Przejdź do zawartości

Skradziony tygrys/4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kurt Matull, Matthias Blank
Tytuł Skradziony tygrys
Wydawca Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.
Data wyd. 31.3.1938
Druk drukarnia własna, Łódź
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Tytuł cyklu:
Lord Lister, genannt Raffles, der grosse Unbekannte
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Wóz do przeprowadzki

Dzięki wspólnym wysiłkom policji oraz dozorców udało się wreszcie schwycić małpy i wpakować je do klatek. Ostatnia część wyładunku miała przebieg spokojny. Wyładowano właśnie olbrzymią klatkę z brunatnym niedźwiedziem, gdy do Classena zbliżył się Barnim i rzekł:
— Kiedyż wreszcie wyładujecie mego tygrysa z Sumatry?
Kierownik transportu przypomniał sobie wówczas mały incydent, o którym zapomniał w zamieszaniu.
— Jest już wyładowany oddawna. Klatka jego wylądowała natychmiast po klatce z małpami.
— Gdzież w takim razie teraz się znajduje, na miłość Boga? — zapytał Barnim z przerażeniem.
— Dwuch robotników załadowało go na wóz. Muszą czekać na nas niedaleko za beczkami.
Barnini ruszył natychmiast we wskazanym kierunku. Mimo usilnych poszukiwań nie znalazł za beczkami nic, co mogłoby przypomnieć wóz i klatkę z tygrysem. Powrócił na wybrzeże.
— Niema tygrysa! — krzyczał z daleka do Classena.
— Ależ to absurd, signor Barnini — odparł Classen. — Sam pomagałem postawić klatkę na wozie i sam wydałem robotnikom rozkaz zatrzymania się za beczkami.
— Jeśli jest pan taki mądry, to niech mi pan pokaże przynajmniej tygrysa. Nie jestem przecież ślepy — odparł Barnini.
Classen wzruszył ramionami udał się na miejsce.
— Co za diabeł? — zawołał. — Gdzież mogą być ci idjoci? Kazałem im wyraźnie zatrzymać się za beczkami.
— Jestem zrujnowany! — krzyczał Barnini, załamując ręce. — Mój tygrys uciekł!
— Nonsens. Tygrys nie jest myszką. Czy sądzi pan, że tego rodzaju zwierzę może zniknąć? Gdyby uciekł, zauważonoby go natychmiast.
— Możliwe... Ale gdzież on jest u licha? — wołał zrozpaczony dyrektor.
— Już wiem. Ci ludzie poszli prawdopodobnie do pana. Radzę panu, aby wrócił pan czemprędzej do siebie. Przy wyładowywaniu mogą zajść przykre niespodzianki.
— Czy wziął pan przynajmniej odpowiedzialnych ludzi? — zapytał Barnini.
Pytanie to w pierwszej chwili zaskoczyło Classena. Rozejrzał się dokoła i zapytał stojącego w pobliżu robotnika:
— Kim byli ci ludzie? Ten czerwonowłosy i młody w szarej czapce? Czy to jacyś wasi znajomi? Nie przypominam sobie, abym tu kiedyś widział ich przed tym?
Zapytany potrząsnął głową.
— Rudy mężczyzna i młody człowiek w szarej czapce? Nie mam pojęcia, o kim pan mówi.
— Ależ, Bruno, zastanówcie się dobrze. To byli z pewnością jacyś wasi koledzy. Obydwaj nosili niebieskie bluzy.
— Nie mam najmniejszego pojęcia, panie Classen.
— Jestem zrujnowany: skradziono tygrysa! — krzyczał Barnini.
Classen tupnął ze złością nogą.
— Skradziono.... Kto mógłby skraść tygrysa? Pytam pana, kto potrafiłby ukryć takie zwierzę? Czy myśli pan, że ci dwaj ludzie zaciągnęli tygrysa do swego skromnego domu, poto, żeby im żona z niego usmażyła kotlety?
— Oby słowa pańskie się sprawdziły! — Westchnął Barnini i w zamyśleniu ruszył w stronę swego domu...

— Odwaliliśmy ciężką robotę, Marholm — rzekł inspektor policji Baxter do swego sekretarza, noszącego przezwisko Pchła. — Zwierzę szalało kompletnie.... Gdyby ludziska rozumieli przynajmniej, na jakie narażają się niebezpieczeństwo.
— Drogi inspektorze! — rzekł Marholm, trzymając w ręce kieliszek porto. — Jedynej rzeczy nie może pan wymagać od tłumu: to jest tego, aby rozsądnie myślał. Jedynie Raffles...
Zaledwie słowo to padło z ust Marholma, gdy Baxter podskoczył jak gdyby coś go ukąsiło.
— Skończcie już raz ze swymi głupiemi żartami, Marholm! Nie można z wami mówić poważnie. Zawsze potraficie przylepić swego Rafflesa.
— Ależ, panie inspektorze, nie chciałem powiedzieć nic złego...
— Wiecie dobrze — przerwał Baxter, że ten typ przyprawia mnie o utratę przytomności. Od jak dawna uganiamy się za nim, nie mogąc go chwytać. Ten nicpoń jest w zmowie z diabłem. Na szczęście dość długo nie słyszeliśmy o nim...
— Kto wie, czy stan ten potrwa dłużej? — odparł Marholm półgłosem.
W tej chwili do gabinetu wszedł urzędnik.
— Otrzymaliśmy ze stacji East Ham wiadomość, że dyrektor menażerii Barnini złożył zameldowanie o kradzieży tygrysa.
Inspektor Baxter podniósł się i krzyknął:
— Co? Tygrysa? Skąd został skradziony? Z menażerii?
— Nie, panie inspektorze. Dyrektor otrzymał dziś rano poważny transport zwierząt. Pomiędzy nimi znajdował się tygrys o wielkiej wartości. Tygrysa tego skradziono w chwili wyładowywania.
— Nie opowiadajcie głupstw! Istotnie widziałem pomiędzy zwierzętami tygrysa. Ażeby uniknąć wszelkich trudności, wraz z kierownikiem transportu i dwoma robotnikami sam zaniosłem klatkę na wóz transportowy.
— A teraz klatka z tygrysem wraz z wozem i obydwoma robotnikami znikła bez śladu!
— Może tygrys pożarł tych ludzi? — zawołał mimowoli inspektor.
Marholm wybuchnął głośnym śmiechem.
Urzędnik stał przez chwilę niezdecydowany, poczym rzekł:
— Pan inspektor jest wzywany osobiście do East Ham dla sporządzenia protokułu.
— Dobrze, już dobrze. Pojadę tam, choć nie widzę celu. Prawdopodobnie tkwi w tym jakiś błąd. Tygrys nie jest złotym zegarkiem, który można z łatwością włożyć do kieszeni. Nie widzę nikogo, kto mógłby ukraść tygrysa.
— Znam takiego jednego! — odparł Marholm.
— Wy? — zapytał Baxter ze zdziwieniem.
— Tak, człowieka, który potrafi zrobić właściwy użytek ze wszystkiego, co mu wpadnie pod rękę.
— Kim jest ten człowiek?
— To Raffles! — odpowiedział żywo Marholm.
— Oszalałeś! — zawołał Baxter kierując się w stronę telefonu, aby odkomenderować do East Ham sześciu agentów.

Od Blacke Parku ciągnie się szosa, która, skręcając na południe w prawo, prowadzi przez Southend aż prosto do Bromley.
Na połowie drogi do Southend wlókł się powoli ciężki wóz meblowy. Był on zakryty ze wszystkich stron, jak wszystkie wozy używane do przeprowadzek. Tylne wejście zamknięte było na żelazną sztabę. Z przodu zamiast kozła znajdowała się wygodna kanapa, na której siedzieli sobie spokojnie woźnica oraz jego towarzysz.
Droga była pusta. Mimo to jednak towarzysz woźnicy odwracał się co pewien czas, spoglądając niespokojnie na szosę. Natomiast sam woźnica miał minę niewzruszoną. Nie wypuszczał z ust papierosa i od czasu do czasu rzucał w kierunku swego towarzysza ironiczne spojrzenie.
— Wydaje mi się, Charley, że pożera cię chęć spotkania się z Baxterem — rzekł ze śmiechem. — Nie możesz doczekać się chwili jego przybycia!
— Możesz się ze mnie śmiać, Edwardzie, — odparł zagadnięty — ale ja mam przeczucie, że ta awantura źle się skończy. Gdybyśmy tylko mogli pozbyć się tego zwierzęcia! Czuję się dziwnie nieswojo....
— Nie rozumiem cię, Charley — odparł lord Lister, który z rudowłosego robotnika przedzierzgnął się w solidnego woźnicę o siwiejącej brodzie.
— Jest ci chyba dość wygodnie na twojej kanapce. Zbyteczne chyba dodać, że pogoda jest cudna i przejażdżka w tych warunkach to prawdziwa rozkosz!
— Masz czasami niezłe pojęcie o tym, co komu może sprawić przyjemność. Siedzę jak na szpilkach. Myśl, że za mymi plecami mam zwierzę, które czeka tylko chwili, aby mnie pożreć i że policja może mnie złapać wraz z tygrysem, nie daje mi spokoju.
— Cóż ci pomogą nerwy, mój przyjacielu — odparł lord Lister. — Im niebezpieczeństwo jest większe, tym zimniejszą należy zachować krew.
— Masz rację — odparł Charley urażonym tonem. — Postaram zastosować się do twoich wskazówek.
Wstrząsy wozu nie działała bynajmniej uspakajająco na niespokojnego pasażera, tymbardziej, że ze środka dochodziły odgłosy przypominające huk grzmotu.
— Wielki Boże, Edwardzie — zawołał Charley zeskakując na ziemię. — Teraz ten znów zaczyna! Gdyby ci, którzy nas ścigają, mogli usłyszeć.
Słowa te wywołały wilka z lasu.
W oddali widać było obłok kurzu, z którego wyłoniły się postacie policjantów.
— To Baxter — rzekł Charley.
— Możliwie... Co z tego? — odparł lord Lister z uśmiechem. Udawał, że poprawia zaprząg, aby w ten sposób uspokoić tygrysa, przez zatrzymanie się czas jakiś w miejscu.
Charley miał rację. Zbliżał się Baxter wraz z sześciu agentami. W East Ham Barnim i Classen przekonali go bez trudu, że tygrys znikł naprawdę i że najpewniej został skradziony. Jakkolwiek Baxter nie chciał się do tego przyznać, słowa Marholma utkwiły mu w pamięci. Natychmiast zabrał się do poszukiwania niewykrytego sprawcy, w którym mgliście przeczuwał Rafflesa.
Rozesłano posterunkom policji rysopis dwuch osobników, rozesłano patrole we wszystkie strony.
Inspektor Baxter zrównał się z wozem meblowym, zeskoczył z motocykla i obrzucił nieufnym spojrzeniem woźnicę oraz jego towarzysza.
— Co wieziecie w tym wozie? — zapytał ostro.
Woźnica nie zdradzał ochoty od odpowiedzi i spokojnie poprawiał coś przy zaprzęgu.
— Czy nie słyszycie, co się do was mówi? Zapytuje, co macie wewnątrz w wozie?
Woźnica podniósł głowę i odparł spokojnie.
— Niech to pana nie obchodzi. Czego się pan wtrąca?
— A właśnie, że się będę wtrącał. Jestem Baxter inspektor policji. Oto moja legitymacja!
Woźnica złagodniał. Zdjął czapkę i zapytał tonem pełnym szacunku:
— Jeśli pan jest inspektorem policji, to zupełnie co innego. Wieziemy meble do Bromley, panie inspektorze.
— Czy naprawdę? Otwierajcie więc wóz!
Młody chłopak towarzyszący woźnicy musiał się widocznie skaleczyć, bo krzyknął lekko.
— Co się stało? — zapytał ostro woźnica.
— Nic — odparł i ze zdwojoną energią wziął się do poprawiania zaprzęgu.
Woźnica obojętnie zbliżył się do drzwi wozu, wyciągnął z wielkim trudem klucz i otworzył zamek. Następnie począł podnosić ciężką żelazną zasuwę.
— Czy nie zechciałby pan panie inspektorze pomóc mi — rzekł do Baxtera, który niecierpliwie oczekiwał chwili otworzenia się tajemniczych drzwi.
Drzwi otwarły się gwałtownie...
W środku wozu znajdował się pomalowany na jaskrawy żółty kolor kredens kuchenny. Z prawej i lewej strony piętrzyły się kufry i skrzynie, napróżno starające utrzymać się w równowadze. Zgodnie z powszechnie przyjętym zwyczajem przy przeprowadzkach, wszystkie dziury zatkane były szmatami i strzępami.
— Czy mógłbym wiedzieć czego pan szuka, panie inspektorze? — zapytał uprzejmie woźnica.
— Szukam czegoś, co zostało skradzione, — odparł Baxter.
— Naprawdę? Może być, że znajdzie pan to między tymi gratami? Otrzymałem wóz już naładowany, — dodał wyciągając z kieszeni sporą pajdę chleba.
Spokojnie usiadł na brzegu szosy i z zajęciem zaczął się przyglądać agentom policji.
— Wyjmijcie to wszystko — rozkazał inspektor Baxter.
— Tego nie może pan wymagać ode mnie. Meble są zbyt ciężkie. W Bromley wszystko zostanie wyładowane.
— Chłopak wam dopomoże — rzekł inspektor.
— Niemożliwe. Biedak spadł niedawno z wozu i zwichnął sobie rękę. Nie chcę, żeby się męczył. Dick, — krzyknął w jego stronę. — Chodź i usiądź przy mnie. Ci panowie będą z tym mieli sporo roboty.
Chłopak posłusznie usiadł tuż obok niego. Inspektor Baxter oniemiał. Dopiero po chwili zwrócił się do swych ludzi.
— Nuże, chłopcy! rozpoczynamy rozładunek.
Wezwanie to nie wzbudziło żadnego entuzjazmu. Tylko dwuch agentów zbliżyło się powolnym krokiem. Pozostali zajęci byli poprawianiem czegoś przy swoich motocyklach.
— To nonsens — rzekł jeden z agentów, niski gruby człowieczek, do swego kolegi. — Któżby szukał tygrysa w koszyczku od robót lub w szafliku od pomyj!...
Jeden z agentów wszedł do wozu i począł wyrzucać krzesła, stół i parę innych przedmiotów.
Następnie starał się unieść jedną ze skrzyń. Musiały być one niesłychanie ciężkie, gdyż z wielkim wysiłkiem zdołał ruszyć jedną z nich zaledwie o parę centymetrów.
— Przede wszystkim usuńcie tę szafę! — zawołał Baxter, wskazując na żółto pomalowaną ozdobę kuchni.
Przy pomocy drugiego agenta udało im się przesunąć szafę w bok. Baxter obejrzał wszystko uważnie. Za szafą piętrzyły się skrzynie i walizy, na nich zaś stały stoły z nogami do góry.
Na zwiniętych w rulony dywanach stały spokojnie naczynia kuchenne.
Kiedy inspektor zdał sobie sprawę z bezcelowości dalszych poszukiwań, zawołał głośno.
— Zatrzymać się! Zwierzęcia nie ma tam z pewnością!
— Jakiego zwierzęcia? — zapytał woźnica, nie przerywając jedzenia.
— To was nie obchodzi! — odparł ostro Baxter. — Możecie postawić te rzeczy z powrotem.
— To nie uchodzi, panie inspektorze — rzekł woźnica, podniósłszy się z miejsca. — Musi pan pomóc ustawić mi z powrotem moje rzeczy. Chłopak jest chory i sam nie dam sobie z tym rady. Jeśli policja wyrzuca mi wszystko na szosę, powinna sama załadować mnie na wóz. Jestem odpowiedzialny za wszystko. Nie chcecie chyba unieszczęśliwić biednego starca?
Baxter mruknął coś niezrozumiale między zębami.
— Naprzód! Odstawcie to na miejsce! — rzekł do swych agentów.
Po upływie kilku minut wszystko było gotowe. Poustawiano to jednak tak niedbałe, że nie zostało miejsca na ustawienie krzeseł i wielkie drzwi w żaden sposób nie chciały się zamknąć.
— Do wszystkich diabłów, pomóżcież mu trochę! — zawołał inspektor tracąc cierpliwość.
Woźnica zaśmiał się wesoło.
— Widzi pan, panie inspektorze, że to nie tak łatwo załadować wóz meblowy. Wszystko dlatego, że panowie policjanci poruszyli skrzynię stojącą z tyłu. Tutaj każdy centymetr odgrywa rolę.
— Co mamy robić? — zapytał Baxter za złością.
— Poprostu wyładować wszystko raz jeszcze i później umieścić każdy przedmiot na swoim właściwym miejscu!
— Oszaleliście zupełnie! — zawołał inspektor. — Nie mamy nic innego do roboty jak tylko wnosić i wynosić meble z wozu.
Spojrzał na zegarek.
— Bądźcie rozsądni i wnieście to sami. My na to czasu nie mamy.
— To niemożliwe, panie inspektorze.. Od dwudziestu lat wożę meble i nigdy nie zginęła mi nawet igła. Czy chce pan, aby na stare lata przytrafiło mi się jakie nieszczęście?.. Nie przeżyłbym tego.
Wyciągnął wielką czerwoną chusteczkę i począł ocierać oczy.
— Nie chcę was skrzywdzić — rzekł Baxter. — Jeśli nie możecie sobie dać sami rady, poślijcie chłopaka do Southend, niech wam przyśle kogoś do pomocy.
— Dobrze, ale kto mi za to zapłaci? — jęknął starzec. — Przepadnie mi cały zarobek dzienny.
— Macie oto 5 szylingów — rzekł Baxter wyjmując z kieszeni banknot.
— Jeśli nie można inaczej, panie inspektorze, muszę się na to zdecydować — rzekł stary z niezadowoloną miną. — Za pięć szylingów nikt mi nie przyjdzie z Southend.
— Masz jeszcze dwa szylingi, stary spryciarzu — rzekł Baxter. — Wskoczył na motocykl, dał znak odjazdu i zniknął wraz z ludźmi w obłokach kurzu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Matthias Blank, Kurt Matull i tłumacza: anonimowy.