Sokole oko/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Sokole oko
Pochodzenie Na dalekim zachodzie
Data wydania 1890
Wydawnictwo G. Centnerszwer
Drukarz Zakłady Artystyczne w Monachium
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Deerslayer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Rozdział III.
Na tropie wroga. — W niewoli.

Hutter stanął na czele wyprawy. Uprzedziwszy córki o swem przedsięwzięciu i jego celu, wsiadł do łodzi wraz ze swymi towarzyszami i w możliwéj ciszy powiosłował ku wybrzeżu. Nocną porą, wśród głębokich ciemności, wyprawa taka najeżoną była niebezpieczeństwy; Hutter jednak pewną dłonią kierował łodzią i po upływie pół godziny przywiódł ją do określonego miejsca. Zanim wylądowali, obejrzeli się starannie dokoła, czy gdzie nie widać światła, lub innego podejrzanego znaku. Nie spostrzegłszy wszakże nic niepokojącego, wyskoczyli bezpiecznie na ląd; Hurry i Hutter ze strzelbami w pogotowiu udali się wgłąb lasu, Sokole oko zaś pozostał na straży przy łódce.
Drzewo, w którego wydrążeniu ukrytą była łódka, znajdowało się o kilkaset kroków na pochyłości wzgórza. Grobowa cisza panowała w lesie; myśliwcy nasi, nie zauważywszy nic, coby ich zatrwożyć mogło, dosięgli celu podróży. Hutter z największą ostrożnością wydobył łódkę z wydrążenia, wziął ją na barki i zeszedł wraz z Hurrym powolnym krokiem z stroméj pochyłości, kierując się ku jezioru. Po niejakim czasie, połączyli się z Sokolem okiem i zepchnęli łódkę na wodę, obok téj, na któréj przyjechali. Będąc obecnie w posiadaniu wszystkich łódek, czuli, że bezpieczeństwo ich wzrosło znacznie. Popłynęli następnie w miejsce, zkąd z łatwością można było objąć okiem całe wybrzeże zatoki. Naraz wiosła zawisły nieruchomo w powietrzu: w pewnem oddaleniu dało się widzieć światło, które po dokładniejszem wpatrzeniu się wydało się dogasającym ogniskiem. Nie było najmniejszéj wątpliwości, że ognisko to roznieconem było w obozie Indjan. Że się z ich obecności tak blizkiéj można było spodziewać napadu dnia następnego, zapragnęli więc nasi myśliwcy dowiedzieć się o liczbie i uzbrojeniu dzikich wojowników.
Sokole oko miał zatem pozostać z łódkami na jeziorze, trzymając się jednak, o ile możności, najbliżéj brzegu; Hurry tymczasem z Hutterem tajemną ścieżką poczęli się skradać pocichu ku widniejącemu zdala światłu.
Może sobie czytelnik wyobrazić, z jakiem naprężeniem oczekiwał młodzieniec, siedząc samotny w łódce, jaki też obrót przyjmą rzeczy.
Upłynęła już cała godzina od czasu, kiedy myśliwcy znikli w lesie, gdy nagłe do ucha Sokolego oka dobiegł dźwięk, który niepokojem napełnił jego serce. Zaczął się uważniéj przysłuchywać, i wnet doleciał go krzyk przenikliwy, brzmiący jakiemś przerażeniem, jakby go komu wydarła świadomość najokropniejszego niebezpieczeństwa. Sokole oko uderzył wiosłem i, zbliżywszy się do brzegu, usłyszał wyraźnie trzeszczenie suchych gałęzi i odgłos kroków. Wahał się przez chwilę w niepewności, co czynić, gdy nagle padło pięć, sześć strzałów. Po strzałach rozległ się dziki okrzyk i w zaroślach dała się słyszeć wrzawa, z któréj dokładnie można było poznać, że tam toczy się walka na zabój.
„Puśćcie mię, żmije malowane!“ rozległ się gniewny głos Hurrego. „Dzicy okrutnicy, nie dość wam, że macie mię w swéj mocy, chcecież mię jeszcze koniecznie zadusić?“
Teraz nie wątpił już Sokole oko, że towarzysze jego zapuściwszy się widać zbyt daleko, dostali się w moc dzikich; ponieważ jednak nie wiedział, jak ma postąpić, dał z łodzi sygnał porozumienia.
Hutter usłyszał go i zrozumiał natychmiast. „Trzymaj się od lądu zdaleka!“ zawołał gromkim głosem. „Jesteśmy wzięci w niewolę; bezpieczeństwo moich dzieci na tobie jednym teraz spoczywa. Użyj całéj przezorności, aby ujść przed dzikimi. Bóg cię nie opuści i szczęśliwie doprowadzi do fortecy. Żegnaj mi i bądź błogosławiony!“
„Bądź bez obawy!“ zawołał, uspakajając go Sokole oko. „Będę twych córek bronił do ostatniej kropli krwi.“
„Dobrze, Sokole oko, czyń, co jesteś w stanie!“ zawołał z kolei Hurry, który, strzeżony przez dwóch Indjan, leżał z związanemi rękami niedaleko Huttera. „Podług mnie jednakże,“ dodał, „byłoby najlepiéj, gdybyś natychmiast udał się do forteczki, zabrał obie dzieweczki wraz z zapasem żywności do łodzi i pożeglował ku miejscu, gdzieśmy dzisiaj przybyli. Ztamtąd udaj się prostą drogą do Delawarów. Co się mnie tyczy i starego Toma, to kto wie, czy nas Indjanie jeszcze téj nocy nie oskalpują.“
Tu przerwało Hurremu mowę mocne uderzenie szorstką dłonią w usta, znak, że jeden z dzikich tyle rozumiał po angielsku, iż to i owo pojmował z rozmowy naszych znajomych. Wkrótce potem zagłębili się Indjanie w las, uprowadzając Huttera i Hurrego, nie stawiających już teraz żadnego oporu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Fenimore Cooper i tłumacza: anonimowy.