Skradziony tygrys/9
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Skradziony tygrys |
| Wydawca | Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o. |
| Data wyd. | 31.3.1938 |
| Druk | drukarnia własna, Łódź |
| Miejsce wyd. | Łódź |
| Tłumacz | Anonimowy |
| Tytuł orygin. | Tytuł cyklu: Lord Lister, genannt Raffles, der grosse Unbekannte |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały tekst |
| Indeks stron | |
Upłynęło piętnaście dni a o zwierzętach nie było ani słychu. Baxter siedział w swym biurze w bardzo złym humorze. Marholm, jego sekretarz, wszedł do pokoju i bez słowa położył przed nim poranną gazetę. Była to stronica poświęcona ogłoszeniom, z których jedno sekretarz podkreślił czerwonym ołówkiem. Była to reklama jarmarku w Kingston, gdzie jako największą sensację zapowiadano pokazy tygrysów, tygrysa z Jawy oraz z Sumatry. Baxter przeczytał ogłoszenie, nie znajdując w nim nic niezwykłego. Przeczytał je po raz drugi i zamyślił się przez chwilę. Ponieważ nie domyślał się nigdy tego, co chciał mu powiedzieć jego sekretarz, zapytał ostro:
— Co to ma znaczyć, Marholm?
— Czy nic pan nie zauważył, panie inspektorze? — zapytał Marholm z uśmiechem.
— Nic..
Marholm bez słowa wskazał palcem na ogłoszenie o tygrysie Jawajskim i tygrysie z Sumatry.
Nagła myśl przeszyła mózg Baxtera. Zrozumiał nareszcie.
— Czy sądzicie, że..
— ..że to jest nasz tygrys — odparł Marholm, kończąc rozpoczęte zdanie.
— Co mamy robić? — zapytał inspektor zdenerwowany.
— Radziłbym wezwać natychmiast Barniniego i Wheelera, aby stwierdzili identyczność skradzionych zwierząt.
— To niemożliwe, Marholm. Zanim się zgłoszą tygrys zdąży zniknąć po raz trzeci.
— Nie sądzę. Ci ludzie nie wydawaliby na reklamę nie wiedząc z góry, że im się to jutro zwróci.
— Obyś miał rację, Marholm — rzekł Baxter. — Przebierz się w cywilne ubranie i jedz razem ze mną.
Powiedziawszy to zatelefonował sam do Wheelera i Barniniego wzywając ich do natychmiastowego stawienia się w centrali policji...
Jarmark w Kingston cieszył się zawsze dużym powodzeniem. Tym razem uwagę wszystkich ściągała na siebie niewielka buda, opatrzona podobizną wołu o dwuch głowach. Budę tę wynajęli niedawno od biednych właścicieli dwaj komedianci — posiadacze ponadto wspaniałego tygrysa — płacąc za lokal wygórowaną cenę.
Tego dnia za płótnem oddzielającym scenę od kulis obydwaj przyjaciele prowadzili z sobą następującą rozmowę.
— Zbliża się wielki dzień, Charley. Jestem pewien, że nasz przyjaciel Baxter złoży nam dziś wizytę wraz z Wheelerem i Barninim. Musisz mieć się na baczności i dać mi natychmiast znać, skoro ich zauważysz. Znikniemy natychmiast w tłumie.
— Byłbym zadowolony, Edwardzie, żeby ta historia zakończyła się szczęśliwie — odparł młodszy z komediantów, wracając na swój posterunek przed budą.
Dokoła zapowiadacza zgromadził się tłum ciekawych. Nagle zapowiadacz, prawdopodobnie dla żartu, skoczył do wielkiego dzwonu, zawieszonego u pułapu i potrząsnąwszy nim sześciokrotnie zawołał — wielkim głosem:
— Zbliża się... Zbliża się... Zbliża się wielki moment!
Był to znak umówiony. Za szóstym uderzeniem dzwonu młody człowiek zniknął w głębi budy. Mały boy, spełniający rolę kasjera, miał niemało kłopotu ze sprzedażą biletów. Natłok był ogromny. Widzowie zajęli miejsca, oczekując początku przedstawienia. Czas mijał, a zapowiadacz się nie zjawiał. Publiczność poczęła się niecierpliwić. Słychać było tupanie i gwizdy. W pierwszym rzędzie zasiadło czterech panów, z których jeden zwracał uwagę swym wyglądem południowca. Gdy zniecierpliwienie osiągnęło punkt kulminacyjny, jeden z tych jegomościów zbliżył się do kasy.
— Co się stało? — zapytał małego boya...
— Trochę cierpliwości, proszę pana..
— Jak śmiesz przemawiać do mnie tym tonem. Jestem inspektorem policji.
— Ach, w takim razie mam dla pana list.
Baxter z drżeniem wyrwał mu zrąk zapisaną kartkę papieru:
Nagle z głębi baraku dał się słyszeć przeciągły ryk. Obydwaj konkurenci Barnini i Wheeler jednym skokiem znaleźli się za kulisami i stanęli obok klatki z tygrysem.
— To mój tygrys z Sumatry! — krzyczał Barnini.
— Nie, to mój tygrys jawajski — krzyczał Wheeler.
Publiczność nie mogła zrozumieć, o co im chodzi. W tej chwili na małej estradzie ukazał się Baxter. Obydwaj dyrektorzy menażerii krzyczeli jeden przez drugiego: To mój tygrys! Złodzieju, to mój tygrys! Baxter majestatycznym krokiem zbliżył się do skaczących sobie do oczu ludzi i rzekł:
— Rozkazuję publiczności wyjść z lokalu. Jestem inspektorem policji z Londynu.
Gdy przy pomocy agentów udało się opróżnić salę, Baxter rzekł do obu konkurentów:
— Panowie, ponieważ wszelkie spory co do własności do niczego nie doprowadzą, musicie udać się do Sądu.
Jakkolwiek decyzja ta nie bardzo poszła w smak Wheelerowi i Barniniemu, podporządkowali się jej posłusznie. Baxter natomiast idąc za dobrą radą Rafflesa, przewiózł tygrysa do Londynu i zajął się jego doglądaniem.
Jedynie Marholm zaśmiewał się po cichu z całej tej historii, od dłuższego bowiem czasu żywił w sercu podziw dla odważnych wyczynów Tajemniczego Nieznajomego.