Skrzydlaty złoczyńca/24
| <<< Dane tekstu | |
| Autor | |
| Tytuł | Skrzydlaty złoczyńca |
| Pochodzenie | Rzecz czarnoleska |
| Wydawca | Wydawnictwo J. Mortkowicza |
| Data wyd. | 1929 |
| Druk | Drukarnia Naukowa T-wa Wydawniczego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały cykl Cały tekst |
| Indeks stron | |
Ciemny i głuchy żar kołował nad Watykanem. Burzą sapała astma pędzących chmur. Duszno było chudemu siwiutkiemu Ojcu świętemu. Siedział przy otwartem oknie, patrząc na pusty kwadratowy kamienny dziedziniec.
Myślał, jak zawsze, tylko o własnej śmierci. I szeptał modlitwy miły cichy staruszek.
Szare zliljowiałe niebo gnało ku ziemi ciężkim chmurnym ogromem. Pontyfikatu Ojca św. był to dzień 666.
I nagle chlasnęła brzytwa błyskawicy wzdęty jak pęcherz brzuch upału. Pękł z trzaskiem, pionem pioruna runął.
— Et fides apostoli ca manebit per aeterna, przeżegnał się drżący staruszek. I mała mysz przebiegła z kąta w kąt.
Coraz jest ciemniej i duszniej. Coraz smutniej namiestnikowi piotrowemu.
Zamknął okno, bo niebo dławi się od gromów, potopem deszczu chlusta.
Szara przestraszona myszka przycupnęła w kąciku. Patrzą na siebie jak wryci. I wtem skoczył ku niej papież, szastnęła wzdłuż ściany pod fotel, on za nią, rzuciła się ku drzwiom, on za nią, pomiędzy stopami przemknęła się z powrotem, biega szara, szybka, błyskawicowa, uwija się widmem maleńkiem, cała jak czyjeś serce — wyrzucone, ścigane, omszone puchem nocy, biedne przerażone serce. Piszczy i skacze w gonitwie za myszą wystraszony staruszek — to Ona, Ona — nagła, zwinna, niepozorna a straszna! Zanim wsunie się łaskotem w nogawkę i chyżo pomknie ku gardłu i zatka, musi ją zdeptać przeklętą. Modlitewnikiem cisnął — spojrzała wyrzutem całego świata i sprężyną skoczyła pod framugę okna, pantoflem rzucił — uwinęła się — i pod fotel, krucyfiks porwał ze ściany i wyrżnął z krzykiem kamiennym Chrystusem. Pisnęło biedactwo, przewróciło się plamą krwi...
Wyłupiasty, melancholijnie uśmiechnięty stał Feliks u progu, przyglądając się już ze dwie minuty owemu polowaniu. Z ręką na ustach, aby zakryć dygocące wargi... Wargi, które szeptały nauczone słowa ceremonjału audjencji:
— Sanctissime Papa...
| — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — |
— Kto? Skąd? Quo modo?
— Coiffeur, Ojcze święty. Modo spiritus. Ex abrupto.
Zdyszany, pobladły, drepcąc w jednym pantoflu, patrzał Innocenty w oliwkową twarz Feliksa. Siadł na fotel, głowę pochylił, bezsilny, nie wiedzący co mówić i czynić wobec świadka dzikiej walki papieża z szarem zwierzątkiem.
— Coiffeur? pogładził się bezradnie po siwych spoconych kosmykach włosów.
Feliks postąpił krok naprzód. Nalał staruszkowi wody z karafki. Wypił papież, podziękował, odetchnął z ulgą.
— Czego chcesz?
— Popatrzeć, Ojcze święty. Pustynia rośnie, śmierć myszą biega, smutek i fikcja wszystko.
— Ale... jakżeś się tu dostał?
— Truchcikiem, ojcze święty. Płaszcząc się, zwodząc, kozłem becząc, kogutem piejąc, — boczkiem, przy ścianach... pomalutku...
Już go widać oczyma zahaczył, oparem kłamstwa omroczył, bo słabł staruszek (jak ja na fryzjerskim fotelu), ustępował garbiąc się i drżąc. Jeszcze mu piramidą w ciemniejącej świadomości rosły świetne dzieje świętych poprzedników, opok, kamieni powszechnego Kościoła, dźwigniętego na niewzruszonej podstawie, która jest Petra, ale chwiać się już zaczynała niebotyczna piramida, ostrym ogonkiem martwej myszki stercząca. Mętne okrągłe oczy upiornego gościa ślisko łaziły po Kopcu Papieskim — że miękł, galareciał, rozpływał się w myślach usypiających.
Tak pod kleistem zapatrzeniem wyłupiastego wzroku Biesa na wieki usnął cichy, suchy, miły staruszek.