Sokole oko/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Sokole oko
Pochodzenie Na dalekim zachodzie
Wydawca G. Centnerszwer
Data wydania 1890
Druk Zakłady Artystyczne w Monachium
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Deerslayer
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
I.
Sokole oko.
~~~~~~~~
Rozdział  I.
Spotkanie w lesie.

Pewnego prześlicznego poranku spotkało się w niezmiernym lesie ciągnącym się od kolonij New Yorku, aż nad brzegi zatoki Hudson, dwóch mężczyzn, którzy kawał drogi przeszedłszy razem, zatrzymali się wreszcie na pochyłości niewielkiego wzgórza na małéj łączce, napotkanéj wpośród lasu.[1] Siedli tu na jednym z powalonych pni i zaczęli się krzątać koło przygotowań do skromnego, lecz posilnego obiadu.
Skorzystamy z tego czasu, by zapoznać trochę bliżéj czytelnika z tymi mężami, co w opowiadaniu niniejszem grać będą rolę niepoślednią.
Jeden z nich, Hurry, którego właściwem mianem było Henryk March, przezwisko zaś ówczesnym zwyczajem mieszkańców indyjskiego pogranicza zostało przybranem przez niego samego, — był to mężczyzna średniego wzrostu, lecz barczysty, o wejrzeniu dzikiem, niespokojnem. Ruchy jego były rubaszne, swobodne, nie czynił jednakże wrażenia człowieka pospolitego lub poziomego.
Drugi, obdarzony przezwiskiem Sokole oko, różnił się wielce rysami twarzy i powierzchownością od swego towarzysza. Budowy wysmukłéj, dość wysokiego wzrostu, zdradzał w swych członkach wielką zwinność i giętkość; na obliczu jego malowała się prawość bez granic i otwartość charakteru. Obaj znajdowali się w kwiecie wieku. Hurry nie miał więcéj nad lat 26, Sokole oko liczył 24 niespełna.
Ubiór ich zrobiony był po większéj części z wyprawnych skór jelenich. Choć prosty, odznaczał się, zwłaszcza u Sokolego oka, pewną malowniczością, a nawet elegancją; broń tego ostatniego również była o wiele zgrabniejszą i ozdobniejszą, aniżeli u jego towarzysza.
„Dalejże, Sokole oko, do roboty!“ zawołał Hurry, gdy obiad był już gotów. Sokole oko nie dał sobie powtórzyć zaproszenia; skosztował kawałka pieczeni jeleniéj i nie mógł się dość nachwalić smaku jéj i kruchości.
„Nieprawdaż, porządny kawał takiéj pieczeni z daniela wspaniała to strawa dla myśliwca?“ rzekł zadowolony Hurry. „Niejednemu już z tych zwierząt przeciąłeś pasmo żywota!“ ciągnął daléj schlebiającym tonem. „Jakem słyszał, no, i widział, doskonały z ciebie strzelec; nie darmo ci też Delawarowie nadali miano Sokolego oka.“
„Być może!“ odparł współbiesiadnik. „Czasy wszakże, wśród których żyjemy, są takie, że, doprawdy, wolałbym stokroć z fuzji méj myśliwskiéj uczynić broń wojenną. Słyszałeś pewnie o nieustannych zamieszkach pomiędzy Indjanami i mieszkańcami sąsiednich osad?“
„Wiem o nich aż nadto,“ odpowiedział Hurry: „to też, jeślim przybył w te dzikie strony, to w tym tylko celu, by pomagać w walkach z Indjanami staremu Hutterowi, który sobie na brzegu niedalekiego jeziora zbudował małą forteczkę. Lecz powiedz mi,“ dodał z nieukrywaną ciekawością, „co ciebie w te puszcze sprowadza?“
„Czekać tu mam na najlepszego przyjaciela,“ odrzekł Sokole oko.
„Aha, a tym przyjacielem, domyślam się, jest Delawar Czyngachguk,“ przerwał Hurry, „ów szlachetny wódz indyjski, o którym mi już opowiadałeś. W którym też punkcie wyznaczyliście sobie miejsce spotkania?“
„Na pewnéj małéj okrągłéj skale, znajdującéj się na brzegu jeziora,“ rzekł Sokole oko. „W miejscu tem zbierają się podobno często plemiona indyjskie, by zawierać ze sobą przymierza.“
„No, więc pójdziemy razem,“ odparł Hurry. „Zawiodę cię tymczasem do fortecy starego Huttera, który ci pewno z swemi dwiema córkami chętnie udzieli gościnności.“
Z temi słowy zerwał się Hurry na nogi, a za jego przykładem poszedł i Sokole oko. Zarzucili fuzje na plecy i, opuściwszy łączkę, na któréj obiadowali, znikli wnet w ciemnym gąszczu dziewiczego lasu.





Rozdział II.
Odwiedziny w fortecy. — Zamysły.

Z godzinę dobrą kroczyli już nasi wędrowcy, gdy Hurry niespodzianie zatrzymał się przed olbrzymim pniem powalonéj lipy. Zbliżył się on do szerokiego jego końca i, usunąwszy kilka kawałków kory, zasłaniających wydrążony otwór, wyciągnął ku wielkiemu zdumieniu Sokolego oka małą łódkę z siedzeniami i wiosłami. Milcząc, zarzucił sobie Hurry z pomocą swego towarzysza lekki ten statek na ramię i podążył ku jezioru, które niespełna w kwadrans roztoczyło przed niemi swe zwierciadło. Zamknięte między zalesionemi wzgórzami, ciągnęło się ono na trzy godziny przeszło drogi, a tak piękne było, że Sokole oko nie mógł się dosyć nalubować widokiem wspaniałych tych miejscowości.
Hurry, zepchnąwszy łódkę na wodę, wsiadł w nią z swym towarzyszem i odbił od brzegu. Może pół godziny płynęli wzdłuż jeziora, gdy nagle przed oczyma ich wynurzyła się forteczka Huttera. Stała ona ponad wodą, wsparta na potężnych słupach i otoczona mocnemi palisadami. Hurry w krótkich słowach objaśnił Sokolemu oku, czemu Tomasz Hutter w ten sposób urządził sobie siedlisko.
„Trzy razy złoczyńcy Indjanie spalili staremu myśliwcowi chatę jego na lądzie, biedny więc Tom musiał na wodzie szukać bezpiecznego schronienia. Bez pomocy łodzi nikt się do jego mieszkania zbliżyć nie zdoła, w razie zaś napadu na łodziach, łatwo zgadnąć, która strona będzie górą. Hutter bowiem zaopatrzył się wybornie w broń i amunicję, forteczka zaś, jak widzisz, jest zbudowaną z potężnych pni dębowych, które niezłą stanowią tarczę przeciwko kulom nieprzyjacielskim.“
Gdy Hurry tak się rozwodził, łódka zbliżyła się tymczasem do małéj twierdzy; jeszcze jedno uderzenie wiosła, a cel podróży już był osiągnięty. Hurry przywiązał mocno łódkę u brzegu i wyskoczył wraz z Sokolem okiem na wystający naprzeciw wejścia do forteczki taras skalisty.
„Zdaje mi się,“ zawołał po chwili, „że żywéj duszy niema w domu: pewno cała rodzina wyruszyła po jaką zdobycz i prawdopodobnie przed zapadnięciem zmroku do domu nie wróci.“
Podczas, gdy Hurry w przedsieniu oglądał sieci, więcierze i inne przedmioty, stanowiące nieodzowną przynależność wszystkich pogranicznych siedlisk, Sokole oko wstąpił do wnętrza forteczki, któréj drzwi Hurry potrafił otworzyć. Wszystko wewnątrz znajdowało się we wzorowym porządku, zupełnie jak w blokhauzach, rozsypanych w głębi kraju. Gdy się Sokole oko wszystkiemu należycie przypatrzył, opuścił forteczkę i udał się znów na taras do Hurrego, który wzrokiem wciąż błądził po niezmierzonem zwierciedle jeziora. Zaledwie skierował wzrok swój w stronę, ku któréj zwrócony był Hurry, gdy w pewnem oddaleniu pokazał się osobliwy statek, w którym Hurry natychmiast poznał arkę, jak nazywano w okolicy łódź Huttera.
„Jestto pływające mieszkanie rodziny Huttera,“ rzekł Hurry do towarzysza. „Zbudowanem jest ono z potężnych belek i składa się z kilku jakby pokoi, na wzór stałych domostw. Na statku tym mogą się schronić mieszkańcy forteczki i wypłynąć na jezioro, gdyby im groziło niebezpieczeństwo ze strony nieprzyjaciela.“
Arka tymczasem coraz się bardziéj zbliżała. Była jeszcze oddaloną może o 200 kroków, wkrótce więc przybiła do progów budowli.
Hutter niezmiernie się zdziwił, widząc przy boku swego przyjaciela drugą, zupełnie mu nieznaną osobę. Opuściwszy z córkami statek, zbliżył się do Hurrego, który po krótkiem powitaniu przedstawił mu swego towarzysza.
„Spójrz, stary Tomie,“ ,rzekł, „to Sokole oko, strzelec znakomity, co niedarmo nosi nazwę swoją. Sporą część młodości swojéj spędził między Delawarami i może nam w razie napadu ze strony Indjan być nieocenioną pomocą.“
„Bądź pozdrowiony, młodzieńcze!“ zwrócił się Hutter przyjaźnie do swego gościa i na znak przychylności wyciągnął doń twardą, żylastą dłoń. „Liczę na twoją pomoc,“ ciągnął daléj, „i spodziewam się, że będziesz dzielnym obrońcą mych dzieci.“
„Przyrzekam to wam,“ odpowiedział Sokole oko, wstrząsając silnie prawicą Huttera, jakby na potwierdzenie swéj obietnicy.
„Powiedz że mi, przyjacielu,“ przemówił Hutter do młodzieńca, „zkąd przychodzisz w dziką tę krainę? Co cię właściwie tu sprowadziło?“
„Opowiem ci to w paru słowach, ojcze Hutter,“ odpowiedział Sokole oko. „Wysłuchaj méj historji: Jestem jeszcze młody i nigdym jeszcze na ścieżkę wojny nie wstępował. Wiele lat spędziłem wśród Delawarów, plemienia Indyjskiego, dzielnego, lecz spokojnego, które wiele ucierpiało ze strony Huronów. Prosili mię więc Delawarowie, bym się udał do ludzi méj barwy z prośbą o pomoc i radę. Uczyniłem to, i tu właśnie mam oczekiwać na Czyngachguka, jednego z najszlachetniejszych wojowników między czerwonoskórymi, by mu udzielić wiadomości o skutku, jaki osiągnęły układy moje z białymi. Jeżeli przy téj sposobności będę mógł okazać się wam pożytecznym, będzie mi to bardzo miło. Z góry mogę was zapewnić, że i mój przyjaciel Czyngachguk nie odmówi wam nigdy pomocy swéj broni.“
Zaledwie Sokole oko ukończył swe opowiadanie, gdy Hetty i Judyta, córki Huttera, które podczas rozmowy mężczyzn krzątały się w kuchni, zjawiły się na tarasie, prosząc ojca, by wraz z swymi gośćmi udał się na kolację. Uroczyście wstąpili więc do wnętrza forteczki i wkrótce zachwycali się smakiem soczystéj sarniéj pieczeni. Tymczasem zmrok zapadł; Hutter atoli zakazał córkom zapalać światła, aby nie zwrócić na domostwo uwagi wroga, który często nocną porą włóczył się na wybrzeżach jeziora.
„Wśród jasnego dnia,“ zauważył przezorny starzec, „poza temi grubemi palami nie obawiam się i tysiąca dzikich; mam dosyć oręża i amunicji; lecz napad nocną porą może być niebezpiecznym. Dzicy mogliby się skrycie na łodziach przybliżyć i wtargnąć do forteczki; pomimo wszelkich środków obronnych zginęlibyśmy niechybnie.“
Po tych słowach podnieśli się mężczyźni; Hetty z Judytą udały się do swego pokoju na spoczynek, poczem Hutter wyłożył swe plany przed gośćmi.
„W naszem położeniu,“ rzekł, „główne usiłowania winniśmy skierować ku temu, by panowanie nad wodą było w naszych rękach. Każda łódka ma dla nas tęż wartość, co okręt wojenny. Obecnie cztery takie statki znajdują się w okolicy. Trzy posiadamy przy sobie, ostatni zaś ukryty jest jeszcze na wybrzeżu w wydrążeniu drzewa. Podług mnie, najlepiéj byłoby sprowadzić tu i tamten, dzicy bowiem mają powonienie wyżłów, i nic łatwiejszego nad to, by się dostał w ich ręce.“
Słowa te tak Hurry, jak i jego towarzysz, Sokole oko, uznali za słuszne; postanowili tedy bezzwłocznie udać się po ukrytą w lesie łódź.





Rozdział III.
Na tropie wroga. — W niewoli.

Hutter stanął na czele wyprawy. Uprzedziwszy córki o swem przedsięwzięciu i jego celu, wsiadł do łodzi wraz ze swymi towarzyszami i w możliwéj ciszy powiosłował ku wybrzeżu. Nocną porą, wśród głębokich ciemności, wyprawa taka najeżoną była niebezpieczeństwy; Hutter jednak pewną dłonią kierował łodzią i po upływie pół godziny przywiódł ją do określonego miejsca. Zanim wylądowali, obejrzeli się starannie dokoła, czy gdzie nie widać światła, lub innego podejrzanego znaku. Nie spostrzegłszy wszakże nic niepokojącego, wyskoczyli bezpiecznie na ląd; Hurry i Hutter ze strzelbami w pogotowiu udali się wgłąb lasu, Sokole oko zaś pozostał na straży przy łódce.
Drzewo, w którego wydrążeniu ukrytą była łódka, znajdowało się o kilkaset kroków na pochyłości wzgórza. Grobowa cisza panowała w lesie; myśliwcy nasi, nie zauważywszy nic, coby ich zatrwożyć mogło, dosięgli celu podróży. Hutter z największą ostrożnością wydobył łódkę z wydrążenia, wziął ją na barki i zeszedł wraz z Hurrym powolnym krokiem z stroméj pochyłości, kierując się ku jezioru. Po niejakim czasie, połączyli się z Sokolem okiem i zepchnęli łódkę na wodę, obok téj, na któréj przyjechali. Będąc obecnie w posiadaniu wszystkich łódek, czuli, że bezpieczeństwo ich wzrosło znacznie. Popłynęli następnie w miejsce, zkąd z łatwością można było objąć okiem całe wybrzeże zatoki. Naraz wiosła zawisły nieruchomo w powietrzu: w pewnem oddaleniu dało się widzieć światło, które po dokładniejszem wpatrzeniu się wydało się dogasającym ogniskiem. Nie było najmniejszéj wątpliwości, że ognisko to roznieconem było w obozie Indjan. Że się z ich obecności tak blizkiéj można było spodziewać napadu dnia następnego, zapragnęli więc nasi myśliwcy dowiedzieć się o liczbie i uzbrojeniu dzikich wojowników.
Sokole oko miał zatem pozostać z łódkami na jeziorze, trzymając się jednak, o ile możności, najbliżéj brzegu; Hurry tymczasem z Hutterem tajemną ścieżką poczęli się skradać pocichu ku widniejącemu zdala światłu.
Może sobie czytelnik wyobrazić, z jakiem naprężeniem oczekiwał młodzieniec, siedząc samotny w łódce, jaki też obrót przyjmą rzeczy.
Upłynęła już cała godzina od czasu, kiedy myśliwcy znikli w lesie, gdy nagłe do ucha Sokolego oka dobiegł dźwięk, który niepokojem napełnił jego serce. Zaczął się uważniéj przysłuchywać, i wnet doleciał go krzyk przenikliwy, brzmiący jakiemś przerażeniem, jakby go komu wydarła świadomość najokropniejszego niebezpieczeństwa. Sokole oko uderzył wiosłem i, zbliżywszy się do brzegu, usłyszał wyraźnie trzeszczenie suchych gałęzi i odgłos kroków. Wahał się przez chwilę w niepewności, co czynić, gdy nagle padło pięć, sześć strzałów. Po strzałach rozległ się dziki okrzyk i w zaroślach dała się słyszeć wrzawa, z któréj dokładnie można było poznać, że tam toczy się walka na zabój.
„Puśćcie mię, żmije malowane!“ rozległ się gniewny głos Hurrego. „Dzicy okrutnicy, nie dość wam, że macie mię w swéj mocy, chcecież mię jeszcze koniecznie zadusić?“
Teraz nie wątpił już Sokole oko, że towarzysze jego zapuściwszy się widać zbyt daleko, dostali się w moc dzikich; ponieważ jednak nie wiedział, jak ma postąpić, dał z łodzi sygnał porozumienia.
Hutter usłyszał go i zrozumiał natychmiast. „Trzymaj się od lądu zdaleka!“ zawołał gromkim głosem. „Jesteśmy wzięci w niewolę; bezpieczeństwo moich dzieci na tobie jednym teraz spoczywa. Użyj całéj przezorności, aby ujść przed dzikimi. Bóg cię nie opuści i szczęśliwie doprowadzi do fortecy. Żegnaj mi i bądź błogosławiony!“
„Bądź bez obawy!“ zawołał, uspakajając go Sokole oko. „Będę twych córek bronił do ostatniej kropli krwi.“
„Dobrze, Sokole oko, czyń, co jesteś w stanie!“ zawołał z kolei Hurry, który, strzeżony przez dwóch Indjan, leżał z związanemi rękami niedaleko Huttera. „Podług mnie jednakże,“ dodał, „byłoby najlepiéj, gdybyś natychmiast udał się do forteczki, zabrał obie dzieweczki wraz z zapasem żywności do łodzi i pożeglował ku miejscu, gdzieśmy dzisiaj przybyli. Ztamtąd udaj się prostą drogą do Delawarów. Co się mnie tyczy i starego Toma, to kto wie, czy nas Indjanie jeszcze téj nocy nie oskalpują.“
Tu przerwało Hurremu mowę mocne uderzenie szorstką dłonią w usta, znak, że jeden z dzikich tyle rozumiał po angielsku, iż to i owo pojmował z rozmowy naszych znajomych. Wkrótce potem zagłębili się Indjanie w las, uprowadzając Huttera i Hurrego, nie stawiających już teraz żadnego oporu.





Rozdział IV.
Niebezpieczne położenie. — Przygoda.

Sokole oko zatem zostawiony został samotnie swojemu losowi. Pojmował on dobrze, jak niebezpiecznem i przykrem było jego położenie. Towarzysze jego byli w niewoli, a pomódz im nie mógł; w fortecy znajdowały się potrzebujące opieki dziewczęta, do których pośród ciemności nocnych niełatwo było samemu drogę znaleźć. Przywiązał zatem jedną łódkę do drugiéj i wypłynął na środek jeziora, poczem położył się na dnie statku, by trochę wypocząć; łódkę tymczasem powierzył falom. Wzruszenia ostatnich godzin tak go zmęczyły, że po kilku minutach wbrew woli zapadł w miły, lecz twardy sen, z którego dopiero z brzaskiem dnia się zbudził.
Podczas nocy zbliżył się o tyle do podnóża góry, która na wschodnim brzegu jeziora stromo się wznosiła, że wyraźnie mógł usłyszeć świegotanie ptaków. Zerwał się przytem tak silny, a niepomyślny wicher, że łódka z nadzwyczajną szybkością mknęła ku lądowi. Nawet z wytężeniem wszystkich sił nie zdołał jéj nadać innego kierunku; mało miał zatém nadziei, by go w tem miejscu nie wyśledziło bystre, a czujne oko Indjanina.
Niewiedząc, co począć, złożył w zamyśleniu wiosło i sięgnął po strzelbę, spodziewając się lada chwila napadu; w istocie, nie zdążył jeszcze ująć strzelby w dłonie, gdy kula tak blizko jego głowy zaświstała, że się cofnął zmieszany i jak długi rozciągnął na dnie łodzi. Za kulą rozległ się okrzyk i w tejże chwili z zarośli, pomachując siekierą, wyskoczył Indjanin na sam brzeg przylądka, o piasek którego uderzyła łódka. Sokole oko, widząc niebezpieczeństwo, zerwał się natychmiast i wymierzył fuzję. Jednak... przez chwilę się wahał: po raz pierwszy mianowicie godził na życie człowieka. Widząc wszakże, że pozostaje mu do wyboru: zabić lub być zabitym, pociągnął za cyngiel i Indjanin z okropnym krzykiem padł na ziemię. Uczucia, jakich w téj chwili doznawał Sokole oko, były nie do opisania. Żal i współczucie szły na przemian z tryumfem. Nabiwszy ponownie fuzję, wyskoczył z łódki i zbliżył się do Indjanina, który leżał na wznak nieruchomo; żył jednak jeszcze, gdyż wzrokiem powodził niespokojnie, bacząc na każdy ruch zwycięzcy. Widocznie oczekiwał śmiertelnego ciosu, jaki miał poprzedzić zdarcie skalpu; lecz Sokole oko, odgadując jego myśli, usiłował uspokoić śmiertelną obawę dzikiego.
„Uspokój się, czerwona skóro,“ przemówił, „nie masz się już więcéj czego obawiać; skalpowanie nie jest moją rzeczą; przeciwnie, chcę ci jaką ulgę w cierpieniu przynieść, jeśli mogę.“
„Wody!“ wyszeptał trawiony pragnieniem Indjanin, „daj wody biednemu Indjaninowi!“ — „Cierpliwości, wnet ją mieć będziesz,“ odrzekł Sokole oko z litością, poczem, wziąwszy dzikiego w objęcia, zaniósł go do jeziora, gdzie ciało jego umieścił w ten sposób, że mógł do woli zaspokoić palące jego wnętrzności pragnienie. Kilka jeszcze minut siedział ranny, oparty plecami o skałę, na brzegu jeziora, aż wreszcie pochylił głowę i oczy zamknął... na wieki. Ostatnie spojrzenie, jakie rzucił na Sokole oko, pełnem było słodyczy i przebaczenia.
„Duch jego uleciał,“ rzekł Sokole oko tonem zgnębionym i smutnym, poczem oparł ciało, które się na ziemię zsunęło, ponownie plecami o skałę, nadając mu położenie siedzące. „Jam twéj śmierci nie pragnął, Indjaninie,“ dodał uniewinniając się; „sameś zostawił mi do wyboru, zabić cię, lub być zabitym przez ciebie, musiałem więc postąpić, jak każdy postąpiłby w mem położeniu. Bóg widzi, jam tutaj nie winien.“
Słowa te wymawiał częścią głośno, częścią szeptem, gdy wtem rozmyślanie jego przerwało ukazanie się o kilkaset może kroków od miejsca wypadku, drugiego Indjanina. Był to niezawodnie szpieg, którego na dźwięk strzału wysłano, by się dowiedział, co się stało. Gdy zauważył Sokole oko, wydał głośny okrzyk, na który w tejże chwili odezwało się z rozmaitych stron wiele innych okrzyków. Sokole oko, pojąwszy wnet grożące mu niebezpieczeństwo, w kilku susach już znajdował się w łodzi i potężnemi uderzeniami wiosła oddalił się od brzegu. Wiatr zmienił kierunek, dzięki czemu udało mu się tak daleko wypłynąć na środek jeziora jeszcze przed nadejściem dzikich, że go już żadna kula dosięgnąć nie mogła.
Indjanie wpadli w gniew okrutny, gdy znaleźli pod skałą martwe ciało towarzysza; cofnęli się więc do lasu, poprzysięgając Sokolemu oku straszną zemstę.
Słońce wysoko już stało na niebie, gdy Sokole oko przybył do fortecy starego Huttera. Judyta i Hetty przyjęły go na platformie z wielką obawą i niepokojem.





Rozdział  V.
Smutne przywitanie. — Umówiona schadzka.

„Gdzie ojciec?“ zawołały obie siostry, widząc, że Sokole oko przybywa bez swych towarzyszy.
„Spotkało go nieszczęście!“ odpowiedział młodzieniec w zwykły sobie otwarty i prosty sposób. „Wpadł on wraz z Hurrym w ręce Mingosów, i Bóg wié, jak się to skończy. Przywiodłem z sobą łódkę, która była ukryta w lesie, dzicy więc nie mogą się tu dostać do nas, chyba wpław lub na tratwach. Koło wieczora połączy się z nami Czyngachguk; z jego pomocą, mam nadzieję, zdołamy bronić arki i forteczki dopóty, dopóki oficerowie stojących w pobliżu załóg nie otrzymają wiadomości o tych wypadkach i nie podążą nam z odsieczą,“
„Ach,“ westchnęła Judyta, „więc aż do tego przyszło! Opowiedz nam, proszę, wszystko, co wiesz o losie pojmanych!“
Sokole oko zdał dziewczynie krótką, lecz treściwą sprawę z wypadków, jakie miały miejsce ubiegłéj nocy; Judyta i Hetty słuchały słów jego z natężoną uwagą, nie zdradzając wszakże swego wzruszenia żadnemi przesadnemi oznakami. Gdy Sokole oko skończył swoje opowiadanie, długo siedziały, pogrążone w bolesnéj zadumie, lecz zwolna opamiętały się, podniosły i zaczęły krzątać około śniadania, gdy tymczasem Sokole oko doprowadzał broń swoją do porządku.
Przy śniadaniu pierwsza odezwała się Judyta: rzekła ona, zwróciwszy się do Sokolego oka: „Mówiłeś nam o Czyngachguku, wodzu delawarskim. Czy sądzisz, że możemy zaufać temu Indjaninowi?“
„Z największą pewnością, tak zupełnie, jak mnie samemu,“ odparł Sokole oko. „To serce szlachetne, jakich mało wpośród Indjan.
„Co też oznacza to dziwaczne imię: Czyngachguk?“ zapytała ciekawie Hetty.
„Wielki wąż,“ odpowiedział Sokole oko. „Nazwano go tak z powodu wielkiéj jego przebiegłości. Właściwe miano jego jest Unkas; pochodzi on z starożytnego rodu indyjskiego.“
„Skoro jest tak mądrym,“ odezwała się Judyta, „to możemy w nim mieć dzielnego obrońcę.“

PL James Fenimore Cooper - Na dalekim zachodzie p0006.jpg

Po téj rozmowie podniósł się młodzieniec i z pomocą dziewcząt doprowadził forteczkę do możliwie obronnego stanu, aby w każdéj chwili być gotowym do odparcia napadu. Poczem spokojnie już czekał na godzinę schadzki, wyznaczonéj mu przez Czyngachguka.
Dzień powoli upłynął; zapadł wieczór; godzina schadzki zbliżała się coraz bardziéj. Sokole oko ukrył łodzie w obrębie palisad i zamknął wszystko w domu tak mocno, że bez użycia szczególnych narzędzi trudno było do środka się dostać. Następnie wraz z dziewczętami, które go nie chciały opuścić, wsiadł do arki i wypłynął na jezioro. Dął lekki wiatr; w niespełna więc pół godziny arka przybiła do miejsca, wyznaczonego na spotkanie. Zaledwie ostatnie promienie słońca znikły po za górami, gdy Delawar ukazał się w głębi lasu, a po kilku chwilach stanął już na nadbrzeżnéj skale, wyglądając wspaniale w pełnem uzbrojeniu. „Dzięki Bogu, Wężu, że przychodzisz.“ przemówił doń Sokole oko, prowadząc go na arkę, którą też natychmiast dla bezpieczeństwa odepchnął od brzegu.
„To Delawar Czyngachguk!“ przedstawił Sokole oko gościa dziewczętom, które też go z wielką uprzejmością przywitały, poczem bezzwłocznie udały się do kajuty, zostawiając mężczyznom zupełną swobodę pomówienia o wzajemnych interesach i naradzenia się.
Między innemi, opowiedział Czyngachguk, że po drodze do jeziora napotkał oddział Irokezów, jak się zwą również nieprzyjacielskie plemiona indyjskie, i przez całą godzinę śledził go niepostrzeżony.
„Mój dobry Wężu,“ przerwał mu Sokole oko, „czyś się czasem nie dowiedział czego o jeńcach Mingosów, ojcu dziewcząt, któreś dopiero widział, i przyjacielu jego, niejakim Hurrym?“
„Czyngachguk widział ich,“ odparł wódz indyjski, „szli oni wolno i niezwiązani za wojownikami, czego rzadko pozwalają swym jeńcom!“
Sokole oko natychmiast pobiegł do sióstr, udzielić im téj pocieszającéj wiadomości; dodał przytem od siebie, że skoro tylko żyją, jest nadzieja, że się uda ich oswobodzić. Poczem powrócił do swego przyjaciela i zdał mu treściwą sprawę z wszystkich swych dotychczasowych przygód. Arka tymczasem zbliżyła się do forteczki i po chwili przybiła do lądu z wielką radością wszystkich, że się cało i zdrowo znaleźli w domu. Znaleziono wszystko w nienaruszonym porządku, tak jak było w chwili odjazdu; po spożyciu zatem skromnego posiłku, obecni mieszkańcy forteczki udali się na spoczynek, którego tak bardzo potrzebowali.





Rozdział VI.
Rokowania. — Uwolnieni z niewoli.

Ze wschodem słońca zerwali się Delawar z Sokolem okiem z swego łoża, a pierwszym ich czynem było udanie się na platformę. Badawczym wzrokiem oglądali się dokoła, obserwując jezioro, na którem martwa panowała cisza. Chcieli już wrócić do wnętrza forteczki, gdy nagle spostrzegli w znacznem oddaleniu coś występującego po nad wodę. Po chwili uważnego wpatrywania się, poznali w tym przedmiocie dwóch indyjskich wojowników. Stali oni na małéj tratwie i zdawało się, że są bezbronni. Cóż mogło sprowadzać tu tych dzikich gości? Natychmiast wszyscy w forteczce śpiesznie przygotowali się do obrony, gdyż niewiadomo było, czy za tratwą nie dąży większy jaki oddział Indjan. Nawet dziewczęta, które zdążyły tymczasowo wstać i ubrać się, przeraziwszy się wielce spodziewanych odwiedzin, uzbroiły się w fuzje. Czyngachguk pozostał z niemi w forteczce, podczas gdy Sokole oko czekał nieprzyjaciela na platformie.
Gdy poruszająca się leniwo tratwa nie więcéj już nad sto kroków była oddaloną od budowli, zawołał Sokole oko do obu stojących na niéj Huronów: „Mówcie, w jakim zamiarze przybywacie tu na tych klocach?“
„Przybywamy do was nie jako wojownicy,“ odpowiedział jeden z nich, imieniem Riwanoak „owszem, chcemy porozumieć się z wami na drodze pokojowéj względem dwóch mężów z waszego domu, których pochwyciliśmy w naszym obozie, a którzy przez szczególną łaskę naszego wodza mogą być wypuszczeni na wolność za odpowiednim okupem.“
„Więc bądźcie pozdrowieni, Irokezowie, w naszym domu!“ zawołał radosnym głosom Sokole oko, pomagając im wdrapać się na platformę.
Czyngachguk i obie siostry, widząc, że na wrogie działania jakoś się nie zanosi, wyszli również na spotkanie Indjan, a gdy się dowiedzieli, że Huronowie przybyli, pragnąc wejść w układy względem wykupu jeńców, ciężki kamień spadł im z serca. Hetty i Judyta pośpieszyły natychmiast do swego pokoju i przyniosły dwie suknie z delikatnéj szkarłatnéj materji, bogato wyszywane w różne wzory; oprócz tego ofiarowały parę wykładanych srebrem pistoletów. Przedmioty te widocznie podobały się Indjanom, uśmiechając się bowiem uprzejmie, przyrzekli, że pomówią z wodzem i jeszcze przed zachodem słońca wrócą z odpowiedzią.
Obaj wojownicy, po skończonych rokowaniach, skoczyli na swą tratwę i powiosłowali z powrotem ku lesistemu brzegowi, o godzinę blizko drogi oddalonemu od forteczki.
Godzina po godzinie upływały; słońce poczęło już chylić się po za pagórki, położone na zachodzie, a ani tratwy, ani też żadnego znaku ze strony Indjan nie było widać. Wreszcie Sokole oko spostrzegł zdala statek, a gdy ten się zbliżył, poznał obu Indjan, u stóp których leżeli związani Hurry z Hutterem.
Tratwa przybiła do lądu. Indjanie zażądali naprzód, aby stojący na platformie rozbroili się, zdjęli więzy z jeńców i, po otrzymaniu przyrzeczonych przedmiotów, pozwolili im połączyć się z swoimi.
Poczem Riwanoak wraz z swym towarzyszem wrócili na tratwę i popłynęli spiesznie do swych współplemieńców.





Rozdział VII.
Nowe plany. — Smutny los.

Niema potrzeby opowiadać tu szczegółowo, z jaką radością witano w forteczce uwolnionych jeńców, po tak ciężkiéj z niemi rozłące. Przy kolacji Sokole oko opowiedział pokrótce, co się działo podczas ich nieobecności; Hutter z kolei również opisał smutne chwile swojéj i przyjaciela niewoli, o wydostaniu się z któréj wcale nie marzyli.
„Ciekawym jednak, czy dzicy nadal zechcą z nami żyć w pokoju, czy też rozpoczną kroki nieprzyjacielskie,“ rzekł Hurry. „Uwolnienie nasze przemawia za tem, że chcieliby pokoju, ja wszakże nie wierzę tym duszom indyjskim; poznałem je zbyt dobrze. Obawiam się mocno, że cała wyprawa Riwanoaka i jego towarzysza to głównie miała na celu, aby dokładnie przyjrzeć się położeniu naszéj forteczki i jéj urządzeniu.“
„To bardzo być może,“ odrzekł Sokole oko, który właśnie wszedł do pokoju, trzymając w ręku małą wiązkę drzewa, obwiązaną rzemieniami z jeleniéj skóry i krwią pomalowaną. „To indyjskie wypowiedzenie wojny,“ dodał, rzuciwszy wiązkę na stół. Wielkie oburzenie opanowało wszystkich. Ponieważ było do przewidzenia, że wróg w większéj ilości nadjedzie wkrótce na tratwach, a w takim razie forteca nie stanowiłaby dość bezpiecznéj obrony, zwłaszcza nocną porą i przy wyszpiegowaniu przez wroga jéj słabych stron, postanowiono zatem uciec na arce. Być może, że się uda ujść przed nadejściem nieprzyjaciela.
Natychmiast wszystkie ruchomości zaczęto przenosić na arkę i, zanim godzina upłynęła, mieszkańcy forteczki płynęli już po jeziorze. Hutter skierował statek ku zachodniemu brzegowi, gdzie też wylądował z wielką ostrożnością. Mężczyzni, trzymając broń w pogotowiu, opuścili arkę pocichu, i, zostawiwszy w niéj dziewczęta, poczęli się bez szmeru przedzierać przez gęstwinę, pilnie uważając, czy gdzie w pobliżu nie ma wroga. Szli tak może kwadrans, gdy wtem ujrzeli w oddaleniu słaby ognik; nie było wątpliwości, że tam Indjanie rozbili obóz. Zbliżali się tedy cichymi kroki; Czyngachguk zdala już przenikliwemi swemi oczyma mógł naliczyć dziewięciu wojowników, którzy niedbale rozłożyli się dokoła ogniska. Postąpili jeszcze kilka kroków naprzód i właśnie chcieli ukryć się za dębem, gdy jeden z nich nastąpił na suchą gałąź. Trzask, jaki wydała, zwrócił uwagę jednego z Indjan, zerwał się więc spiesznie i spostrzegł Sokole oko. Natychmiast głośnym okrzykiem dał znać towarzyszom, że wróg w blizkości. Jak błyskawica zerwali się wszyscy na nogi i, trzymając fuzje w pogotowiu, rzucili się w wskazanym kierunku. Nasi myśliwcy uznali za najstosowniejsze uciekać ku arce, ponieważ wróg siłą znacznie ich przeważał.
Czyngachgukowi z Hurrym i Hutterem udało się zbiedz, lecz Sokole oko, który potknął się o wystający korzeń i upadł, przez co się znacznie w ucieczce opóźnił, tuż prawie przy arce został schwytany przez olbrzymiego Indjanina i z związanemi rękami i nogami odniesiony do obozu.
W niebezpiecznem tem położeniu byłoby największym nierozsądkiem ze strony innych mężczyzn stanąć w obronie przyjaciela: nie uratowaliby go w żaden sposób, a siebie narazili na pewną śmierć lub niewolę. Zostawiwszy go więc jego smutnéj doli, sami czemprędzéj odbili od brzegu, w nadziei, że, jeśli okoliczności pozwolą, uda się im może druha swego oswobodzić.
Gdy Indjanie przyprowadzili do obozu skrępowanego Sokole oko, wielki wśród nich tryumf zapanował. W spojrzeniach wściekłości, jakie rzucali na Sokole oko, widać było jednak niezmierny podziw. Młodzieniec cieszył się bowiem w tych okolicach sławą doskonałego strzelca; z tego więc względu postanowili obchodzić się z nim nie jak z zwyczajnym jeńcem; uwolnili go natychmiast z więzów, odebrawszy poprzednio strzelbę i nóż myśliwski, i dozwolili przechadzać się swobodnie po obozie.





Rozdział VIII.
Powrót do domu. — Znów nieszczęście. — Śmierć ojca.

Wówczas, gdy Sokole oko oczekiwał rozwiązania swéj smutnéj przygody, Hutter z towarzyszami skierował arkę ku forteczce, pragnąc się przekonać, czy też wróg zawitał w jéj progi. Statek był może o dwieście kroków oddalony od domu, a nic podejrzanego nie dało się jeszcze spostrzedz. Cisza grobowa panowała dokoła; nigdzie ani śladu czyjejś obecności. Hutter więc wraz z towarzyszami postanowili wylądować bez wahania, i, zanim jeszcze Czyngachguk zdążył zbliżyć się do przodu statku, Harry z Hutterem znajdowali się już na platformie.
„Pójdź,“ rzekł ostatni do swego towarzysza, „wejdziemy do środka i pootwieramy drzwi i okna; niech też domostwo przybierze weselszą minę.“ Obaj weszli do fortecy; cisza panowała przez chwilę w wnętrzu, gdy nagle rozległ się hałas, co nieustraszonemu zwykle Czyngachgukowi, który po chwili też zeszedł na taras, wydał się jakoś podejrzanym; nadstawił też uważnie ucha. W tejże chwili doszedł go dziki okrzyk Indjan, po którym zabrzmiało przekleństwo Hurrego, następnie zaś zdawało mu się, że ciało ludzkie ciężko upadło na ziemię. Czyngachguk nie wiedział, co począć. Wszystka broń pozostała na arce. Brak wszelkiego podejrzenia co do możliwości niebezpieczeństwa był przyczyną téj fatalnéj nieostrożności. Delawar zdecydował się już wrócić na statek, by chwycić za broń, gdy nagle drzwi domu z łoskotem się rozwarły i ukazał się Hurry, prowadzony z związanemi rękoma przez czterech Huronów.
Na jakiś czas zapanował spokój, z którego skorzystamy, by opisać czytelnikowi, w jaki sposób Indjanie wdarli się do forteczki. Owi dwaj wojownicy, którzy przybyli na tratwie w celu wymiany jeńców, skorzystali, jak się tego zaraz domyślił Hurry, z dogodnéj okoliczności i rozejrzeli się dokładnie w otoczeniu małéj twierdzy. W czasie nieobecności mieszkańców zbliżyli się Indjanie chyłkiem na małych tratewkach, wleźli na dach budowli i zerwawszy z niego kilka kawałków kory, którą był kryty, przedostali się do wnętrza i oczekiwali tam powrotu Huttera.
Zwróćmy teraz znów spojrzenie na platformę, gdzieśmy zostawili Hurrego otoczonego przez pilnujących go Huronów. Z arki, która się o kilkaset kroków oddaliła od forteczki, rozległ się naraz huk kilku wystrzałów; Czyngachguk to i dziewczęta, które się nieźle obchodziły z bronią, wszczęli ze statku ten niespodziany atak. Dwóch Indjan padło trupem na ziemię; po kilku chwilach zginęli i inni, którzy usiłowali na łódce zbliżyć się do arki.
Teraz mógł już Czyngachguk spokojnie wylądować. Wyskoczył na platformę, a za nim obie siostry. Gdy Delawar zajmował się przecinaniem więzów Hurrego, dziewczęta pobiegły tymczasem do domostwa, z wielkim w sercu niepokojem o ukochanego ojca. W domu panowała głęboka cisza, z jednego tylko zakąta wydobywał się od czasu do czasu jakiś jęk bolesny. Z bijącem sercem pośpieszyły siostry w tę stronę; jakiż widok roztoczył się przed ich oczyma! Ojciec ich leżał, oparty plecami o ścianę, z głową bezwładnie na pierś pochyloną. Judyta, zdjęta fatalnem przeczuciem, zbliżyła się doń i zdjęła kapelusz, wciśnięty głęboko na czoło. O zgrozo! głowa Huttera była pozbawioną skóry; został on żywcem oskalpowany! Czyngachguk i Hurry, którzy również nadeszli, zostali głęboko wstrząśnięci tym przerażającym widokiem. Stary Tom usiłował jeszcze przemówić, lecz tylko głębokie westchnienie zdołało się wydrzeć z jego piersi; poczem pochylił głowę i duch jego opuścił powłokę ziemską.
W głębokiéj boleści stały córki nad trupem drogiego ojca, który właśnie teraz był im tak potrzebny. „Dobry był to człowiek i dzielny myśliwiec,“ rzekł Hurry z żalem, a i Czyngachgukowi kręciły się łzy w oczach.
Tegoż dnia jeszcze dokonane zostały przygotowania do pogrzebu. Trup został zaszyty w prześcieradło i spuszczony w fale jeziora w tem samem miejscu, gdzie przed laty żona Huttera grób znalazła.
Czyngachguk i Hurry pojmowali doskonale, że się sami nie zdołają czas dłuższy w forteczce utrzymać; a trudno było wątpić, że Indjanie po walce, która się dla nich tak nieszczęśliwie ukończyła, ponowią niebawem atak w wzmożonéj liczbie. Hurry postanowił tedy udać się wprost do jednéj z bliższych załóg angielskich, by prosić o pomoc przeciwko zbójcom Huronom. Ruszył on zaraz nazajutrz w drogę, prosząc Czyngachguka, by się tymczasem opiekował osieroconemi dziewczęty.





Rozdział IX.
Jeniec w obozie indyjskim. — Niespodziewana pomoc. — Zrządzenia boskie.

Wróćmy teraz do obozu Indjan, gdzieśmy w jednym z poprzednich rozdziałów zostawili Sokole oko. Po owéj nieszczęsnéj przygodzie w lesie, złe chwile oczekiwały biednego jeńca. Pewnego poranku zebrała się dokoła niego cała horda dzikich; nastąpiła nic dobrego nie wróżąca cisza. Sokole oko zauważył, że kobiety i dzieci przygotowują strzałki z mocnych korzeni jodłowych, które zwyczajem indyjskim bywają wbijane w ciało więźnia i późniéj zapalane. Wtem zbliżyło się do niego trzech młodych Indjan i poczęło go wiązać powrozami. Starsi wojownicy wodzili tymczasem palcem po swych toporach, jakby próbując, czy są dostatecznie naostrzone.
Sokole oko nie opierał się wcale. Pozwolił spokojnie skrępować sobie ręce i nogi, i przywiązać się mocnymi skórzanymi rzemieniami do drzewa. Była to dlań jednak okropna chwila; śmierć w najsroższych męczarniach z pewnością nie minęłaby go, gdyby nie zaszło coś zupełnie niespodziewanego.
Usłyszano nagle w lesie jakieś dźwięki niezwykłe. Indjanie, jak jeden mąż, zerwali się i pilnie nadstawili ucha. Dźwięki owe były regularne i ciężkie, jakby kto wielkim młotem równomiernie w ziemię uderzał. Wgłębi lasu, między drzewami, ukazały się jakieś postacie i po kilku chwilach ujrzano oddział maszerującego mierzonym krokiem wojska angielskiego, którego czerwone mundury zdala już jaśniały na tle zieleni drzew. Trudno opisać scenę, jaka tu nastąpiła. Zapominając o przywiązanym do drzewa więźniu, w największym popłochu i przerażeniu rozbiegli się dzicy wojownicy. Lecz żołnierze otoczyli ich ze wszystkich stron; zaczęli się więc zażarcie bronić, wydając okropne okrzyki rozpaczy. Wkrótce rozległ się tryumfalny okrzyk zwycięzkich anglików. Kilku tylko Indjan zdołało umknąć, reszta padła na polu bitwy lub wziętą została w niewolę; lecz i anglicy ponieśli dotkliwe straty. Pomiędzy poległymi znajdował się dzielny Hurry. Jeden z Indjan uderzeniem siekiery rozplatał mu czaszkę. Pogrzebano go uroczyście i, uwolniwszy Sokole oko z rozpaczliwego położenia, udali się żołnierze do fortecy, dokąd ich zawiózł Czyngachguk na arce.
Tu naszych bohaterów nowy oczekiwał smutek. Znaleźli oni Hetty na łożu boleści, pasującą się z śmiercią. Wstrząśnięta wypadkami ostatnich dni, wpadła w okropną gorączkę, która pożerała ostatnie jéj siły. Gdy Czyngachguk z Sokolem okiem przystąpili do jéj łoża, anioł śmierci rozpostarł już swe cienie na bladéj twarzyczce. Rozpaczą miotana, stała Judyta nad zwłokami, a i reszta gości nie mogła na widok przedwcześnie zgasłéj dzieweczki oprzeć się wzruszeniu. W kilka godzin potem została Hetty spuszczoną na dno jeziora w miejscu, gdzie byli pochowani jéj rodzice, i Judyta łzami oblała jéj wodną mogiłę.
Cichym tym pogrzebem zakończono dzień, i wkrótce potem wszyscy leżeli już pogrążeni we śnie głębokim. Udano się tak wcześnie na spoczynek, albowiem wojsko angielskie z brzaskiem dnia pragnęło wrócić do kwatery. Uderzenie bębna zwiastowało świt; po spożyciu skromnego posiłku, wsiedli żołnierze na arkę, i wylądowawszy na brzegu jeziora, daléj już udali się piechotą. Dowodzący wojskiem oficer, nazwiskiem Warley, prosił Judytę, by udała się wraz z nim do miasta, gdzie będzie przyjętą do grona jego rodziny. Dziewczę chętnie przyjęło zaproszenie; cóż bo miała robić samotna w téj odludnéj okolicy, gdzie straciła wszystkich ukochanych, gdzie prócz tego nigdy nie mogłaby być bezpieczną przed napadem dzikich.
Zamknąwszy wszystko starannie w forteczce, wsiadła Judyta wraz z uprzejmym oficerem na statek. W milczeniu siedząc obok Sokolego oka, nie spuszczała oka z malejącéj zwolna w oddaleniu forteczki, w któréj spędziła całe prawie życie, a którą teraz po tylu smutnych doświadczeniach i wstrząśnieniach być może na zawsze opuszczała.
Statek przybił wreszcie do brzegu. W miejscu wylądowania pożegnał się Czyngachguk z Judytą i Sokolem okiem, pragnąc udać się z powrotem do siedlisk swego plemienia. Następnego dnia wieczorem znajdował się już u celu podróży, przyjęty z radością przez współplemieńców. Dzielny ten Indjanin odznaczył się późniéj nieraz w walkach, jakie ustawicznie toczyli Delawarowie z sąsiedniemi plemionami; coraz większą zdobywał sławę i poważanie wśród swego ludu, aż wreszcie i jego ostatnia uderzyła godzina. Padł w boju z dzikimi Huronami, i leży pochowany niedaleko znajomego nam jeziora. Sokole oko, który się zaciągnął do angielskich szeregów, zdobył niejedno odznaczenie w wielu krwawych potyczkach i wysokich dostąpił zaszczytów. Piętnaście jednak lat upłynęło, zanim znalazł się ponownie w znanéj nam forteczce.
Na statku, co jeszcze stał u brzegu i wymagał poprzednio znacznéj naprawy, pożeglował przez jezioro. Ząb czasu zostawił swe ślady na małéj twierdzy. Burze już dawno dach zniszczyły, pale w większej części przegniły. Jeszcze zim kilka, jeszcze parę potężnych huraganów, a chylące się domostwo znajdzie grób w wodach jeziora.
Z ciężkiem uczuciem w sercu opuścił Sokole oko te strony, do których go tyle wiązało wspomnień. Nigdy ich wszakże nie zobaczył więcéj; w kilka lat po owych odwiedzinach padł rażony kulą nieprzyjacielską na polu chwały. Judyta, która resztę żywota spędziła wśród rodziny poczciwego oficera Warleya, opłakała dzielnego męża i na wieki zachowała pamięć jego w swem sercu.






Przypisy

  1. Rzecz niniejszego opowiadania toczy się w środku zeszłego stulecia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Fenimore Cooper i tłumacza: anonimowy.