Skradziony tygrys/7
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Skradziony tygrys |
| Wydawca | Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o. |
| Data wyd. | 31.3.1938 |
| Druk | drukarnia własna, Łódź |
| Miejsce wyd. | Łódź |
| Tłumacz | Anonimowy |
| Tytuł orygin. | Tytuł cyklu: Lord Lister, genannt Raffles, der grosse Unbekannte |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały tekst |
| Indeks stron | |
Po jasnym słonecznym dniu zmrok począł ogarniać miasto.
— Już czas naprawdę zapalić światło — odezwał się głos jakiś.
W pokoju wytwornej garsoniery było kompletnie ciemno. Zapalono światło i jarzący blask kandelabrów kryształowych oświetlił cały pokój. Był on umeblowany z wyszukany smakiem, bogato, a zarazem niesłychanie dyskretnie. Wytworny mężczyzna około lat czterdziestu leżał wyciągnięty na tapczanie. Miał na sobie elegancki smoking, w oku jego połyskiwał monokl. Szczupłe delikatne rysy, oraz żywe czarne oczy zdradzały wybitną inteligencję. Młody człowiek, który na prośbę swego towarzysza przekręcił kontakt elektryczny, zbliżył się elastycznym krokiem do stolika, stojącego przy tapczanie, i nalał dwie filiżanki herbaty ze srebrnego imbryka.
— Cóż to, Charley — rzekł leżący mężczyzna — wydaje mi się, że nie jesteś w świetnym humorze. Czyżby dzisiejsza nasza przygoda tak cię zmęczyła?
— Muszę przyznać, Edwardzie, że uważam za nonsens narażenie się na niebezpieczeństwo bez wyraźnej korzyści materialnej.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Rzecz bardzo zwyczajną. Kiedyś mi oznajmił, że masz zamiar ukraść tygrysa, powiedziałeś mi, że czynisz to po to, aby pomóc biednym ludziom z jarmarku. Nie uczyniłeś tego jednak. Po wielkich trudach udało nam się wykraść zwierzę w chwili wyładowywania i sprzedać je za 800 funtów sterlingów Wheelerowi. To wszystko.
— Czy ci to nie wystarcza? — zapytał lord Lister z uśmiechem.
— Czy mi to wystarcza? W jaki sposób masz zamiar pomóc tym biedakom? Czy chcesz im oddać owe 800 funtów sterlingów? Mógłbyś to uczynić, nie narażając się na niebezpieczeństwo.
— O nie, mój drogi. Powiedziałeś mi sam przed dwoma dniami, że nasza kasa jest pusta. Skądże mógłbym wydostać 800 funtów?
Charley Brand nic nie odpowiedział na ten argument.
— A biedacy z jarmarku? — zapytał po chwili. — Cóż się z nimi stanie?
Lord Lister zaśmiał się.
— Twoi protegowani leżą ci bardzo na sercu, — rzekł — Uspokój się, nie zostaną skrzywdzeni. Jesteś ciekawy, jak zwykle. Wykonaliśmy zaledwie dwie trzecie naszego planu.
— A co ma dalej nastąpić, Edwardzie? — zapytał Charley z zainteresowaniem.
— Odważnym szczęście sprzyja — odparł lord Lister, chodząc po pokoju. — Mimo niebezpieczeństw udało nam się dotychczas wszystko. Wheeler otrzymał swego tygrysa, my zaś 800 funtów. O ile znam mego przyjaciela Wheelera, nie omieszka się pochwalić swym nowy nabytkiem przed Barninim, o którego stracie dowiedział się z gazet. Prawdopodobnie napisał mu list. List ten otrzyma Barnini poranną pocztą i pewny jestem, że pierwszym pociągiem uda się do Southend, aby obejrzeć jawajskiego tygrysa. Jakie wynikną z tego konsekwencję, zgadnij?...
— Pozna oczywiście odrazu w tygrysie Wheelera swoją własność.
— Zupełnie słusznie, odparł mu lord Lister. A co potem?
— Postara się odtworzyć wszystkie fazy, poprzedzające dostarczenie zwierzęcia Wheelerowi i przyjdzie do wniosku, że ma do czynienia z nowym wyczynem....
— ....Rafflesa — dodał lord Lister — Nie trzeba wiele inteligencji, aby dojść do tego wniosku. Tym bardziej, że wóz meblowy będzie dla tych panów oraz dla Baxtera doskonałym dowodem.
— Ależ jaki będzie dalszy rezultat tej kombinacji?
— Że musimy zacząć działać natychmiast, mój chłopcze — odparł lord Lister.
— Co mamy czynić? — zapytał Charley, drżąc na myśl o nowych niebezpieczeństwach.
— To jasne: musimy po raz wtóry wykraść tygrysa.
— Ależ, Edwardzie! — żachnął się Charley, przerażony nie na żarty.
— Powtarzam, że poraz wtóry ukradniemy tygrysa — odparł lord Lister z mocą.
Przysunął krzesło do swego towarzysza i począł mu objaśniać swój plan ze wszystkimi szczegółami. Noc już zapadła, gdy nasi przyjaciele zakończyli rozmowę. Przygotowali malutką walizkę z rozmaitymi narzędziami i udrapowani w czarne płaszcze opuścili willę, udając się na stację, aby ostatnim pociągiem wyruszyć do Southend.
Przedstawienie udało się i dyrektor Wheeler był w wspaniałym humorze. Postanowił wobec spóźnionej pory zostawić na tę noc jeszcze tygrysa w wozie meblowym i polecił go opiece dwuch strażników, którzy nocowali w wędrownym wozie.
Wziął latarnię i wszedł do wozu meblowego. Serce jego zadrżało z radości, gdy tygrys na widok światła ryknął potężnym głosem. Co za wspaniałe zwierzę! Jaki wściekły będzie Barnini, gdy zobaczy ten okaz! Co prawda 800 funtów stanowiła poważną sumę, lecz Wheeler nie żałował jej, myśląc o przykrości, którą sprawi swemu przeciwnikowi.
Wheeler zacierając ręce z radości, udał się do swego hotelu.
Cisza zapanowała na placyku zajętym przez menażerię.
— Oszalał stary ze swą przesadną ostrożnością — rzekł jeden z dozorców do swego towarzysza. — Jak gdyby to było możliwe że ktoś odważy się kraść dzikie zwierzęta! Jeśliby nie były one pozamykane w mocnych klatkach, trzebaby było raczej nad nami roztoczyć opiekę!
— To prawda — odparł drugi ziewając.
Poszedł za przykładem swego towarzysza i obydwaj poczęli raczyć się gorącym winem w swym wozie mieszkalnym. Po godzinie zmorzył ich sen i obaj dozorcy zasnęli twardo.
Po drodze wiodącej ze stacji w Southend do szosy posuwało się dwuch podróżnych. W mglistym blasku księżyca robili oni wrażenie upiorów. Czarne ich płaszcze powiewały fantastycznie, nasunięte głęboko kapelusze kryły do połowy twarze.
— Naprzód, Charley! — rzekł lord Lister.
Obydwaj mężczyźni skierowali się na południe. W parę chwil po tym stanęli u celu swej wędrówki. Celem tym była menażeria Wheelera. Zatrzymali się przed ogrodzeniem z desek i kolczastego drutu.
— Postarali się, aby uniemożliwić nam drogę przez płot — rzekł lord Lister. — Nie przejmie my się tym zbytnio, ponieważ wejdziemy jak wszyscy przyzwoici ludzie: przez drzwi.
— Rozumie się, że nie będziemy mogli przeprawić się z tygrysem przez drut kolczasty...
— Masz rację — odparł lord Lister, biorąc z rąk Charleyego walizeczkę z narzędziami, z której wyjął wytrych.
Wziął się do roboty. Po pewnym czasie wstał z kolan i rzekł:
— Ci durnie, zostawili klucz w zamku. To nam i tak nie przeszkodzi.
Przy pomocy delikatnych szczypców zdołał przekręcić klucz w zamku, poczym pchnął go tak, że klucz wypadł.
— Czy nie sprawiłeś tym wiele hałasu? — zapytał Charley.
— Nie bój się, mój chłopcze — odparł lord Lister. — Klucz upadł na piasek. Po krótkiej chwili drzwi otwarły się bezszelestnie i obydwaj przyjaciele weszli do menażerii. Przez chwilę słuchali uważnie. Wszystko dokoła spało.
— Musimy dla ostrożności upewnić się, czy, nasz tygrys znajduje się jeszcze w wozie — szepnął lord Lister.
Otworzył ostrożnie drzwi od wozu i zapalił światło. Jedno spojrzenie wystarczyło: tygrys leżał nieruchomo w głębi swej klatki. Na widok światła wydał niezadowolony pomruk. Raffles natychmiast zamknął drzwi. Mimo to alarm wszczęty przez królewskie zwierzę nie pozostał bez rezultatu. Odpowiedziały mu echa z wszystkich klatek i w końcu powstał piekielny koncert ryków, ujadania i wycia.
Hałas zwierząt obudził wreszcie obu dozorców. Jeden z nich stanął na progu wozu i wrzasnął:
— Będziesz ty wreszcie cicho przeklęte bydle!
— Co się tu stało? — zapytał drugi strażnik.
— Co się miało stać? Jakieś zwierzę przebudziło się i pobudziło resztę...
— A możeby dla ostrożności obejść cyrk dokoła?
— Zupełnie niepotrzebne! Ja idę spać. Jeśli chcesz koniecznie przespacerować się, nie krępuj się mną — odparł strażnik, wracając do swego mieszkania.
— Uwaga! — rzekł cicho lord Lister do swego przyjaciela.
Ukucnął tuż obok kół, przyciągając do siebie Charlyego. Dzięki swym szerokim czarnym pelerynom i kapeluszom byli najzupełniej niewidzialni. Ostrożność ta okazała się słuszną, ponieważ, zaledwie zdążyli się ukryć, dozorca powrócił na to miejsce wraz z psem policyjnym. Na szczęście obszedł wóz z innej strony, dzięki czemu Raffles i Charley pozostali niespostrzeżeni.
W międzyczasie większość zwierząt uspokoiła się. Tylko niektóre z nich wydawały niespokojne pomruki. Dozorca zbliżył się, uspakajając je. Po chwili absolutna cisza zapanowała znów w menażerii.
— Chodź, Phylax — gwizdnął na psa. — Wracamy do domu!
Dozorca znikł w swoim wozie. Obydwaj przyjaciele pozostali przez pewien czas bez ruchu.
— Do diabła! — rzekł lord Lister cicho. — Nie myślałem, że to będzie takie trudne. Musimy zobaczyć, czy stajnia jest zamknięta? W każdym razie poczekamy, aż zwierzęta i ludzie usną na dobre.
Cisza zaległa zwierzyniec. Jedynie najwprawniejsze ucho mogłoby odróżnić lekki dźwięk łańcuchów. To nasi dwaj znajomi wyprowadzali bezszelestnie ze stajni konie i zaprzęgali je do wozu.
Lord Lister był w doskonałym humorze.
— Raffles stał się koniokradem — szepnął swemu towarzyszowi do ucha: — Doskonały zawód!
Charley otworzył szeroko bramę menażerii. Zawiasy skrzypnęły i Charley zadrżał ze strachu. Powoli noga za nogą wielki wóz meblowy opuścił teren menażerii. Gdy znaleźli się na szosie, skręcili w lewo, poczym ruszyli w kierunku południowym.