Sokole oko/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Sokole oko
Pochodzenie Na dalekim zachodzie
Data wydania 1890
Wydawnictwo G. Centnerszwer
Drukarz Zakłady Artystyczne w Monachium
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Deerslayer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Rozdział IV.
Niebezpieczne położenie. — Przygoda.

Sokole oko zatem zostawiony został samotnie swojemu losowi. Pojmował on dobrze, jak niebezpiecznem i przykrem było jego położenie. Towarzysze jego byli w niewoli, a pomódz im nie mógł; w fortecy znajdowały się potrzebujące opieki dziewczęta, do których pośród ciemności nocnych niełatwo było samemu drogę znaleźć. Przywiązał zatem jedną łódkę do drugiéj i wypłynął na środek jeziora, poczem położył się na dnie statku, by trochę wypocząć; łódkę tymczasem powierzył falom. Wzruszenia ostatnich godzin tak go zmęczyły, że po kilku minutach wbrew woli zapadł w miły, lecz twardy sen, z którego dopiero z brzaskiem dnia się zbudził.
Podczas nocy zbliżył się o tyle do podnóża góry, która na wschodnim brzegu jeziora stromo się wznosiła, że wyraźnie mógł usłyszeć świegotanie ptaków. Zerwał się przytem tak silny, a niepomyślny wicher, że łódka z nadzwyczajną szybkością mknęła ku lądowi. Nawet z wytężeniem wszystkich sił nie zdołał jéj nadać innego kierunku; mało miał zatém nadziei, by go w tem miejscu nie wyśledziło bystre, a czujne oko Indjanina.
Niewiedząc, co począć, złożył w zamyśleniu wiosło i sięgnął po strzelbę, spodziewając się lada chwila napadu; w istocie, nie zdążył jeszcze ująć strzelby w dłonie, gdy kula tak blizko jego głowy zaświstała, że się cofnął zmieszany i jak długi rozciągnął na dnie łodzi. Za kulą rozległ się okrzyk i w tejże chwili z zarośli, pomachując siekierą, wyskoczył Indjanin na sam brzeg przylądka, o piasek którego uderzyła łódka. Sokole oko, widząc niebezpieczeństwo, zerwał się natychmiast i wymierzył fuzję. Jednak... przez chwilę się wahał: po raz pierwszy mianowicie godził na życie człowieka. Widząc wszakże, że pozostaje mu do wyboru: zabić lub być zabitym, pociągnął za cyngiel i Indjanin z okropnym krzykiem padł na ziemię. Uczucia, jakich w téj chwili doznawał Sokole oko, były nie do opisania. Żal i współczucie szły na przemian z tryumfem. Nabiwszy ponownie fuzję, wyskoczył z łódki i zbliżył się do Indjanina, który leżał na wznak nieruchomo; żył jednak jeszcze, gdyż wzrokiem powodził niespokojnie, bacząc na każdy ruch zwycięzcy. Widocznie oczekiwał śmiertelnego ciosu, jaki miał poprzedzić zdarcie skalpu; lecz Sokole oko, odgadując jego myśli, usiłował uspokoić śmiertelną obawę dzikiego.
„Uspokój się, czerwona skóro,“ przemówił, „nie masz się już więcéj czego obawiać; skalpowanie nie jest moją rzeczą; przeciwnie, chcę ci jaką ulgę w cierpieniu przynieść, jeśli mogę.“
„Wody!“ wyszeptał trawiony pragnieniem Indjanin, „daj wody biednemu Indjaninowi!“ — „Cierpliwości, wnet ją mieć będziesz,“ odrzekł Sokole oko z litością, poczem, wziąwszy dzikiego w objęcia, zaniósł go do jeziora, gdzie ciało jego umieścił w ten sposób, że mógł do woli zaspokoić palące jego wnętrzności pragnienie. Kilka jeszcze minut siedział ranny, oparty plecami o skałę, na brzegu jeziora, aż wreszcie pochylił głowę i oczy zamknął... na wieki. Ostatnie spojrzenie, jakie rzucił na Sokole oko, pełnem było słodyczy i przebaczenia.
„Duch jego uleciał,“ rzekł Sokole oko tonem zgnębionym i smutnym, poczem oparł ciało, które się na ziemię zsunęło, ponownie plecami o skałę, nadając mu położenie siedzące. „Jam twéj śmierci nie pragnął, Indjaninie,“ dodał uniewinniając się; „sameś zostawił mi do wyboru, zabić cię, lub być zabitym przez ciebie, musiałem więc postąpić, jak każdy postąpiłby w mem położeniu. Bóg widzi, jam tutaj nie winien.“
Słowa te wymawiał częścią głośno, częścią szeptem, gdy wtem rozmyślanie jego przerwało ukazanie się o kilkaset może kroków od miejsca wypadku, drugiego Indjanina. Był to niezawodnie szpieg, którego na dźwięk strzału wysłano, by się dowiedział, co się stało. Gdy zauważył Sokole oko, wydał głośny okrzyk, na który w tejże chwili odezwało się z rozmaitych stron wiele innych okrzyków. Sokole oko, pojąwszy wnet grożące mu niebezpieczeństwo, w kilku susach już znajdował się w łodzi i potężnemi uderzeniami wiosła oddalił się od brzegu. Wiatr zmienił kierunek, dzięki czemu udało mu się tak daleko wypłynąć na środek jeziora jeszcze przed nadejściem dzikich, że go już żadna kula dosięgnąć nie mogła.
Indjanie wpadli w gniew okrutny, gdy znaleźli pod skałą martwe ciało towarzysza; cofnęli się więc do lasu, poprzysięgając Sokolemu oku straszną zemstę.
Słońce wysoko już stało na niebie, gdy Sokole oko przybył do fortecy starego Huttera. Judyta i Hetty przyjęły go na platformie z wielką obawą i niepokojem.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Fenimore Cooper i tłumacza: anonimowy.