Spinoza (Mędrzec pióro odłożył...)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Spinoza
Pochodzenie Poezje
Data wydania 1908
Wydawnictwo Księgarnia H. Altenberga
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
SPINOZA.
1896.
Sed omnia praeclara tam difficilla
quam rara sunt.
Spinoza, Etyka.

Mędrzec pióro odłożył. Już zakończył księgę,
kędy uczył znać Boga w wszechświecie jednego,
znać przyrodę — i bliźnich — i siebie samego:
duchem złych namiętności poskramiać potęgę
i być wolnym, cnotliwym być i bogobojnym,
jak stal twardym a mądrym, w nieszczęściach spokojnym.

Pojrzał: Oto zagadka bytu tutaj drzymie!
Wszechświat się w myśli jego jak róża rozwinął —,
nad wszechświatem Bóg błysnął — i w nim się rozpłynął.

On to ludziom objawia! — lecz nie chce, by imię
jego tu stało, — mędrca niegodna to pycha:
on nie umrze, choć Sława będzie o nim cicha.

On tam pójdzie — do Boga — na łono wieczności;
jak ta faja znikoma w morzu się rozpłynie,
zmieni postać, czas zrzuci z siebie, lecz nie zginie,

bo on cząstką jest Prawdy i cząstką Miłości,
którą Bóg się ukochał — i jemu objawił,
mówiąc w duchu, by poszedł w świat i ludzi zbawił..

Oto dzieło skończone już — i odejść może...
Pójdzie, pójdzie niedługo! — Pierś mu robak wierci,
słabe ciało się słania tknięte dłonią śmierci,
myśli jedno w nim świecą jeszcze — jasne, boże.
Uczuł mędrzec, że jako lampa się dopalał, —
ciało gasło, lecz duch w nim przed śmiercią nie malał.

I raz jeszcze przerzucił księgi swojej karty,
patrząc, czy się przypadkiem gdzie nie wkradły błędy — —
Wszystko dobrze! blask prawdy z kart wyziera wszędy;
jak wojsko na bój święty, szereg twierdzeń zwarty
idzie, — nad nim, jak sztandar, wielkie imię Boga:
mądrość wzniosła je, palcem wskazując, gdzie droga.

W górę! w górę, do światła! — Oto widzi plemię
ludzkie w jednym braterskim uścisku związane,
cnotą mocne i wolne, i szczęściem świetlane, —
widzi z grzechów, z przesądów oczyszczoną ziemię —
na niej mądrość i duchów czystych święty Eden,
nad Edenem, jak płomień: Bóg Wszystek i Jeden!


Wszystek i Jeden! Świat mu zniknął z oczu nagle,
błyskawicą bożego imienia schłonięty —,
fal doczesnych kształt zmarniał, w wieczności odmęty
myśl wpłynęła i orle rozwijając żagle
szła tak dalej i w górę, aż w końcu z wyżyny
ludzi dojrzeć nie mogła, czasu ani gliny.

W dole kędyś tam huczą wieków wodospady
i słońc tysiąc, gwiazd tysiąc przez otchłanie leci
w wiecznym wirze, sto gaśnie i znów sto się nieci;
tam się światy budują, ziemie, ziem pokłady;
tam są ludzie, — on wzleciał z pośród ludzi tłumu
tu, gdzie nawet pędzących słońc nie słychać szumu.

Dumał mędrzec, a świeca płonąca na stole
złoty blask na powieki przymknione mu kładła —
i po księdze rozwartej tajemne widziadła
migotliwy cień świecy wiódł... Obok przy kole
szlifierskiem szkła leżały, za których toczenie
mędrzec pieniądz dostawał na chleb i odzienie.

Tak mijały godziny. Płomień świecy spadał
coraz niżej i w wosku już rozlanym tonął;
knot się dopalał; cień już z kątów izby wionął;
wiatr jesienny na dworze dziwne słowa gadał,

bijąc w okno, — lecz mędrzec nie widzi, nie słucha,
przymknął oczy i w Boga patrzy okiem ducha.

I po szczeblach swej myśli począł schodzić na dół:
czas i przestrzeń, jak suknię, wziął znowu na siebie,
ruch znów odczuł i gwiazdy dostrzegł znów na niebie;
między gwiazdy się rzucił i na ziemski padół
zleciał skrzydły, jak orzeł, co podniebną jazdą
umęczony z chmur spada na cierniowe gniazdo.

Spadł na gniazdo i skrzydła szerokie roztoczył:
zimne gniazdo chciał ogrzać własną piersią, która
Bogiem jeszcze mu grzmiała, jak gromami chmura;
chciał je ogrzać — lecz piersi jedno krwią ubroczył:
cierń w nie każdy, jak żmija, wpełznął, a rubiny
krwi ciekły na podłoże z kamienia i gliny.

Oto jeszcze przed chwilą on był z Bogiem jedno,
patrzył myślą w Byt wieczny i gorzał miłością,
czując, że krwią z krwi Jego jest i z kości — kością
i pił szczęście, przed którem wszystkie ziemskie bledną:
śnił o niebie, a ze snu bożego się budzi
tu na gnieździe cierniowem, na ziemi, śród ludzi!


Ludzie, ludzie! — on dla nich szczęścia, światła pragnie —
a oni?.. W walkach, w błocie! Tłum krwiożerczych zwierząt!
Kędy spojrzeć — ślepota, pycha, przemoc, nierząd;
a on marzy, że myśl ich ku dobremu nagnie,
a on marzy, że prawda i prorocze słowo
uzdrowią oczy tknięte ślepotą wiekową!

Spuścił głowę na piersi, — kurczem zgięte palce
ciężko spadły na księgę, zadrżały mu usta,
oko nagle przygasło, zbladła twarz jak chusta,
czoło zmarszczki pokryły — i zląkł się, że w walce
pada, którą zwycięsko toczył do tej pory:
tchu mu w piersi zabrakło, uczuł, że jest chory.

Uczuł, że jest już chory i że w grób mu trzeba...
Szczęścia, które dla świata wyśnił, nie dożyje;
oto smutny, zmęczony jest; puls słabiej bije,
nawet myśli się plączą, co jeszcze do nieba
szły niedawno... Nad grobem wściekła klątwa dziczy
żegna mędrca, co kielich wychylił goryczy.

Jego najbliżsi klątwy rzucili nań kamień,
ci, dla których chciał szczęścia, wołali: bluźnierca!
ludzi kochał, a nigdzie sam nie zaznał serca —

życie strawił, by z grzesznych błędów i omamień
podnieść ludzkość — a dzisiaj nad grobem się pyta,
czy nie próżno je strawił? czy szczęście zaświta?

Oto wicher jesienny z szyderstwem się śmieje,
liście żółte i suche miocąc w dal bezkresną;
drzewa skrzypiące skargą wtórzą mu bolesną —.
Czyż i jego podobny los? — bez śladu-ż zwieje
wicher losów tę księgę, w którą on swą duszę
wlał dla ludzi? czy zginie w czasów zawierusze?

Jął bez myśli przewracać karty swojej księgi
w poświst wiatru wsłuchany, który beznadziejną
pieśń mu zawodził. Patrzył i czytał — kolejno
dowody bożej mocy, wielkości, potęgi, —
dalej zdania o duchu, ludzkich namiętnościach,
cnotach, szczęściu, wolności, o błędach i złościach...

Czytał długo, aż nagle drgnął i podniósł czoło:
Co to? — »Mędrzec powinien patrzyć na bieg świata,
jak Bóg patrzy, krom czasu, bo czas tylko szata,
którą Wieczny śmiertelnym zakrył przyczyn koło,
lecz w wieczności jest jądro i byt prawy rzeczy,
co być może, być musi: Bóg ma wszystko w pieczy«,

Co być może, być musi! — A więc cóż, że jeszcze
wiele, wiele dni minie, nim zabłyśnie słońce?

Cóż to znaczy? — co znaczą marne lat tysiące,
co — dzisiejsze upadki, co — boleści dreszcze,
cóż znaczy, że za prawdę cierpi dziś tak wielu?
wszak świat musi dojść wreszcie do świętego celu!

Przyjdzie, przyjdzie to boże królestwo na ziemi,
okres szczęścia, wolności, bo prawda zwycięża,
choć powoli, lecz pewnie, bez mieczy, oręża,
jako światło, co z niebios strugami jasnemi
na świat spływa! A kiedy przyjdzie? — wszystko jedno!
dość, że przyjdzie i ludzkość uszczęśliwi biedną.

Tak być musi, tak będzie! Wiatr huczał na dworze,
i rozwiewał po świecie suche, żółte liście;
ale mędrzec spokojnie słuchał wiatru, w świście
jego czując potężne, święte tchnienie boże, —
i szeptał tylko patrząc w swoje życie żmudne:
»Jednak wszystko, co wzniosłe, rzadkie jest i trudne...«




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.