewców!
Smukły i gibki, z pacholęcego wieku zaledwie wyrosły galijczyk, na bladych plecach obnażył niezgojony jeszcze rysunek sinych pręg, z krwawemi piętnami zmieszanych i lutnią ująwszy w ramiona, śpiewać zaczął pieśń podziemną, stukami młotów, świstami biczów, krzykami buntów napełnioną. Ale tym razem nikt lirnika piratów nie słuchał, bo głos jego, wyprzędzony z kryształu i srebra, zagłuszał swym krzykiem gladyator Tregnadon, który, trójzębem wywijając, coś o ojczystéj swojéj Tracyi prawił, a potém o arenach, o palcach w dół spuszczonych, o towarzyszu swym, Spartakusie, który, według powieści jego, teraz właśnie dokoła Etny, sroższy nad Etnę wybuch w Sycylii gotował. Z potężnym Tregnadonem współcześnie mizerny Kamon, niegdyś mitrydatowy majtek, opowiadał o strasznéj nędzy, którą przeniósł wtedy, gdy Rzymianie, Pont ukorzywszy, królowi tego kraju wszystkie jego okręty ze wszystkich mórz sprzątnąć rozkazali. Kamona zaś przekrzyczeć usiłował Placydus, żołnierz rzymski, mówiący jako, życie w obozach i bitwach strawiwszy, na starość, w Rzymie, u nóg potężnych pełzał, o kawał ziemi, na któréj spocząć mógł-by i synów dla Rzymu hodować, błagając, a nic prócz pośmiewiska nie otrzymawszy, w oblicze ziemi, nie dla takich, jak on, zmordowanych biedaków stworzonéj, ślinę cisnął i do morskich zaciągnął się kohort.
Gdy ci tak mówili, Bawiusz ze srebrną brodą westchnął:
— O, Gracchusy!
A Belianus, o łabędziową szyję statku z wdziękiem oparty, senatorską postawę, w bogatéj todze, którą go okryto zachowując, wzrok na starca podniósł i znowu zapytał:
Ergo?
Bawiuszowi, wśród srebrnych włosów, po uwiędłych wargach wił się zadumany uśmiech. Z ukłonem takim, z jakim rzymscy patrycyusze na mozaikowych posadzkach swoich vestibulów dostojnych gości witają, przemówił:
— Z oblicza twego spostrzegam, że poznajesz mię, domine. Wyborną masz pamięć, boś mię raz jeden tylko i to przed laty widział. W dniu śmierci Kajusa Graccha, chłopięciem jeszcze młodém, ojciec twój na Forum cię przywiódł, dlatego pewno, abyś wcześnie ujrzał, jak silni karcą obrońców słabych. Wszakże Kajus pragnął zrównać te szale, które ważyły waszę potęgę i pychę, a innych nędzę i poniżenie. Pamiętasz? Wspomnij! Ufni w moc prawa, przybyliśmy na Forum, aby przez nowych praw ustanowienie, ojczyznie na długie lata zgotować pomyślność i wolność. Lecz nie spał Opimiusz, wasz konsul i pełnomocnik. Bezbronnych, żołdacy jego deszczem strzał osypali; za głowę Kajusa, od tułowia odłączoną, Septimulejus z rąk waszych otrzymał tyle funtów i uncyi złota, ile ważyła ona, gdy opróżnioną z gienialnego mózgu nalano ją ołowiem. Pamiętasz, Belianusie, ile dnia tego krwi grachusowych stronników podziemne kanały z Forum do Tybru uniosły, ile ich szyj śmiertelnie zduszono w więzieniach, a domów obrócono w pustkę, ile ich ziemi powiększyło majątki, a pieniędzy wypchało sakwy wasze? U boku Kajusa walcząc, piersią w pierś spotkałem się z twoim ojcem, który ciebie, dziecię, za rękę wiodąc, mówił: „Patrz, patrz, mój Belianusie, jak należy obchodzić się z tą trzodą!“ Tak cię kształcił. Jam ocalał. Głowę ocaliłem, bo serce, w cnotę ludzką, w zwycięztwo prawych, w bogów nawet nad światem opiekę, wiarę straciwszy, przemieniło się w ziarno pieprzu. Lecz i dla głowy, z pod strzał Opimiusa i waszych wyroków umkniętéj, na ziemi miejsca nie było. Z zachodu na wschód, z południa na północ gnały mię wasze postrachy i kary; aż ja, Markus Bawiusz, tak jak i wy, patrycyuszów potomek i dziedzic, w bezludnych lasach, w zimnych jaskiniach, na pustych wybrzeżach mórz, mniej z głodu, który żarł moje wnętrzności, jak z rozpaczy, która mi duszę w krwawe błoto przemieniała, do niebios, ziemi, wód, traw, kamieni szeptałem, krzyczałem, wyłem o was: przeklęci!
Tak mówił, a ramiona jego jakby na fali wspomnień, wznosiły się coraz wyżéj, aż z rycerskiéj szaty całkiem wydobyte, wyprężyły się ku niebu nagie, silne, pręgami żył, w których siny gniew zdawał się płynąć, w niebo krzyczące. Oczy przez lata niewygasłe, bo nieśmiertelnym gniewem gorejące, wzniósł także ku niebu i z piersi, która, od utraty wiary i nadziei, ukojenia i przebaczenia nie znała, znowu wydał westchnienie:
— O, Gracchusy!
Belianus patrzał, senatorskiéj postawy nie zmieniał i powiek nie spuszczał, lecz niby cień, od skrzydła zbliżającéj się śmierci padający, bladość mu spłynęła na rysy, w rozpustnych zabawach uwiędłe. Wszelką dysputą z motłochem gardząc, może mniemał, że do tego potomka patrycyuszowskiego rodu, bez ubliżenia dla swéj dostojności przemówić mu się godzi, bo już mniéj dumne i mniéj drwiące wargi do przemówienia otwierał, gdy w zamiarze przeszkodziła mu wrzawa, która dokoła Olimpusowego statku, nakształt nadlatującego wichru, zaszumiała. Oddawna już ku statkowi temu przybliżać się zaczynały łodzie naprzód podanych postaci ludzkich, szyj wyciągniętych, twarzy barw i wyrazów wszelkich pełne. Teraz, jedna z nich, którą spiżowy lew zdawał się prowadzić, z cichością widma u Olimpusowego statku pomykając, rzuciła, okrzyk:
— Synowie Hiszpanii pozdrawiają cię, Rzymianinie! Żyj i panuj, zdobywco, dopóki z kolei ciebie barweny morskie nie zdobędą!
Tuż za tą mknęła łódź druga, na której przedzie płynął sfinks złotooki, a którą kierowali czarni Numidzi, wołając:
— Cześć ci, zwycięzco Afryki! Gdy cię już ciemności piekieł ogarną, Jugurtę, przez was podstępnie zamordowanego, pozdrów od jego poddanych!
Inni oznajmiali:
— Do Mitrydata, króla Pontu, płyniemy z poselstwem od Sertoryusza, który Hispanii wolność a światu szczęście przywrócić zamierza!
Tak wszyscy, jak mrowie po cichéj fali się zwijając, coraz inne wywoływali imiona, urazy, krzywdy, aż chórem potężnym, z brzękiem strun i puharów zawiedli pieśń, która zwykle walkom i zabawom ich towarzyszyła.
— Na kole ślizkiém, na kole ruchomém Fortuna swą stopę opiera! Czy słyszysz, czy słyszysz, jak dzwonią szale Nemezy?
Lecz krzyki, groźby, wyrzuty, wszystko, co dokoła wrzało, szydziło, złorzeczyło, oblicza Belianusa zmienić nie zdołało i drżeniem najlżejszém po członkach mu nie przebiegło. Powagę jego, dumę, źrenice lśniące zimnym blaskiem stali, tylko słowa Bawiusza na chwilę zmąciły, bo choć z motłochem teraz zmieszany, krwią był mu on równy. Jednak, do milczenia przyzwyczajonym nie był. W kuryach za wymownego oratora, a u biesiadnych stołów za uciesznego facecyonistę uchodził. Więc i teraz, z powagą postawy lekką żartobliwość oblicza zmieszawszy, głową wyżéj jeszcze wzniósł, od czego zwiędły wieniec deszczem różanym pierś mu osypał i, ręce nieco wznosząc a w niebo patrząc, przemówił:
— Bogowie, sami widzicie, że na tém miejscu do was tylko przemawiać mogę! Tak mi już wrzaski téj tłuszczy obrzydły, że umrzeć pragnę, byle-by tylko ją z oczu stracić. Uszy mię bolą od gramatycznych błędów, które oni w mowie swéj popełniają i urazę do was, bogowie, uczuwam, że stworzyliście rzecz tak grubą, jak skóra ich twarzy i tak cuchnącą, jak ich oddechy. Wszak widzicie, że usta Belianusa opluły-by same siebie, gdyby się do rozmowy z nimi otworzyły. Choć życie jest słodkiém, ze mnie pogarda, którą mam dla nich, wygnała bojaźń śmierci. Jedno tylko, zanim rozstanę się ze światem, zrozumieć chciałbym: co oni tu pletli? jakieś żale, gniewy, krzywdy swoje mnie przedstawiali. Wszakże najoczywiściéj są bandą zbójców, stadem podłych myszy! Ergo? bogowie!
Bogowie milczeli; przed nim stał Olimpus.
Wzrostem podobny do górskich jaworów złoty dyadem na kruczych włosach nosił, a na twarzy, przez słońce spalonéj, mienił się cały uśmiechami warg koralowych i srogiemi błyskami oczu.
— Wódz zbójców odpowié na pytanie twe, Belianusie... Przyjacielem Gracchusów, jak Bawiusz, nie byłem i nigdym nawet podobnych mędrców i bohaterów nie widział, lecz więcéj od Bawiusza na uwagę ucha twego zasługuję, bo z wysokiego rodu pochodzę... Grekiem jestem. Na krawędzi termopilskiego wąwozu powiła mię moja matka, a potém codziennie, gdym trzody pasał, ukazywała mi Wschód i Zachód. Przez to uczyła mię wzrokiem duszy widziéć: na wschodzie Persyą, przez Greków niegdyś odpartą, a na zachodzie, nieprzeparty i nieśmiertenie tryumfujący Rzym. Oprócz téj nauczycielki miałem jeszcze jednego mistrza: ból poniżonéj Grecyi, który dziś przed oczyma twemi, zwycięzco, w te dłonie zgarniam i na szalę wszystkich zwyciężonych rzucam! Zbójcami jesteśmy?... Ależ, na Zeusa! zbrodnie, dokonywane na wodach, bliźnięcem rodzeństwem tym przypadają, które dokonywują się na lądzie. Czémże czyny wasze różnią się od naszych? Tylko obłudą. Wy pretekstami, jak histryoni maskami oblicza sobie osłaniacie, — my nie. I o to wszystko, co nas rozdziela. Zresztą, podobni jesteśmy do was, jak kropla wody do téj, z któréj wycieka a tylko mniéj światu groźni, bo szczersi. Gdy siła jest waszém prawem, myśmy tak samo jak i wy prawi, bo silni. Bogate zgromadzamy łupy, lecz mniéj bogate od tych, któreście z przodków naszych, z nas, z ojczyzn naszych zdarli. Wielu potężnych zginęło z naszéj ręki, lecz mniéj niż z waszéj niewinnych. Wiele ust konających przeklęło nasze głowy, lecz więcéj żywych przeklina wasze. Czegóż więc od nas żądacie, o wzory nasze? O co nas obwiniacie? O to zapewne, że z naszéj przyczyny niecały świat cierpliwie was znosi. Prawda, lecz cóżeście to mniemali, że wam tylko, wam jednym wolno deptać, krwawić, obrażać, wysysać kraje i ludzi, ku bogom piąć się, pijanym ambrozyą tarzać się po różach? Przebaczcie, lecz zbyt to ponętne rzeczy, aby inni także sięgnąć po nie chęci nie uczuli i zbyt też srogie, aby niektórych wściekłością nie zjęły. U końca cierpliwości wyje wściekłość; rzymskie to przysłowie i szkoda, rzymianinie, żeś nad znaczeniem jego zbyt mało się zastanawiał. Zdziwienie w oczach twych widzę. Myślisz: zkąd pastuchowi greckiemu przyszły do głowy te mądre wywody? Przyczyny nie wiem, lecz powiem ci tego skutek. Dla tego, że mam je w swéj głowie, pastuchem téj wodnéj trzody jestem. Miła trzódka. Najwięcéj w niéj takich, którzy nie wdają się w żadne wywody, ale po prostu, krwi i łupów żądni, służą temu, kto ich piérwszą i drugiemi darzy. Hu! czyste łotry! Ale i tęgie chłopy! Gdyby sami jedni stanowili to morskie państwo, dawnobyście je zmietli i sławny wasz Antoniusz nie zmykał-by przed niém z pod Krety, bo w czystych łotrach tchórzowstwo mieszka często, a rozum, państwa utrzymujący, rzadko. Lecz my, z mądremi wywodami w głowach i z oburzeniem w sercach, ich duszą jesteśmy. Myśmy w górach Taurusu wznieśli stolicę piratów, Isorę; my zbudowali obronne grody, wysokie wieże, bogate zbrojownie; my tu dzierżymy ster, hamulce, bodźce, laskę rozkazów i miecze kar. Oni są pięścią naszą. Podła pięść! Ale my wasi uczniowie, więc niéma dla nas pięści zbyt podłéj, gdy do zwycięztwa pomaga i zębów zbyt zakrwawionych, gdy ostre. Tylko oprócz wszystkich innych przyczyn do wdzięczności, za tę kompanią kruczą i wilczą dzięki wam składamy. Myszami nas nazwaliście. Prawda. Prawda. Myszy z nas, istne myszy, które zawsze świat opadają wtedy, gdy i chciwość i pycha zbyt wiele w nim wykopie nór biedy i poniżenia. Myszy z nas, które postawy świata gryzą, ilekroć koty rozeprą na nich zbyt rozrosłe cielska. Rzekłem. Gotuj się, Belianusie, do Rzymu odpłynąć, nie na wspaniałym statku jednak, ale w brzuchach barwen. A kiedy tam już będziesz, nie skarż się bardzo, żeś na wodach spotkał żarłoczne istoty, bo gdyby nie ty i tobie podobni zamieszkiwały-by je może same śnieżne mewy i łagodne foki...
Chociaż to mówił tak, jak mówi namiętność we władnącéj sobą piersi skupiona: spokojnie i cicho, rozgorzał cały i wszystko w nim i na nim: dyadem, pancerz, miecz, na którym się wspierał, oczy pod brwią schmurzoną, koralowe usta i greckie nozdrza, gorzały tém straszniéj, że cicho. Cicho téż a wysoko wzniósł rękę z obnażonym mieczem, a na ten znak statek zawrzał ruchem, témbardziéj dziwnym, że cichym. Jak widna milczące zwijali się tam, coś czyniąc: Hermanius, Skato, Psalon, Tyfiros i inni; a Olimpus, na mieczu wsparty, zdala stał do cichego płomienia podobny, z uchem ku Nemezie nieco przechyloném, jakby słuchał cichego dzwonienia jéj szali. I łodzie, pełne ludzkich postaci i twarzy, do koła olimpusowego statku stłoczone, jak wznoszące się nad niemi gruzy Lipary, milczały, mnóztwem oczu ciekawych, brwi drgających, srogich uśmiechów błyskając. Tylko Bawiusz ze srebrną brodą, u piersi krzyżując ramiona, w których żyłach siny gniew zdawał się płynąć, raz jeszcze westchnął:
— O, Gracchusy!
A Belianus, zanim fala pod ciężarem jego ciała głośnym zaszlochała pluskiem, raz jeszcze, w fałdy togi owinięty, ze źrenicą połyskującą zimnym blaskiem stali, głosem pana i wodza wyrzekł:
— Obywatelem Rzymu jestem.
Wkrótce potém, z ludem swych ptaków, zwierząt, sfinksów, satyrów, bajecznych kwiatów i istot, płynęły, mknęły, po niezmierzoném przestworzu morza szybowały nieduże, chyże, zgrabne i ciche statki piratów. Wszystkie je wiodąc za sobą, w słonecznych blaskach śnieżna, przodem ich sunęła sroga i smutna bogini zemsty, a nad niemi, w powietrzu bez skazy, po wodach bez granic, śpiewnie płynął potężny chór:
— Na kole ślizkiém, na kole ruchomém, Fortuna swą stopę opiera! Czy słyszysz, czy słyszysz, jak dzwonią szale Nemezy?[1].





KASSANDRA.
(Świątynia Ateny słabo oświetlona przez dwie lampy, gorejące w wysokich świecznikach. Dokoła ścian głębokie nisze, napełnione zupełną ciemnością. Pod światłem lamp posąg Ateny. Słychać rozlegający się w oddali hałas, w którym rozróżnić można szum pożogi, huk wzburzonego morza, szczęk broni i krzyki walczących. Kassandra w białéj chlamidzie, z nagiemi ramiony i rozpuszczonemi włosami, powoli leje na nizki ołtarz wino ofiarne.)

Kassandra. Przez grozę, która mną wstrząsnęła, gdym klęskę tę przewidziała, zmiłuj się nad Troją! Przez mękę, która mię zjęła, gdy moim przestrogom nikt wiary nie dawał, zmiłuj się nad Troją! Przez niewieścią wstydliwość, którą zdeptałam, złośliwym tłumom czoło stawiąc, zmiłuj się nad Troją! Przez urągania, które mi duszę pianą gryzącą oblewały, zmiłuj się nad Troją! Za to, żem w przeznaczeniach ludzkich zaczytana, własny swój los badać zapomniała, zmiłuj się nad Troją! Za to, że oblicze ojca mego, Priama, z gniewem się odwracało od córki bezpłodnéj, a łono matki méj, Hekuby, chłodnem było dla dziewicy, wrzeciona z rąk upuszczającéj, zmiłuj się nad Troją! Za to, że na wesołe pląsy sióstr moich zdala i smutnie patrzałam, a służbie Apolla oddana, w ramiona Koroibosa nie upadłam, zmiłuj się nad Troją! Przez płomienie, pożerające mury Pergamy, przez śmierć mych braci, przez pohańbienie sióstr moich, przez bóle Koroibosa, którego przebija dzida Idomena, przez miłosierdzie, przez równowagę zła i dobra, przez sprawiedliwość, — czy słyszysz mię, Atene? — przez sprawiedliwość, którą chlubicie się, wy, bogowie! Niech napastowani Trojanie zwyciężą napastujących Greków!
(Drzwi świątyni otwierają się i zamykają z trzaskiem. Wbiega Koroibos i zbroję, ociekającą krwią, na posadzkę świątyni rzuca).
Koroibos. Tużeś, natchniona! Wiedziałem, gdzie cię mam szukać. Dość téj męki! Przyszedłem umrzéć z tobą. Przez hufce wrogów przedarłem się do ciebie; pagórki trupów przed sobą wznosiłem, aby raz jeszcze ujrzéć moje słońce.
Kassandra (z krzykiem): Żyjesz! Widzę cię! O, dobra Atene! Lęk własnego serca, za objawienie bogów poczytałam, widziałam cię przeszytym dzidą Idomena... Nie zabił cię więc Idomenus, ani żaden z tych... Dzięki ci, Atene! (Nagle nieruchomieje i mówi ciszéj:) Czy ja na prawdę o życie Koroibosa modliłam się? Czy ja na prawdę o ratunek dla niego błagałam? (Z wybuchem) Troja! Troja! Co tam za temi murami? Koroibosie, co tam?
Koroibos. Na widok ludzkich zbrodni morze powstaje z posłania swego i ziemię opluwa pianą obrzydzenia. Grecy zwyciężają wszędzie. Tylu ich jest. Drewniany potwór, przez nas z tryumfem do miasta wtoczony, nadziany był zbrojnymi mężami, którzy, wypełzłszy z ohydnéj swéj kryjówki, innym bramy miasta otworzyli. Ale, dla czego ja ci to opowiadam? Tyś wołała: klęska! gdy inni śpiewali: tryumf! Tyś powtarzała: biada! biada! gdy inni ledwie nie pękali z pychy i uciechy! Ty, szatę swą dziewiczą w rozpaczy rozdzierając, błagałaś: „nie, nic, nic nie przyjmujcie od Greków! niczego, niczego nie dotykajcie, cokolwiek jest greckiém!” Jakżeś ty była wtedy piękną, Kassandro! A oni marli od śmiechu. „Patrzcie, mówili, najmłodsza z córek Priama przedzierznęła się w sowę i głowy nam chce ogłupić swemi nocnemi krzykami! Czy grecka Sybilla uciekła ze swéj jaskini i przyszła zbawiać Troję? Ale Sybilla jest brzydką babą, a ładnym dziewczętom nie przystoi bawić się wróżbiarstwem. Do gyneceum, niewiasto, do gyneceum! Podobno prząść nie umiész, a sprawy tak wielkie chcesz na wrzeciono języka swego owijać!” Tak hałasowali oni, bezrozumni! i jam jeden, nad twemi kruczemi włosami, dojrzał dyadem Apollinowéj światłości, jam jeden w tych oczach ujrzał wieszczy płomień; Kassandro, jam cię jeden na ziemi — kochał!
Kassandra (w rozmarzeniu). Słyszéć to... jakaż słodycz! (Z przerażeniem:) Koroibosie, co tam za temi murami?
Koroibos. (powoli obejmując ją ramieniem). Po co pytasz? Czy z tego ramienia, rozkosz wielka, co bogów na ziemię ściągnąć zdolna, w pierś twą nie wnika?
Kassandra (cicho). Tak.
Koroibos. Czy nie czujesz, jak głowa twa, upojona i mdlejąca, szuka wsparcia na mojéj piersi?
Kassandra (jeszcze ciszéj). Tak.
Koroibos. Włosami twemi owinę sobie szyję, aby mi ust twych nie zasłaniały. O, wy, czarne, miękkie, wonne zwoje, bądźcie mi łańcuchem, którego saméj śmierci zerwać nie pozwolę! A wy, usta Kassandry, piękne, natchnione usta, wszak dawno już tęsknicie do ust moich, które długo o jak już długo was pożądają! Tak? prawda, że tak?
Kassandra (jak piérwéj). Tak.
(Koroibos chce ją całować).
Kassandra (wyrywając się mu; z przerażeniem): Nie, Koroibosie... nie, nie to... nie o tém... Co tam, za temi murami?
Koroibos. Pożoga, rzeź, zagłada. Cóż więcéj? czego więcéj ode mnie chcesz? Nie po to tu przyszedłem, aby ostatnią godzinę twoję i swoję w piekło strącać, ale po to, aby je ziemskim zbrodniom i mękom wydrzéć...
Kassandra. Troją...
Koroibos. Zginie. Wszystko, co nasze, zginie. I my także. Dobrze. Nie chcę ja przeżyć ojczyzny i broniłem jéj tak, jak lwica broni swoje małe. Grecy, jak prosięta, kwiczeli w rękach moich i jak kłosy kładli się pod moim sierpem. Rany od nich miałem i zagoiłem je wolą, więcéj niżeli lekami, bom pragnął coprędzéj wstać i znowu walczyć, walczyć! Ale teraz, wszystko ginie; zaraz, zaraz już zginie. Złote włosy wschodzącego Feba oświecą tylko gruzy Troi i martwe ciała jéj pobitych dzieci. Ja nic już nie uratuję i zbrzydło mi, o bogowie, jakże mi zbrzydło być rzeźnikiem! Niech tam, kto chce, krew ludzką chłepce do końca; ja jednę godzinę, ostatnią moję godzinę, chcę przeżyć czysty od mordu. Nienawiści, zemsty, napiłem się aż do gardła, do podniebienia, do mózgu, do szpiku kości. Przed samą śmiercią, pewną, pragnę piekielny smak ich zatracić, pijąc ze strumienia, ku któremu z tęsknotą i żądzą przybiega wszystko, co istnieje: od gwiazdy do marnéj trawki, od lotnego orła, do podłego gadu. Wszystko, co na ziemi oddycha, Kassandro, pije ze strumienia miłości i jéj rozkoszy. Tu panuje zniszczenie; ale świat jest wielkim. Daléj, daleko, wszędzie, na kwitnących łanach i łąkach w miastach bogatych i ludnych, w głębiach wodnych, w gniazdach ptasich, nawet w piasku, który ukrywa pełzanie nędznego robactwa, nawet w szczelinach ruin, gdzie skomlą puszczyki nawet w ciemnych kątach, zasnutych przędzą pająków, żyje i nowe życie z nicości wywabia — miłość. Może gromowe chmury, gdy brzękną purpurą i srebrem, kochają się... Może kochają się fale morskie, gdy oszalałe, z zapienionemi grzywami pędzą ku sobie! O słodki strumieniu! wprawdzie, gdybyś nie istniał, ojcowie Greków i Trojan nie spłodzili-by tych synów, którzy teraz, jak stada dzikich byków, wzajemnie bodą się i depcą. Ach, gdybyś nie istniał, rozprzągł-by się i zagasł chór gwiazd niebieskich, a ziemia by nie ujrzała palm i róż, orłów i motyli, bohaterskich mężów, białych niemowląt i takich dziewic, jak ty, Kassandro! O słodki strumień, który świat tworzy i stworzenia swe o wszystkich nędzach świata zapomnieniem, krótkiém, lecz bozkiém, obdarza! Namże tylko jednym, Kassandro? przystęp do niego byłby wzbronionym? Za co? Cóżeśmy zawinili w obliczu nieba i ziemi? Albo może ziemia tyle nam dała, że przez wdzięczność dla niéj winniśmy na ołtarzu jéj cierpień i... zbrodni złożyć ten ogień, co nam usta pali, i tę przędzę, która, od mojéj duszy do twojéj i od twojéj do mojéj wysnuta, tak miękko, błagalnie i razem, o, jak silnie! pociąga je ku sobie? Za coś ty wdzięczna ziemi i Troi, Kassandro? Czy za to, żeś z wnętrzności twéj matki wyszła niezupełnie taka, jak inne niewiasty i że w miarę wzrastania przymiotów twoich malała dla cię miłość twojéj matki? Czy za to, że twe siostry przezwały cię dziką łanią? Czy za to, że twój ojciec zwał cię chmurą swego domu? Czy za to, że kiedy przez Apollina oświecona, uczyłaś Trojan, jak z Grekami walczyć i czego od nich spodziewać się mają, oni kąsali cię tysiącami żądeł? Dlaczego teraz, gdy cały ród Pria — ma zbawia się, albo ginie razem, ty zamknęłaś się w téj świątyni, samotna i odtrącona? Modliłaś się tu za Troję? Dobrze. Sam z całego siebie zrobiłbym jednę modlitwę o jéj zbawienie. Ale jéj nic już nie zbawi. Nie chcesz przeżyć Troi i bezbronna czekałaś tu przyjścia Greków? Dobrze, oni przyjdą. Bądź pewna, że przyjdą. Zginiemy razem z ojczyzną. Ale przedtém zapomnij, Kassandro! O bogach i ludziach, o krzywdach i zemstach, o téj światłości nawet, którą napełnił cię Apollo, a przez którą widziałaś więcéj niż inni i cierpiałaś więcéj niż inni, zapomnij! Owinę cię moją miłością tak, że nic już z za niéj nie zobaczysz, nawet tego Greka, który nam śmierć przyniesie. Upoję cię mojemi pocałunkami tak, że nic nie uczujesz, nawet bólu, który ci zada oręż grecki. Zaniosę cię do téj ciemnéj niszy i w niéj, my, przez bogów zdeptane robaki, wydrzemy bogom chwilę wolności, wszechpotędze ich urągającą. Pójdź do mnie, mnie okaż się wdzięczną, o biedna moja, choć tak bogata! Bogów bowiem wybranką byłaś, lecz z pośród ludzi, Kassandro, jam jeden cię kochał!...
(Kassandra, w któréj postawie, w czasie mowy Koroibosa maluje się zachwyt i walka, przy ostatnich jego słowach cofa się w głąb’ świątyni i staje wsparta o posąg Ateny).
Kassandra (z zamyśleniem). Czym ja wdzięczna Troi? Nie wiem. Czy rozdarte serce moje krwawym klejnotem ozdobi jéj konające skronie, lub marnym pyłem w nicość uleci? Nie wiem. Ale kiedy Apollo, dzieckiem zaledwie rozwiniętém z pieluch, wziął mię w ramiona i, jak matka pierś swą podaje niemowlęciu, do ust mi podał swą siedmiopromienną koronę, wraz ze światłem wiedzy, piłam ogień wszechmiłości. Gdyby ten ogień zgasł, światło stało-by się tak bladém, że przy niem, nie widziała-bym nic, prócz siebie i — ciebie, który-byś wtedy był szczęściem mojém. Zgaś we mnie ten ogień, Koroibosie, jak szczypce gaszą płomienie lampy, lub wyjm go ze mnie, jak łakome dziecię ziarno w orzechu wyjmuje z łupiny — i wtedy mię bierz! Wtedy pijana radością, upadnę sama w twoje objęcia; bo czyliż mniemasz, że cześć Apolla wydarła ze mnie serce niewieście i krew człowieczą z żył wytoczyła?... (z uniesieniem). Ale nie mogę teraz! Słyszysz, jak pożoga kruszy mury Troi? Czujesz te rany, które tam krwawemi wargi zawodzą straszne jęki? Widzisz pychę wydętych Greków i w krwawe błoto udeptane, blade dzieci Troi? Bogowie! Szczęście, na łonie téj przeklętéj nocy? łoże małżeńskie, usłane w zgrozie i mordzie, w obliczu tysięcy śmierci? Coś ty rzekł, Koroibosie! Po coś tu przyszedł! Po to, aby pożegnać mię? Żegnaj więc! Idź walczyć!
Koroibos. Żegnaj, Kassandro! Chwilę jeszcze będę bojownikiem, który śmiertelnie a bezskutecznie ubodzie kilku Greków, a potém Idomena, dawno już na mnie zęby swe ostrzącego, poproszę, aby mię nadział na swoję dzidę. Tyś wieszczka! pewno wiész, że gdy o godzinę wcześniéj i zdala od ciebie umrę, Troja zmartwychwstanie? (Czyni ruch do wyjścia).
Kassandra (z wyciągniętemi ramionami). Koroibosie! chwilę jeszcze... Idomeneus pewnie cię szuka...
Koroibos. Chciałem, aby nas znalazł w takim uścisku, że gdy jedno na tamten świat wyprawić zamierzy, sam o tém nie wiedząc, wyprawił-by oboje. Czy mam odejść?
Kassandra. Męko nadludzka! Ja.... jemu.... śmierć przyśpieszać!... Apollo! na pomoc, Apollo! Odbierz mi moje podstępne dary i niech w ostatniéj godzinie swojéj będę jak te niewiasty, dla których jedno istnieje święte imię: kochanek i jedno jasne pojęcie: rozkosz! Niech Koroibos nie odchodzi ze świata z twarzą na mnie zagniewaną... Albo, Apollo, ukaż mi, za co cierpię? Niechaj w widzeniu przyszłości o sobie i o nim pamięć zatracę! Na pomoc, Apollo!
Koroibos. Kiedy ty modlisz się, czas upływa. Słyszysz te zbliżające się krzyki? To Grecy, którzy już zaraz świątynią tę dostrzegą. Śmierć, którą nam niosą, zamiast pijanych słodyczą miłości, znajdzie nas strutych goryczą rozterki. O widzenie przyszłości bogów nie błagaj. Twoja, krótka, w twojéj jest mocy, a dla Troi jéj niéma. Troja zginie.
Kassandra. (podnosząc się od stóp posągu, z mocą): Nie zginie!
Koroibos. Coś rzekła!
Kassandra (przeistaczając się stopniowo w natchnioną wieszczkę). Przybywa, wołania me usłyszał i przybywa. Do mnie, Apollinie, do mnie! Boże wiedzy i harmonii, piekielnych i niebiańskich widzeń, do mnie!... Zbliża się! już jest przy mnie!...
Zbliża się! już jest przy mnie i do ust spieczonych męką przykłada mi swoję siedmiopromienną koronę! Pełnemi usty, Apollinie, chłonę twój napój i już potokiem waru przebiega mi on w żyłach, pierś wzdyma, dreszczami ciało wstrząsa, tysiąc promieni w źrenicach roznieca, mózg błyskawicami przeszywa! Przed chwilą mała i drżąca, wzrastam, mężnieję, śmiem, widzę, wiem...
Koroibos (z wiarą i upragnieniem). Co widzisz? co wiész?
Kassandra. Milion szkód poniosą Trojanie, morze męk przepłyną i przybiją do brzegów — Hesperyi!
Koroibos. Hesperya? Nie słyszałem. Co to? gdzie?
Kassandra. Daleko... w przyszłości... czas nasycenia, pokoju, przyjaźni, pogody, zwycięztwa...
Koroibos. Chyba nas bogowie w dalekiéj przyszłości na nowo stworzą, bo dziś wyginiemy wszyscy. Czy nie zawsze giną mordowani?
Kassandra. Zawsze i nigdy, dwie zagadki w mgławicy wiecznych niepewności... Jak wicher mgłę, porywasz mię, Appollinie tam, zkąd na świat patrzą chmury. Wzrokiem ogarniam cale pole walki. Niéma u ludzi słów do opowiedzenia jéj okropności; niéma u ludzi miary, która-by zmieściła jéj bóle i zgrozy. Ale z popiołów wylatuje Fenix. To gromadka Trojan: mąż, niewiasta, dziecię i starzec... Idą, biegną, już nie dosięgnie ich ramię Greka... przybiegną ku nim inni: mężowie strzaskali czary upojeń, niewiasty pozrywały się z miękkich pościeli, dziecinne serca zagorzały jak drobne płomyki; niewolnicy pęta swe rozerwali... razem idą i nad odmętem zniszczenia wysoko niosą ojczyste bogi... Dobrze. Żyjcie! i imię Troi, bogi trojańskie, skarby trojańskie, potajemnie zniszczeniu wydzierajcie. Naprzód, Hesperya was czeka! Nie wszyscy ją ujrzycie. Ty, Kreuzo, jéj nie ujrzysz... i ty, Anchizie... i wielu innych. Uznojeni na twardych drogach popadacie, dzieciom swém w spuściźnie pozostawiając nadzieję. Ale przez was Troja odżyje w Hesperyi!
Koroibos. Prędko? czy prędko odżyje?
Kassandra (ponuro). Apollo! czemuż tak nieprędko? Rozkazujesz mi patrzéć na długi szlak przyszłości. Jakże długi! Widzę. Przybywają do kraju, poświęconego czci boga wojny; z drzew i krzaków, przez Marsa pielęgnowanych, chcą czynić sobie niespożyte zbroje. Biada! biada! z każdego drzewa, tkniętego ostrzem topora, tryska krew! z każdego krzaku, wyrwanego z łona ziemi, tryska krew! Płyńcie krwawi, ku brzegom Cerery! Na wyspie, z urodzajności słynnéj pługi ich orzą głębokie skiby; jak złotym deszczem, ziarnami zboża okrywają je ręce siewców; ale żniwiarze darmo w godowych sukniach nadziei na zagony przyszli; dla nich, zamiast żywiących kłosów, ziemia wydała szorstkie osty i gorzkie piołuny.. Mdlejący z głodu dążą ku lądowi, na którym pasą się stada białorunych owiec i już celne ich strzały, z pozabijanych zwierząt zgotowały im ucztę obfitą gdy słońce ćmi się i niebo znika za chmurą drapieżnych Harpii. Obmierzłemi pióry okryte, śmierdzące wstrętnemi woniami, głodne i chciwe, oblatują one ich zastawione stoły i niesyte jeszcze tém, co znajdują na nich, krzywemi pazury wydzierają im z ust i gardeł kęsy żywności. Jedna z nich najpotworniejsza przeszywającym śmiechem napełnia powietrze: „Marzycie o Hesperyi, woła, ale słuchajcie, co wam przepowie najpotężniejsza z furyi! Zanim osiągniecie cel waszych marzeń, wściekłemi z głodu zębami zżujecie drzewo waszych pustych stołów. Bogowie tylko wiedzą, czy nie pozdychacie wprzód, nim napoją was i nakarmią migdały i winne jagody Hesperyi!” Rzekła, a przerażenia pełni Trojanie, statki swe w inną kierują stronę. Rajskim niby uśmiechem, wabi ich wdziękiem łąk szmaragdowych i majestatem odwiecznych lasów wyspa cyklopów. W łonie potęgi gnieździ się dobroć, z piękności wytryska słodycz. Może w sile swéj litościwe, przez piękność słodko wykołysane żyją tu dobre geniusze. Cyklop, głową niebios sięgający, jak na giętkiéj trzcinie, na niebotycznéj sośnie kroki swe wspierając, drogę im zachodzi. Jedno tylko ma oko, więc i tych świateł nie widzi, które skąpo na ziemię leje Apollo. W półciemności swéj rozjątrzony, Trojan szyderstwem spotyka: „Coś ty za jeden, rodzie robaków, który na równi ze mną chcesz nad tą wyspą panować? W jakim przystępie żartobliwego humoru bogowie stworzyli tych malców? Pójdźcie, niech was w garści méj uduszę i połknę tak, że gardło me nie uczuje, kiedy brzuch już strawi.” Rzekł, a na głos jego z różnych stron widnokręgi zbiega się całe plemię olbrzymów, z okrutną radością wołając: „Zróbmy z nich sobie wieczerzę! We wnętrznościach naszych niech znajdą oni swoję Hesperyą!” Długie cienie, które obok cielsk cyklopowych na powierzchnią morza padają, chronią ucieczkę Trojan. Bogowie! wołają oni, gdy mały ptak znajduje sobie gałąź, na któréj umieszcza swe gniazdo, gdy biedna mysz spokojnie zasypia w swéj norze, gdy nędzny gad i robak schronienia swe mają w wodzie lub ziemi, dla nas-że jednych miejsca pod słońcem zabrakło?... Beznadziejni już, ze zmęczonemi kośćmi i duszami strutemi gniewem, wpływają w ciemność nocy, Przed nimi, miasto słońca, przyświecającego innym — krwistym płomieniem i ciemnemi dymy wybucha paszcza wulkanu. Z pod nich wzburzone wody rzucają w niebo tumany piasków, wydartych otchłani. Ryczące fale wznoszą czasem ich statek, aż pod deszczem lejące chmury, a czasem pokrywając go sobą, strącają na dno czeluści. Z jednéj strony, po wściekłem szczekaniu, poznają oni, że Scylla wypuściła na nich błękitną swą psiarnią; z innéj, rozlega się w ciemnościach śmiertelne wycie Charybdy. Darmo sternicy wytężają resztki oślepionego wzroku; na wzdętych bałwanach, pomiędzy niebem i ziemią zawieszeni, ani dróg strasznych przeznaczeń rozwikłać, ani sterować, ani żyć, ani umrzéć nie mogą. Wtém statek o ląd uderzył. Zbawienie! Co mówisz, Apollo? To nie zbawienie jeszcze? To ostatnia i najstraszniejsza próba? To kraj Didony, Królowa rozkoszy i blasku, w orszaku lubieżnych niewiast, przed zmęczonymi, przed tymi, w których nadzieja skonała, bramy pałacu swego otwiera. Z powodzi świateł, z biesiadnych stołów, miękkich łóż i ciał śnieżnych, w których, jak płomień w alabastrowych lampach, kołysze się ogień szału, bije niepokonany czar. Girlandą kwiatów, które już więdły, a teraz chciwie piją niebieską rosę, Trojanie pyszne stoły obsiadają i w blaskach, pieśniach, uściskach, spoczynkach, rozciskają o podniebienia słodką jagodę rozkoszy. Apollo! czy oni tu posną na wieki, czy w marny pył obróceni, rozwieją się po świecie bez śladu, bez wspomnienia, bez téj nawet czci pogrzebowéj, która ostatniém echem chwały brzmi nad grobami wielkich? Czy imię Troi zgaśnie wraz z nimi, jak owe gwiazdy, co, porzuciwszy niebo, gasną i giną w nieprzejrzanéj i pustéj ciemności? Czy daleka Hesperya bajką tylko była, którąś wymyślił na pociechę spłakanym dzieciom? Ratunku, Apollo! Na pomoc... A! przybywasz! Boże wiedzy i wzniosłych piękności, przybywasz ku nim, trzeźwisz ich upojone głowy i krzepisz omdlałe serca. Zrywają się znowu, wiedzą, kochają, chwytają rudle i wiosła, naprawiają swe statki, rozpinają żagle, płyną, oblicze potém oblane w stronę Hesperyi zwracają... Już ją spostrzegli... już wpływają w pokój, w sytość, w przyjaźń, w pogodę!... Zwyciężyłaś sprawiedliwości!... Hesperya! Hesperya!
(Drżąca konwulsyą natchnienia i zachwytu Kassandra milknie. Koroibos zbliża się do niéj z lękliwą czcią).
Koroibos. Skraj sukni twéj całuję błogosławiona! Więcéj mi szczęścia dałaś, niżem żądał, wiem, za co cierpiałem. I oto znowu gotowy jestem do cierpień i boju, bo tylko ci, w których nadzieja umarła, zrzucają zbroję... Co mam czynić? Rozkazuj!
Kassandra (zrywając się). Do walki! do walki! gdy jedni giną, inni ojczyste bogi i skarby ratują! Z ginących bogowie kują tarczę dla zbawianych! Koroibosie, oboje my precz z tych murów! Ja wołać będę: walczcie! Ty walcz! (Wstrzymując się, ciszéj). Zginiemy razem!
(Hałas bitwy zbliża się; drzwi świątyni, gwałtownie pchnięte, otwierają się na oścież; wpadają wodzowie greccy: Idomeneus i Agamemnon, za nimi tłum walczących Trojan i Greków).
Idomeneus. Tuś, Koroibosie! a z tobą najpiękniejsza z córek Priama! Mądryś, chciałeś umrzéć z czarą mocnego trunku przy ustach! Masz, synu Mygdona, który mi zabił brata! pij zimną śmierć! (Zabija go. Do żołnierzy, wskazując Kassandrę). Dziewkę zwiążcie! Piękny to dodatek do zagrabionéj nam Heleny... która, prawdę mówiąc, dyablo postarzała...
Kassandra (którą wiążą do trupa Koroibosa): Żegnaj, najukochańszy! (Podniesionym głosem): Walczcie, Trojanie! Puklerzem jesteście, którym osłonię te czary... płynę ku Hesperyi!
Idomenèus. Agamemnon! Agamemnon! weź sobie na własność tę kotkę, wyjącą jak wilczyca! Niech wieszczka trojańska myje podłogi w domu Greka i niech słodka twa Klitemnestra na jéj twarzy tępi swoje paznogcie! Może mniéj ostro będą drapały ciebie!
Kassandra. Niewola! Jakto! Zamiast śmierci, niewola? Okrutni bogowie! Gdybym imionom waszym bluźniła przez milion wieków, nie znaleźlibyście dla mnie sroższéj pomsty!...
(Słudzy Agamemnona unoszą ją).
Kassandra (wznosząc w górę związane ręce). Apollo! wszak obietnicy swojéj dotrzymasz? wszak oni kiedyś będą w Hesperyi!





PERŁA SZCZĘŚCIA
BAŚŃ GRECKA.
Iris, posłanka bogów, z ziemi wzbijała się ku niebu. Matka jéj, Elektra, jedna z tkliwych Oceanid, które łzami i pieśniami osładzały srogi los Prometeusza, tę córkę swoję wyposażyła najlepiéj, jak mogła. Z łona ojca swego, Oceanu, wyjęła ona konchę perłową i z niéj utworzyła jéj pierś i stopy; u matki swojéj, Jutrzenki, uprosiła trochę nieśmiertelnego rumieńca i nim pomalowała jéj lica, na łące wilgotnéj barwę z dwu niezapominajek starła i włożyła ją w jéj oczy; u chciwego Midasa wykradła bryłkę złota, którego on miał tak wiele, wyprzędła zeń jéj włosy i wyrzeźbiła skrzydła. Potem, nad przestworami oceanu, nad wilgotnemi łąkami, póty w różane sito pary lekkie i drobne kropelki wody zbierała, aż z nich wytkała szatę taką, że gdy w jéj krysztale przejrzał się jeden choćby ognisty włos Feba, łukiem siedmiobarwnym zawieszała się ona pod sklepieniem niebios nad ziemią.

Tak ustrojoną Iris śmiertelni nazywali tęczą i z zachwyceniem wznosili ku niéj oczy. Bogowie ją lubili, bo była lekką, wysmukłą, zwinną, lot miała cichy, stopę chyżą, a poselstwa ich i zlecenia spełniała roztropnie i wiernie. Była téż ona wesołą i gadatliwą szczebiotką. Wędrowny żywot wiodąc, z ziemi, z piekieł, z jaskini Snu, z pałaców Oceanu, z puszcz, w których czysta Artemida i mniéj powściągliwe jéj nimfy oddawały się wiecznym łowom, a brodate Satyry z za liściastych gęstwin wychylały lubieżne oblicza; z nad strumieni, u których, przy dźwiękach fletni Pana, przezroczyste Nereidy wdzięcznie z pyzatemi igrały Faunami, — przynosiła ona plotek i wiadomości mnóstwo, których opowiadaniem przerywała wspaniałą ciszę i uroczystą nudę, panującą w mieszkaniu bogów. We fiolety, zieleń i purpurę sukni jéj wplątane, wzlatywały z nią do Olimpu, Wesołość i Poufałość. Na jéj widok stara Demetra hojniéj z rogu obfitości sypała ziarna i kwiaty; wiecznie młoda Hebe śpieszyła ku niéj z amforą ambrozyi; przemyślny Herkules kradł jéj promień włosów wzamian podając miód i oliwki, a wdzięcznie na szyldkretowéj lirze przygrywając; piękna Afrodyta, w ciekawe palce brała skraj jéj sukni; mały Eros trzepotał skrzydłami i zanosił się takim śmiechem, że aż policzki stawały mu się podobne do dojrzałych jabłek granatu. Nawet dumna i zawsze zgryziona Hera, słuchając jéj szczebiotu, rozsuwała brwi czarne i na chwilę zapominała o żądłach zawiści, któremi kłuł ją tak groźny, a przecież tak swawolny Zeus; mądra Atene pod złotym hełmem uśmiechała się przyjaźnie, a mężny Ares, zalotnie nad czołem wawrzynowy wieniec poprawiając, wojowniczo tarczą swą pobrzękiwał. I tylko czysta Artemida, a także brat jéj ognistowłosy Febus-Apollo, niewielkiemi obdarzali ją względy. Piérwsza zachciała niegdyś uczynić ją swą Nimfą, ale córkę tkliwéj Elektry strachem i ohydą przejmował widok krwi nawet jeleniéj. Przytém, bezustannie w głuchych przebywać puszczach, bezustannie pod groźbą napaści Satyrów zostawać, nigdy zalotnie nie uśmiechać się do bogów ni ludzi, o głogi i buki leśne śliczną suknię podrzéć, — o, aby losu takiego uniknąć, Iris gotową była wzbić się zuchwale w najwyższe sfery Olimpu i tam różową twarzą paść przed strasznym Zeusem, którego dotąd nie widziała nigdy! Więc do kolan Hery przypadła, o zmiłowanie błagając, a małżonka Zeusa, z bogiń najwyższa, opiekuńczo na jéj głowie dłoń swą oparła. Odtąd Artemida, przy każdém z nią spotkaniu, udawała, że nie zna jéj wcale, a gdy nocami księżyc, zdobiący jéj dziewicze włosy, srebrzystém światłem oblewał wszystko na niebie i ziemi, jedną tylko Iris, przez promienie jego omijaną, nieprzejrzane pokrywały ciemności.
Febus-Apollo znowu, bóg światła i ciepła, bez którego żadne ziarno nie wydało-by kłosu ani kwiatu, żadna lira nie zadzwoniła-by pieśnią, żadna barwa i linia nie utworzyła-by z drugą harmonijnego uplotu, — lekceważył sobie wdzięczną pieszczochę bogów. On, który na szczycie Parnasu mądre rozmowy prowadził z Muzami, a godne siebie oblubienice znajdował tylko wśród Nimf odważnych, wspaniałych i silnych, on, wielki, jasny, często smutny bóg kiełkowania i wzrostu, wiedzy i piękna, śliczną lecz wątłą i szczebiotliwą Iris wzgardliwie zwał cackiem Olimpu i małą boginką.
Tak stały rzeczy, gdy raz, wesoła, lekka, wysmukła, złotowłosa i złotoskrzydła Iris z ziemi wzbijała się ku niebu i już, już poznawała zbliżanie się Feba. Poznawała je z migotliwéj gry siedmiu kolorów, które pobłyskiwać, płynąć, mienić się zaczęły w krysztale jéj szaty. Upiększeniu temu zazwyczaj wielce rada, dziś przecież uśmiechnęła się złośliwie i boskie, choć drobne jéj czoło ściągnęło się gniewem. Wczoraj jeszcze słyszała jak ten bóg wielki, szepcąc o czémś z Artemidą i na nią wskazując, wyrzekł: „ta mała!” Obelg takich Iris dłużéj znosić już nie mogła. „Zemsto, na pomoc! ku mnie, dowcipie!” zawołała, i szemrząc jeszcze: „otóż mu nagadam! otóż się zemszczę!” wprost na spotkanie Feba leciała.
Wkrótce téż potężny jak wszechżycie, ognisty jak jądro słoneczne, piękny jak marzenie Muz, nieśmiertelny młodzian z nad krańców Oceanu na sklepienie niebios wyjechał. Od płomienistego wysłania jego wozu i ognistych włosów, koroną otaczających mu głowę, ziemia stanęła w cieple i blasku, a ludzie, przez nocne mary opuszczeni, z czcią i wdzięcznością wołali: „słońce wschodzi!“
Ale ładna Iris bez grozy i uwielbienia wlatywała w gorący krąg wielkiego boga i już cichym swym lotem ominęła jego spienione rumaki, gdy Febus, dostrzegłszy ją, zawołał:
— Z ziemi powracasz, mała bogińko! Jakież nowiny Olimp dziś usłyszy?
Znowu nazwał ją małą i żart z niéj uczynił! Ale Iris pragnęła tylko zaczepki. Jak Zefir zwinna zmieniła kierunek swego lotu i, w promienistą koronę włosów jego wpadając, nad samém uchem wielkiego boga szczebiotać zaczęła:
— O, wielki panie światła i piękna, ciemne i brzydkie nowiny niosę dziś z twojéj ulubionéj ziemi! Przez Herę do Chios posyłana, przeleciałam nad całą Grecyą, tym krajem, na który podobno w postaci wiedzy i wzniosłych natchnień, najwięcéj łask twych spłynęło. Otóż rzecz dziwna! łaski te tam przyniosły wcale nieosobliwe plony. Posłuchaj i osądź sam! Pomiędzy Spartą i Atenami widziałam pole bitwy i, chociaż bardzo małą sobie jestem, wielką litość na widok ten uczułam. Wśród mnóstwa trupów leżało tam mnóstwo takich, którzy jeszcze żyli, od ran poniesionych nieznośne męki cierpiąc. Ku trupom przylatywały sępy, a żywych napastowali ludzie, sępiemi pazury ciała, krwią ociekłe i bólem krzyczące, odzierający z odzieży i zbroi. Tyle tam było westchnień, jęków, zbrodni, ile jest włosów w twéj promienistéj koronie, a przyznaj, że liczba to wcale nie mała! W oddali zaś zobaczyłam tłumy, z których oczu tyle łez nad tymi poległymi ciekło, że strumień ich popłynął aż na to smutne pole, i tam, od krwi różowy, w dziwne pomiędzy owemi bolesnemi ciałami wijąc się zygzaki, szemrał: „biada! biada!“ a potem: „przekleństwo! przekleństwo!“ Komu on tak złorzeczył? czy ja wiem? Tobie może, panie świata, który tym biedakom obiecywałeś tak wiele, a dałeś tak mało! Bo gdzież ta mądrość, którą napełniać ich miały twoja wiedza i twoje natchnienia? O co im szło? Gdybym nieśmiertelną nie była, umarłabym ze śmiechu nad taką głupotą! Oto na jakiemś kawałku ziemi stanęli Spartanie i wołać jęli: „To nasze! to nasze!” A potem przybiegli Ateńczykowie i, przecząc, krzyczeli: „Nie wasze, lecz nasze!“ Jednych i drugich wodzowie, jak pawie nadęci i strojni, hardo mierzyli się z sobą: kto silniejszy? kto większy? pytając, a za wodzami i rycerskiemi hufcami tłuszcze wołały: „jeść! jeść! tym oto kawałkiem ziemi nasycić głód swój musimy!“ Pobili się i cóż wygrali? Więcéj niż wprzódy nie jadają wcale, bo naprzód, umarli gąb nie otwierają; potem, ci co płaczą apetyt miewają mały; nakoniec, ziemia, nie lubiąc, aby uprawiały ją trupy, skąpsze w tym roku wyda plony. Nie przekonali się także, kto silniejszy i większy, bo gdy dziś Sparta zwyciężyła Ateny, jutro Ateny zwyciężyć mogą Spartę, a ona wié o tém i, głośne święcąc tryumfy, pocichu strasznie lęka się odwetu. Jedni tylko Heloci nie tryumfują nigdy. Wiész, Febie, że gdybym do rzędu wielmożnych bóstw należała, ulitowała bym się nad tym ludem, niegdyś przez twardych Spartan podbitym. Straszne rzeczy, ile oni od tych panów swoich znosić muszą! Niedość, że ich od biesiadnych stołów odpędzają; niedość, że nad nimi stokroć straszniejsze od Damoklesowych zawieszają groźby, bo gdy Damokles, mieczem przeszyty, umrzeć mógł odrazu, Helota skuty, chłostany, głodzony, lżony, do piekieł raczéj dostać się pragnąc, długo na ziemi żyć musi; niedość, że wszystko to im czynią, jeszcze i dusze ich, przez różne zaklęcia i sztuki, nie wiedzieć w co obracają. Argus, który mię lubi, pożycza mi czasem — abym widokiem świata lepiéj ubawić się mogła — jednego lub dwojga ze swych licznych oczu. Argusowemi na nich oczyma patrząc, zobaczyłam najpierw piersi ich dziwnie kaleko i, jak mi się zdawało przez uciski kajdan zwężone, z wnętrzem, jak mniemam, przez wieczny gniew oparzoném, a w tych wnętrzach, zamiast serc, cóż? gąbki rozmiękłe, gady syczące, galaretowate bryłki żółci, płoche motyle, szybki lodu... gdzieniegdzie tylko świeci tam jeszcze stal hartowna lub gwiazda piękna, lecz któréj blaski dogorywają smutnie i przedwcześnie od nadaremnych wysileń. O, Febie, jeżeli ciał nie żałujesz, czyliż dusz tych nie szkoda? To téż Heloci coraz głośniéj utrzymywać zaczynają, żeś okrutny — i jeszcze trochę, a wszystkiém tém krwawém błotem, którém ich oblepiają Spartanie, w olśniewającą twarz twoje rzucą. I splamioną niém tarcza twoja zostanie najpewniéj — na wieki. Ale dość o tém, bo wiele jeszcze podobnie miłych rzeczy mam ci do oznajmienia, najjaśniejszy z bogów. W Locris panuje tyran Kritos, bez którego pozwolenia żaden z mieszkańców tego pięknego miasta ani powieką mrugnąć ani palcem kiwnąć nie ma prawa. Mało się przecież temu dziwiłam, dostrzegając wszędzie, na bardzo szerokich przestrzeniach ziemi, rozsianych tyranków małych, którym niewolnicy tkają suknie, od mojéj nie mniéj piękne i co dzień tłuste pawiątka pieką, w zamian tyle, ale to zupełnie tyle zgniłego sera i wody zaprawionéj octem otrzymując, ile ich trzeba, aby nie pomarli z głodu i pragnienia. Nad Kolofontem oko w oko spotkałam się z całym rojem bladych Chorób; po Koryncie latała Niezgoda, któréj brudne łachmany i cuchnącą pochodnią zdala już dostrzegłam; od Arkadyi odwróciłam się ze wstrętem, bo pasterze przemienili się tam w trzody, może dla tego, że, przez Tesalczyków trzód pozbawieni, mizernemi trawami żyć muszą... I jednę tylko już miałam nadzieję, że w Peloponezie ujrzę coś czystego, pięknego, szczęśliwego, coś godnego oczu bóstwa, bo, małą sobie będąc, jestem przecież, o wielki! boginią. Ale — Peloponez śpi. Dla tego właśnie kraj ten zdaleka wygląda pogodnie i mile, że wszyscy w nim śpią, ale tak śpią, że można ich kąsać, kłóć, nad samemi uszami wszystkie piekielne i boskie imiona wykrzykiwać, w twarze im pluć, ani drgną, ani ramieniem nie ruszą, ani im serca nie uderzą mocniéj. Tak śpią! Tak śpią, że kiedy Sen, litując się nad niemi i pragnąc, aby przynajmniéj marzyli pięknie, z jaskini swéj wysłał ku nim najmożniejszego z podwładnych mu duchów, Fantazos, ta wiecznie ruchliwa iskra, ten uplot wszystkich barw i linii świata, ten rozlatany, rozśpiewany, rozdrgany Fantazos, spojrzawszy na nich, zadrzemał sam. Nie wiem, co z tego będzie, lecz od Argusa słyszałam, że ci biedni Peloponejczycy od snu ciągłego gnić już zaczynają, a z pozoru głupi, lecz w gruncie chytrzy Beoci czekają tylko stosownéj chwili, aby z nich mierzwę dla pól swych uczynić. I wiele, wiele podobnie miłych nowin powiedzieć bym jeszcze mogła, lecz pilno mi u stóp Hery złożyć rachunek z poselstwa. To więc tylko dodam, że odwieczne trudy twe, wielki Febie, wydają mi się płonnemi; że brzydką, okrutną, głupią, a nadewszystko cierpiącą jest twoja ziemia, o, boże piękna, dobra, mądrości i szczęścia!
Umilkła. Kiedy mówiła, w szumie eteru, w turkocie planet, zataczających na niedościgłych wyżynach nieustanne koła, szczebiot jéj był podobny do brzęczenia muszki i ona sama, jak muszka, w ogniste włosy słońca wplątana, drgała, migotała wszystkiemi siedmiu barwami swemi i złośliwym tryumfem zemsty. Wkrótce przecież śmiać się i tryumfować przestała.
Ogromny, srogi, rozgniewany, Febus w płomieniach wozu swego powstał, a usłużna Posępność wnet go owiała płaszczém z czarnéj krepy. Na ziemi ludzie wydali krzyk przerażenia: „słońce gaśnie!” a od grzmotu jego głosu eter zadrżał i zachwiały się osie planet.
— Na ojca mego Zeusa, i matkę Latonę, zuchwalstwo twoje bezkarnie ci ujść nie może! Eheu! Eheu! Jakże mi Harpie boskie serce szarpią! Wiem dobrze, iż samę powiedziałaś prawdę. Wszystkowidzącym jestem, ale nie wszechmocnym, bo inni bogowie rządy ziemi dzielą ze mną; źródłem światłości będąc, ciemnym jestem, bo włosów mych końce tylko śmiertelni widziéć mogą, a ilekroć w samo oblicze mi spojrzą, ślepną! Gdyby nie stary nałóg i nie wola Zeusa, dawno-bym wóz ten o Scytyjskie skały roztrzaskał i tę bryłę niezgrabną, która zwie się ziemią w nicości utopił. Lecz żal mi tych kretów, których od tak dawna żywię i oświecam, bo Zeus mi rozkazuje, a z Zeusem żartów niéma! Eheu! wiem dobrze, iż samę powiedziałaś prawdę, ale zamiary twoje przenikając, zuchwalstwo skarcę. Za to, żeś śmiała stokroć od siebie starszego boga zasmucić, żeś żądłem malutkiéj swéj zemsty obudziła jego wiekuiste bóle, opadnie z ciebie ta pieszczona szatami staniesz się chmurą! Chmurą popłyniesz, i póty pływać będziesz nad ziemią, póki, o mała bogińko, któraś przyniosła tyle żużli cierpień, nie znajdziesz i nie przyniesiesz mi perły szczęścia.
Rzekł i rumakom cugli popuścił. Z pod woalu Posępności ogniste włosy jego rozwiały się na wszystkie cztery strony świata, a z nich wypłynęła i coraz niżéj, niżéj, niżéj ku ziemi spływała szara, pękata, nieduża chmurka. Tylko, niby wspomnienia łaski bogów, mętne jéj łono przewijały blaski złotawe i z pękatego tułowia dwie gibkie kończyny, niby dwoje o litość błagających ramion, wyciągnęły się w przestrzeń.
Na lekkich skrzydłach Zefiru, to na rozmiotanych żaglach burzy płynąc, Iris powietrze skargami swemi napełniła.
— O, Dafne, która ze wspaniałéj Nimfy przemieniłaś się w drzewo wawrzynu! O, dziewicze Heliady, które teraz płaczące swe gałęzie w strumieniu maczacie! O, biedna Io, w kształty krowy obleczona! I ty, tkaczko, Arachne, któréj pajęcza postać pełza po pustkowiach ruin! I ty, Akteonie, jeleniemi skoki od własnych ogarów swych umykający! I ty, Narcyzie, który kielichem śnieżnego kwiatu nad stawu źwierciadłem wyrastasz! Nieszczęsna Iris podzieliła dziś wasze losy i, płacząc nad sobą, nad wami łzy roni!
Płynęła i płakała, a kędy przepłynęła, tam na ziemię padała rosa, w któréj kroplach jaśniało barw siedm i wiły się blaski złotawe. Ludzie ze zdumieniem oglądali te płynne dyamenty i spoglądali w niebo, ciekawi, czy téż po tak dziwnym deszczu ukaże się tęcza. Ale tęczy długo na niebie nie było.
Długo Iris, przemieniona w chmurę, pływała w powietrzu, ladajakich pociech przecież niepozbawiona. To ją babka, Jutrzenka w zaraniu dzienném, do różowego łona przytuliła; to jéj dziad, Ocean, w pałacu swoim spocząć i z brodą swą pienistą poigrać pozwolił; to matka, Elektra, obok niéj płynąc, jak ongi Prometeusza, łzami i pieśniami jéj przeznaczenie srogie osładzała; to ciotki, Oceanidy, takież jak ona chmury, otaczały ją kołem przyjazném. Wszystko to przecież pocieszało ją niewiele. Nową postacią swą zawstydzona, przez burze targana, z nieśmiałym Zefirem pokłóciła się odrazu, matczyne pieśni na pamięć umiała, ciotki były dla niéj zbyt stare i nudne, za Olimpem tęskniła boleśnie, więc perły szczęścia szukała pilnie, gorliwie i powielekroć mniemała, że już ją znalazła. Dnia pewnego naprzykład, wzbiła się w górne strefy i oznajmiła Febowi, że w cudnym ogrodzie widziała cudne palmy, a pod palmami dwoje kochanków, piérwszym pocałunkiem łączących spragnione go usta. Febus nie raczył nawet surowych oczu ku niéj obrócić i rzekł:
— Jeżeli kiedy do Olimpu wrócisz, opowiesz to Afrodycie. Mały Eros także, na wieść tę, z radości wysoko podleci. Do nich należy pary kochanków dobierać; — ja je czasem, dla wyższych wyroków, rozdzielam!
Innego dnia, ku wozowi wielkiego boga przypłynąwszy, mówiła, że w Argolidzie kobieta pewna urodziła dziecię, tak śliczne dziecię, iż szczęśliwa matka, kołysząc je w ramionach i złote jego włosy całując, od rana do nocy oblewa się łuną i łzami radości.
Febus rzekł:
— Idź z tém do Hery łaskawéj opiekunki rodzinnych uciech i trosk.
To znowu zachwycił ją widok niezmiernie świetnéj uczty.
— W jakim przepysznym działo się to pałacu — Febowi opowiadała, — jakie tam były jadła, napoje, wonie, pocałunki! jakie kobierce zaściełały łoża i przy dźwiękach jakiéj muzyki wyginały się gibkie członki tancerek, o Afrodyto, jakże pięknych.
Od śmiechu Feba znowu eter zadrżał i zachwiały się osie planet.
— Malutka! — wołał, — tém spostrzeżeniem wielce Dyonizosa wielce uradować możesz! Z radości, że wiernych posiada tak licznych i możnych, na swojéj beczce siędzie i jednym haustem, zawartość jéj połknie. Ode mnie zdała ze szczęściem takiém, zdala!
Raz, Iris prawie już pewną była zwycięztwa; w srogim kłopocie swym aż w barbarzyńskie zapuszczając się kraje, widziała króla Partów, gdy po podbiciu sąsiedniego kraju do swéj stolicy powracał. Lud wdzięczny mu i dumny, tryumfalny łuk dlań zbudował i przed kopytami jego rumaków róż deszcze sypał, za kołami jego wozu spętani szli niewolnicy, wojsko radosne peany wyśpiewywało, ogłuszająco w zwycięzkie tarcze uderzając, słowem, większego szczęścia pieszczocha bogów przedstawić sobie nie mogła. Jakiemiż więc były zdumienie jéj i smutek, gdy Febus znowu płaszczém posępności okrył się i wyrzekł:
— Niechaj to szczęście w wawrzynowy swój wieniec wplecie brat mój, Ares, nawzajem rznących się baranów mistrz i opiekun. Ja niém się brzydzę!
— Kapryśnik! złośnik! okrutnik! — szemrała Iris, jeszcze w postaci chmury nad ziemię spływająca, z gniewu i żalu uderzając w swe gibkie kończyny.
Tak długo i nadaremnie wzbijała się ku płomiennemu Febusowi i, rozmowy z nim wiodąc, u osi wozu jego płynęła. A ludzie, ilekroć wówczas ku górze spojrzeli, dziwili się i pytali: jaka to chmurka samotna i błędna od pewnego czasu towarzyszy słońcu? Nie wiedzieli o tém wcale, że była to biedna Iris.
Nakoniec, raz, biedna Iris płynęła wokół Febusa, więcéj niż kiedy stroskana i trwożna. Jak wszystkie istoty małe, w nieszczęściu bardzo pokorną się stała i, nietylko już w ogniste włosy boga nie wpadając, lecz przybliżyć się do nich nie śmiąc, gibkie tylko kończyny swoje w kształcie rąk załamanych ku niemu wznosiła, żałośnie pokornie mówiąc: — Nie wiem, o najjaśniejszy, czy słowa moje sroższym jeszcze niż dotąd nie zapalą cię gniewem, bo sama tego, o czém mówić będę, nie rozumiem wcale. Ale Argus, który lituje się nade mną, gdym obok skały, na któréj siedząc, nieszczęsną Io pasie, przelatywała, zawołał ku mnie: „Płyń na Ikaryą, gdzie zobaczysz wielu zgromadzonych ludzi, a pośród nich męża jednego, w którego wnętrzu znajdziesz może to, czego szukasz. Ażebyś lepiéj widzieć mogła, pożyczam ci dziś aż dwojga oczu swoich!” Usłuchałam dobrego Argusa, nad Ikaryą popłynęłam, a gdym już nad tą wyspą zawisła, ujrzałam istotnie wielki tłum ludzi, który jednego męża otaczając, wrzeszczał, złorzeczył, wygrażał tak, że aż uczułam, iż boskie me uszy w płomieniach wstydu więdną. Słuchałam jednak i z wrzasków, gróźb, złorzeczeń wyrozumiałam wkrótce, że mąż ów, który ze skrępowanemi ramiony stał na wzniesieniu z ohydnych desek, przez całe życie trudnił się wymyślaniem różnych nowych rzeczy i wnet miał umrzéć. Naśladować on chciał podobno Dedalowego syna, — od którego ta wyspa nazwę wzięła, — tylko, że nie dla siebie jednego, ale dla wszystkich ludzi skrzydła lepił, i nie z wosku je lepił, ale — jak utrzymywał — z twoich, o Febie, świateł i natchnień. Na tych skrzydłach ludzie podobno wznosić się mieli nad wszelką srogość, kłótnią, krzywdę, głupotę, a wzlatywać w krainę dotąd śmiertelnym nieznaną, lecz, według jego powieści, niewinnością, harmonią i szczęściem płynącą. Za to wszystko Ikaryjczycy takim przeciwko niemu zapalili się gniewem, że na śmierć go skazali. Całe to zajście bynajmniéj pocieszném nie było, i tragicznéj Melpomenie raczéj, niż mnie, w kłopotliwéj potrzebie mojéj, przydatném być mogło. Jednak, Argusowéj radzie posłuszna, oczy jego do swoich źrenic przyłożyłam i przez nie do wnętrza skazańca tego spojrzałam. O, Febie! Gdyby Pelion podstawą swą ku górze, a szczytem ku dołowi stanął, bardziéj zdumioną-bym nie została! Błagam cię, najjaśniejszy, abyś tego, co powiem, nie poczytał znowu za żarty złośliwe, od których, eheu! gniew twój mię oduczył! Mąż ów, ów skazaniec, lżony, wyklinany, z pośrodka życia w otchłanie Hadesu wpychany, szczęśliwym był, ale to tak szczęśliwym, że równie wezbranego i niezmąconego szczęścia nie widziałam nigdy. Wyraźnie w mózgu jego czytałam, wyraźne mi były bicia jego serca. I cóż? Czuł się on dumnym, że bojaźń śmierci zwyciężył, a ztąd za półboga się mając, nie z gniewem, ale z litością na lżące go tłumy spoglądał. Lecz i ta litość słodką mu była, bo miodem swoim poiła ją nadzieja. Policzył wszystkie skrzydła, które już ludziom rozdał i, słodycz nadziei na podniebieniu czując, myślał, że oni wszyscy do téj nieznanéj przez niego odkrytéj krainy — polecą! Myślał daléj, że oprócz duszy, która dla natchnień twoich, o, Febie, wyrzeka się nawet życia, wszystko na ziemi skażoném bywa i kruchém, a tak myśląc, żadnéj z rzeczy, które na ziemi opuszczał — nie żałował. Kubek z cykutą podano mu do ust; pijąc ją, na niebo, ziemię, na drzewa, kwiaty, na całą przyrodę spoglądał, taki pogodny i cichy, jak pogodnie i cicho zmęczone dziecię do matki swéj powraca i rękoma zawiesza się u jéj szyi. Wkrótce przecież zamknął powieki, głowę na stérczącą deskę pochylił i westchnął. Błagam cię, Febie, abyś nie mniemał, że kłamię, bo rzecz trudną do wiary opowiem. Z ostatniém westchnieniem tego konającego męża uleciał i nad głowami tłumów popłynął długi, słodki, śpiewny dźwięk tryumfującego szczęścia, a tłumy nagle uczuły święte dreszcze i, pobladłszy, stanęły nieme, jako zdziwione i zawstydzone posągi. Najmędrszy! samę ci prawdę rzekłam. I chociaż tego, co przez Argusowe ujrzałam oczy, nie rozumiem wcale, na matkę moje, Elektrę, przysięgam i Argus zaświadczy, że prawdę rzekłam!
Skończyła. Nieśmiertelny młodzian znowu na płomienistym wozie swoim powstał, ale tym razem od grzmotu jego mowy nie zadrżał eter L nie zachwiały się osie planet bo długo milczał; a gdy przemówił, w dźwiękach jego głosu płynęły słodycze lutni i śpiewały wszystkie boskie rozrzewnienia, jakiemi tylko wysoko-śpiewna Muza, Kaliopa, budzić umiała echa Parnasu. W stronę Ikaryi oczy obrócił i rzekł:
— Ten był wybrańcem i uczniem moim, a to, co mi dziś o wnuko Jutrzenki, przyniosłaś, jest perłą szczęścia. Wróć do Olimpu, przywdziéj dawną swą szatę, lecz ile razy na ziemi taką dostrzeżesz perłę, na niebo wstępuj siedmiobarwnym łukiem, który śmiertelni, niestety, zwą łukiem nadziei!
I znowu lekka, wysmukła, wesoła, złotowłosa i złotoskrzydła Iris wzbiła się ku niebu, i odtąd chmurka samotna i błędna, która przez czas jakiś towarzyszyła słońcu, na zawsze zniknęła. Wzamian, ile razy na ziemi pod młotem przemocy, pęka jedno wielkie serce ludzkie, nieszczęściem swém szczęśliwe, na niebo wypływa tęcza. Niekiedy, oceanidy w postaciach chmur nad światem płaczące, niewidzialną ją czynią; ale ilekroć na pogodném zaświeci niebie, ludzie patrząc na nią modlą się: „Jutro, pogodne, urodzajne, szczęśliwe, drogo kupione jutro, przybywaj!”





Z GRECKICH PODAŃ.
Wiele zim i wiosen, mnóztwo dni i nocy upłynęło, odkąd statek, uwożący świętości Troi i garść ocalałych jéj synów, po morzach szerokich wiódł nieskończoną wędrówkę, a krótkie spoczynki znajdował w bezludnych przystaniach. Ale nigdy jeszcze Eneasz i wierni towarzysze jego nie zaznali trwogi tak wielkiéj, jak gdy, po morzu Egejskiem żeglując, ujrzeli wybuchającą Etnę.

Wieść niosła, że tą górą gniew bogów przytłoczył zbuntowanego przeciw nim Tytana, i że, przez to brzemię nawet nieskruszony, Encelades łonem ziemi wstrząsał i na jéj powierzchnią rzucał ogniste oddechy. Inni utrzymywali, że w otchłani wulkanu mieści się kuźnia Hefaistosa, w któréj ten kowal bogów, z pomocą Cyklopów, kuje gromy dla Zeusa i zbroje dla bohaterów. Ale na wątłéj łupinie, przez bałwany morskie to pod same obłoki wznoszonéj, to pogrążonéj w wodne przepaście w pomroku nocy, w chmurach dymu i popiołu, w huku skał, których odłamy, jak rozgorzałe pociski, o same gwiazdy zdawały się uderzać, Trojanie, po tysiąc razy coraz inne oblicze śmierci spostrzegając, wielkiemi głosy zapytywali bogów: czemu, gdy Troja runęła w gruzy, im jednym, im nieszczęsnym żyć jeszcze wypadło? Blade téż były ich czoła i członki drżące od śmiertelnego znużenia i strachu, kiedy jutrzenka, różowe palce podniosłszy nad światem, zmroki rozpędzać i morze uciszać zaczęła. Z powracającym na świat spokojem im spokój nie wrócił. Cóż, że jedne ominęli groźby, skoro czeka ich mnóztwo innych? Cóż, że do przyrzeczonéj Hesperyi część drogi przebyli, skoro ona jeszcze daleka, niepewna? Więc, jak człowiek, który na łożu boleści pamięcią wraca do piérwszéj — przyczyny swych cierpień, — pamięcią, gniewem, żalem, nienawiścią, wrócili oni ku źródłu swych nieszczęść. Od szczytu masztu, na którym majtek zniechęconemi dłońmi spajał porwane wiązadła, do dna okrętu, gdzie robotnicy toporem i piłą naprawiali poniesione szkody; od czterech rzędów silnych wioślarzy, w których dłoniach dziś drżały wiosła, do niewiast i dzieci, spłakanym szeregiem obsiadujących krawędzie statku, wzbił się krzyk jeden:
— Przekleństwo Grekom! Przekleństwo tym, przez których, jak wyrzucone z gniazda pisklęta, bez macierzystéj piersi jesteśmy! Przekleństwo tym, którzy, jak wicher w głębiny puszczy, w szczęśliwe mury nasze wnieśli zagładę, a hufce naszych rycerzy zagnali w otchłanie Hadu, jak w szczeliny ziemi stopa przechodnia gna drobne robactwo! Przekleństwo tym, przez których od głodu kurczą się nam wnętrzności, mózg przepalają skwary, dusze w męczarniach tają; przez których od łez zczerniały lica niewiast trojańskich, a mężowie trojańscy poznali — co trwoga! Przekleństwo Grekom!
Tak płakał, wyrzekał, wył okręt z podartym żaglem w tę i owę stronę błądzący po coraz gładszém, cichszem, od świateł jutrzeńki różowém, morzu Egejskiém. Tylko rycerze, stalą okryci, hełmy na oczy spuściwszy, milczeli i stali rzędem bezsilnych w sile swéj posągów. Im nie uchodziły skargi i złorzeczenia głośne, lecz skargą i złorzeczeniem, straszniejszém nad tamte, były zsiniałe ich wargi i dłonie, u rękojeści mieczów skurczone.
Wtém spostrzeżono ląd.
— Cyklady! — zawołał sternik, doświadczony po morzach wędrowiec.
— Tenos! — zawtórzył stary Anchizes.
— Z wysp cyklopowych najdziksza, od gęstych puszcz ciemna, czołami skał zjeżona! Oprócz niedźwiedzi i dzikich bawołów, Polifema, z Cyklopów najokrutniejszego, i niezliczonych jego owiec, nie przebywa tu nikt z żyjących.
Jakto nikt? A otóż dochodzi od niéj dźwięk ludzkiego głosu i do człowieka podobna istota ukazuje się na jéj brzegu.
— Ratujcie! — wola — zabierzcie mię z sobą, kimkolwiek jesteście, ludźmi będąc ulitujcie się nad człowiekiem!
Był-że to człowiek? Zczerniałéj skóry jego ukryć nie mogły cierniami głogów spojone, łachmany, a z kości nędza mu uczyniła wypukłą i ostrą rzeźbę. Włosy zjeżone, z liśćmi dzikich bluszczów i badylami uschłych ziół zmieszane, do zwierzęcia o dziko wzrastającéj grzywie czyniły go podobnym; zwierzęcemi téż wydawały się jego gibkie i wystraszone skoki, gdy, to jak spragniony jeleń ku źródłu, ku liżącym ląd falom przybiegał, to na okręt, ku któremu przecież błagalne wyciągał ramiona, bacznie spojrzawszy, cofał się z trwogą, i do skały, jakby w czeluściach jéj zniknąć pragnął, obnażonemi plecy przypadał, to znowu, nieprzepartą mocą popychany, na przód biegł i wołał:
— Biada mi! kim jesteście — poznaję! Czerwienią krwawą świecą mi wasze frygijskie czapki! Wyście Trojanie, lecz wyście i ludzie, a ludźmi będąc, ulitujcie się nad człowiekiem!
Na statku znowu się podniósł krzyk, w którym jedno tylko słychać było imię:
— Grek! Grek! to Grek!
Lecz on już płynął ku okrętowi, na którym wschodzące słońce rozpłomieniało czerwoność czapek frygijskich, — płynął, do krawędzi jego rękoma uczepiony, dźwignął się w górę, ukląkł, ramiona chude, nagie, zczerniałe, nad pochyloną głową swą wyciągnął, i wśród na-poły obnażonych mieczy, wśród twarzy gniewem i groźbą ziejących, przemawiać zaczął:
— Grekiem jestem, o Trojanie, i przeciw wam walcząc, do Hadesu strąciłem niejednego z obrońców Pergamu. Daremnie-bym to zatajał, bo ród mój z mowy méj poznajecie, a gdy tchórzowstwo do nienawiści waszéj dołączyło-by pogardę, odwaga może zjednać mi szacunek i nienawiść zmniejszy. Lecz, o wrogowie! to wam także powiedziéć muszę, żem nie był z tych, którzy rządzą światem i mordy narodów dyktują. Achameides mi na imię, a plemię moje, od najdawniejszych czasów, orało ziemię i pasało trzody w Ulissesowém Królestwie. Wśród żyznych pól Itaki stała nasza chata, u któréj progu ojciec mój, Hyles, każdego ranka glinianym larom składał ofiary z garści żyta i grudki białego miodu. Ocieniał ją gaj dębowy, w którym moja matka żołędzie dla trzody zbierała, a po zielonéj łące wił się zdrój przejrzysty, do którego me siostry po wodę chodziły, w powrocie jedną ręką dzbany na głowach niosąc, a drugą u piersi trzymając pęki zerwanych narcyzów. O nizkie ciemne, na-pół spróchniałe ściany mojéj chaty! o, siwa głowo ojca! łagodne oblicze matki! dziewicze sióstr mych postacie! O, gaju, w którego głębiach tak miękkie rosły murawy! strumieniu srebrny, nad którym w miesięczne noce zielone Dryady splatały taneczne koła! i wy, ubogie krosna mojéj matki, i wy, białe gołębie sióstr moich, i ty, Mopsusie, wierny stróżu chaty! jakżem dziś od was daleki! Na wojnę Ulisses młodzież Itacką wołał. On, wódz, król, ciał, trzód i woli naszéj pan! Podwójne ofiary ojciec złożył larom, matka łzami oblała mi głowę, siostry na rozpuszczone włosy załamane dłonie zarzuciły, Mopsus szedł za mną długo, daleko, aż miłośnie językiem ręki méj dotknąwszy, z pyskiem zwieszonym do chaty powrócił... Dziesięć lat pod murami Troi spędziłem, a po wojnie, pomyślnie dla Greków skończonéj, Ulisses, płynąc tędy, wypadkiem mnie samego na dzikiéj téj wyspie zostawił. Spragniony strumienia, czy stawu szukając, odszedłem daleko, a kiedym do brzegu wrócił, już tylko ich żagle, jak w oddaleniu znikające szczęście, na skraju niebios bielały. Bogowie! czy ludzkim ustom daliście słowa, któremi opowiedziéć mógłbym rozpacz moję ówczesną i męki późniejsze, i to wszystko, co mię dziś, o, Trojanie! w moc waszę oddaje? Nie wiem już, ile razy wóz słońca obiegł sklepienie nieba i opadały mię zmroki nocy, odkąd tu jestem; wiem tylko, że trwa to długo, o Trojanie, jakże długo! Jaskinia, w skale przez morze wykuta, jest mojém mieszkaniem, a pożywieniem korzenie ziół i dzikie jagody. Ludzkiego głosu spragniony, słyszę we dnie i w nocy ryk niedźwiedzi, krakanie kruków, pisk jastrzębi i tentent bawolich kopyt. Do ognia, jak zziębłe dziecię do ciepłéj piersi matki, tęskniący, widzę go tylko w gromach, któremi Zeus te wody bez granic i te skały, chmur sięgające, uderza. Tak wielką jednak mocą bogowie śmiertelnika z życiem połączyli, żem nie pogrążył się w te wody, ani głowy pod gromy te nie wystawił. Żyć chcę, chcę jeszcze z ziemi ssać jéj słodkie soki; chcę do Itaki powrócić i pójść tą ścieżką, która wśród zbóż i mirtów do naszéj chaty prowadzi. O, ludzie, żem Grek, zapomnijcie! Myślcie, żem dziecię, któremu przeznaczenie usta od ojczystéj ziemi oderwało. Z tego miejsca katuszy uwieźcie mię ku zaludnionym brzegom, a do stóp wam padłszy, błogosławić będę wspomnienie Troi, która wielkich zrodziła synów!...
Rzekł i, wzroku nie odrywając od ziemi, z ramiony wyciągniętemi nad głową, czekał, czy na nią ostrza mieczów spadną, czy spłyną słowa litości.
Gwar powstał wielki, lecz słów litości słychać w nim nie było. Wioślarze wiosła, niewiasty ręce, a rycerze miecze podnieśli.
— Zapomniéć! żeś Grek zapomniéć! — wołał mężny Lelex; — tak dziwnéj prośby żaden z bogów nawet nie słyszał! Gdyby te sępy, które wnętrzności Prometeusza szarpały, dzioby swe wbiły mi w czaszkę, jeszcze-by z niéj wygryźć nie mogły pamięci o tém, com winien Grekom.
Pelagon ponury, ten, którego usta, od piérwszéj minuty tułactwa, uśmiechem nie okrasiły się ani razu, teraz śmiał się na całe gardło.
— Ojczysta ziemia! słuchajcie! słuchajcie! on, przed synami Troi, żale swe za ojczystą ziemią wywodzi! A gdzież jest, Greku, nasza ojczyzna? Kiedy tym mieczem gardło ci rozporę, z krwią mi wypluniesz odpowiedź: gdzie Trojan ojczyzna?
Silny Eupalamon już się był rzucił ku nędznemu gościowi statku, lecz krok i ramię powstrzymał, chcąc wprzód z nim poigrać. Więc z kornemi ukłony zapytywać go zaczął: jaka zmienność przeznaczenia, jaka niełaska bogów sprawiła, że syn zwycięzkiéj Itaki, potężnego Ulissesa żołnierz, o gościnę i wybawienie błaga nędznych, wzgardzonych tułaczy? A gdy Eupalamon tak żartował, piękny Amintor, o płowych włosach i dziecięcéj twarzy, od przedwczesnéj nienawiści gorejąc cały, do ziemi przysiadał, palce wyciągał, psiemi imiony Greka ku sobie przyzywał, a potém krzyknął, że siedmiu braci pies ten mu pożarł i, blade lica w dłonie ukrywszy, takim zawył płaczém, od którego serca śmiertelnych pękają. Co słysząc Panopeusz, z tkliwéj przyjaźni dla Amintora znany, błyskawicę z miecza nad klęczącym skrzesał i piérwszy zawołał:
— Śmierć Grekowi!
— Śmierć mu! — powtórzyli Testias, Arkas i Hipokoon; — wilka tego, który w nasze dostał się ręce, w ofierze cieniom Hektora zarżnijmy!
Ale inni, zawziętsi, może srożéj cierpiący, wykonanie wyroku zwlekali, bo, roztrącając miecze, towarzyszy, dla greckiego przybłędy żądali śmierci także, lecz nierychłéj, powolnéj, srogiéj. Nawet Eneasz, o wzniosłém sercu, tych, których był wodzem, nie powściągał, i słyszały fale morskie, skały Cyklad i Etnę owijające dymy, kiedy potężnym głosem swym zawołał:
— Śmierć Grekowi!
Wtem za oszalałymi ozwał się głos:
— Stójcie! Na bogów, dłonie i miecze wstrzymajcie! Anchizes mówi!
Był to głos drżący, słaby, głos, którego siłę pochłonęły trudy i lata; jednak, usłyszeli go wszyscy i, z podniesionemi rękami, wiosłami, mieczami, stanęli wszyscy rzędem milczącym i sfornym. Gdy tak stawali, odsłonili ołtarz, który na okręcie lśnił nikłym płomykiem ofiarnym, a u ołtarza stojącego starca, którego biała chlamida mniéj była białą od długich, falistych włosów.
Jak w ciszy, następującéj po burzy, szemrzą liście, przez lekkie wiatry kołysane, tak na okręcie, po wrzawie rozgłośnéj, zaszemrzał szept:
— Anchizes mówi!
I Eneasz, który starca tego z pożogi i rzezi na własnych wyniósł ramionach, okiem wodza po towarzyszach powiódł, na znak milczenia i czci powtarzając:
— Anchizes mówi!
Ale Anchizes jeszcze nie mówił; w milczeniu na przód postąpił, głowy przybysza palcami dotknął i, wzrokiem za sobą iść mu rozkazawszy, ku ołtarzowi go powiódł. Tu, gdy ramiona gościa, na znak błagania, objęły stopy domowych bóztw trojańskich, dłoń nad nim wyciągnął i wyrzekł:
— Trojańskim bogom w opiekę oddaję tego wroga Troi!
Ojcu Eneasza, ostatniéj odrośli Pryamowego rodu, ulubieńcowi bozkiéj Afrodyty, nikt tu sprzeciwić się nie śmiał; lecz zdziwienie bez granic otwarło wszystkie usta, a do wnętrzy wepchnięta wściekłość płonęła w oczach i szumiała w głośnych oddechach.
Na ustach zaś Anchizesa spoczywał uśmiech, tylko dzieciństwu i głębokiéj starości właściwy: niewinny, łagodny i cichy. Dziecię uśmiecha się tak, bo nie grzeszyło jeszcze i nie widziało grzechu; starzec, bo winy cierpieniem opłacił i źródła win poznał. Z tym uśmiechem na zwiędłych ustach, Anchizes przemówił:
— Gdym Greka tego na statku naszym ujrzał, i groźby, przez was na niego miotane, usłyszał, wróciła mi do pamięci zagadka, którą raz, kiedym chłopięciem był jeszcze, dziad mój, Laomedon, gości swych zabawiał. Przy uczcie siedzieliśmy wszyscy, a choć huczna wesołość rozpierała zrazu ściany pałacu, po pieśni, którą na żądanie wodza wyśpiewał ślepy lirnik, zamknęły się nam usta i głowy na piersi opadły. Ślepiec był natchniony, a pieśń jego smutna opowiadała o klęskach, znojach, zgonach, któremi bogowie nawiedzili dawno zgasłe pokolenie. Piérwszy Ilos, sławny wódz Dardanów, głowę, którą po stokroć wieńczyły wawrzyny, podniósł i rzekł: „Gzegoż się smucimy? Jakaż jest moc, która w pomyślności płakać nam każe nad mękami dawno pomarłych?” A Kitoz, z zapalczywości znany, zawołał: „I nie naszego-to rodu strapienia ślepiec ten opiewał; owszem, wrogów to naszych żałobną opiewał historyą! Więc cieszmy się raczéj, że bogowie pomścili krzywdy, przez nich pradziadom naszym zadane!” Rzekł, ale nie cieszył się wcale, i choć ku czarze rękę posunął, wnet ją opuścił, w ciężką wpadając zadumę. Tu mądry Alkmanen, tym razem przecież sprzeczności własnych i Kilosowych pojąć niemogący, przed Laomedonem czoło pochylił: „Najstarszy laty i najwyższy chwalą z pomiędzy nas, Laomedonie, wytłumacz nam, dlaczego żywych zasmuca smutek pomarłych, obecnych bolą bóle oddalonych i wrogom nawet łzy cieką z oczu na odgłos strasznych przeznaczeń wrogów?” Z Alkmanem wszyscy — wodzowie, rycerze, zaledwie dorosłe chłopięta, — zgodnie powtórzyli: „wytłumacz nam, Laomedonie!” Laomedon dla ucieszenia swych gości powiedział wówczas zagadkę, któréj, Trojanie z ust moich dziś wysłuchajcie.
Tu Anchizes wzrok, dotąd w powietrzne przestrzenie utkwiony, ku obecnym zwrócił, a widząc, że ciekawém i nieruchomém otaczają go kołem, znów mówić zaczął:
— Bogowie, tworząc ten świat, sprawili, że wszystko, co na ziemi i niebie istnieje, śmiertelnych rozdziela i różni. Rozdzielają ich lądy i morza, czasy i przestrzenie, cnoty i winy, bogactwo i nędza, gieniusz i głupota; rozdzielają ich linie postaci i rysy oblicz, zamiary głów, krwi wybuchy i serc pożądania. Różnią ich barwy, z których jednę każdy nad inne wynosi, i nawet bogowie, z których jednemu każdy chętniéj, niż innym, cześć święci; różnią ich zboża, które wszyscy największemi garściami rwać usiłują, kwiaty, po które schylają się wszyscy, zwycięztwa z których każdy największy zysk mieć pragnie i klęski, których brzemiona każdy z siebie chce zwalić na innych; różnią ich: głód i sytość, rozpacz i nadzieja, waga i miara, myśl i mowa. A w tym powszechnym rozdziale śmiertelnych, który ich po przestrzeni i czasie rozsiewa, nakształt piasku o ziarnach poosobno lecących w otchłań; w tém poróżnieniu, które podobnymi ich czyni do ptaków Memnona, rodzących się po to, by w bratobójczéj walce ród swój wytępić, — jest jedno łoże, na którém spoczywają wszyscy, jeden potok, z którego wszyscy piją, jeden kwiat, który wszyscy zrywają, i jedno pieczywo, z którego pożywają we wszystkich czasach i miejscach. Jest to węzeł — mówił Laomedon — który sprawia, że żywych zasmuca smutek pomarłych, obecnych bolą bóle oddalonych, wrogowie nawet łzy przelewają na odgłos strasznych przeznaczeń wrogów. Tak mówił Laomedon, a ode mnie usłyszycie, Trojanie, że ten-to węzeł, tajemniczy a święty, dziś Greka tego przed mieczami waszemi osłania!
Skończył. Na ołtarzu gorejący płomyk ofiarny złotawe blaski kładł mu na brózdy oblicza; u stóp ołtarza klęczący Achameides czekał, czy z mowy starca wypadnie mu zguba, lub łaska. Trojanie milczeli. Nie rozumieli zagadki. Nawet Eneasz o wzniosłém sercu rozwiązać jéj nie potrafił, i najśmielszy z towarzyszy, chociaż przed ojcem pokorny, spuszczając powieki, prosił:
— Powiedz nam, wielki, jak zwie się to łoże, ten potok, ten kwiat i to pieczywo, wszystkim śmiertelnym wspólne, a tajemniczym i świętym węzłem dziś tego Greka osłaniające przed trojańskiemi mieczami?
Anchizes rzekł:
— Cierpienie.
Zrozumieli. Wioślarze wiosła, niewiasty ręce, rycerze miecze w dół opuścili, a wkrótce na okręcie z naprawionym żaglem, po cichych błękitach morza szybującym, nieszczęśliwi Trojanie ku zaludnionym brzegom uwozili nieszczęśliwego Greka.





Przypisy

  1. „Od czasu gdy Gracchusowie wstrząsnęli rzecząpospolitą rzymską, doświadczała ona samych zamieszek wewnątrz a buntów na zewnątrz. Wolność jéj, w walce téj zniknęła, lecz panowanie uratowaném zostało, bo prowincye podbite sroższemu jeszcze niż przedtém jarzmu uległy. Lecz we wszystkich epokach tryumfowania przemocy znajdują się ludzie, którzy zbójcami raczéj niż niewolnikami zostać wolą. Morze niepodległe, morze niezmierne udzieliło przytułku tym, którzy pod rzymskiemi prawami żyć nie chcieli. Zostali oni piratami. Rozbójnicy ci zczasem wzrośli w niespodziewaną potęgę. Przybywali do nich członkowie wszystkich zgubionych stronnictw, obrońcy wszystkich zrozpaczonych spraw, ludzie przez wojny albo sądowe wyroki zrujnowani, obywatele z rodzinnych siedlisk wygnani, niewolnicy z ciemnic swych zbiegli. Nierzadko wysoko nawet urodzonych pomiędzy nimi widywano. Fale, płynące od Cyrenaiki do Krety, do Delos i Smyrny, były dla nich złotem morzem, na którém lotne ich statki zdobywały obfite łupy. Z bogactwami swemi nie ukrywali się wcale: złoto, purpura, drogocenne kobierce i zbroje napełniały ich łodzie, mające czasem posrebrzane wiosła. Po każdém zwycięztwie wyprawiali na tych łodziach, przy dźwiękach muzyki, szalone orgie...
    ...Na wybrzeżach mórz posiadali arsenały, warowne miejsca, oberwacyjne wieże. Miasto Isora, w górach Taurusu, była ich stolicą...
    ...Zbyt wielu Greków znajdowało się między nimi, aby teoryi usprawiedliwiającéj ich postępki zabraknąć im mogło. Nie jest nieprawością — twierdzili — za pomocą zręczności odbierać to, co wydartém zostało przez siłę. Dobra, które potężni odebrali nam odrazu, zwracamy sobie stopniowo...
    ...Jak potém Robin Hood oszczędzał ubogiego saksona, a zabijał normandzkiego dostojnika, tak oni przedewszystkiém dla możnych Rzymian okazywali się bez litości...
    (Victor Duruy, „Histoire des Romains”, T. II, chap. XLIX, III').


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.