Spowiedź (Tołstoj)/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Spowiedź
Data wydania 1929
Druk „Rekord”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Исповедь
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
VII.

Nie znalazłszy wyjaśnienia w nauce, zacząłem go szukać w życiu, mając nadzieję znaleźć go w ludziach, którzy mnie otaczali, i zacząłem obserwować ludzi — takich jak i ja, jak żyją dokoła mnie i jak się odnoszą do tego pytania, które mnie doprowadziło do rozpaczy.
I oto co znalazłem u ludzi, znajdujących się w tem samem położeniu co i ja co do wykształcenia i sposobu życia.
Doszedłem do wniosku, że dla ludzi mojego koła są cztery sposoby wyjścia ze strasznego położenia, w którem się znajdujemy.
Pierwsze wyjście jest wyjściem nie świadomości. Polega ono na tem, żeby nie wiedzieć, nie rozumieć tego, że życie jest złem i bezmyślnem.
Ludzie tego rodzaju — po większej części kobiety, albo bardzo młodzi, albo bardzo tępi ludzie — jeszcze nie zrozumieli tego pytania życiowego, które pojął Szopenhauer, Salomon, Budda. Oni nie widzą ani smoka, który ich oczekuje, ani myszy toczących krzewy, których oni się trzymają i liżą krople miodu. Ale oni liżą owe krople miodu tylko do czasu: niech cośkolwiekbądź zwróci ich uwagę na smoka i myszy — koniec ich lizania. Od nich nie mogę się nauczyć niczego — nie można przestać wiedzieć o tem, o czem się wie.
Drugie wyjście — to wyjście epikureizmu. Polega ono na tem, żeby znając beznadziejność życia, korzystać tymczasowo z tych rozkoszy, które ono daje, nie zważać na smoka, ani na myszy, a lizać miód, zwłaszcza jeśli się go dużo zebrało. Salomon wyraża to w ten sposób:
„I pochwaliłem wesele, dlatego, że niema nic lepszego dla człowieka pod słońcem jak jeść, pić i weselić się; to mu towarzyszy w dniach trudu jego, które mu Bóg przeznaczył pod słońcem. I tak idź, jedz z weselem chleb twój i pij z radosnem sercem wino twoje... Ciesz się pożyciem z kobietą kochaną, we wszystkie dni kłopotliwego życia, dlatego, że taka dola twoja w życiu i trudach twoich, którymi obarczony jesteś pod słońcem... Wszystko co w stanie jest ręka twa zrobić, rób, dlatego, że w mogile, dokąd pójdziesz, niema ani roboty, ani rozmyślań, ani wiedzy, ani mądrości”.
Tak podtrzymuje w sobie możliwość życia większa część ludzi naszej sfery. Warunki, w których się znajdują sprawiają to, że doznają więcej dobrego, aniżeli złego, a moralne stępienie daje im możność zapomnieć, że ich położenie jest wypadkowe, że nie wszyscy mogą mieć jak Salomon 1000 kobiet i pałaców, że na każdego człowieka z tysiącem żon wypada 1000 ludzi bez żon i na każdy pałac 1000 ludzi, którzy go budują w pocie czoła i że ten przypadek, który dziś ze mnie zrobił Salomona, jutro może zrobić ze mnie niewolnika Salomona. Stępienie wyobraźni tych ludzi daje im możność zapomnienia o tem co nie dawało spokoju Buddzie — o nieuniknionych chorobach, starości i śmierci, która nie dziś — to jutro unicestwi te wszystkie uciechy.
Tak myśli i czuje większość ludzi naszego czasu i naszej sfery. To też niektórzy z tych ludzi zapewniają, że tępość ich myśli i wyobraźni jest filozofją, którą oni nazywają pozytywną, nie wyróżnia w moim pojęciu ich z rzędu tych, którzy, żeby nie widzieć pytania, liżą miód. I tych ludzi nie mogę naśladować: nie mając ich tępej wyobraźni nie mogę jej sztucznie w sobie wzbudzić, jak nie może żaden żywy człowiek oderwać oczu od myszy i smoka, jeśli je raz tylko zobaczył.
Trzecie wyjście jest wyjściem siły i energji. Polega ono na tem, żeby zrozumiawszy, że życie jest złe i bezmyślne, unicestwić je. Tak postępują wyjątkowi, silni i konsekwentni ludzie. Zrozumiawszy całą głupotę żartu, i zrozumiawszy, że szczęście umarłych wyższe jest od szczęścia żywych i że najlepiej jest nie być, robię tak i kończę odrazu głupi żart; toć są sposoby: pętla na szyję, woda, nóż, który przebija serce, pociągi na żelaznych drogach. I ludzi z naszej sfery, którzy tak postępują, coraz jest więcej i więcej. I tak robią ludzie po większej części w najlepszym okresie życia, kiedy dusza ich jest w samym rozkwicie. Widziałem, że to najzaszczytniejszy sposób wyjścia z tego położenia i chciałem tak postąpić.
Czwarty sposób wyjścia jest wyjście słabości. Polega ono na tem, żeby rozumiejąc zło i bezmyślność życia, w dalszym ciągu wlec je, wiedząc z góry, że z tego nic wyjść nie może. Ludzie tego pokroju wiedzą, że śmierć lepsza jest od życia, ale nie mając sił aby postąpić rozumnie, prędzej skończyć oszustwo i zabić się, czegoś jeszcze jakgdyby oczekują. Jestto wyjście słabych charakterów, gdyż jeśli znam lepsze i ono jest w mojej władzy, dlaczego nie wybrać lepszego?... Ja należałem do ludzi tego pokroju.
W ten sposób ludzie podobni do mnie czterema drogami ratują się z okropnych sprzeczności. Jakkolwiek wytężałem umysł, prócz tych czterech dróg nie widziałem jeszcze żadnej innej. Jedno wyjście nie rozumieć, że życie jest bezmyślne, marne i złe i że lepiej nie żyć. Nie mogłem tego nie wiedzieć i raz uznawszy, nie mogłem zamykać oczu. Drugie wyjście — korzystać z życia takiego jakiem jest, nie myśląc o przyszłości. Tego nie mogłem zrobić. Jak Sakkia-Muni nie mogłem jechać na polowanie, wiedząc że jest starość, cierpienia i śmierć. Zbyt żywą miałem wyobraźnię. Prócz tego nie mogłem cieszyć się z chwilowego przypadku, wnoszącego przemijające szczęście w moje życie. Trzecie wyjście zrozumiawszy, że życie jest złe i głupie, zabić się. Zrozumiałem to, ale jednak nie zabiłem się. Czwarte wyjście: żyć w położeniu Salomona, Szopenhauera — wiedzieć, że życie jest głupim żartem, a pomimo to żyć, myć się, ubierać, jeść obiad i nawet książki pisać. Było to dla mnie wstrętne, męczące, ale jednak trwałem w tem położeniu.
Było ono takie: ja, mój rozum — uznałem, że życie jest nierozumne. Jeśli niema wyższej mądrości (a niema jej i nic jej nie może dowieść), to rozum mój jest twórcą mego życia. Gdyby go nie było, nie byłoby dla mnie życia. Jakże więc ten rozum neguje życie, kiedy sam jest jego twórcą? Albo z drugiej strony: jeśliby nie było życia, nie byłoby mego rozumu, więc rozum jest synem życia. Życie jest wszystkiem. Rozum jest płodem życia i rozum ten przeczy życiu. Czułem, że jest tu coś nie w porządku.
Życie jest złem i bezmyślnem niewątpliwie, — mówiłem ja sobie. — Ale ja żyłem, żyję jeszcze i żyła, żyje cała ludzkość. Jakże więc? Pocóż ona żyje, jeśli może nie żyć? Czyżbym ja jeden z Szopenhauerem był tak mądrym, że pojąłem bezmyślność i zło życia?
Wniosek o marności życia, nie jest tak trudnym, i doszli do niego dawno nawet najprostsi ludzie, a żyli jednak i żyją. I cóż, oni wszyscy żyją i nie myśleli nawet wątpić o życiu?
Wiedza moja utwierdzona mądrością mędrców, wskazała mi, że wszystko na świecie — świat organiczny i nieorganiczny — wszystko niezwykle mądrze zbudowane, tylko moje położenie jest głupie. A ci głupcy — ogromne masy prostych ludzi — nic nie wiedzą o tem jak wszystkie organizmy zbudowane są na świecie a żyją i zdaje im się, że życie ich jest bardzo mądrze urządzone!
I przychodziło mi do głowy: a cóż, jeśli ja czegoś jeszcze nie wiem? Przecież tak samo postępuje nieświadomość. Nieświadomość mówi przecież zawsze to samo. Kiedy nie wie czegoś, mówi, że głupiem jest to czego nie wie. W rzeczy samej wynika z tego, że jest ludzkość cała, która żyła i żyje, jakby rozumiejąc sens swego życia, gdyż nie rozumiejąc go, nie mogłaby żyć, a ja mówię, że całe to życie jest nonsensem i ja nie mogę żyć.
Nikt nam nie przeszkadza unicestwić życie samobójstwem. Ale wtedy zabij się i — przestaniesz rozumować. Nie podoba ci się życie — zabij się. A żyjesz i nie możesz zrozumieć sensu życia, skróć je, a nie kręć się w tem życiu, rozpowiadając i rozpisując, że nie pojmujesz sensu życia. Wszedłeś w wesołe towarzystwo; wszystkim bardzo jest dobrze, wszyscy wiedzą co robią, a tobie nudno i nieprzyjemnie — odejdź.
Przecież naprawdę, czemże jesteśmy my przekonani o konieczności samobójstwa i nie decydujący się na spełnienie go, jak nie najsłabszymi, niekonsekwentnymi i wprost mówiąc głupimi ludźmi, obnoszącymi swą głupotę wszędzie?
Przecież nasza mądrość, jakkolwiek bardzo pewna, nie dała nam świadomość sensu naszego życia. Cała ludzkość, robiąca życie, miljony — nie wątpią o celu życia.
W rzeczy samej, oddawna, jak tylko istniało życie, o którem cośkolwiek wiem, żyli ludzie, znając to rozumowanie o marności życia, które mnie ukazało jego bezmyślność, i pomimo to żyli, nadając mu jakiś sens.
Od chwili, jak się zaczęło życie ludzkie, miało ono dla nich jakiś sens i oni wiedli to życie, które doszło do mnie. Wszystko co jest we mnie i dokoła mnie, wszystko — cielesne i duchowe, wszystko — jest owocem ich poznania życia. Te same narzędzia myśli, zapomocą których osądzam i potępiam to życie — wszystko to zrobione przez nich, a nie przezemnie. Ja sam się urodziłem, wychowałem, wyrosłem, dzięki im. Oni wykuli żelazo, nauczyli rąbać las, oswoili krowy, konie, nauczyli siać, nauczyli żyć wspólnie, urządzili nasze życie, oni nauczyli mnie myśleć i mówić. I ja — ich dzieło, przez nich wykarmiony, napojony, nauczony ich myślami i słowami — dowiodłem im, że oni są bezmyślni! Tutaj jest coś nie w porządku — mówiłem sobie. — Musiałem się omylić. Ale gdzie była omyłka nie mogłem znaleźć.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Lew Tołstoj, anonimowy.