Sny (Komierowski, 1845)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor J. Krajoski
Tytuł Sny
Pochodzenie Jawy
Data wydania 1845
Wydawnictwo Józef Komierowski
Druk Bourgogne i Martinet
Miejsce wyd. Paryż
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron


W koło pusto, dziko, smutnie;
W koło żale i tęsknota,
Ziemia modli się pokutnie
Do minionych dni żywota.

«Czyż Ci ziemio braknie synów,
Że nam dajesz tylko łkanie?
Czyż tak skarlał kraj olbrzymów,
Że go na łzy tylko stanie?

Gdzież postacie dumne, śmiałe?
Gdzież te serca lwie bez trwogi?
Tak szlachetne i wspaniałe,
Wielko-piękne — jak półbogi?


Gdzie pancernych roty mężne?
Gdzie ich wodze bracia bratu?
A dla wroga tak potężne,
Ze postrachem były światu.

Gdzież duch wielki, wielkiéj siły?
Czyż gdy marło święte ciało
I duch zstąpił do mogiły?
I nic z Polski nie zostało?

Gdzież ubiegłėj chwały pieśnie;
Bohaterskiėj cnoty czyny?

Ziemio! nie jęcz tak boleśnie,
Ale pociesz twoje syny.

Ziemio! wskrześ nam przodków cienie;
Oni sława otoczeni,
Nas ostrunią w swe promienie,
I duch nasz się rozpłomieni.


Kiedyż nie wstał na głos syna,
Duch zaklęty — duch rodzica?
Kiedyż Ojca syn wspomina
I synowska pierś, źrenica,
W myśl się Ojca nie zachwyca?

Tak i na głos mojéj pieśni,
Wstali z grobów w święte chóry
Wielcy, święci, niecieleśni.
Tak i wzrok mój dziś ponury
Przejrzał ciemne, ziemskie, chmury.

I stanąłem w duchów kole,
I patrzyłem w ich oblicza,
Jakbym czytał własną dolę,
Czerpał ogień, co użycza
Nieśmiertelny płomień Znicza.

Lecz oblicza, wielkich, świętych,
Jak me serca dziwnie drżały,
Jakby w słowach niepojętych,

Dziękowały, przeklinały
I o wielkość swą pytały.


∗             ∗

O Ojcowie! są dziś dzieci,
W których wielkość wasza żyje,
Ale słońce im nie świeci,
Ale noc olbrzymów kryje.

Lecz postąpcie w moje ślady,
Chcecież widzieć? zobaczycie —
Wśród morderstwa, pośród zdrady,
Silne, pełne, święte życie.

Patrzcie — oto szubienica,
Matka u stóp w bolach klęczy.

Ale cicho —
Bo za miłość dziś rodzica,
Rodzic długo w lochu jęczy.
Patrzcie daléj:

Tutaj gonią nas morderce;
Brat podaje bratu rękę.

Ale cicho —
Za braterskie dzisiaj serce,
Trzeba ponieść straszna mękę.
Patrzcie daléj:
Waszą świętą kryją blizny,
Tysiąc rąk się ku niej garnie,

Ale cicho —
Bo za miłość dla ojczyzny,
Najstraszniejsze dziś męczarnie.

Patrzcie dalej: ot pieczara,
Loch wilgotny i ponury;
W tej pieczarze — miłość, wiara,
Idą ciągle na tortury.

Jednak olbrzym, przy olbrzymie,
Wznieśli dumny wzrok do góry,
Myśl im wielka w oczach drzymie,
Z nią męczeństwo i tortury.


Jakbyś świętych odkrył kartę,
Każdy wielkość, męztwo marzy,
Każdy serce ma rozdarte,
Jednak uśmiech lśni mu z twarzy.

Tu nieznane, rozpacz, łkanie,
Jak posągi stoją dumne,
Czując w piersiach zmartwychwstanie,
Z męztwem ścielą sobie trumnę,

I olbrzymie te postacie,
Do męczarni, do morderstwa,
Czeka jeszcze skarga braci,
Czekają bicze szyderstwa.

Ha ojcowie! czyliż męztwo?
Wy co światłem już patrzycie,
Tam gdzie idzie w ślad zwycięztwo,
Tam widzicie i wielbicie?

Patrzcie daléj:
Polak, Moskal, tu pod pieczą,
Przenajświętszéj ich Ojczyzny,


Wzajem rany ciężkie leczą,
I całują święte blizny.

Wy nieśliście tam gonitwy,
Gdzie wzywała was obrona;
Lecz korona, Polski, Litwy,
Slubem Bożym połączona.

Tak i dzisiaj — kres jest bliski,
Jedna gwiazda nam promieni,
Dziś braterskich rak uściski,
Jutro będziem połączeni.

Już przesądy prysły stare.
Polak, Moskal, dzisiaj gości
Jedną z Boga świętą wiarę,
I wolności i miłości.

A gdy wiarą czas pomiata,
W Chrystusa patrzymy lica,
I Chrystusa tajemnica,
Płynie życiem w cnotę świata.


A jak Syn Boga Rodzicy,
Świeci z krzyża wysokości;
Z wysokości szubienicy,
Płynie życie krwią wolności;

I już wolny od przeklęstwa,
Zniebiał głos nasz — i wołanie;
A ostatni trup męczeństwa
W światy zagrzmi (przebacz Panie,
« Barbarzyńcom i głupocie. »
Potém w krwawym męczarń pocie,
Aż w Boga Ducha wytęży,
Bogiem westchnie
i zwycięży.


∗             ∗

Tu szum powstał — jak w śród burzy,
Kiedy wichry dạb schwytały;
Dạb się chwilę w wichrach nurzy,
Potém wzlata w wichrów wały;
Tak i duchy mnie schwytały,

I poniosły przez step cichy,

W świat zepsucia. —
Świetna sala,
Tutaj pienią się kielichy,
Tam znów złoto się przewala,
Od Polaka do Moskala,
Od Moskala do Polaka,
I panuje jedność taka,
Jakbyś wszedł pomiędzy braty,
W kraj szczęśliwy i bogaty.

Choć maleńka jest różnica;
Bo gdy Moskal się gdzie zbliża,
To blednieją Polskie lica:
Każdy prędko — jak myśl chiża,
Tysiąc pochlebstw, bluźnierstw powie,
Potem się pokornie dowie,
Że jest durak, źle się bawi,
Choć zaszczycon w świetnym gronie;
Ale wszystko chętnie strawi,
Byle tylko był w salonie.

I widziałem tu w tém kole,

Sam widziałem, pewno z bliska,
Mych braci z hańbą na czole;
Lecz przemilczę ich nazwiska,
I Polskiéj karty nie zmażę:
Niechaj podłych piekło karze,
Niech ich Moskal sam osławi,
Niech im drugi pomnik stawi.

Dalėj znów, wybladłe lice,
Rozpustników poznasz z twarzy,
Z różnych krain — lwy i lwice,
To Czerkiesi, to Tatarzy,
Kto się zdarzy, jak się zdarzy,
Byle był hrabiowskiéj rasy,
Lub miał czyn wysokiéj klassy.

Skoro struny tan zabrzmiały,
Każdy tańczy choć się zżyma,
I uważnie z klassa trzyma;
Co już najmniej z Generały,
Niższych czynów w salach niema.


I widziałem tu w tém kole,
Sam widziałem pewno, z bliska,
Me siostry z hańbą na czole,
Lecz przemilczę ich nazwiska,
I polskiej karty nie zmażę,
Niech Bachantki wzgarda karze;
Niech ich Moskal sam osławi,
I rozpuście ołtarz stawi.

Daléj dla Moskwy pikniki.
Tańczcie, tańczcie, serca z lodu,
Wśród wesela i muzyki,
Jakiś jęk się przedarł dziki.....
Tańczcie, tańczcie, serca z lodu;
To są tylko jęki...... głodu.

Tańczcie, tańczcie, aż do śmierci,
Wam muzyką, nędza, płacze....
A gdy trupa robak zwierci,
To niech duch wasz jeszcze skacze.

Daléj cha! traf wyśmienity:

Moskwa salony otwiera;
A więc hurra! na wizyty,
Lecz i tu się jęk przedziera,
To nic — kończ fraz kwiatolity,
To brat w więzieniu umiera.

Kończ, kończ, frazes kwiatolity,
Ja cię skargą nie poniżę,
Kto od braci się odłączył,
Kto najezdców stopy liże;
Tego z hańbą ślub połączył,
Da szpiegostwa mu zaszczyty,
Kończ, kończ, frazes kwiatolity.

Daléj znowu, szły szeregi,
Jakby podle piekieł straże,
Na ich czołach napis « szpiegi »
Jakżeż ciężko Bóg mnie karze!!

Lecz niech hańba w oczy pali,
Niech rwie piersi, serce ściska,
Jezyk mój się nie użali,

I przemilczę ich nazwiska,
I Polskiéj karty nie zmażę.

Ale drżyjcie piekła dzieci,
Bo ta hańba mnie przeżyje,
Co na waszych czołach świeci;
A gdy Anioł zemsty wzleci,
Któż wam piętno z czoła zmyje?


∗             ∗

I jak księżyc smutnie toczy
Blade światło z swego koła,
Tak ja smutnie wzniosłem oczy
Na zgniewane Ojców czoła.

Lecz coż widzę? Ojców serca
Wskróś przeszyły, zgrozy miecze,
Z napisami: « syn morderca. »
W twarz ich, hańba dzieci siecze;

Chcieli przekląć nas straszliwie,
Więc — jeknąłem duchem prośby,

Tak jęknąłem przeraźliwie,
Żem zagłuszył Ojców groźby.

I Zadrżeli —
A w tém drżeniu;
Ja widziałem i słyszałem,
Jakby słowa w pełnym brzmieniu,
Że nieszczęsny tak jęczałem,
Jak umarłéj nędzy cienie,
Gdy mszczą krzywdy w dzikim dźwięku,
I biczują ich sumienie. »

A jak echo mego jeku,
Tak jęczała ziemia cała,
Niby sądu już czekała,
Niby z życiem się już męczy,
I natura cała jęczy.

W tém, o dziwy
Płyną straszno dzikie larwy,
Bez imienia i bez barwy,

Jakby widne szły rozpacze,
To znów wdów i sierot płacze.
Niby trup się jakiś wlecze,
Na wpół żywy, pół nieżywy,

To znów kość o kość się szczęka,
Jak zawistne Ojców miecze,
To znów krew strumieniem ciecze;
Niby — cała świata męka,
Od wielkiego Boga Syna,
Do strasznego Antychrysta,
Zbrodnie światu przypomina.
Krwawa — dzika — płomienista,
Na głos jęku tu przybywa,
Zemsty chciwa — sądu chciwa.

W nieśmiertelnym Ojców kole,
Osłupiały smutny stałem,
I słyszałem głos rozpaczy,
Jakby czyśca męki, bole,
Więc, — zdziwiony w głos pytałem,
Co ten straszny obraz znaczy?


Lecz wciąż głucho, wciąż milczenie,
I wciąż wielkie Ojców cienie,
Dziwnie smutno, strasznie drżały,
I w ciąż jedno jęku brżmienie,
I w ciąż larwy się słaniały.

Osłupiały, smutny, stałem
I rozpaczy szmer słyszałem.
« O dzień sądu sprawiedliwy,
Dzień boleści, dzień straszliwy! »


∗             ∗

W tém zabłysnął Anioł biały,
Jakby promień Boga czysty,
Otoczony słońcem chwały,
Jasny, żywy, promienisty;

Miał na piersiach znak zbawienia;
Wiary, nadziei, miłości;
Wzniósł znak męztwa — dusz dzielności
I w anielskie zabrzmiał pienia:


« Oto koniec świata złości,
« Oto Era odkupienia,
« Niechaj wstają dnie miłości;
« Wy zaś ze mną duchów cienie,
« We łzach, w mękach, w bólach; syny
« Dopełnili w was zbawienie,
« Odkupili wasze winy. »

Tu zniknęli — mnie się zdało
Że się życie nowe lało,
Żywe, jasne, pełne, święte,
Ale w przyszłość tak zaklęte,
Żem go nie mógł objąć ciałem,
Że wymówić go nieumiem,
Choć w jasnościach go widziałem,
Choć go czuję, choć rozumiem,
Choć z nim duszę moją zlałem.

Ale życie niezaginie,
Gdy je nasza myśl ozłaca;
Wiecznie w przyszłość, w Boga płynie,
Wiecznie w piersi ludzkie wraca,

Jak muzyka, pełna dźwięku,
Choć w przestrzeniach się roztrạca,
Żyje wiecznie w mistrza ręku.

Tak i nasza myśl gorąca,
W przyszłość leci, karmi, świeci,
Potępiona czy zbawiona,
Jak do Matki swojéj dzieci,
Do naszego wraca łona.

Duchy znikły — mnie się zdało —
Że ich życie we mnie wrzało,

Mnie się zdało — że świat cały
Ja ustroję w hymny chwały,
W wtór anielskiéj myśli, — pienia;
Że tę chwilę odkupienia
Którą brzmiała pieśń Anioła,
W wszystkiem piersi wjęknął — włożył,
Że ich wiodę do Kościoła
Który Anioł biały stworzył.


I niewinny, niewiadomy,
Jak dziewica siłą czucia,
Chciałem podbić dusz ogromy,
Chciałem spalić brud zepsucia.

Więc płomienny chciwie, żywo,
Myśl ma niosę między ludzi,
Ale ludziom, dziwne dziwo,
Że ich głos nieznany budzi;

Żem im przyniosł takie życie,
Co miłością się nazywa,
Z którym dola jest szczęśliwa
A przybywa nie w karecie, —
I poddanych dworzan niema,
Miasto szabli, wieńce trzyma,

Każe myślą podbić wroga,
A co myślą nie wyleczem,
Co nieuzna prawdy Boga,
To dozwala wyciąć mieczem;

Myśl! co hanbą gardzi w bracie,
Kocha nawet nieprzyjacioł.

Dziwne ludziom te postacie,
Więcem — gorzko zęby zaciął,

I wróciłem do méj wioski,
By zmarnować młode lata,
W ziemię worac twarde troski,
Kochać świat lecz nieznać świata.

I witały mnie te strzechy,
Szczerzéj, czulej, niż pałace.
I doznałem tu pociechy,
Téj pociechy — co to płacze.

I witały mnie te strzechy,
I niewinne ludu prace,
I niewinne ich uciechy,
I maleńkie ich rozpacze,
I niewinna chociaż płocha
Myśl o szczęściu, własnej strzechy,

I doznałem tu pociechy,
Téj pociechy — co to kocha.

Pod dąb biegłem rozłożysty,
Żeby spocząć sercu — duszy —
Dąb kochany, bo ojczysty,
Coś miał z życia mojéj duszy.

Ztad spojrzałem w okolice,
Ach! pamiątek tyle, tyle —
Ile życia w mojej duszy!
Tu rodzina — tu rodzice —
I tu żywe, szczęsne chwile
Com przeigrał dzieckiem mile.

Kogoż pamięć ta niewzruszy?
Którą żywą, błoga, w duszy
Hałas świata długo głuszy,
Kiedy hałas świata minie,
I uczucie znajdzie świadka;

Gdy z kamienia, z drzewa, z kwiatka,

Myśl znajoma się rozwinie
I w objęcia serca płynie. —

O! wy drodzy — droga chatko —
I najdroższa matko — matko!
O ja ciągle żyję z Ciebie,
Z Ciebie cała świętość moja,
Ty mnie kochasz, jeszcze w Niebie,
Ty mnie czujesz, jak ja Ciebie —

I mówiłem cicho, skromnie,
Gdyby Matka przyszła do mnie.
W tem, jak na słów mych zaklęcie,
Na promieniach łaski Boga,
Płynie do mnie moja droga,
I ujęła mnie w objęcia.

I omdlało moje ciało.
Bo to rozkosz jest dziecięcia,
Gdy w pieszczotach głowę tuli;
Że zniemaga zdrowe ciało,
I że serce tak rozczuli,

Jak gdyby mu brakowało,
W tych pieszczotach — Wniebowzięcia. —

Matko droga — Matko droga,
Ty mnie ciągle wiedziesz w Boga;

Ale patrzaj — twoje dziecie
Mówić z bracią swą nieumie;
Więc myśl tylko w piersiach tłumi,
I usycha w życia kwiecie,

I mnie jakaś boleść gniecie,
Może tylko głos mój szumi,
Lub jest kłamstwem na tym świecie;
Bo gdy świat mnie nierozumié,
Tom ja winien — świata dziecie.

Więc uciekam w to ustronie;
Ależ Matko — Matko droga;
Choć za myślą twoją gonię,
Chociaż Ty mnie wiedziesz w Boga,

Jednak zkąd te utrapienia,
Zkad ten świat mi szepce skrycie,
Że ja, Boga i zbawienia,
Nie ogarnę w moje życie,
Jeśli zwrócę w Niebo pienia,
Ludziom cisnę tylko żałość —
Że ja zranię świata całość,
Gdy zeń wyjmę moje życie,

Matko Matko — daj mi stałość,
Lub jak kochasz, pociesz dzicie.


∗             ∗

Utuliła mnie ma święta;
I uczułem rozkosz błoga,
Jaką święci dać nam mogą,
Kiedy dusza w Niebo wzięta,
Boską żyje już osobą. —

I tuliła mnie ma święta,
Jakby — chciała zabrać z sobą,

Jakby — dusza ma wraj wzięta,
Miała raju być ozdobą. —

I tuliła mnie ma święta,
Jakby — pokarm mi dać chciała,
Macierzyńską piersią — ciałem,
Cała we mnie rozemdlała,
A ja taką moc z niej ssałem,
Jaka objąć można duszą,
I objawić światu — ciałem
Jaką święci piekła kruszą,
I tę siłę pozyskałem.


∗             ∗

Tu zniknęła — moja święta;
Lecz mnie całkiem żal nie bierze
Bo ja tak się z Nią rozstałem,
Jakby poszła na pacierze,
I w pacierzach tych pamięta,
Że ja kocham, że ja wierzę,
I nadzieję mi wrócono.


Tak zniknęła moja święta,
Jakby we mnie ja włączono,
Choć nie widzę już jéj jasno,
Lecz ją czuję jak krew własną.

I gdy stanę w braci kole,
Taką siłę duch mój toczy,
Że podbija Braci wolę,
I z ma wolą Ich jednoczy.

I kochają jak ja szczerze,
I odwaga moją stoją,
I tak wierzą, jak ja wierze,
Jam Ich zbroją, oni moją.

Sympatyczna siła ducha,
Tak ogromna,
przenikliwa,
Że kto pieśni mojéj słucha,
Ten już siłę tę pożywa..
I powoli i powoli,
Leje w piersi męztwo, wiarę;

A choć czara trudów boli,
Lecz powoli, spełni czarę.


∗             ∗

Tu sen zniknął — lecz na jawie
Senne widma stoją zbliska,
Urągając dumnéj sławie,
Zataiły swe nazwiska,
I bez sławy są na jawie.

Patrzcie — olbrzym przy olbrzymie,
Wznieśli święty wzrok do góry,
Myśl im Boska w oczach drzymie,
Z nią męczeństwo i tortury.

Bo kto myślą w Niebo strzelił,
I za myślą goni czynem;
Choć krwią z bracia się nie dzielił,
Ten Snów moich jest olbrzymem.

W święte koło ten zaklęty,
W nieśmiertelne płynie kręgi;

Czy pojęty, niepojęty,
Ślad zostawi swej potęgi;
I Snów moich jest olbrzymem.

I kto kocha, miłujący —
W pierś zaślubił świata dzieje,
Nektar Boski czarujący,
Z kochającéj piersi leje,
Ten Snów moich jest olbrzymem.

I kto stracił, już nadzieje,
Czyny odział czarnym dymem,
Kto z miłości oszaleje!
I ten pieśni méj olbrzymem.

Patrzcie olbrzym przy olbrzymie,
Wznieśli święty wzrok do góry,
Myśl im wielka w oczach drzymie,
Z nią męczeństwo i tortury. —

Patrzcie, grono niewiast w bieli
Dzieli boleść i łzy roni,

A ich postać się anieli
Jak Heruba z mieczem w dłoni.

Sympatyczna siła ducha,
Tak ogromna, przenikliwa
Że kto pieśni świętej słucha,
Ten już siłę tę pożywa. —

I powoli i powoli,
Leje w piersi męztwo, wiarę,
A choć czara trudów boli,
Lecz powoli spełni czarę. —


∗             ∗

Choć sen zniknął — lecz na jawie
Moja siła nieomdlała,
Ja wam tego dowód stawię —
Mnie natura się wyznała,
Jakim ja was mieczem zbawię.

Lecz dziś bracia w jeden chór

Swiętą pieśń pocznijmy grzmieć,
Aż zbudziemy pieśni wtór,
I aż ziemia pocznie drżéć. —

Daléj głośniéj, prędzéj, daléj,
Gdy trud ciężki piersi spali,
To będziemy boleść pić,
I będziemy pieśni grzmiéć,
Aż ze wszystkich pól i gór,
Usłyszemy pieśni wtór —

Wtedy wam objawię cud,
Niedowiarstwa gwary precz,
Aby zbawić..... lud..
Bóg nam dał..... miecz,
Niedowiarstwa gwary precz,
Ja miecz w ręku..... w ręku mam.





W drukarni Bourgogne i Martinet, przy ulicy Jacob, 30.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Komierowski.