Przejdź do zawartości

Skrzydlaty złoczyńca/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Julian Tuwim
Tytuł Skrzydlaty złoczyńca
Pochodzenie Rzecz czarnoleska
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkowicza
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Naukowa T-wa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały cykl
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

19

Wiotko wpółleżącą na skórzanym fotelu Klaryssę czesze z maestrją król fryzjerów stolicy — boski i demoniczny Feliks. — Oto, myśli sobie, księżniczka babilońska, z którą na wieżę niebotyczną kroczyć będę, w purpurę odziany, z wieńcem róż na głowie. Omdlewa w sennem wzruszeniu przeczuwająca dziwy Klaryssa.
Fryzjera Feliksa znam z dawnych wspaniałych czasów.

Ma on tłustą, nalaną twarz, tłuste nalane oczy. Oliwkowy jest i ciężki. Melancholijnie i sceptycznie patrzy na rzeczy, których nicość i śmiertelność głęboko rozumie.
— Dlaczego pan zawsze smutny, panie Feliksie?
— Wszystko fikcja, proszę pana szanownego.
I szedł do kąta ostrzyć brzytwę, patrząc spodełba, z lekko pochyloną na bok głową, na wyświechtany pas rzemienny. Mina, w jaką układał oczy i usta przy namydlaniu gościom twarzy, zastanawiała mnie swą ironiczną obojętnością. Tłuste wypukłe oczy wyłaziły z orbit, mydliły się na policzku, czułem pod pędzlem dwie śliskie kule. I nie widziałem go wtedy. Zmieniał się w mętny obłok dusznego kadzidlanego dymu, w którym, jak w oparach snu, leżałem nieprzytomny. I śpiewało, zawodziło cerkiewnie.
Mocnem na płask posunięciem brzytwy budził mnie. I wtedy wyskakiwał mi z gardła lekki okrzyk, jak przed spazmem.
— A!...
— Drapie?
— Nie... Ale...
— Pan szanowny jest nerwowy.
Wychodziłem z bólem głowy, ale nazajutrz ciekawość znów kierowała mnie do tego zakładu, i znów zapadałem w miękki fotel, jak w kopiec słodko pachnących jadowitych kwiatów indyjskich.

Długiemi, falistemi pociągnięciami układa Feliks namiętnie ulewę oliwnych włosów Klaryssy, gorącemi szczypcami ściska miłośnie, zawija rozpleciony wodospad złocisty swojej królewny babilońskiej. I uśmiecha się dniom nadciągającego triumfu: miedź brzęcząca, cymbały grzmiące, władza nad miljonami, wszechświatowa galówka, huczna pompa koronacji i dwa trony na wieży siedmiomilowej: dla niego i dla Klaryssy. Przymknął wyłupiaste oczy, na ustach uśmieszek smętny... Z melancholijną ironją współczuje dziwnie nerwowej dziś klijentce. Bo skądże taka panna wiedzieć może, że zbliża się chwila, kiedy św. Ewangielja ogłoszona będzie po całym świecie — a państwo rzymskie upadnie i zginie, rozerwą go między sobą królowie — a Enoch i Eljasz zejdą po raz wtóry na ziemię, i wtedy nastanie królestwo Antychrysta — Jego, Feliksa, królestwo. Na puchach będzie się wylegiwał, pożerając tłustości i słodkości, maltretując chucią nieustanną tę matową, tajemniczo pachnącą pannę. Przyzwyczajonego do perfum Feliksa podnieca ta dziwna, lekka a upojona woń.
— Jakie to perfumy, panno Klarysso?
— Ambra z Bagdadu. Przysłał mi ją znajomy z podróży po Wschodzie.
— Uroczy zapach...
— Bardzo miły...
Bagdad, Indje, Chiny — wszystko klęczy przed marzącym potwornie Feliksem. Kiedy będzie prowadził babilońską swą oblubienicę na wieżę, każe ambrą bagdadzką kadzić...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Julian Tuwim.