Skrzydlaty złoczyńca/21
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Skrzydlaty złoczyńca |
| Pochodzenie | Rzecz czarnoleska |
| Wydawca | Wydawnictwo J. Mortkowicza |
| Data wyd. | 1929 |
| Druk | Drukarnia Naukowa T-wa Wydawniczego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały cykl Cały tekst |
| Indeks stron | |
Tyle wieków smagałem się supłami rzemiennemi, ciężkie kajdany nosiłem na sobie, ostra włosienica wcierała się w skórę boleśnie, postami umartwiałem wychudłe, ziemiste ciało, rozkrzyżowany leżałem na kamiennych posadzkach kościołów, klęczałem na pustyni z podniesioną ręką w spiece słonecznej, bełkocąc błagania modlitewne, powtarzając święte imię Twoje. Dlaczegoś mnie nie zbawił? Dlaczegoś mnie wtedy kusił miękkiem łożem, nagą kwitnącą panną, wonnem winem i potrawami? Dlaczego tarzałeś się wtedy ze śmiechu, ryczałeś sprośnie i rozwalałeś się w przestworze grzechem, jak tłusta, różowa małpa?
Tyle wieków gromadziłem sławę, złoto, władzę, i potęgę, krzyczałem z radości na ulicach, po pijanemu tańczyłem w ciepłe noce w rozśpiewanych, pachnących ogrodach, chwytając śród drzew roześmiane dziewczęta w zwiewnych białych sukienkach, żarłem i chlałem smacznie i obficie,możni i wielcy tego świata kłaniali mi się uniżenie, trwoniłem bajeczne fortuny, zwiedzałem obce kolorowe miasta, czytałem najciekawsze książki, — wesoły, zdrowy, zakochany, szczęśliwy! — Dlaczegoś mnie wtedy prześladował mętnym, dalekim niepokojem i surową zjawą kościstego sędzi z płomiennym wzrokiem i usty zaciętemi?
Zabił mnie brat mój Kain, zabiłem brata swego Abla, czterdzieści dni płynąłem po rozszalałych falach potopu, czterdzieści dni kusił mnie szatan na pustyni, z uśmiechem wypiłem w ateńskim więzieniu cykutę.
Dla Ciebie ukrzyżowałem Boga. Umarłem dla Ciebie na krzyżu, zmartwychwstałem dla Ciebie, frunąłem czystą gołębicą i glorją chórów anielskich w świt niebios, rozwartych jak liija, — i zapaliłem Rzym, aby oczy swoje Tobą nacieszyć, wyciąłem w pień dziatwę miast, aby krzykiem i krwią napoić nienasyconą tęsknotę.
Ptakom i kwiatom śpiewałem «Niewiemo! chwalemo! ewangeli, angeli», tobie dzwoniąc pokorny i zachwycony!
Wicher stepów chlasnął po niebie kometą, bicz boży ukręcił z szaleństwa mego — i gnałem na czele skośnookich hord do Ciebie.
Budowałem Ci piramidy, wieże babilońsko, bazyliki i katedry, a potem burzyłem wszystko huraganowym ogniem armat — przez Ciebie dla Ciebie! «— Lukrecy, Lewiatan, Wolter, alter Fritz» — iloma obliczami, iloma legendami patrzę na Ciebie z wieczności w wieczność? Iloma kościotrupami szczerzę ku tobie zęby i oczodoły? Iloma okrzykami krzyczę do Ciebie z nieskończoności w nieskończoność? Wyciągnij mnie z wszystkich grobów świata, i spójrz, i wskrześ wołania moje! Ogłuchniesz, oślepniesz, zakołuje ci się we łbie-niebie, po którem toczysz wiecznie i wiecznie swój gwiezdny wóz: dyszlem w dół, dyszlem do góry, kołami w dół, kołami do góry — zawsze, ciągle, nieustannie!...