Przejdź do zawartości

Skradziony tygrys/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kurt Matull, Matthias Blank
Tytuł Skradziony tygrys
Pochodzenie
(Tygodnik Przygód Sensacyjnych)
Nr 21
Lord Lister
Tajemniczy Nieznajomy
Wydawca Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.
Data wyd. 31.3.1938
Druk drukarnia własna, Łódź
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin.
Tytuł cyklu:
Lord Lister, genannt Raffles, der grosse Unbekannte
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Nr. 21.    KAŻDY ZESZYT STANOWI ODDZIELNĄ CAŁOŚĆ.    Cena 10 gr.
Lord Lister. Tajemniczy Nieznajomy
SKRADZIONY TYGRYS


Wydawca: Wydawnictwo „Republika" Spółka z ogr. odp. Stefan Pietrzak.             Redaktor odpowiedzialny: Stefan Pietrzak.
Odbito w drukarni własnej Łódź, ul. Piotrkowska Nr. 49 i 64.
Konto PKO 68.148, adres Administracji: Łódź, Piotrkowska 49, tel. 122-14.   Redakcji — tel. 136-56

SPIS TREŚCI


SKRADZIONY TYGRYS
Dwaj konkurenci

Martwią mnie ci biedni ludzie... Kobieta wydawała mi się wyjątkowo smutna. — rzekł wysoki, wytworny mężczyzna, liczący około czterdziestki.
Lokaj w liberii klubu pomagał mu przy zdejmowaniu palta.
— Czy mówisz o dzisiejszej popołudniowej przygodzie, Edwardzie? — zapytał towarzyszący mu młodzieniec.
Obydwaj rzucili okiem na swe odbicia w zwierciadłach, wiszących po obu stronach malutkiej szatni. Stwierdziwszy, że strój ich znajdował się w nienagannym porządku, skierowali się w stronę wielkiej sali.
Lokaj spiesznie otworzył drzwi i zaanonsował:
— Lord Edward Gree... Mister Bloom...
Na ich widok wiele osób zerwało się ze swych miejsc i pośpieszyło na przywitanie. Na pierwszy rzut oka wydawaćby się mogło, że te oznaki sympatii były szczere. Sprawa jednak przedstawiała się inaczej.
Trenton Club był zbiorowiskiem ludzi, których życie i sposób zarobkowania przedstawiały się zagadkowo. Opanowani przez demona hazardu, gromadzili się tutaj, aby, pod płaszczykiem wytwornego klubu, uprawiać gry zakazane przez angielskie prawo.
Lord Gree i mister Bloom, nazywani nierozłącznymi, ponieważ zawsze widziano ich razem, byli członkami klubu oddawna.
Sposób zachowania się lorda Gree zdradzał człowieka niezwykle bogatego. Z pańską obojętnością przegrywał tysiące funtów sterlingów w czasie jednej nocy. Coprawda, zgarniał do kieszeni wygraną w podobnie obojętny sposób. Wnioskowano z tego, że pieniądze nie przedstawiały dla niego najmniejszej wartości. Był niesłychanie wrażliwy na każde najmniejsze uchybienie i brak taktu. Nic nie mogło się ukryć przed jego bystrym wzrokiem.
Właściwość ta sprawiała, że ludzie czuli się dziwnie skrępowani w jego towarzystwie. Mimo wszystko liczono się z nim i nie dawano nigdy odczuć, że obecność jego jest krępująca.
— Witaj lordzie Gree — rzekł handlarz klejnotami, człowiek niski i krępy.
Wyciągnął ku nowoprzybyłym rękę, pokrytą pierścieniami.
— Oczekujemy pana z niecierpliwością!
— Czyżby? Co słychać nowego? — zapytał lord, ściskając serdecznie wyciągniętą dłoń.
— Jeden z najstarszych członków klubu zjawił się znowu. Jest to człowiek bardzo ciekawy. Szkoda tylko, że interesy pozwalają mu jedynie bardzo rzadko przebywać w Londynie.
— Interesy? Czym się on zajmuje? — przerwał lord Gree małemu człowiekowi.
— Posiada wielką menażerję. Nazywa się signor Barnim. Prawdopodobnie obiło się panu o uszy to nazwisko.
Lord Gree kiwnął głową. Mały człowieczek ujął lorda familiarnie pod ramię i zaciągnął go do sali gry.
— Będziemy dziś mieli ciekawy wieczór — szepnął, złośliwie do ucha lorda. — Przyszedł Wheeler... Ci dwaj ludzie nie znoszą się wzajemnie.
Fred Wheeler był również właścicielem menażerii, która obecnie znajdowała się w Southend. Lord Lister znał go, ponieważ często widywał go w klubie. Mimo, że lord nie okazywał mu zbytniej sympatii, Fred Wheeler narzucał mu się nieustannie znosząc cierpliwie jego ostre docinki.
Gdy tylko lord Gree zjawił się przy stole, Fred Wheeler podniósł się i wyciągnął do niego obie ręce.
Obojętnym ruchem lord dotknął końcami palców ręki Wheelera. Bystrym spojrzeniem obrzucił grających.
Pomiędzy zblazowanymi, zmęczonymi twarzami graczy, wyróżniała się jedna męska przystojna twarz. Głowę południowca o lekko falujących włosach i o rysach szlachetnych i regularnych możnaby nazwać piękną, gdyby nie niepewny wyraz płomiennych czarnych oczu: czarny przystrzyżony wąs ocieniał ładnie wykrojone usta, które w ironicznym uśmiechu odsłaniały szereg białych drobnych zębów.
Panowie przedstawili się sobie wzajemnie.
Nie wiadomo dlaczego gra owego wieczora prowadzona była ospale. Być może, było jeszcze zbyt wcześnie, lub też obecność Barniniego działała hamująco.
Handlarz diamentami starał się kilkakrotnie wszcząć rozmowę zarówno z nimi, jak i lordem Gree, wysiłki jego jednak pozostały bez rezultatu.
Wheeler zdradzał dziwne roztargnienie. Co chwilę podnosił wzrok na swego konkurenta, którego spojrzenie stawało się coraz bardziej ironiczne.
Po zakończeniu partii lord Gree ziewnął, odsunął swe krzesło i zamówił kieliszek sherry.
— Lord Gree wygląda mi dziś na zmęczonego — rzekł handlarz diamentów. — Możebyśmy przerwali na chwilę grę?
Nikt nie odpowiedział: wszyscy rzucili z zadowoleniem karty i odsunęli swe fotele.
Barnini założył nogę na nogę i zerknąwszy w stronę swego konkurenta rzekł:
— Panowie, udała mi się rzecz niesłychana...
— Naprawdę?.. Jaka? dały się słyszeć głosy.
— Rozszerzyłem swoje przedsiębiorstwo.. — rzekł. — Mam otrzymać w tych dniach transport zwierząt, który pozwoli mi pobić na głowę moją konkurencję.
— No, no — zaśmiał się handlarz diamentami. — Nie tak prędko... Nasz przyjaciel Wheeler posiada niezłą kolekcję zwierząt i wspaniałe egzemplarze!
Barnini zaśmiał się sucho.
— Jestem daleki od pomniejszania wartości zwierząt mego bardzo szanownego kolegi — rzekł. — Mam jednak wrażenie, że tym razem wyprzedzę go porządnie... Jakkolwiek wiem, że posiada on nader cenne zwierzęta, tym razem udało mi się zdobyć egzemplarz niesłychanie rzadki.
— Cóż to za tajemnicze zwierzę? — zapytał Wheeler z odcieniem niepokoju w głosie.
Włoch poprawił się na swym fotelu i rzekł.
— Kupiłem tygrysa z Sumatry...
Słowa te wywarły na Wheelerze olbrzymie wrażenie.
— Tygrys z Sumatry?
— W samej rzeczy... Nie mam potrzeby wyjaśniać panu, co to znaczy... Zna się pan na tym lepiej ode mnie. Być może, że wyjaśnienia te zainteresują któregoś z panów...
Zdawał się nie zwracać więcej uwagi na swego konkurenta.
— Zwierzę to jest niesłychanie rzadkie — rzekł. — Tygrys z Jawy lub Sumatry z trudem tylko znosi nasz klimat i dlatego posiadanie go jest prawie niemożliwością. Utrzymanie go przy życiu u nas wymaga wiele wysiłków i starań...
— Czy to możliwe? Czym się to tłomaczy? — pytano.
— Długo byłoby mówić o tym — odparł Barnini. — Jedno jest pewne, że sam transport jest nader trudny i kosztowny. Jedynie największe menażerie mogą sobie pozwolić na to — rzekł spoglądając na swego konkurenta.
— Ile kosztuje takie zwierzę? — zapytał lord Gree.
— Zapłaciłem 500 funtów!
— Piękna suma za zwierzaka!
— Proszę mi wybaczyć, kolego — przerwał Wheeler. — Czy pan już wręczył pieniądze? Wydaje mi się to niezbyt prawdopodobne. W tego rodzaju tranzakcjach płaci się dopiero po dostawie. Włoch poczerwieniał. Wheeler podawał w wątpliwość jego słowa...
— Zwyczaj ten jest mi również znany i stosuję go od czasu do czasu. W danym wypadku musiałem zapłacić z góry. Upewniłem się, że towarzystwo zwróci mi pieniądze, jeśliby zwierzę przybyło w złym stanie.
Przez czas pewien rozmawiano jeszcze o tresurze i o kosztach utrzymania zwierzęcia. Nagle mister Bloom, nieodłączny towarzysz lorda Gree, rzucił pytanie:
— Czy mógłby nam pan powiedzieć, signor Barnini, ile mogą kosztować tak zwane potwory, naprzykład zwierzęta o dwuch głowach? Byliśmy dzisiaj z lordem Gree na jarmarku w Kingston. Zaraz na prawo przy wejściu stoi buda, którą pan musiał napewno zauważyć.
— Nie chodzę na tego rodzaju widowiska — odparł Barnini z wyższością.
— Przepraszam — odparł młody człowiek — zrobiło nam się żal pewnej kobiety — dodał tonem wyjaśnienia.
— Czy było tam coś godnego widzenia? — zapytał ciekawy handlarz diamentów.
— Na budzie tej widniał napis, że pokazują tam cielę o dwuch głowach — rzekł lord Gree. — Buda ta jednak była zamknięta, a z wewnątrz rozlegał się bolesny płacz. Weszliśmy do środka i zastaliśmy właścicielkę budy pogrążoną w rozpaczy. Otóż nieszczęsne cielę o dwuch głowach zdechło i biedni ludzie zostali bez środków utrzymania. Kobieta skarżyła się, że musi zapłacić dość drogo za wynajęte miejsce i że w żaden sposób nie wyjdzie na swoim. Zrobiło mi się jej żal, trzymała bowiem na ręku małe dziecko, lecz w żaden sposób nie wiedziałem, jak jej przyjść z pomocą.
— Uważam, że tego rodzaju widowiska powinny być zakazane — odparł Włoch. — Dziwię się również, że pan, panie Bloom, zwraca się do mnie o informacje w tego rodzaju sprawach, nie mam nic wspólnego z tymi widowiskami.
— Ależ mój przyjacielu — wtrącił się lord Gree — mister Bloom nie chciał z pewnością pana obrazić. Kierowały nim najszlachetniejsze pobudki. Należy w każdym wypadku starać się pomóc swym bliźnim.
— Dziękuję za moralną lekcję — odparł Włoch kwaśno i skierował się do stołu, przy którym szła bardzo gruba gra.
Lord Gree odprowadził go ironicznym spojrzeniem.
— Poczekaj, mój przyjacielu — szepnął do siebie. — Mam wrażenie, że mimo to dam ci dobrą nauczkę.
W tej chwili zbliżył się do niego Wheeler i kładąc mu rękę na ramieniu, rzekł.
— Zauważył pan z pewnością z tonu naszej rozmowy, że stosunki pomiędzy mną a mym konkurentem nie są zbyt przyjazne. W tym wypadku muszę mu przyznać rację: ta hołota nie zasługuje na to, aby się nią zajmować.
Niezadowolenie odbiło się na twarzy lorda.
— Co za niemili, aroganccy i nie uczuciowi ludzie — rzekł półgłosem do swego przyjaciela.
Do uszu jego dobiegły urywki rozmów, prowadzonych przez Wheelera z handlarzem diamentów.
— Możesz mi wierzyć, Brixon, że oddałbym nie wiem ile za tygrysa z Sumatry. Znam Barniniego i wiem, że ma zamiar w ten sposób zrobić sobie wielką reklamę. Przeniesie się do East Ham i wówczas nikt nie przyjdzie do mnie. Po za stratą materialną przykro być zwyciężonym przez takiego konkurenta. Czy nie mógłby mi pan dostarczyć podobnego zwierzęcia? — W jaki sposób jest to możliwe? Bannini utrzymuje, że zapłacił 500 funtów sterlingów. Jakkolwiek jest to cena dość wysoka, dałbym chętnie 800...
Lord Gree zaśmiał się tak serdecznie, że jego towarzysz Bloom spojrzał na niego ze zdziwieniem.
— Charley, mój przyjacielu, przeczuwam królewską zabawę. Wspaniała myśl wpadła mi do głowy. Niestety, tutaj mury mają uszy.
Obydwaj przyjaciele natychmiast pożegnali całe towarzystwo. Na ulicy lord Lister zaczął mówić:
— Wpadła mi do głowy wspaniała myśl. Zmuszę obu naszych panów, aby dopomogli owej kobiecie z jarmarku i aby dostarczyli nam odpowiedniej sumy pieniędzy na następną podróż. Sądzę, że niedługo pobyt w Londynie stanie się dla mnie niebezpieczny.
— Pochwalam drugą część twego planu — odparł Charley, śmiejąc się. — Kasa nasza świeci już od dawna pustkami. Cóż masz zamiar uczynić?
— Mam zamiar spłatać nowego figla ä la Raffles. Figla, jakiego Londyn nie widział jeszcze w ciągu całego istnienia. Resztę pozostaw mnie. W domu zapoznam cię ze szczegółami mego planu.

Szczęśliwy w nieszczęściu

— Oto piękna historia! — mruknął Wheeler, grożąc pięścią rozłożonemu przed sobą dziennikowi.
Na pierwszej stronie widniało olbrzymie ogłoszenie, zawiadamiające czytelników, że menażeria Barniniego zakupiła niezwykły okaz tygrysa pochodzącego z Sumatry. Tygrys ten miał kosztować aż 5.000 funtów sterlingów.
— Co za szczwany lis! Co za kłamca! — szeptał do siebie Wheeler, krążąc w zdenerwowaniu po pokoju. Na ścianach pokoju pełno było skór zwierzęcych, żmij i krokodyli. Każdy przedmiot użytkowy miał jakiś kształt zwierzęcia lub też przypominał coś pochodzącego ze świata zwierzęcego. Wielkie rogi muflonów służyły za kałamarze, podczas gdy obsadki do piór zrobione były z kości nosorożca.
Wheeler miał na sobie strój poranny, składający się z jaskrawo-czerwonej kurtki, bogato haftowanej złotem i miękkich pantofli ze skóry foki.
Pogrążony w swych myślach szepnął półgłosem.
— Gdybym przynajmniej wiedział, co mam dalej począć?
W tej samej chwili usłyszał lekkie pukanie i jakiś mężczyzna, nie czekając odpowiedzi, wszedł do pokoju. Miał na sobie podobną do Wheelera kurtkę. Sportowa czapka kryła bujną fryzurę. Nowoprzybyły zdjął czapkę i rzekł ochrypłym głosem:
— Jakiś człowiek chce się z panem zobaczyć, panie Wheeler.
— Nie mam czasu — odparł brutalnie kierownik menażerii.
— Powiedziałem mu to zgóry. Twierdzi on jednak, że ma panu coś ważnego do zakomunikowania. Przychodzi w imieniu firmy Wilson i Ska z Singapore.
— W imieniu tych wielkich eksporterów zwierząt? — zapytał Wheeler z zainteresowaniem. — Wprowadź go.
Wheeler usiadł za biurkiem. Po krótkiej chwili zjawił się nieznajomy. Trudno było ocenić jego wiek, ponieważ ciemne okulary zakrywały zupełnie jego oczy. Gęsta, siwiejąca broda otaczała jego twarz. Wysoki i szczupły trzymał się trochę pochyło i opierał na lasce. Nowoprzybyły obserwował przez pewien czas dyrektora, który nie raczył nawet powstać na jego powitanie. Nieznajomy powoli zbliżył się do biurka i rzekł sucho:
— Czy to pan Wheeler?
Odpowiedziało mu kiwnięcie głowy.
— To pięknie! — odparł gość, siadając bezceremonialnie na krześle.
Zapanowało milczenie. Ponieważ nieznajomy nie odzywał się, Wheeler zmuszony był rozpocząć rozmowę.
— Czego pan sobie życzy?
— Mam zamiar zrobić z panem interes — padła krótka odpowiedź.
— Mianowicie jaki? — zapytał Wheeler, tracąc cierpliwość.
— Uprzedzam pana z góry, że propozycja dla pana będzie nader korzystna, przyczym jeśli chodzi o mnie, jest mi najzupełniej obojętne czy tranzakcja ta dojdzie do skutku, czy też nie. Jeśli traktuję z panem, to tylko dlatego, że na szczęście wczoraj zwichnąłem sobie nogę i że mi w tych warunkach nie jest wygodnie zwrócić się gdzieindziej.
— Pocóż ten wstęp? — zawołał Wheeler niecierpliwie. — Proszę mi powiedzieć, kim pan jest i czego pan chce?
— Prawda. Zapomniałem panu powiedzieć. Nazywam się Chesney i jestem reprezentantem firmy Wilson i Ska. Firmę naszą zna pan prawdopodobnie.
Wheeler skinął głową.
— Zawarłem bardzo poważne kontrakty z Hamburgiem — ciągnął dalej Chesney. — Ponieważ jednak okręt mój uległ lekkiemu wypadkowi i znajduje się obecnie tutaj w dokach, pragnę sprzedać jedną wspaniałą sztukę, dla zaoszczędzenia kosztów, transportu do Hamburga. Przyjechawszy do portu zastałem telegram od żony dyrektora hamburskiej menażerii, który w międzyczasie umarł. Żona ta prosi mnie o rozwiązanie kontraktu. Oczywiście zrobiłbym przysługę tej kobiecie tylko w tym wypadku, gdybym znalazł nabywcę.
— Co to za okaz?
— Bardzo rzadki egzemplarz: tygrys jawajski.
Wheeler drgnął jakby rażony elektrycznym prądem.
— Tygrys!?...
Dyrektor podszedł do okna, udając, że interesuje go nagle rozciągający się przed nim widok. W rzeczywistości chciał ukryć zdenerwowanie, które go ogarnęło na tę wiadomość.
Reprezentant firmy ciągnął dalej z niezmąconym spokojem:
— Jak już panu powiedziałem, jedynie po to, aby przysłużyć się biednej kobiecie, zwracam się do pana z propozycją kupna.
Wheeler odzyskał całą swoją zimną krew i zapytał z nonszalancją.
— Hm!... Wszystko zależy od ceny. Jak brzmią to nazwisko dyrektora menażerii, który zmarł niedawno?
Chesney musiał mieć krótką pamięć, gdyż zawahał się, zanim dał odpowiedź i na twarzy jego pojawił się rumieniec.
— Krauze... — odparł, wziąwszy się na odwagę.
Wheeler podniósł obie ręce do nieba:
— Co, Krauze? Wilhelm Krauze?
— Tak, Wilhelm Krauze — potwierdził żywo Chesney.
— Mój przyjaciel Krauze? — powtórzył Wheeler z żalem w głosie — Muszę natychmiast napisać list.
Ostatnie zdanie poszło widać nie w smak Chesneyowi, gdyż zaklął po cichu. Dyrektor spojrzał nań ze zdziwieniem.
— Co pan powiedział?
— Nic. Noga boli mnie diabelnie — odparł Chesney, nachylając się.
— A więc, jaka będzie cena? Mówiąc prawdę, nie wiem do czego mi on jest potrzebny. Rozumie pan sam, jak trudno mi utrzymać takie zwierzę. Musiałby być bardzo tani.
— A więc?
— Dałbym ze sto funtów sterlingów.
Chesney wybuchnął śmiechem.
— Jeśli pan ma zamiar żartować, panie Wheeler, niech mi pan lepiej nie zabiera czasu — rzekł wstając z krzesła. — Mój czas jest drogi.
Na widok zbierającego się do odejścia Chesneya dyrektora ogarnęło przerażenie.
— Ile chciałby pan wziąć? — zapytał pokornie.
Tygrys kosztuje 800 funtów i ani pensa mniej.
— Na Boga: Toż to prawdziwy rozbój! — zawołał Wheeler zrozpaczonym głosem.
Chesney wzruszył ramionami, wciągnął rękawiczki i rzekł:
— Każdy człowiek wie najlepiej, ile może zapłacić. Ja natomiast nie mogę zniżyć ceny. Spróbuję jeszcze jednej drogi, aby pomóc tej biednej kobiecie. Słyszałem, że signor Barnini bawi chwilowo w East Ham. On z pewnością zapłaci mi żądaną sumę.
Szeroka twarz Wheelera zaczerwieniła się.
— Pan mnie obraża, mister Chesney! — zawołał, bijąc pięścią w stół. — Tyle ile może dać ten samochwał Barnini, mogę dać również i ja. O ile wiem, droga pańska będzie daremna, ponieważ on ma już jednego tygrysa.
Mówiąc te słowa położył przy Chesneyu gazetę. Chesney rzucił tylko okiem na ogłoszenie i rzekł:
— Dobrze... On nabył tygrysa z Sumatry, nie zaś z Jawy.
— Ależ to jedno i to samo — przerwał Wheeler.
— O nie drogi panie. Weźmy dla przykładu...
Wheeler nie dał mu skończyć.
— Wiem — zawołał — niech pan przerwie swój wykład zoologii. Powiem panu tylko jedno: jeśli Barnini dał pięćset funtów sterlingów, ja mogę dać sześćset.
— Powiedziałem już panu, że zwierzę warte jest 800.
— Niech pana diabli! Daję 800 jeśli zwierzę jest tego warte.
— Może pan być pewien. Towar jest pierwszorzędny.
Wheeler biegał po pokoju zdenerwowany, jak tygrys po klatce. Agent tymczasem wyjął z kieszeni umowę i rzekł:
— Umowa jest prosta. Gotówkę wręczy pan natychmiast po dostawie towaru. Oczywista, ja będę przy tym obecny. W wypadku gdyby z moją nogą było gorzej, przyślę przez jednego z mych ludzi pokwitowanie, przeze mnie podpisane.
— O oo! — rzekł Wheeler, podejrzliwie.
— Może się pan nie lękać. Robotnik, którego przyślę, pracuje już u mnie od szeregu lat. Gdyby nawet ukradł pieniądze, nie ma pan czego się obawiać, ponieważ otrzyma pan kwit podpisany przeze mnie. Będzie pan mógł porównać podpis mój z podpisem na umowie.
— Kiedy będę mógł otrzymać tygrysa? — zapytał Wheeler.
— Trudno mi określić dokładnie. Być może, rozładunek nastąpi jutro, lub pojutrze.
— Chciałbym sam móc asystować przy rozładunku. — rzekł Wheeler.
— To będzie trudne. Nie mogę niestety ustalić dokładnej daty. Prosiłbym natomiast aby przez cały dzień jutrzejszy nie wydalał się pan ze swej menażerii. Ułatwi nam to dostawę. Mam nadzieję, że transport nadejdzie już jutro.
— Zgoda — odparł dyrektor zacierając z radości ręce.
Po podpisaniu umowy, mister Chesney wyszedł. Wheeler odprowadził go wzrokiem aż do rogu ulicy.
Mimo wyśrubowanej ceny, Wheeler odczuwał dziecinną radość na myśl o tym, że pobił swego konkurenta. Radość jego zmniejszyłaby się prawdopodobnie znacznie, gdyby mógł dojrzeć zmianę, która nastąpiła nagle w sposobie zachowania się agenta. Pochyle plecy wyprostowały się. Laską, która dotąd służyła mu za oparcie, wymachiwał wesoło w powietrzu. Wszedł do baru, położonego w pobliżu i podszedł do stolika, gdzie oczekiwał go jakiś młody człowiek.
— Jak się skończyło, Edwardzie? — zapytał młodzieniec nowoprzybyłego.
— Doskonale, Charley. Nie mogło pójść lepiej. Wszystko jest przygotowane i jutro będziemy mogli pofatygować się po naszego tygrysa.
— Nie obędzie się bez trudności — odparł Charley Brand.
— Ależ, Charley, — odparł drugi ze śmiechem. — Jakże można być tak bojaźliwym i mieć tak mało poczucia humoru? Powtarzam ci, że to będzie najlepszy, najbardziej udany z kawałów Rafflesa.
W kilka minut później obydwaj przyjaciele opuścili bar i taksówką udali się do lorda Listera. Lord Lister zdjął po drodze ciemne okulary oraz swą siwiejącą brodę. Nikt nie poznałby w eleganckim mężczyźnie, który wyskoczył nagle z taksówki, starego i zaniedbanego agenta firmy Wilson i Ska z Singapore.

Zaginiony tygrys

Od samego ranka niezwykle ożywienie panowało w dokach. Do portu przyjechał okręt Frise, wiozący olbrzymi ładunek dzikich zwierząt. Usiłowano to utrzymać w tajemnicy, lecz wieść o tym rozeszła się szybko po Londynie i tłum ludzi przybył do portu.
Dla utrzymania porządku, sprowadzono ze Scotland Yardu oddział policji londyńskiej, pod wodzą samego inspektora policji Baxtera. Jeden z pierwszych przybył Barnini, niespokojny o los swego tygrysa. Kierownik transportu, niejaki Classen z Hamburga, stał na lądzie i dyrygował armią robotników. Barnini zbliżył się do niego i rzekł:
— Czy nie może pan rozpocząć od wyładowania tygrysa z Sumatry?
Classen spojrzał na niego niechętnie.
— Proszę mi pozostawić swobodę — odparł — musimy najpierw wyładować zwierzęta spokojne, a później zaś dzikie bestie.
— Czy nie mógłby pan tym razem uczynić dla mnie wyjątku?
— Musimy się zastosować do przyjętych zasad — odparł Classen — ja jestem odpowiedzialny za całość transportu.
Dyrektor, widząc, że nic nie wskóra, dał za wygraną. Na wybrzeżu pełno było dziwnych typów, które spotyka się często w portach, robotników i bezrobotnych, ćmiących fajkę i czekających na przypadkowy zarobek.
Niedaleko okrętu stali jacyś dwaj ludzie, niewyróżniających się niczym na pozór z tłumu ciekawych. Baczny obserwator spostrzegłby jednak odrazu, że oczy ich są bardziej błyszczące i bardziej ożywione niż oczy sąsiadów. Wyższy z dwuch mężczyzn, którego oblicze okalała szeroka broda a czapka nasunięta na oczy kryła pół twarzy, pochylił się do swego towarzysza i rzekł:
— Musimy mieć oczy szeroko otwarte, Charley!
— Byleby tylko wszystko skończyło się dobrze — szepnął cichutko drugi — Tymczasem Classen ukończył dawanie rozkazów i skierował się w stronę okrętu. Pokiwał głową. Czegóż chcieli u licha wszyscy ci ludzie? Co prawda pozostawiono wolną przestrzeń do wyładowania zwierząt, jednak żywy mur, otaczający tę przestrzeń, hamował swobodę ruchów. Nagle do uszu jego doszedł okropny hałas, krzyki i pełne trwogi wołanie.
— Co się stało? — pomyślał i począł sobie torować łokciami drogę poprzez mrowie ludzkie.
— Czy to bydlę utonęło? — usłyszał nagle głos jednego z robotników.
— Nie, rusza się jeszcze — odparł drugi.
Dały się słyszeć dalsze krzyki.
Classen posuwał się naprzód, rozdzielając na prawo i lewo ciosy swych potężnych pięści.
W zdenerwowaniu natknął się na inspektora Baxtera.
— Tędy niema przejścia — rzekł energicznie Baxter.
Classen pokazał mu swą legitymację.
— Jestem kierownikiem transportu dzikich zwierząt.
— W takim razie niech pan przejdzie. Jedna z żyraf wpadła do morza.
— Sapristi! — zawołał Classen.
Natychmiast zrozumiał co się wydarzyło. Trzy żyrafy stały spokojnie w porcie obok swych dozorców. Czwarta żyrafa przywiązana była do dźwigu portowego i wyrwała się z taką siłą, że woda pryskała dokoła.
Spuszczono łódź ratunkową. Jeden z ludzi trzymał lasso, inni zaś mieli w pogotowiu grube liny, które chcieli zarzucić dokoła szyi zwierzęcia.
Jakiś człowiek w średnim wieku zbliżył się do Classena.
— Co za nieszczęście, panie Classen! Zwierzę przecież było dobrze przywiązane. Mimo to jeden ze sznurów zawiódł. Nikt nie może ponosić za to odpowiedzialności.
— Kazałem przecież wyraźnie, aby sprawdzać dokładnie wszystkie sznury przed wyładunkiem! — wrzasnął Classen.
Nagle jakieś zamieszanie powstało dokoła stojących dotąd spokojnie żyraf. Najmłodsze ze zwierząt rozpoczęło jakieś szalone podskoki.
— Trzymać je? — zwołał Classen.
Było już za późno.
Dozorca zdjęty strachem, puścił sznur, na którym uwiązana była żyrafa. Cztery inne żyrafy, widząc swą towarzyszkę na wolności poczęły ciągnąć z całej siły swoje sznury, które ustąpiły nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dozorcy upadli w tył: jeden z nich zdołał jeszcze pochwycić sznur, lecz został pociągnięty naprzód tak gwałtownie, że musiał dać za wygraną. Policja z trudem dawała sobie radę z publicznością wyjącą z uciechy. Żyrafa zawieszona w powietrzu powoli spuszczona została na ląd i Classen osobiście chwycił za jej sznur, aby uniknąć nowego nieszczęścia.
Zaledwie jednak odwiązano sznur, którym przywiązana była żyrafa do portowego dźwigu, zwierzę ogarnęła nagle żądza wolności. Classen trzymał je ze wszystkich sił, lecz bez skutku. Żyrafa okazała się silniejszą od niego. Długie nogi rzuciły się do galopu i Classen zmuszony był biec co sił. Owinął sobie sznur dokoła ramienia. Ręka nabrzmiewała mu, sznur wrzynał się w ciało. Żyrafy tym czasem galopowały radośnie. Kilku robotników portowych rzuciło się za nimi w pogoń. Nie można ich było jednak schwytać. Zdawało się, że wyścig ten podnieca je do większej szybkości.
Classenowi groziło tymczasem prawdziwe niebezpieczeństwo. Nie mogąc pozbyć się sznura upadł nagle. Zwierzę ciągnęło go bezlitośnie.
Dokoła rozlegały się krzyki ludzkie.
Nagle zwierzę upadło na ziemię jak gdyby rażone piorunem. Napróżno usiłowało powstać na nogi. Przy pysku pojawiła się piana. Classen uwolniony z swych więzów podniósł się. Wlot zrozumiał sytuację: Żyrafa złamała nogę. Leżała na ziemi bez ruchu, spoglądając na niego swymi inteligentnymi oczyma, jak gdyby wzywała pomocy.
Classen począł delikatnie gładzić sierść zwierzęcia. Nie było innej rady. Wiedział, że zwierzę trzeba będzie zabić. Wówczas zdarzyła się rzecz dziwna, trzy inne żyrafy zbliżyły się powoli do swej towarzyszki, wyciągając ciekawie szyję. Z łatwością dały się schwytać. Od czasu do czasu odwracały tylko głowę, jak gdyby pytając, czemu ich towarzyszka nie idzie razem z nimi.
Classen posmutniał. Humor jego pogorszył się następnie skutkiem fatalnego wypadku, który wydarzył się innej żyrafie: żyrafa, która wpadła do morza, uderzyła się tak nieszczęśliwie, że wydobyto ją martwą.
Straty poniesione obliczał Classen na około 2.000 funtów sterlingów. Mimo to przystąpiono do dalszego wyładowywania zwierząt. Tym razem zawisła w powietrzu klatka zawierająca dwie wielkie małpy. Jakiś robotnik portowy o czerwono-rudych włosach pchnął stojącego przed sobą młodego towarzysza. Obydwaj przedarli się przez tłum aż do miejsca gdzie miały lądować obydwie małpy.
— Zbliża się właściwa chwila, Charley — szepnął. — Ściśnij zęby i otwórz szeroko oczy.
Gdy klatka szczęśliwie spoczęła na ziemi, ramię dźwigu powoli podniosło się z powrotem, gotowe do przeniesienia nowego ciężaru.
Klatkę otoczyło zbliska grono ciekawych, którzy uniemożliwili do niej dostęp ludziom, mającym ją przenieść do wozu.
Młody robotnik znalazł się w pierwszym szeregu i niepostrzeżenie począł badać zamek klatki. Odwrócił się i został tak silnie pchnięty przez swych sąsiadów, że padł formalnie na pręty. Podniósł się szybko z głośnym przekleństwem.
Musiał się zranić, gdyż twarz jego pobladła dziwnie. Cofnął się nagle od klatki o kilka kroków. W wielkim ścisku nikt nie zauważył, że człowiek ten zdążył otworzyć drzwi klatki. Dopiero w chwili, gdy zwierzęta rzuciły się do drzwi, zdano sobie sprawę z wypadku. Wszystko to odbyło się z błyskawiczną szybkością. Małpy zmieszały się z tłumem, dały się słyszeć krzyki przerażenia. Część ludzi rzuciła się do ucieczki, pozostali natomiast poczęli ścigać rozochocone małpy.
W tej samej chwili poczęto spuszczać na ziemię klatkę do połowy zakrytą grubą materią. Nie trudno było zgadnąć, że mieściła ona w sobie jakieś niebezpieczne zwierzę.
— Na miłość Boga! — krzyknął Classen. — Nie trzeba było wyładowywać tego zwierzęcia!
— Natychmiast przejmiemy je i odwieziemy tygrysa w bezpieczne miejsce, aby uniknąć możliwości wypadku — ozwał się jakiś głos obok niego.
Classen odwrócił się. Tuż obok niego stał czerwonowłosy robotnik i młody człowiek, który przeszedł niedawno przykre doświadczenie z małpami.
— Dobrze — rzekł Classen — musicie jednak uważać. Trzeba zabrać klatkę i umieścić ją za beczkami.
— Nie wolno pracować w takich warunkach... To urąga wszelkim przepisom o bezpieczeństwie publicznym... Natychmiast spiszemy panu protokół. Słowa te padły z ust inspektora Baxtera, który zbliżył się do Classena i spojrzał na niego groźnym wzrokiem.
— Zupełnie słusznie, panie inspektorze — odparł Classen. — Sam nie wiem, od czego mam rozpocząć.
Klatka z tygrysem stanęła na stałym lądzie. Classen sam odwiązał łańcuchy łączące ją z dźwigiem.
— Zwracam się do pana o pomoc, panie inspektorze. Musimy zanieść tę klatkę szybko do wozu... Niechże chociaż tygrys uniknie niezwykłych przygód. Opiekować się nim będą ci oto ludzie.
W międzyczasie hałas jeszcze wzrósł, ponieważ małp nie można było złapać w żaden sposób. Korzystały z wolności, płatając ludziom różne figle. Zrywały z głowy kapelusze, kradły laski i parasole i rzucały je następnie w tłum. W pewnym momencie usiłowały nawet wyrwać dziecko z objęć matki i tylko grad razów zmusił je do ucieczki.
— Szybciej, szybciej! — poganiał Classen.
Hałas i krzyki denerwowały tygrysa. Ryknął przeraźliwie, tak, że inspektor policji cofnął się przezornie o kilka kroków od klatki.
Z pomocą policji obydwaj robotnicy i Classen umieścili klatkę ze zwierzęciem na wozie, przeznaczonym dla małp. Classen przykrył całą klatkę kawałem materiału. Polecił obydwu robotnikom jaknajdalej idącą ostrożność. Człowiek o czerwonych włosach wlazł na wóz, który ruszył wreszcie ku radości Classena.
Inspektor Baxter, dumny ze spełnienia obowiązku, zbliżył się do tłumu, który w dalszym ciągu zabawiał się polowaniem na małpy.
Robotnicy, nie zatrzymali się jednak w miejscu wskazanym przez Classena. Zacięli konia i ruszyli inną drogą.
— Chciałbym wreszcie pozbyć się tego pasażera, Edwardzie — rzekł Charley.
Nie jest to zbyt przyjemne czuć za swymi plecami klatkę z tygrysem.
— Nie obawiaj się — rzekł lord Lister z uśmiechem. — To dobre zwierzę, spokojne i łagodne. Musimy jednak czemprędzej ukryć się w naszej kryjówce w Black Park. Tam zmienimy środek lokomocji i pojedziemy do Southend. Wkrótce prawdopodobnie odkryją fakt zniknięcia tygrysa i ruszą za nami w pogoń.
— A może byśmy, Edwardzie, ukryli się aż do jutra?
— Niemożliwe, mój chłopcze. Zapominasz, że za wszelką cenę musimy dziś jeszcze udać się do naszego przyjaciela Wheelera. Jeśli się spóźnimy, stracimy 800 funtów sterlingów.
Rozmawiając w ten sposób, nasi dwaj przyjaciele zbliżyli się do Black Parku. Skręcili na lewo i szybko znikli za grupą drzew.

Wóz do przeprowadzki

Dzięki wspólnym wysiłkom policji oraz dozorców udało się wreszcie schwycić małpy i wpakować je do klatek. Ostatnia część wyładunku miała przebieg spokojny. Wyładowano właśnie olbrzymią klatkę z brunatnym niedźwiedziem, gdy do Classena zbliżył się Barnim i rzekł:
— Kiedyż wreszcie wyładujecie mego tygrysa z Sumatry?
Kierownik transportu przypomniał sobie wówczas mały incydent, o którym zapomniał w zamieszaniu.
— Jest już wyładowany oddawna. Klatka jego wylądowała natychmiast po klatce z małpami.
— Gdzież w takim razie teraz się znajduje, na miłość Boga? — zapytał Barnim z przerażeniem.
— Dwuch robotników załadowało go na wóz. Muszą czekać na nas niedaleko za beczkami.
Barnini ruszył natychmiast we wskazanym kierunku. Mimo usilnych poszukiwań nie znalazł za beczkami nic, co mogłoby przypomnieć wóz i klatkę z tygrysem. Powrócił na wybrzeże.
— Niema tygrysa! — krzyczał z daleka do Classena.
— Ależ to absurd, signor Barnini — odparł Classen. — Sam pomagałem postawić klatkę na wozie i sam wydałem robotnikom rozkaz zatrzymania się za beczkami.
— Jeśli jest pan taki mądry, to niech mi pan pokaże przynajmniej tygrysa. Nie jestem przecież ślepy — odparł Barnini.
Classen wzruszył ramionami udał się na miejsce.
— Co za diabeł? — zawołał. — Gdzież mogą być ci idjoci? Kazałem im wyraźnie zatrzymać się za beczkami.
— Jestem zrujnowany! — krzyczał Barnini, załamując ręce. — Mój tygrys uciekł!
— Nonsens. Tygrys nie jest myszką. Czy sądzi pan, że tego rodzaju zwierzę może zniknąć? Gdyby uciekł, zauważonoby go natychmiast.
— Możliwe... Ale gdzież on jest u licha? — wołał zrozpaczony dyrektor.
— Już wiem. Ci ludzie poszli prawdopodobnie do pana. Radzę panu, aby wrócił pan czemprędzej do siebie. Przy wyładowywaniu mogą zajść przykre niespodzianki.
— Czy wziął pan przynajmniej odpowiedzialnych ludzi? — zapytał Barnini.
Pytanie to w pierwszej chwili zaskoczyło Classena. Rozejrzał się dokoła i zapytał stojącego w pobliżu robotnika:
— Kim byli ci ludzie? Ten czerwonowłosy i młody w szarej czapce? Czy to jacyś wasi znajomi? Nie przypominam sobie, abym tu kiedyś widział ich przed tym?
Zapytany potrząsnął głową.
— Rudy mężczyzna i młody człowiek w szarej czapce? Nie mam pojęcia, o kim pan mówi.
— Ależ, Bruno, zastanówcie się dobrze. To byli z pewnością jacyś wasi koledzy. Obydwaj nosili niebieskie bluzy.
— Nie mam najmniejszego pojęcia, panie Classen.
— Jestem zrujnowany: skradziono tygrysa! — krzyczał Barnini.
Classen tupnął ze złością nogą.
— Skradziono.... Kto mógłby skraść tygrysa? Pytam pana, kto potrafiłby ukryć takie zwierzę? Czy myśli pan, że ci dwaj ludzie zaciągnęli tygrysa do swego skromnego domu, poto, żeby im żona z niego usmażyła kotlety?
— Oby słowa pańskie się sprawdziły! — Westchnął Barnini i w zamyśleniu ruszył w stronę swego domu...

— Odwaliliśmy ciężką robotę, Marholm — rzekł inspektor policji Baxter do swego sekretarza, noszącego przezwisko Pchła. — Zwierzę szalało kompletnie.... Gdyby ludziska rozumieli przynajmniej, na jakie narażają się niebezpieczeństwo.
— Drogi inspektorze! — rzekł Marholm, trzymając w ręce kieliszek porto. — Jedynej rzeczy nie może pan wymagać od tłumu: to jest tego, aby rozsądnie myślał. Jedynie Raffles...
Zaledwie słowo to padło z ust Marholma, gdy Baxter podskoczył jak gdyby coś go ukąsiło.
— Skończcie już raz ze swymi głupiemi żartami, Marholm! Nie można z wami mówić poważnie. Zawsze potraficie przylepić swego Rafflesa.
— Ależ, panie inspektorze, nie chciałem powiedzieć nic złego...
— Wiecie dobrze — przerwał Baxter, że ten typ przyprawia mnie o utratę przytomności. Od jak dawna uganiamy się za nim, nie mogąc go chwytać. Ten nicpoń jest w zmowie z diabłem. Na szczęście dość długo nie słyszeliśmy o nim...
— Kto wie, czy stan ten potrwa dłużej? — odparł Marholm półgłosem.
W tej chwili do gabinetu wszedł urzędnik.
— Otrzymaliśmy ze stacji East Ham wiadomość, że dyrektor menażerii Barnini złożył zameldowanie o kradzieży tygrysa.
Inspektor Baxter podniósł się i krzyknął:
— Co? Tygrysa? Skąd został skradziony? Z menażerii?
— Nie, panie inspektorze. Dyrektor otrzymał dziś rano poważny transport zwierząt. Pomiędzy nimi znajdował się tygrys o wielkiej wartości. Tygrysa tego skradziono w chwili wyładowywania.
— Nie opowiadajcie głupstw! Istotnie widziałem pomiędzy zwierzętami tygrysa. Ażeby uniknąć wszelkich trudności, wraz z kierownikiem transportu i dwoma robotnikami sam zaniosłem klatkę na wóz transportowy.
— A teraz klatka z tygrysem wraz z wozem i obydwoma robotnikami znikła bez śladu!
— Może tygrys pożarł tych ludzi? — zawołał mimowoli inspektor.
Marholm wybuchnął głośnym śmiechem.
Urzędnik stał przez chwilę niezdecydowany, poczym rzekł:
— Pan inspektor jest wzywany osobiście do East Ham dla sporządzenia protokułu.
— Dobrze, już dobrze. Pojadę tam, choć nie widzę celu. Prawdopodobnie tkwi w tym jakiś błąd. Tygrys nie jest złotym zegarkiem, który można z łatwością włożyć do kieszeni. Nie widzę nikogo, kto mógłby ukraść tygrysa.
— Znam takiego jednego! — odparł Marholm.
— Wy? — zapytał Baxter ze zdziwieniem.
— Tak, człowieka, który potrafi zrobić właściwy użytek ze wszystkiego, co mu wpadnie pod rękę.
— Kim jest ten człowiek?
— To Raffles! — odpowiedział żywo Marholm.
— Oszalałeś! — zawołał Baxter kierując się w stronę telefonu, aby odkomenderować do East Ham sześciu agentów.

Od Blacke Parku ciągnie się szosa, która, skręcając na południe w prawo, prowadzi przez Southend aż prosto do Bromley.
Na połowie drogi do Southend wlókł się powoli ciężki wóz meblowy. Był on zakryty ze wszystkich stron, jak wszystkie wozy używane do przeprowadzek. Tylne wejście zamknięte było na żelazną sztabę. Z przodu zamiast kozła znajdowała się wygodna kanapa, na której siedzieli sobie spokojnie woźnica oraz jego towarzysz.
Droga była pusta. Mimo to jednak towarzysz woźnicy odwracał się co pewien czas, spoglądając niespokojnie na szosę. Natomiast sam woźnica miał minę niewzruszoną. Nie wypuszczał z ust papierosa i od czasu do czasu rzucał w kierunku swego towarzysza ironiczne spojrzenie.
— Wydaje mi się, Charley, że pożera cię chęć spotkania się z Baxterem — rzekł ze śmiechem. — Nie możesz doczekać się chwili jego przybycia!
— Możesz się ze mnie śmiać, Edwardzie, — odparł zagadnięty — ale ja mam przeczucie, że ta awantura źle się skończy. Gdybyśmy tylko mogli pozbyć się tego zwierzęcia! Czuję się dziwnie nieswojo....
— Nie rozumiem cię, Charley — odparł lord Lister, który z rudowłosego robotnika przedzierzgnął się w solidnego woźnicę o siwiejącej brodzie.
— Jest ci chyba dość wygodnie na twojej kanapce. Zbyteczne chyba dodać, że pogoda jest cudna i przejażdżka w tych warunkach to prawdziwa rozkosz!
— Masz czasami niezłe pojęcie o tym, co komu może sprawić przyjemność. Siedzę jak na szpilkach. Myśl, że za mymi plecami mam zwierzę, które czeka tylko chwili, aby mnie pożreć i że policja może mnie złapać wraz z tygrysem, nie daje mi spokoju.
— Cóż ci pomogą nerwy, mój przyjacielu — odparł lord Lister. — Im niebezpieczeństwo jest większe, tym zimniejszą należy zachować krew.
— Masz rację — odparł Charley urażonym tonem. — Postaram zastosować się do twoich wskazówek.
Wstrząsy wozu nie działała bynajmniej uspakajająco na niespokojnego pasażera, tymbardziej, że ze środka dochodziły odgłosy przypominające huk grzmotu.
— Wielki Boże, Edwardzie — zawołał Charley zeskakując na ziemię. — Teraz ten znów zaczyna! Gdyby ci, którzy nas ścigają, mogli usłyszeć.
Słowa te wywołały wilka z lasu.
W oddali widać było obłok kurzu, z którego wyłoniły się postacie policjantów.
— To Baxter — rzekł Charley.
— Możliwie... Co z tego? — odparł lord Lister z uśmiechem. Udawał, że poprawia zaprząg, aby w ten sposób uspokoić tygrysa, przez zatrzymanie się czas jakiś w miejscu.
Charley miał rację. Zbliżał się Baxter wraz z sześciu agentami. W East Ham Barnim i Classen przekonali go bez trudu, że tygrys znikł naprawdę i że najpewniej został skradziony. Jakkolwiek Baxter nie chciał się do tego przyznać, słowa Marholma utkwiły mu w pamięci. Natychmiast zabrał się do poszukiwania niewykrytego sprawcy, w którym mgliście przeczuwał Rafflesa.
Rozesłano posterunkom policji rysopis dwuch osobników, rozesłano patrole we wszystkie strony.
Inspektor Baxter zrównał się z wozem meblowym, zeskoczył z motocykla i obrzucił nieufnym spojrzeniem woźnicę oraz jego towarzysza.
— Co wieziecie w tym wozie? — zapytał ostro.
Woźnica nie zdradzał ochoty od odpowiedzi i spokojnie poprawiał coś przy zaprzęgu.
— Czy nie słyszycie, co się do was mówi? Zapytuje, co macie wewnątrz w wozie?
Woźnica podniósł głowę i odparł spokojnie.
— Niech to pana nie obchodzi. Czego się pan wtrąca?
— A właśnie, że się będę wtrącał. Jestem Baxter inspektor policji. Oto moja legitymacja!
Woźnica złagodniał. Zdjął czapkę i zapytał tonem pełnym szacunku:
— Jeśli pan jest inspektorem policji, to zupełnie co innego. Wieziemy meble do Bromley, panie inspektorze.
— Czy naprawdę? Otwierajcie więc wóz!
Młody chłopak towarzyszący woźnicy musiał się widocznie skaleczyć, bo krzyknął lekko.
— Co się stało? — zapytał ostro woźnica.
— Nic — odparł i ze zdwojoną energią wziął się do poprawiania zaprzęgu.
Woźnica obojętnie zbliżył się do drzwi wozu, wyciągnął z wielkim trudem klucz i otworzył zamek. Następnie począł podnosić ciężką żelazną zasuwę.
— Czy nie zechciałby pan panie inspektorze pomóc mi — rzekł do Baxtera, który niecierpliwie oczekiwał chwili otworzenia się tajemniczych drzwi.
Drzwi otwarły się gwałtownie...
W środku wozu znajdował się pomalowany na jaskrawy żółty kolor kredens kuchenny. Z prawej i lewej strony piętrzyły się kufry i skrzynie, napróżno starające utrzymać się w równowadze. Zgodnie z powszechnie przyjętym zwyczajem przy przeprowadzkach, wszystkie dziury zatkane były szmatami i strzępami.
— Czy mógłbym wiedzieć czego pan szuka, panie inspektorze? — zapytał uprzejmie woźnica.
— Szukam czegoś, co zostało skradzione, — odparł Baxter.
— Naprawdę? Może być, że znajdzie pan to między tymi gratami? Otrzymałem wóz już naładowany, — dodał wyciągając z kieszeni sporą pajdę chleba.
Spokojnie usiadł na brzegu szosy i z zajęciem zaczął się przyglądać agentom policji.
— Wyjmijcie to wszystko — rozkazał inspektor Baxter.
— Tego nie może pan wymagać ode mnie. Meble są zbyt ciężkie. W Bromley wszystko zostanie wyładowane.
— Chłopak wam dopomoże — rzekł inspektor.
— Niemożliwe. Biedak spadł niedawno z wozu i zwichnął sobie rękę. Nie chcę, żeby się męczył. Dick, — krzyknął w jego stronę. — Chodź i usiądź przy mnie. Ci panowie będą z tym mieli sporo roboty.
Chłopak posłusznie usiadł tuż obok niego. Inspektor Baxter oniemiał. Dopiero po chwili zwrócił się do swych ludzi.
— Nuże, chłopcy! rozpoczynamy rozładunek.
Wezwanie to nie wzbudziło żadnego entuzjazmu. Tylko dwuch agentów zbliżyło się powolnym krokiem. Pozostali zajęci byli poprawianiem czegoś przy swoich motocyklach.
— To nonsens — rzekł jeden z agentów, niski gruby człowieczek, do swego kolegi. — Któżby szukał tygrysa w koszyczku od robót lub w szafliku od pomyj!...
Jeden z agentów wszedł do wozu i począł wyrzucać krzesła, stół i parę innych przedmiotów.
Następnie starał się unieść jedną ze skrzyń. Musiały być one niesłychanie ciężkie, gdyż z wielkim wysiłkiem zdołał ruszyć jedną z nich zaledwie o parę centymetrów.
— Przede wszystkim usuńcie tę szafę! — zawołał Baxter, wskazując na żółto pomalowaną ozdobę kuchni.
Przy pomocy drugiego agenta udało im się przesunąć szafę w bok. Baxter obejrzał wszystko uważnie. Za szafą piętrzyły się skrzynie i walizy, na nich zaś stały stoły z nogami do góry.
Na zwiniętych w rulony dywanach stały spokojnie naczynia kuchenne.
Kiedy inspektor zdał sobie sprawę z bezcelowości dalszych poszukiwań, zawołał głośno.
— Zatrzymać się! Zwierzęcia nie ma tam z pewnością!
— Jakiego zwierzęcia? — zapytał woźnica, nie przerywając jedzenia.
— To was nie obchodzi! — odparł ostro Baxter. — Możecie postawić te rzeczy z powrotem.
— To nie uchodzi, panie inspektorze — rzekł woźnica, podniósłszy się z miejsca. — Musi pan pomóc ustawić mi z powrotem moje rzeczy. Chłopak jest chory i sam nie dam sobie z tym rady. Jeśli policja wyrzuca mi wszystko na szosę, powinna sama załadować mnie na wóz. Jestem odpowiedzialny za wszystko. Nie chcecie chyba unieszczęśliwić biednego starca?
Baxter mruknął coś niezrozumiale między zębami.
— Naprzód! Odstawcie to na miejsce! — rzekł do swych agentów.
Po upływie kilku minut wszystko było gotowe. Poustawiano to jednak tak niedbałe, że nie zostało miejsca na ustawienie krzeseł i wielkie drzwi w żaden sposób nie chciały się zamknąć.
— Do wszystkich diabłów, pomóżcież mu trochę! — zawołał inspektor tracąc cierpliwość.
Woźnica zaśmiał się wesoło.
— Widzi pan, panie inspektorze, że to nie tak łatwo załadować wóz meblowy. Wszystko dlatego, że panowie policjanci poruszyli skrzynię stojącą z tyłu. Tutaj każdy centymetr odgrywa rolę.
— Co mamy robić? — zapytał Baxter za złością.
— Poprostu wyładować wszystko raz jeszcze i później umieścić każdy przedmiot na swoim właściwym miejscu!
— Oszaleliście zupełnie! — zawołał inspektor. — Nie mamy nic innego do roboty jak tylko wnosić i wynosić meble z wozu.
Spojrzał na zegarek.
— Bądźcie rozsądni i wnieście to sami. My na to czasu nie mamy.
— To niemożliwe, panie inspektorze.. Od dwudziestu lat wożę meble i nigdy nie zginęła mi nawet igła. Czy chce pan, aby na stare lata przytrafiło mi się jakie nieszczęście?.. Nie przeżyłbym tego.
Wyciągnął wielką czerwoną chusteczkę i począł ocierać oczy.
— Nie chcę was skrzywdzić — rzekł Baxter. — Jeśli nie możecie sobie dać sami rady, poślijcie chłopaka do Southend, niech wam przyśle kogoś do pomocy.
— Dobrze, ale kto mi za to zapłaci? — jęknął starzec. — Przepadnie mi cały zarobek dzienny.
— Macie oto 5 szylingów — rzekł Baxter wyjmując z kieszeni banknot.
— Jeśli nie można inaczej, panie inspektorze, muszę się na to zdecydować — rzekł stary z niezadowoloną miną. — Za pięć szylingów nikt mi nie przyjdzie z Southend.
— Masz jeszcze dwa szylingi, stary spryciarzu — rzekł Baxter. — Wskoczył na motocykl, dał znak odjazdu i zniknął wraz z ludźmi w obłokach kurzu.

Legitymacja

Zaledwie Baxter zniknął z oczu, stary woźnica wybuchnął głośnym śmiechem. Z piersi jego młodego towarzysza wyrwało się westchnienie ulgi.
— Mój Boże ale miałem stracha, Edwardzie!
— Czemuż to? Wszystko skończyło się pięknie.
— To prawda. Pomyśl jednak, coby się stało, gdyby Baxter wyładował wszystkie meble z wozu, lub też gdyby tygrys ryknął nagle?...
— Rezultat byłby ten sam. Mój przyjaciel Baxter przeląkłby się do tego stopnia, że rzuciłby się natychmiast do ucieczki. Teraz, gdy niebezpieczeństwo minęło, musimy czemprędzej zakończyć sprawę.
— Co mamy robić? Czy mamy jeszcze raz ładować od początku?
— Ależ skąd? wyrzucimy meble i jaknajprędzej ruszymy w dalszą drogę z naszym najmilszym kociątkiem. Dalej do roboty.
Oboje zabrali się do otwierania ciężkich drzwi wozu.
— Co to takiego? — rzekł Charley, podnosząc jakiś papier, który leżał na ziemi...
— Ależ to legitymacja Baxtera! Odda nam ona niesłychane usługi — rzekł lord Lister, chowając legitymację do kieszeni swej kamizelki. — Ma to jednak tę złą stronę, że Baxter będzie się starał wrócić tu jaknajprędzej, aby ją odnaleźć. Musimy więc śpieszyć się.
Meble nie musiały być tak bardzo ciężkie, gdyż w ciągu kilku minut zdjęto z wozu wszystko, co służyło do ukrycia tygrysa. Tylko kilka skrzyń, stojących z przodu, było istotnie ciężkich, ponieważ Raffles napełnił je kamieniami. Stare krzesła, dywany i naczynia legły pokotem w poprzek szosy. Na żółto pomalowany kredens kuchenny ustawiono starannie z boku. Gdy ukończono robotę, Raffles wyrwał z notatnika swego jedną kartkę, napisał na niej kilka słów i włożył do koperty zaadresowanej w następujący sposób:

Wielmożny Pan Komisarz Policji
Baxter.

List ten przypiął zapomocą pluskiewki do szuflady kredensu.
Zamknięto ciężkie drzwi, zaryglowano żelazną sztabą i wóz ruszył szybkim truchtem w stronę Southend.
Tymczasem patrol policji przybył na stację kolejową w Belingham. Do odejścia pociągu mieli jeszcze dwadzieścia minut. Baxter nieustannie łamał sobie głowę nad sposobem odnalezienia sprawcy tak śmiałej kradzieży. Pogrążony w myślach włożył machinalnie rękę do kieszeni, szukając swej legitymacji, za okazaniem której miał prawo do bezpłatnego przejazdu pociągami. Ogarnęło go przerażenie.
— Do diabła! — szepnął, po raz piąty przeszukując swe kieszenie. Przypomniał sobie nagle, że ostatni raz pokazywał ją woźnicy i że musiał ją niewątpliwie tam zgubić. Szybko powziął decyzję.
— Zgubiłem swą legitymację — rzekł do swych agentów, którzy w międzyczasie zajęli już miejsca w wagonie. — Jedźcie sami, aż do Catword, ja zaś dogonię was później.
Wsiadł na motocykl i jadąc możliwie jaknajwolniej rozglądał się, czy przypadkiem gdzieś na drodze nie ujrzy swej legitymacji. Ponieważ nie znalazł jej, odbył z powrotem poraz wtóry całą drogę aż do miejsca spotkania wozu. Nagle niezwykły widok uderzył jego oczy. Niedaleko miejsca, w którym się zatrzymał poprzednio jakiś żółty przedmiot, stojący z boku szosy, lśnił jasno w promieniach słońca.
W pierwszej chwili Baxter nie mógł się zorientować, co to być mogło. Dopiero gdy podszedł bliżej poznał kredens, który stojąc samotnie na szosie niczym z daleka nie przypominał sprzętu domowego.
— Czyżby człowiek nie zdołał wnieść z powrotem tego mebla? — zapytał sam siebie Baxter. — Jakże to nieostrożnie z jego strony, zostawiać go tutaj.
Zdumienie jego wzrosło, gdy ujrzał tuż obok kredensu spiętrzoną kupę innych mebli. Ogarnęło go niedobre przeczucie. Nagle ujrzał przypięty do szuflady kredensu list.

Drogi panie! — czytał.
Podczas pańskich, jak zwykle bezowocnych, poszukiwań miał pan nieszczęście zgubić swoją legitymację. Jakkolwiek przywłaszczanie sobie przedmiotów znalezionych nie stanowi mej specjalności, wolę zatrzymać sobie tę kartę, która może mi się przydać w niektórych wypadkach.

Aby okazać panu swą dobrą wolę i aby zrewanżować się za siedem szylingów, pozwalam sobie zostawić panu kredens kuchenny w zupełnie jeszcze dobrym stanie. Kosztował on mnie co prawda o wiele więcej, ale mam nadzieję, że spodoba się on jeśli nie panu, to pańskiej przemiłej gosposi.
Gdy legitymacja pańska odda mi już właściwe usługi, pozwolę ją sobie panu zwrócić.

Pozdrawiam pana serdecznie i pozostałe z należytym szacunkiem
John C. Raffles.

— Złodziej! Łobuz! Bandyta! — zaklął Baxter. Ośmiela się jeszcze drwić ze mnie. Już teraz wiem, że to on ukradł tygrysa. Ale co robić?
Spojrzenie Baxtera prześlizgnęło się po krzesłach i kufrach, leżących spokojnie na ziemi. Począł zastanawiać się, w jakim kierunku powinien zwrócić pościg. Baxter wiedział, że po Southend szosa rozdziela się w dwie strony. Jakże tu domyśleć się który kierunek obierze wóz meblowy.
Rozpacz ogarnęła inspektora policji.
Wskoczył na swój motocykl i pełnym gazem pognał w stronę Bellingham.
Pogrążony w myślach nie zwracał uwagi na przeszkody, znajdujące się na szosie. Nagle odczuł silny wstrząs. Motocykl skręcił gwałtownie i wpadł do rowu. Kiedy Baxter oprzytomniał, leżał w samym środku szosy. Ostrożnie poruszył najpierw jedną po tym drugą nogą i wyciągnął przed siebie ręce. Był zdrów i cały, jakkolwiek silnie poturbowany. O kilkanaście kroków od niego leżał motocykl, całkiem niezdatny do użytku. Ubranie inspektora policji znajdowało się w opłakanym stanie. Był opryskany błotem od góry do dołu, jeden rękaw od marynarki zwisał mu smutnie.
— Przeklęta historia — szepnął do siebie Baxter, kopiąc ze złością połamany motocykl.
Puścił się w dalszą drogę piechotą. Na szczęście pociąg stał jeszcze na stacji. Szybko wbiegł na peron, ale zdążył już tylko ujrzeć ostatni wagon odjeżdżającego pociągu.
Baxter pobiegł do naczelnika stacji. Miał zamiar posłać stamtąd telegram do Scotland Yardu.
Gdy jednak zjawił się w gabinecie naczelnika umazany błotem i w podartym ubraniu, prosząc o nadanie urzędowej depeszy, kolejarz spojrzał na niego ze zdziwieniem. Wziął podejrzanego gościa za złodzieja albo wariata. Mimo to, Baxter wytłómaczył mu swą sytuację i rzekł uprzejmym tonem.
— Czy mógłbym prosić pana o legitymację?
Tutaj tkwiło właśnie sedno całej sprawy. Opowiedział naczelnikowi swą ostatnią przygodę z Rafflesem. Naczelnik odniósł się do tego opowiadania z dużym sceptycyzmem. Zgodził się wysłać depeszę do Scotland Yardu pod warunkiem, że aż do chwili otrzymania odpowiedzi, która potwierdzi jego opowiadania, Baxter zostanie zamknięty w biurze. Baxter awanturował się, groził, prosił i płakał. Naczelnik był nieubłagany. Baxter musiał się poddać spokojnie swemu losowi. W ten sposób stracił pół godziny cennego czasu, który mógł użyć skutecznie na poszukiwania Rafflesa. Dopiero po upływie tego czasu wpadło mu na myśl skomunikować się z następną stacją w celu porozumienia się z agentami policji.
Naczelnik uznał to żądanie za słuszne, jakkolwiek przez cały czas nie spuszczał z swego gościa podejrzliwego wzroku.
W ten sposób, unieruchomiony na małej stacyjce, inspektor policji liczył niecierpliwie minuty swej niedoli. Pierwsze zetknięcie się z Rafflesem odebrało mu całkowicie nadzieję odzyskania skradzionego tygrysa i schwytanie Tajemniczego Nieznajomego.

Szczęście jednych bywa nieszczęściem dla innych...

Na wschód od Southend ciągnęły się szerokie nieuprawne ugory. Na tych właśnie miejscach menażeria Wheelera rozbita swe namioty. W środku wzniesiono rodzaj cyrku. Trzy wielkie żelazne klatki służyły za schronienie najdzikszym zwierzętom. Z tyłu za cyrkiem mieściły się wozy, w którym mieszkali dozorcy i służba: Wheeler wraz z rodziną oraz członkowie orkiestry mieszkali w niewielkim hoteliku. Plac był dość gęsto pozastawiany, gdyż Wheeler miał bardzo dużo zwierząt. Dlatego też klatkę z małpami, z niedźwiedziami oraz z hieną ustawiono pomiędzy wozami. Dokoła wszystkiego ciągnął się plot otoczony kolczastym drutem. Ostrożność ta jednak była zbyteczna, bowiem groźne pomruki zwierząt trzymały ciekawych w pełnym szacunku oddaleniu.
Tego dnia Wheeler wstał bardzo wcześnie. Chciał on bowiem być obecny w porcie w momencie wyładowywania zwierząt. Przedewszystkim ciekaw był jak wyglądał tygrys, którego miał otrzymać Barnini, jego konkurent. Miał również nadzieję, że ujrzy może tygrysa, zakupionego u Chesneya, choć agent zaznaczył mu z góry, że nie wie czy zwierzę to przyjedzie tym samym transportem. Dla tego też zastosował się do wskazówki Shesney i zamiast udać się do portu, pozostał w domu, wyglądając z niecierpliwością pojawienia się tygrysa. Zbliżało się południe a z nim chwila rozpoczęcia przedstawień. Tygrysa nie nadesłano.
Nagle głuchy odgłos dobiegł go ze strony szosy. Pełen nadziei wybiegł na drogę, lecz ku swemu rozczarowaniu ujrzał wóz meblowy. Stary woźnica zlazł z kozła i podszedł do niego.
— Czy pan jest panem Wheelerem? — zapytał
— Tak, to ja.
— Przyprowadzam tygrysa, którego kupił pan wczoraj u pana Chesneya.
Olbrzymia radość ogarnęła dyrektora. Spełniły się jego najgorętsze marzenia!
— Gdzież pan umieścił zwierzę? — zapytał w jak najlepszym humorze. — Czyżby w tym wozie?
— Tak — odparł lakonicznie woźnica.
— Zabawny sposób transportowania zwierząt! Zabierzmy się natychmiast do wyładowania.
— Stop! — zaprotestował woźnica. — Nie tak prędko! — Mister Chesney zabronił mi wypakować tygrysa, zanim pan nie ureguluje rachunku.
Mówiąc te słowa począł niezgrabnie szukać pokwitowania na 800 funtów sterlingów za tygrysa jawajskiego.
— Czy pan Chesney nie przyjdzie sam po pieniądze? — zapytał dyrektor menażerii.
— Nie, proszę pana. Miał on wczoraj wypadek i skręcił nogę. Dziś czuje się o wiele gorzej i dlatego dał mi pokwitowanie.
— Dobrze — mruknął Wheeler. — Czy będę mógł jednak obejrzeć zwierzę przed zapłaceniem?
— O tak, — odparł woźnica dobrodusznie.
Podniesiono żelazną zasuwę i otworzono szeroko drzwi wozu. Do tej chwili tygrys zachowywał się spokojnie. Gdy jednak promienie zachodzącego słońca wdarły się do jego więzienia, zerwał się ze swego kąta, przeciągnął swe potężne członki i wydał przeciągły ryk, jak gdyby chcąc w ten sposób przywitać swych towarzyszy.
Na widok wspaniałego zwierzęcia opartego o pręty klatki, serce Wheelera zabiło radośnie. Była to naprawdę wspaniała sztuka godna wzbudzenia zazdrości w każdym konkurencie. Z pewnością tygrys Barniniego nie mógł być piękniejszy od tego zwierzęcia, — pomyślał, wręczając z tym większą przyjemnością 800 funtów sterlingów woźnicy.
— Teraz, mój przyjacielu, możemy go chyba wyładować...
— Tak, tak, sir — odpowiedział. — Mam do pana jednak jedną prośbę:
— Cóż takiego mój stary? — zapytał dyrektor.
— Jest już troszkę późno. Wyładowanie w porcie przeciągnęło się trochę i droga była zła. Ja i mój towarzysz jesteśmy bardzo zmęczeni... Jutro zaś mamy transport wychodzący z Bromley. Czy nie moglibyśmy zostawić tutaj wozu z końmi sami wsiedlibyśmy w pociąg i wrócilibyśmy dopiero jutro rano?
— Bardzo chętnie, mój przyjacielu — odparł Wheeler. — Najwyżej nie będzie to przyjemne dla waszych koni. Moje zwierzęta dawno się już przestały lękać drapieżników. Spójrzcie — dodał wskazując na otwarte drzwi stajni, gdzie stały szeregiem wspaniale rumaki — to zupełnie co innego, niż wasze biedne szkapy! Ale nie obawiajcie się. Każę je odstawić do stajni hotelowej.
— Bardzo panu dziękuję — odparł woźnica z radością.
— Grzeczność za grzeczność — odparł Wheeler — jeśli wóz i tak ma tutaj zostać, zostawimy jeszcze przez dzisiejszą noc tygrysa, ponieważ trudno będzie dziś go przeładowywać. Gdyby Chesney powiedział mi z góry, że otrzymam tygrysa dzisiaj, byłbym poczynił potrzebne przygotowania.
— Ależ bardzo chętnie, Może pan śmiało zostawić zwierzę przez noc w wozie.
Słowa te zabrzmiały lekko ironicznie, lecz dyrektor nie poznał się na tonie i dał woźnicy suty napiwek.
Po jego odejściu, Wheeler wydał dyspozycje pilnowania tygrysa przez noc i powrócił do swego hoteliku. Wziął od właściciela hotelu gazetę wieczorną i usiadł w fotelu aby ją przeczytać.
Nagle oczy jego padły na sensacyjny tytuł:

Skradziony tygrys!

Przeczytał artykuł z zajęciem i dowiedział się o zaginięciu tygrysa z Sumatry, nabytego przez jego konkurenta. Wheeler nie wierzył własnym oczom! Pozycja jego wobec Barniniego była teraz o stokroć silniejsza. Wszedł do swego pokoju, wziął kartkę papieru i zaczął pisać list następującej treści.

Drogi kolego i przyjacielu!
Dowiedziałem się z wieczornych pism o stracie, którą pan poniósł. Korzystam z okazji, aby przesłać panu wyrazy współczucia. Jednocześnie mam zaszczyt zawiadomić pana, że dzięki pomyślnemu zbiegowi okoliczności kupiłem od firmy „Wilson i Ska“ tygrysa jawajskiego, którego na szczęście dostarczono mi przed chwilą w doskonałym stanie. Komunikuję panu o tym ponieważ znam pańskie dobre serce i wiem, że wiadomość ta sprawi panu radość. Może zechce Szanowny Kolega odwiedzić mnie, aby naocznie przekonać się o piękności mego nowego nabytku. Gdybym mógł panu być w czemkolwiek pomocny uczyniłbym to z prawdziwą przyjemnością.
W oczekiwaniu pańskich odwiedzin, przesyłam panu przyjacielski uścisk dłoni
szczerze oddany
Wheeler.

— Diabli cię porwą na wieść o tym, stary łotrze — rzekł Wheeler zacierając ręce.
Natychmiast wysłał służącego z listem na pocztę, a sam zamówił sobie butelkę wina, zamierzając opróżnić ją na cześć swego wystrychniętego na dudka konkurenta.

Odwrotna strona medalu

Po jasnym słonecznym dniu zmrok począł ogarniać miasto.
— Już czas naprawdę zapalić światło — odezwał się głos jakiś.
W pokoju wytwornej garsoniery było kompletnie ciemno. Zapalono światło i jarzący blask kandelabrów kryształowych oświetlił cały pokój. Był on umeblowany z wyszukany smakiem, bogato, a zarazem niesłychanie dyskretnie. Wytworny mężczyzna około lat czterdziestu leżał wyciągnięty na tapczanie. Miał na sobie elegancki smoking, w oku jego połyskiwał monokl. Szczupłe delikatne rysy, oraz żywe czarne oczy zdradzały wybitną inteligencję. Młody człowiek, który na prośbę swego towarzysza przekręcił kontakt elektryczny, zbliżył się elastycznym krokiem do stolika, stojącego przy tapczanie, i nalał dwie filiżanki herbaty ze srebrnego imbryka.
— Cóż to, Charley — rzekł leżący mężczyzna — wydaje mi się, że nie jesteś w świetnym humorze. Czyżby dzisiejsza nasza przygoda tak cię zmęczyła?
— Muszę przyznać, Edwardzie, że uważam za nonsens narażenie się na niebezpieczeństwo bez wyraźnej korzyści materialnej.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Rzecz bardzo zwyczajną. Kiedyś mi oznajmił, że masz zamiar ukraść tygrysa, powiedziałeś mi, że czynisz to po to, aby pomóc biednym ludziom z jarmarku. Nie uczyniłeś tego jednak. Po wielkich trudach udało nam się wykraść zwierzę w chwili wyładowywania i sprzedać je za 800 funtów sterlingów Wheelerowi. To wszystko.
— Czy ci to nie wystarcza? — zapytał lord Lister z uśmiechem.
— Czy mi to wystarcza? W jaki sposób masz zamiar pomóc tym biedakom? Czy chcesz im oddać owe 800 funtów sterlingów? Mógłbyś to uczynić, nie narażając się na niebezpieczeństwo.
— O nie, mój drogi. Powiedziałeś mi sam przed dwoma dniami, że nasza kasa jest pusta. Skądże mógłbym wydostać 800 funtów?
Charley Brand nic nie odpowiedział na ten argument.
— A biedacy z jarmarku? — zapytał po chwili. — Cóż się z nimi stanie?
Lord Lister zaśmiał się.
— Twoi protegowani leżą ci bardzo na sercu, — rzekł — Uspokój się, nie zostaną skrzywdzeni. Jesteś ciekawy, jak zwykle. Wykonaliśmy zaledwie dwie trzecie naszego planu.
— A co ma dalej nastąpić, Edwardzie? — zapytał Charley z zainteresowaniem.
— Odważnym szczęście sprzyja — odparł lord Lister, chodząc po pokoju. — Mimo niebezpieczeństw udało nam się dotychczas wszystko. Wheeler otrzymał swego tygrysa, my zaś 800 funtów. O ile znam mego przyjaciela Wheelera, nie omieszka się pochwalić swym nowy nabytkiem przed Barninim, o którego stracie dowiedział się z gazet. Prawdopodobnie napisał mu list. List ten otrzyma Barnini poranną pocztą i pewny jestem, że pierwszym pociągiem uda się do Southend, aby obejrzeć jawajskiego tygrysa. Jakie wynikną z tego konsekwencję, zgadnij?...
— Pozna oczywiście odrazu w tygrysie Wheelera swoją własność.
— Zupełnie słusznie, odparł mu lord Lister. A co potem?
— Postara się odtworzyć wszystkie fazy, poprzedzające dostarczenie zwierzęcia Wheelerowi i przyjdzie do wniosku, że ma do czynienia z nowym wyczynem....
— ....Rafflesa — dodał lord Lister — Nie trzeba wiele inteligencji, aby dojść do tego wniosku. Tym bardziej, że wóz meblowy będzie dla tych panów oraz dla Baxtera doskonałym dowodem.
— Ależ jaki będzie dalszy rezultat tej kombinacji?
— Że musimy zacząć działać natychmiast, mój chłopcze — odparł lord Lister.
— Co mamy czynić? — zapytał Charley, drżąc na myśl o nowych niebezpieczeństwach.
— To jasne: musimy po raz wtóry wykraść tygrysa.
— Ależ, Edwardzie! — żachnął się Charley, przerażony nie na żarty.
— Powtarzam, że poraz wtóry ukradniemy tygrysa — odparł lord Lister z mocą.
Przysunął krzesło do swego towarzysza i począł mu objaśniać swój plan ze wszystkimi szczegółami. Noc już zapadła, gdy nasi przyjaciele zakończyli rozmowę. Przygotowali malutką walizkę z rozmaitymi narzędziami i udrapowani w czarne płaszcze opuścili willę, udając się na stację, aby ostatnim pociągiem wyruszyć do Southend.

Przedstawienie udało się i dyrektor Wheeler był w wspaniałym humorze. Postanowił wobec spóźnionej pory zostawić na tę noc jeszcze tygrysa w wozie meblowym i polecił go opiece dwuch strażników, którzy nocowali w wędrownym wozie.
Wziął latarnię i wszedł do wozu meblowego. Serce jego zadrżało z radości, gdy tygrys na widok światła ryknął potężnym głosem. Co za wspaniałe zwierzę! Jaki wściekły będzie Barnini, gdy zobaczy ten okaz! Co prawda 800 funtów stanowiła poważną sumę, lecz Wheeler nie żałował jej, myśląc o przykrości, którą sprawi swemu przeciwnikowi.
Wheeler zacierając ręce z radości, udał się do swego hotelu.
Cisza zapanowała na placyku zajętym przez menażerię.
— Oszalał stary ze swą przesadną ostrożnością — rzekł jeden z dozorców do swego towarzysza. — Jak gdyby to było możliwe że ktoś odważy się kraść dzikie zwierzęta! Jeśliby nie były one pozamykane w mocnych klatkach, trzebaby było raczej nad nami roztoczyć opiekę!
— To prawda — odparł drugi ziewając.
Poszedł za przykładem swego towarzysza i obydwaj poczęli raczyć się gorącym winem w swym wozie mieszkalnym. Po godzinie zmorzył ich sen i obaj dozorcy zasnęli twardo.

Po drodze wiodącej ze stacji w Southend do szosy posuwało się dwuch podróżnych. W mglistym blasku księżyca robili oni wrażenie upiorów. Czarne ich płaszcze powiewały fantastycznie, nasunięte głęboko kapelusze kryły do połowy twarze.
— Naprzód, Charley! — rzekł lord Lister.
Obydwaj mężczyźni skierowali się na południe. W parę chwil po tym stanęli u celu swej wędrówki. Celem tym była menażeria Wheelera. Zatrzymali się przed ogrodzeniem z desek i kolczastego drutu.
— Postarali się, aby uniemożliwić nam drogę przez płot — rzekł lord Lister. — Nie przejmie my się tym zbytnio, ponieważ wejdziemy jak wszyscy przyzwoici ludzie: przez drzwi.
— Rozumie się, że nie będziemy mogli przeprawić się z tygrysem przez drut kolczasty...
— Masz rację — odparł lord Lister, biorąc z rąk Charleyego walizeczkę z narzędziami, z której wyjął wytrych.
Wziął się do roboty. Po pewnym czasie wstał z kolan i rzekł:
— Ci durnie, zostawili klucz w zamku. To nam i tak nie przeszkodzi.
Przy pomocy delikatnych szczypców zdołał przekręcić klucz w zamku, poczym pchnął go tak, że klucz wypadł.
— Czy nie sprawiłeś tym wiele hałasu? — zapytał Charley.
— Nie bój się, mój chłopcze — odparł lord Lister. — Klucz upadł na piasek. Po krótkiej chwili drzwi otwarły się bezszelestnie i obydwaj przyjaciele weszli do menażerii. Przez chwilę słuchali uważnie. Wszystko dokoła spało.
— Musimy dla ostrożności upewnić się, czy, nasz tygrys znajduje się jeszcze w wozie — szepnął lord Lister.
Otworzył ostrożnie drzwi od wozu i zapalił światło. Jedno spojrzenie wystarczyło: tygrys leżał nieruchomo w głębi swej klatki. Na widok światła wydał niezadowolony pomruk. Raffles natychmiast zamknął drzwi. Mimo to alarm wszczęty przez królewskie zwierzę nie pozostał bez rezultatu. Odpowiedziały mu echa z wszystkich klatek i w końcu powstał piekielny koncert ryków, ujadania i wycia.
Hałas zwierząt obudził wreszcie obu dozorców. Jeden z nich stanął na progu wozu i wrzasnął:
— Będziesz ty wreszcie cicho przeklęte bydle!
— Co się tu stało? — zapytał drugi strażnik.
— Co się miało stać? Jakieś zwierzę przebudziło się i pobudziło resztę...
— A możeby dla ostrożności obejść cyrk dokoła?
— Zupełnie niepotrzebne! Ja idę spać. Jeśli chcesz koniecznie przespacerować się, nie krępuj się mną — odparł strażnik, wracając do swego mieszkania.
— Uwaga! — rzekł cicho lord Lister do swego przyjaciela.
Ukucnął tuż obok kół, przyciągając do siebie Charlyego. Dzięki swym szerokim czarnym pelerynom i kapeluszom byli najzupełniej niewidzialni. Ostrożność ta okazała się słuszną, ponieważ, zaledwie zdążyli się ukryć, dozorca powrócił na to miejsce wraz z psem policyjnym. Na szczęście obszedł wóz z innej strony, dzięki czemu Raffles i Charley pozostali niespostrzeżeni.
W międzyczasie większość zwierząt uspokoiła się. Tylko niektóre z nich wydawały niespokojne pomruki. Dozorca zbliżył się, uspakajając je. Po chwili absolutna cisza zapanowała znów w menażerii.
— Chodź, Phylax — gwizdnął na psa. — Wracamy do domu!
Dozorca znikł w swoim wozie. Obydwaj przyjaciele pozostali przez pewien czas bez ruchu.
— Do diabła! — rzekł lord Lister cicho. — Nie myślałem, że to będzie takie trudne. Musimy zobaczyć, czy stajnia jest zamknięta? W każdym razie poczekamy, aż zwierzęta i ludzie usną na dobre.
Cisza zaległa zwierzyniec. Jedynie najwprawniejsze ucho mogłoby odróżnić lekki dźwięk łańcuchów. To nasi dwaj znajomi wyprowadzali bezszelestnie ze stajni konie i zaprzęgali je do wozu.
Lord Lister był w doskonałym humorze.
— Raffles stał się koniokradem — szepnął swemu towarzyszowi do ucha: — Doskonały zawód!
Charley otworzył szeroko bramę menażerii. Zawiasy skrzypnęły i Charley zadrżał ze strachu. Powoli noga za nogą wielki wóz meblowy opuścił teren menażerii. Gdy znaleźli się na szosie, skręcili w lewo, poczym ruszyli w kierunku południowym.

Policja wie wszystko

Wschodził dzień. Menażeria Wheelera budziła się do życia. Zwierzęta wesołym pomrukiem witały światło. Prawie jednocześnie otworzyły się drzwi dwuch wozów mieszkalnych i obaj dozorcy zaspanymi jeszcze głosami wymienili słowa powitania. Pierwszym ich odruchem było sprawdzenie co porabia powierzony ich szczególnej opiece tygrys. Jeden rzut oka wystarczył, aby zdali sobie sprawę z sytuacji. Żaden z nich nie miał odwagi zawiadomienia o tym Wheelera. Trzeba było się jednak na to zdecydować. Wheeler pił kawę, gdy smutna wiadomość doszła do jego uszu. Z początku nie chciał wierzyć. Po chwili pędem pobiegł do menażerii. Panowało tam ogromne zamieszanie. Wheeler wył z rozpaczy. Załamywał ręce i biegł od klatki do klatki jak nieprzytomny. Nagle przed bramą menażerii zatrzymało się jakieś auto. Był to Barnini, który otrzymawszy złośliwy list od Wheelera natychmiast przyjechał do Southend, aby zobaczyć na własne oczy jawajskiego tygrysa. Zdumienie odbiło się na jego twarzy, na widok konsternacji panującej w menażerii. Zapomniawszy o dawnych urazach, Wheeler rzucił się na jego spotkanie. Widział już w nim nie konkurenta, a tylko człowieka mogącego współczuć jego nieszczęściu.
— Barnini, to nie do uwierzenia! — zawołał! Tej nocy ukradziono mi tygrysa!
Barnini spojrzał na niego, nie wierząc własnym uszom.
— To niemożliwe!
Wheeler szybko opowiedział mu całą historię.
— Trzeba natychmiast zawiadomić policję. Telefon tu nic nie pomoże. Auto moje czeka, najlepiej będzie, jeśli obydwaj udamy się natychmiast do Scotland Yardu.

— Panie inspektorze — oznajmił dyżurny agent — dwaj właściciele menażerii, panowie Wheeler i Barnini, chcą się natychmiast z panem widzieć.
Baxter słuchał z roztargnieniem i jedynie nazwisko Barniniego dotarło do jego świadomości.
— Czego jeszcze chce ode mnie ten człowiek? — rzekł — Straciłem wczoraj dość dużo czasu i zdrowie z powodu jego przeklętego tygrysa. Niech poczeka! Teraz jestem zajęty.
Agent wrócił do poczekalni i poprosił o chwilkę cierpliwości.
Czy nie możnaby zobaczyć się natychmiast z inspektorem — rzekł Wheeler. — Ukradziono mi mojego tygrysa...
— Czy pan się nazywa Barnini? — zapytał Marholm.
— Nie, Wheeler.
— To i panu skradziono tygrysa?
— Tak jest, ubiegłej nocy.
— To dziwne — mruknął do siebie Marholm podejrzewać między tymi zjawiskami istnienie tajemniczego związku. W parę chwil po tym wprowadzono ich przed oblicze inspektora.
— Proszę mi opowiedzieć tę historię z wszystkimi szczegółami, rzekł Baxter.
Wheeler opowiedział w jaki sposób nabył tygrysa.
— To bardzo dziwne — rzekł, gdy Wheeler skończył swe opowiadanie. — Mówi pan, że tygrysa skradziono w dniu dzisiejszym?
— Tak, tygrysa oraz dwa najlepsze konie. Wóz meblowy zniknął również.
— Wóz meblowy. Jakiż wóz?
— Agent firmy Wilson i Ska, nie mając pod ręką innego środka lokomocji, przysłał mi tygrysa w wozie meblowym — odparł Wheeler.
— Raffles! — zawołał Marholm, który uważnie przysłuchiwał się rozmowie.
— Czy wóz ten zaprzężony był w dwa dość zmęczone konie? Powoził starszy człowiek z długą brodą, któremu pomagał młodzieniec w sportowej czapce?
— Skąd pan to wie? — zapytał Wheeler ze zdziwieniem. — Jest to dokładny portret tych ludzi.
— Drogi panie Wheeler, policja wie wszystko — odparł Baxter. — Woźnica, którego panu opisałem, niewątpliwie skradł pańskiego jawajskiego tygrysa. Ta sama osoba, — dodał, zwracając się do Barniniego — skradła z pewnością pańskiego tygrysa z Sumatry.
Marholm siedząc na uboczu, uśmiechnął się ironicznie.
— Czy nie sądzi pan przypadkiem, panie inspektorze, że w obydwu wypadkach mamy do czynienia z jednym i tym samym tygrysem?
— Nie opowiadajcie głupstw, Marholm, — odparł z wyższością Baxter. — Zdradzając słabą znajomość historii naturalnej. Co innego jest tygrys z Sumatry co innego tygrys z Jawy. Znam złodzieja oraz metody jego działania. Dlatego też mogę zapewnić obu panów, że w krótkim czasie odzyskają swoje zwierzęta.
Barnini i Wheeler opuścili Scotland Yard w trochę lepszym nastroju, lecz ze słabą nadzieją odnalezienia swych zwierząt.

Na jarmarku

Upłynęło piętnaście dni a o zwierzętach nie było ani słychu. Baxter siedział w swym biurze w bardzo złym humorze. Marholm, jego sekretarz, wszedł do pokoju i bez słowa położył przed nim poranną gazetę. Była to stronica poświęcona ogłoszeniom, z których jedno sekretarz podkreślił czerwonym ołówkiem. Była to reklama jarmarku w Kingston, gdzie jako największą sensację zapowiadano pokazy tygrysów, tygrysa z Jawy oraz z Sumatry. Baxter przeczytał ogłoszenie, nie znajdując w nim nic niezwykłego. Przeczytał je po raz drugi i zamyślił się przez chwilę. Ponieważ nie domyślał się nigdy tego, co chciał mu powiedzieć jego sekretarz, zapytał ostro:
— Co to ma znaczyć, Marholm?
— Czy nic pan nie zauważył, panie inspektorze? — zapytał Marholm z uśmiechem.
— Nic..
Marholm bez słowa wskazał palcem na ogłoszenie o tygrysie Jawajskim i tygrysie z Sumatry.
Nagła myśl przeszyła mózg Baxtera. Zrozumiał nareszcie.
— Czy sądzicie, że..
— ..że to jest nasz tygrys — odparł Marholm, kończąc rozpoczęte zdanie.
— Co mamy robić? — zapytał inspektor zdenerwowany.
— Radziłbym wezwać natychmiast Barniniego i Wheelera, aby stwierdzili identyczność skradzionych zwierząt.
— To niemożliwe, Marholm. Zanim się zgłoszą tygrys zdąży zniknąć po raz trzeci.
— Nie sądzę. Ci ludzie nie wydawaliby na reklamę nie wiedząc z góry, że im się to jutro zwróci.
— Obyś miał rację, Marholm — rzekł Baxter. — Przebierz się w cywilne ubranie i jedz razem ze mną.
Powiedziawszy to zatelefonował sam do Wheelera i Barniniego wzywając ich do natychmiastowego stawienia się w centrali policji...

Jarmark w Kingston cieszył się zawsze dużym powodzeniem. Tym razem uwagę wszystkich ściągała na siebie niewielka buda, opatrzona podobizną wołu o dwuch głowach. Budę tę wynajęli niedawno od biednych właścicieli dwaj komedianci — posiadacze ponadto wspaniałego tygrysa — płacąc za lokal wygórowaną cenę.
Tego dnia za płótnem oddzielającym scenę od kulis obydwaj przyjaciele prowadzili z sobą następującą rozmowę.
— Zbliża się wielki dzień, Charley. Jestem pewien, że nasz przyjaciel Baxter złoży nam dziś wizytę wraz z Wheelerem i Barninim. Musisz mieć się na baczności i dać mi natychmiast znać, skoro ich zauważysz. Znikniemy natychmiast w tłumie.
— Byłbym zadowolony, Edwardzie, żeby ta historia zakończyła się szczęśliwie — odparł młodszy z komediantów, wracając na swój posterunek przed budą.
Dokoła zapowiadacza zgromadził się tłum ciekawych. Nagle zapowiadacz, prawdopodobnie dla żartu, skoczył do wielkiego dzwonu, zawieszonego u pułapu i potrząsnąwszy nim sześciokrotnie zawołał — wielkim głosem:
— Zbliża się... Zbliża się... Zbliża się wielki moment!
Był to znak umówiony. Za szóstym uderzeniem dzwonu młody człowiek zniknął w głębi budy. Mały boy, spełniający rolę kasjera, miał niemało kłopotu ze sprzedażą biletów. Natłok był ogromny. Widzowie zajęli miejsca, oczekując początku przedstawienia. Czas mijał, a zapowiadacz się nie zjawiał. Publiczność poczęła się niecierpliwić. Słychać było tupanie i gwizdy. W pierwszym rzędzie zasiadło czterech panów, z których jeden zwracał uwagę swym wyglądem południowca. Gdy zniecierpliwienie osiągnęło punkt kulminacyjny, jeden z tych jegomościów zbliżył się do kasy.
— Co się stało? — zapytał małego boya...
— Trochę cierpliwości, proszę pana..
— Jak śmiesz przemawiać do mnie tym tonem. Jestem inspektorem policji.
— Ach, w takim razie mam dla pana list.
Baxter z drżeniem wyrwał mu zrąk zapisaną kartkę papieru:

Drogi Panie Inspektorze! — czytał.
Jestem panu wdzięczny za szybkie zareagowanie na moje ogłoszenie. Tygrys, którego obecnie składam w pańskie ręce, stanie się wkrótce obiektem tak zaciętego sporu pomiędzy obydwu konkurentami, że wolę uniknąć tego widowiska. Dlatego też wołałem się ulotnić, pozostając zawsze szczerze panu oddany.
Raffles.

Nagle z głębi baraku dał się słyszeć przeciągły ryk. Obydwaj konkurenci Barnini i Wheeler jednym skokiem znaleźli się za kulisami i stanęli obok klatki z tygrysem.
— To mój tygrys z Sumatry! — krzyczał Barnini.
— Nie, to mój tygrys jawajski — krzyczał Wheeler.
Publiczność nie mogła zrozumieć, o co im chodzi. W tej chwili na małej estradzie ukazał się Baxter. Obydwaj dyrektorzy menażerii krzyczeli jeden przez drugiego: To mój tygrys! Złodzieju, to mój tygrys! Baxter majestatycznym krokiem zbliżył się do skaczących sobie do oczu ludzi i rzekł:
— Rozkazuję publiczności wyjść z lokalu. Jestem inspektorem policji z Londynu.
Gdy przy pomocy agentów udało się opróżnić salę, Baxter rzekł do obu konkurentów:
— Panowie, ponieważ wszelkie spory co do własności do niczego nie doprowadzą, musicie udać się do Sądu.
Jakkolwiek decyzja ta nie bardzo poszła w smak Wheelerowi i Barniniemu, podporządkowali się jej posłusznie. Baxter natomiast idąc za dobrą radą Rafflesa, przewiózł tygrysa do Londynu i zajął się jego doglądaniem.
Jedynie Marholm zaśmiewał się po cichu z całej tej historii, od dłuższego bowiem czasu żywił w sercu podziw dla odważnych wyczynów Tajemniczego Nieznajomego.

Koniec.



   Kto go zna?
   ——————
— oto pytanie, które zadają sobie w Urzędzie Śledczym Londynu.

   Kto go widział?
   ————————
— oto pytanie, które zadaje sobie cały świat.
LORD LISTER
——————————
T. ZW. TAJEMNICZY NIEZNAJOMY
spędza sen z oczu oszustom, łotrom i aferzystom,
zagrażając ich podstępnie zebranym majątkom.
Równocześnie Tajemniczy Nieznajomy broni uciś-
nionych i krzywdzonych, niewinnych i biednych.
 Dotychczas ukazały się
w sprzedaży następujące numery:
    1. POSTRACH LONDYNU
    2. ZŁODZIEJ KOLEJOWY
    3. SOBOWTÓR BANKIERA
    4. INTRYGA I MIŁOŚĆ
    5. UWODZICIEL W PUŁAPCE
    6. DIAMENTY KSIĘCIA
    7. WŁAMANIE NA DNIE MORZA
    8. KRADZIEŻ W WAGONIE SYPIALNYM.
    9. FATALNA POMYŁKA
  10. W RUINACH MESSYNY
  11. UWIĘZIONA
  12. PODRÓŻ POŚLUBNA
  13. ZŁODZIEJ OKRADZIONY
  14. AGENCJA MATRYMONIALNA
  15. KSIĘŻNICZKA DOLARÓW
  16. INDYJSKI DYWAN
  17. TAJEMNICZA BOMBA
  18. ELIKSIR MŁODOŚCI
  19. SENSACYJNY ZAKŁAD
  20. MIASTO WIECZNEJ NOCY.
Czytajcie          emocjonujące i sensacyjne           Czytajcie
PRZYGODY LORDA LISTERA
Co tydzień ukazuje się jeden ze-
Cena 10 gr.   szyt stanowiący oddzielną całość   Cena 10 gr.
Wydawca: Wydawnictwo „Republika" Spółka z ogr. odp. Stefan Pietrzak.             Redaktor odpowiedzialny: Stefan Pietrzak.
Odbito w drukarni własnej Łódź, ul. Piotrkowska Nr. 49 i 64.
Konto PKO 68.148, adres Administracji: Łódź, Piotrkowska 49, tel. 122-14.   Redakcji — tel. 136-56


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Matthias Blank, Kurt Matull i tłumacza: anonimowy.