Skrzydlaty złoczyńca/7
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Skrzydlaty złoczyńca |
| Pochodzenie | Rzecz czarnoleska |
| Wydawca | Wydawnictwo J. Mortkowicza |
| Data wyd. | 1929 |
| Druk | Drukarnia Naukowa T-wa Wydawniczego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały cykl Cały tekst |
| Indeks stron | |
Był to czas, kiedy ze wschodu wydźwigał się barczysty Bóg słowiański z jasną rozwianą brodą, wielkolud z niebieskiemi oczyma i sękatym kijem. Szły na wschód niezliczone tłumy pątników. Nocą rozbijali za miastem namioty, świtem zaś szli dalej, milcząc. W górach widziano ciągnące płowe wstęgi ludu. Niesłychana wrzawa kolorów rozwalała się po pijanemu na niebie zachodu. Zaczęło być groźnie. Rosło odosobnienie i dookolna pustynia: niszczono tory kolejowe na granicach państwa, dymiły się miasta i wsie graniczne, przecinano druty. Aparaty na wieżach chwytały czasem drgawkowe urywki trwożnych zapowiedzi. A milczące pochody trwały. Kazano strzelać. Nie pomogło: nie wystrzelasz setek tysięcy. Życie urywało się powoli, lecz systematycznie. Zwężało się koło. Panika koncentrowała się w siny punkcik. Coraz ciaśniejszym oplotem opasywały mnie zwijające się kręgi dawnego życia. Wiedziałem, że zginę ostatni. Szeptałem wtedy: ciężki krzyż na barkach, nie kij sękaty w ręce, miał, ma i mieć będzie mój Bóg niesłowiański. Wszystkie stacje sejsmograficzne zanotowały wtedy bicie mego serca. Płakałem długo.