Skrzydlaty złoczyńca/18
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Skrzydlaty złoczyńca |
| Pochodzenie | Rzecz czarnoleska |
| Wydawca | Wydawnictwo J. Mortkowicza |
| Data wyd. | 1929 |
| Druk | Drukarnia Naukowa T-wa Wydawniczego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały cykl Cały tekst |
| Indeks stron | |
Kupiłem po drodze pęk mimozy i fiołków. Otworzył mi lokaj; wygolona kanalja.
— Muszę te kwiaty osobiście wręczyć panience — i wyjmując z kieszeni list, mrugnąłem znacząco. (I cały wszechświat mrugnął: w rozpędach planetarnych ogromów — świat, ziemia, państwo, miasto, ulica, dom, korytarz, lokaj i ja). Zbir w kamizelce kamerdynerskiej i zielonym fartuchu odmrugnął porozumiewawczo — i poszedł po panienkę.
Czekałem niespełna pół minuty:
— otwierały mi się w korytarzu R. W. Vodragana głębie i wysokości, wschody i zachody, północe i południa, zenity i nadiry;
— zawieszonemu pomiędzy wiecznością a wiecznością działy się dzieje jego;
— sfery Twoje barwno-szklane płynęły, płynęły...
— skrzydła Twoje światy zagarniały...
Wyszła do korytarza zalękniona: w sukni szaro-aksamitnej, czarną klamrą na lewem biodrze zapiętej.
— Panna Klaryssa?
— Tak... A co?...
— Kwiaty i list. Mam czekać na odpowiedź.
Zdziwiona, z niedowierzaniem przyjęła z rąk moich kwiaty i podłużną liljową kopertę. Przecięła ją szpilką z kasztanowo-złocisto-oliwnych włosów. Ciepłe niebiosa oczu w słowa moje wświetliła, płynie po liście zdumieniem słodkiem i trwogą, zachwyt i gniew zorzą ciemno-różową na twarz bije; skacze, jak przed pierwszem oddaniem, zachłyśnięte serce, — przewraca kartkę — nie patrzy na mnie — kąciki ust drgają spazmatycznie — kwiaty zsuwają się z pod rąk na ziemię — chłonie żarliwie obłędny aromat nagłych słów — czyta, omdlewając dziewiczo, nakazy moje kuszące, uwodną prawdę, z wieczności wyłowioną (schwytaną przez sekundę, jak kółko z wirującego konika karuzeli) — czyta — i wie, że powinna mnie wyrzucić, kazać wyrzucić — ale wie także, że już nic nie pomoże: gdy wyjdę — będzie płakała z tęsknoty, gdy zostanę — otworzy dla mnie wargi, ramiona, kolana i zaklętą w samotności duszę. Czyta już trzecią stronicę, a jeszcze na mnie nie spojrzała.
A ja stoję w piorunach burzy Twojej — ogromny, surowy, zacięty! Kołuje nade mną skrzydlata furja gromów Twych, wiejesz na mnie wiosną i gwiazdami, rozłopotany złoczyńco! Tabuny jeźdźców bożych tratują niebo, rozrywają obłoki, unoszą mnie w jasyr twój okrutny i rozkoszny! Huczysz nade mną huraganową świtą swoją, bombardujesz gradem kamiennych dekalogów, jak fajerwerkiem meteorów!
I nagle szepnęła: — Dobrze... Wieczorem...
Z uśmiechem podała mi pachnącą dłoń, lecz jej wstydliwie nie pozwoliła pocałować.