Smutek (Do księcia Adama Czartoryskiego, Generała Ziem Podolskich)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
X. Smutek.
(Do księcia Adama Czartoryskiego, Generała Ziem Podolskich).




Mężu nieustraszony żadnym szczęścia losem,
Wiem, jak tęgim twe serce śmierć zraniła ciosem,
Wydzierając skarb taki, którego utraty
Trudno wiekuistemi odżałować laty.
Wiem, żeś panem, żeś mądrym, żeś chrześcijaninem;
Że nic spólnego nie masz z płochokwilnym gminem.
Znasz dobrze i stan ludzki i moc tego dzielną,
Co nas żywi i morzy ręką nieśmiertelną.
Przetobym się nie ważył rymem mniéj potrzebnym
Koić twe słuszne żale w tym czasie pogrzebnym;
Sam zdolną dać potrafisz radę w ciężkiéj dobie,
Tysiąc źrzódeł znajdując pociech w samym sobie.
Lecz jeśli się zburzona łzami myśl ucisza,
I folgę czuje, gdy ma bólów towarzysza;
Daj ucho smutnéj Muzie, azali cię ona
Nie pocieszy, śpiewając żale Palemona.

∗             ∗

W szczęśliwéj arkadyjskich pasterzów krainie,
Gdzie pochopny Eurotas z gór rodzajnych płynie;
A sącząc przezroczyste nurty wolnym stokiem,
Żywi pola i smugi nieprześcigłe okiem:
Mieszkał sobie Palemon, pasterz znakomity,
W cnotę, w rozum, w dostatki, i w lata obfity;
Że cała owa pełna wsi budownych strona
Nie miała zacniejszego nic nad Palemona.
Bóg mu téż błogosławił; bo jego opieka
Nigdy sprawiedliwego nie opuszcza człeka.
Wszyscy go nazywali swoim rodzicielem,
U wszystkich był miłości i szacunku celem.
A lubo wielu żywił, miał wszystkiego zpełna,
Zawsze mu dostarczało i mleko i wełna:
Pełno w sadzie owoców, pełne pszczół pasieki,
Pełne warzyw ogrody, pełne zbóż sąsieki.
W tym jednak najszczęśliwszy (któż nie przyzna?) z wiela,
Że mu pożądanego zdarzył przyjaciela;

A dopełniając jeszcze łask obfitych miarę,
Dał mu dwoje dziateczek, jak gołąbków parę;
Które w przezacnych domów ślubne wszedszy pęta,
Liczne im i nadobne wydały wnuczęta.
Dał ze krwi jego (co się rzadko komu zdarza)
Najmilszego krainy całéj gospodarza:
Pod którego opieką, gdyby nie złe wrogi
W koszarach naszych ciężkiéj narobiły trwogi;
Szczęśliwemi na świecie zostaliby szczerze,
(Tak to mądry gospodarz!) owce i pasterze.

Któż kiedy mógł szczęśliwszym być nad Palemona,
Gdyby mu nie zajrzała blada Persefona?
Ta mu zabrawszy drogą życia połowicę,
Serce żalem, a łzami zalała źrzenice.
A któraż to wyrazić zdoła pieśń pastusza,
Co za ból zacna jego ponosiła dusza?
Ani tak srebrnopióry na kwiecistéj łące
Śpiewa żałośnie łabędź po lubéj małżonce;
Lub na suchéj gałązce jęczy gołąb śnieżny,
Kiedy go pary jastrząb pozbawił drapieżny:
Jakowym płakał smutny Palemon sposobem,
Rozwodząc próżne skargi nad jéj głuchym grobem.
„Niémasz cię, niémasz, moja ukochana żono!
Na toż mi jeszcze życia z nieba pozwolono,
Abym patrząc struchlały na twe martwe zwłoki
Wiecznemi się łez gorzkich zalewał potoki?
Lecz, co komu zamierzył twórca wszystkich rzeczy,
Nie zdoła tego rozum odmienić człowieczy.

„Kamieniu nielitośny, głazie nieużyty,
Co méj wdzięcznéj przywalasz kości Teoklity;
Jeśli cię żadna prośba, żaden głos nie wzruszy,
Byś mi wrócił połowę utraconéj duszy:
Jeśli me narzekania i żale codzienne
Próżno się obijają o słupy kamienne:
Tę mi łaskę przynajmniéj chętny uczyń, proszę,
Niechaj daléj tak ciężkich smutków nie ponoszę:
Ażebym trosk pozbywszy z niezwykłym weselem,
W tobie razem z jedynym spoczął przyjacielem.
Lecz, co komu zamierzył twórca wszystkich rzeczy,
Nie zdoła tego rozum odmienić człowieczy.

„Czyliż mię na to miłość w młodości pierwotnéj
Złączyła z nią przyjaźni węzłem dożywotnéj;

By me słodkie pożycie gorzkich łez na potem
Pełnym sroga śmierć miała zakończyć żywotem?
Śmierci nieubłagana, czarna grobów pani!
Wiem, żeśmy twym wyrokom od Boga poddani.
Od pierwiastków dni ludzkich groty twe niezłomne
Godzą bez braku w króle i wodze ogromne.
Nie żalę się więc na to, żeś mi nieżyczliwą
Reką stargała słodkiéj małżonki przędziwo:
Miałaś prawo powszechne, a z niebios zrządzenia
Cokolwiek tchnie, jest plonem twojego ramienia.
Jeśli się jednak może ludziom kiedy godzić
Przed tobą samą na cię skargi swe rozwodzić;
Niewczesne przyście twoje i zbyt było ranne,
Choć ten żył długo, kto wiódł życie nienaganne;
Żyję ja, niechby jeszcze dłużéj żyła ona;
Wszak jednym z mężem życiem jest poczciwa żona.
Abo nam żyć przystało razem jeszcze obu,
Abo z nią wespół wkroczyć do jednego grobu.
Lecz co komu zamierzył twórca wszystkich rzeczy,
Nie zdoła tego rozum odmienić człowieczy.

„Tylem z nią przeżył latek: wyznać śmiele muszę
Jedneśmy zawsze żądze, jednę mieli duszę:
Żaden nas szturm przeciwny nigdy nie obraził,
Żaden dni jasnych w życiu chmurny wiatr nie skaził.
Zgoda, miłość, ufanie (nie tajno nikomu)
Nigdy na krok z naszego nie odeszły domu.
A jako dwie jabłonki równym prątkiem wschodzą
Podle siebie i równy kwiat z owocem rodzą;
Równemi się gałązki w niepogodnéj chwili
Zasłaniają: tak-eśmy słodki wiek pędzili.
Ona mi była radą, ona mi przykładem;
Ona moim we wszystkim szła wzajemnie śladem.
Pierwszy to raz dopiero serce me zraniła,
Gdy mię wdzięczna pociecha moja porzuciła;
Zostawując w tym stanie, w którym nie wiem, czyli
Wytrwać daléj potrafię opłakanéj chwili.
Wiele zwyczaj osładza: ciężéj tego boli,
Kto przeciwnéj w swym życiu nie skosztował doli.
Jeśli jednak jakową miéć mogą ochłodę
I w najsroższych boleściach serca płaczorode;
To mię cieszy przynajmniéj, że méj Teoklicie
Za miłość nieskażoną, za przykładne życie,

Wieniec chwały niezwiędłéj, jako mam nadzieję,
Z tysiąca gwiazd uwity na skroniach goreje;
Że daleka od smutku i trosek zgryźliwych,
Jakie nas potykają więźniów nieszczęśliwych;
Umieszczona w niebieskich duchów jasnym gronie,
Na pana swego słodkim odpoczywa łonie.
Gdyż co komu zamierzył twórca wszystkich rzeczy,
Nie zdoła tego rozum odmienić człowieczy.
„Dziatki me ukochane, upominku drogi
Wiernej miłości naszéj! kiedy pełne trwogi
Serce rady nie zdoła dać w tak ciężkiéj dobie;
Pomóżcie ojcu płakać na jéj zimnym grobie;
Wszak to klęska powszechna dla stroskanéj chatki.
Jam stradał miłéj żony, wy — kochanej matki.
Ty, nadobna Elizo, zbierz te śliczne plony,
Co je maik dopiero urodził pieszczony;
A potrząsając kwieciem mogiłę żałosną,
Mów: jako te kwiateczki więcéj nie odrosną,
Tak złote chwile nasze śmierć okrutna razem
Płytkim z kochaną matką podcięła żelazem.
A ty mój jedynaku, uczony Dafnisie,
Wytnij te smutne rymy na trwałym cyprysie,
Aby póki w tych kniejach pastuszków i owiec,
Powtarzał żale nasze pamiętny grobowiec:
„Pod tym głazem spoczywa wzór małżeńskiéj wiary,
„Licznemi Teoklita cnót ozdobna dary!
„Urody, gdy wiek kwitnął, model nader rzadki,
„Przyjaciół, sług i wiernéj kochanie czeladki;
„Serce pełne litości na stan opłakany
„Ubogich, wdów, i sierot skarb niewyczerpany.
„Godna żyć wiekuiście, by człek skazitelny
„Mógł kiedy wiek na ziemi pędzić nieśmiertelny.
„W czymkolwiek jednak mogła żyć na ziemi wieczną,
„Zostawiła żal ciężki i pamięć stateczną.
„Tych samych śmierć cnotliwym ludziom nie odbiera,
„Ani lata wygładzą, ani grób zawiera.“
1771, Zab. III, 335 — 46.