Skradziony tygrys/3
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Skradziony tygrys |
| Wydawca | Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o. |
| Data wyd. | 31.3.1938 |
| Druk | drukarnia własna, Łódź |
| Miejsce wyd. | Łódź |
| Tłumacz | Anonimowy |
| Tytuł orygin. | Tytuł cyklu: Lord Lister, genannt Raffles, der grosse Unbekannte |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały tekst |
| Indeks stron | |
Od samego ranka niezwykle ożywienie panowało w dokach. Do portu przyjechał okręt Frise, wiozący olbrzymi ładunek dzikich zwierząt. Usiłowano to utrzymać w tajemnicy, lecz wieść o tym rozeszła się szybko po Londynie i tłum ludzi przybył do portu.
Dla utrzymania porządku, sprowadzono ze Scotland Yardu oddział policji londyńskiej, pod wodzą samego inspektora policji Baxtera. Jeden z pierwszych przybył Barnini, niespokojny o los swego tygrysa. Kierownik transportu, niejaki Classen z Hamburga, stał na lądzie i dyrygował armią robotników. Barnini zbliżył się do niego i rzekł:
— Czy nie może pan rozpocząć od wyładowania tygrysa z Sumatry?
Classen spojrzał na niego niechętnie.
— Proszę mi pozostawić swobodę — odparł — musimy najpierw wyładować zwierzęta spokojne, a później zaś dzikie bestie.
— Czy nie mógłby pan tym razem uczynić dla mnie wyjątku?
— Musimy się zastosować do przyjętych zasad — odparł Classen — ja jestem odpowiedzialny za całość transportu.
Dyrektor, widząc, że nic nie wskóra, dał za wygraną. Na wybrzeżu pełno było dziwnych typów, które spotyka się często w portach, robotników i bezrobotnych, ćmiących fajkę i czekających na przypadkowy zarobek.
Niedaleko okrętu stali jacyś dwaj ludzie, niewyróżniających się niczym na pozór z tłumu ciekawych. Baczny obserwator spostrzegłby jednak odrazu, że oczy ich są bardziej błyszczące i bardziej ożywione niż oczy sąsiadów. Wyższy z dwuch mężczyzn, którego oblicze okalała szeroka broda a czapka nasunięta na oczy kryła pół twarzy, pochylił się do swego towarzysza i rzekł:
— Musimy mieć oczy szeroko otwarte, Charley!
— Byleby tylko wszystko skończyło się dobrze — szepnął cichutko drugi — Tymczasem Classen ukończył dawanie rozkazów i skierował się w stronę okrętu. Pokiwał głową. Czegóż chcieli u licha wszyscy ci ludzie? Co prawda pozostawiono wolną przestrzeń do wyładowania zwierząt, jednak żywy mur, otaczający tę przestrzeń, hamował swobodę ruchów. Nagle do uszu jego doszedł okropny hałas, krzyki i pełne trwogi wołanie.
— Co się stało? — pomyślał i począł sobie torować łokciami drogę poprzez mrowie ludzkie.
— Czy to bydlę utonęło? — usłyszał nagle głos jednego z robotników.
— Nie, rusza się jeszcze — odparł drugi.
Dały się słyszeć dalsze krzyki.
Classen posuwał się naprzód, rozdzielając na prawo i lewo ciosy swych potężnych pięści.
W zdenerwowaniu natknął się na inspektora Baxtera.
— Tędy niema przejścia — rzekł energicznie Baxter.
Classen pokazał mu swą legitymację.
— Jestem kierownikiem transportu dzikich zwierząt.
— W takim razie niech pan przejdzie. Jedna z żyraf wpadła do morza.
— Sapristi! — zawołał Classen.
Natychmiast zrozumiał co się wydarzyło. Trzy żyrafy stały spokojnie w porcie obok swych dozorców. Czwarta żyrafa przywiązana była do dźwigu portowego i wyrwała się z taką siłą, że woda pryskała dokoła.
Spuszczono łódź ratunkową. Jeden z ludzi trzymał lasso, inni zaś mieli w pogotowiu grube liny, które chcieli zarzucić dokoła szyi zwierzęcia.
Jakiś człowiek w średnim wieku zbliżył się do Classena.
— Co za nieszczęście, panie Classen! Zwierzę przecież było dobrze przywiązane. Mimo to jeden ze sznurów zawiódł. Nikt nie może ponosić za to odpowiedzialności.
— Kazałem przecież wyraźnie, aby sprawdzać dokładnie wszystkie sznury przed wyładunkiem! — wrzasnął Classen.
Nagle jakieś zamieszanie powstało dokoła stojących dotąd spokojnie żyraf. Najmłodsze ze zwierząt rozpoczęło jakieś szalone podskoki.
— Trzymać je? — zwołał Classen.
Było już za późno.
Dozorca zdjęty strachem, puścił sznur, na którym uwiązana była żyrafa. Cztery inne żyrafy, widząc swą towarzyszkę na wolności poczęły ciągnąć z całej siły swoje sznury, które ustąpiły nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dozorcy upadli w tył: jeden z nich zdołał jeszcze pochwycić sznur, lecz został pociągnięty naprzód tak gwałtownie, że musiał dać za wygraną. Policja z trudem dawała sobie radę z publicznością wyjącą z uciechy. Żyrafa zawieszona w powietrzu powoli spuszczona została na ląd i Classen osobiście chwycił za jej sznur, aby uniknąć nowego nieszczęścia.
Zaledwie jednak odwiązano sznur, którym przywiązana była żyrafa do portowego dźwigu, zwierzę ogarnęła nagle żądza wolności. Classen trzymał je ze wszystkich sił, lecz bez skutku. Żyrafa okazała się silniejszą od niego. Długie nogi rzuciły się do galopu i Classen zmuszony był biec co sił. Owinął sobie sznur dokoła ramienia. Ręka nabrzmiewała mu, sznur wrzynał się w ciało. Żyrafy tym czasem galopowały radośnie. Kilku robotników portowych rzuciło się za nimi w pogoń. Nie można ich było jednak schwytać. Zdawało się, że wyścig ten podnieca je do większej szybkości.
Classenowi groziło tymczasem prawdziwe niebezpieczeństwo. Nie mogąc pozbyć się sznura upadł nagle. Zwierzę ciągnęło go bezlitośnie.
Dokoła rozlegały się krzyki ludzkie.
Nagle zwierzę upadło na ziemię jak gdyby rażone piorunem. Napróżno usiłowało powstać na nogi. Przy pysku pojawiła się piana. Classen uwolniony z swych więzów podniósł się. Wlot zrozumiał sytuację: Żyrafa złamała nogę. Leżała na ziemi bez ruchu, spoglądając na niego swymi inteligentnymi oczyma, jak gdyby wzywała pomocy.
Classen począł delikatnie gładzić sierść zwierzęcia. Nie było innej rady. Wiedział, że zwierzę trzeba będzie zabić. Wówczas zdarzyła się rzecz dziwna, trzy inne żyrafy zbliżyły się powoli do swej towarzyszki, wyciągając ciekawie szyję. Z łatwością dały się schwytać. Od czasu do czasu odwracały tylko głowę, jak gdyby pytając, czemu ich towarzyszka nie idzie razem z nimi.
Classen posmutniał. Humor jego pogorszył się następnie skutkiem fatalnego wypadku, który wydarzył się innej żyrafie: żyrafa, która wpadła do morza, uderzyła się tak nieszczęśliwie, że wydobyto ją martwą.
Straty poniesione obliczał Classen na około 2.000 funtów sterlingów. Mimo to przystąpiono do dalszego wyładowywania zwierząt. Tym razem zawisła w powietrzu klatka zawierająca dwie wielkie małpy. Jakiś robotnik portowy o czerwono-rudych włosach pchnął stojącego przed sobą młodego towarzysza. Obydwaj przedarli się przez tłum aż do miejsca gdzie miały lądować obydwie małpy.
— Zbliża się właściwa chwila, Charley — szepnął. — Ściśnij zęby i otwórz szeroko oczy.
Gdy klatka szczęśliwie spoczęła na ziemi, ramię dźwigu powoli podniosło się z powrotem, gotowe do przeniesienia nowego ciężaru.
Klatkę otoczyło zbliska grono ciekawych, którzy uniemożliwili do niej dostęp ludziom, mającym ją przenieść do wozu.
Młody robotnik znalazł się w pierwszym szeregu i niepostrzeżenie począł badać zamek klatki. Odwrócił się i został tak silnie pchnięty przez swych sąsiadów, że padł formalnie na pręty. Podniósł się szybko z głośnym przekleństwem.
Musiał się zranić, gdyż twarz jego pobladła dziwnie. Cofnął się nagle od klatki o kilka kroków. W wielkim ścisku nikt nie zauważył, że człowiek ten zdążył otworzyć drzwi klatki. Dopiero w chwili, gdy zwierzęta rzuciły się do drzwi, zdano sobie sprawę z wypadku. Wszystko to odbyło się z błyskawiczną szybkością. Małpy zmieszały się z tłumem, dały się słyszeć krzyki przerażenia. Część ludzi rzuciła się do ucieczki, pozostali natomiast poczęli ścigać rozochocone małpy.
W tej samej chwili poczęto spuszczać na ziemię klatkę do połowy zakrytą grubą materią. Nie trudno było zgadnąć, że mieściła ona w sobie jakieś niebezpieczne zwierzę.
— Na miłość Boga! — krzyknął Classen. — Nie trzeba było wyładowywać tego zwierzęcia!
— Natychmiast przejmiemy je i odwieziemy tygrysa w bezpieczne miejsce, aby uniknąć możliwości wypadku — ozwał się jakiś głos obok niego.
Classen odwrócił się. Tuż obok niego stał czerwonowłosy robotnik i młody człowiek, który przeszedł niedawno przykre doświadczenie z małpami.
— Dobrze — rzekł Classen — musicie jednak uważać. Trzeba zabrać klatkę i umieścić ją za beczkami.
— Nie wolno pracować w takich warunkach... To urąga wszelkim przepisom o bezpieczeństwie publicznym... Natychmiast spiszemy panu protokół. Słowa te padły z ust inspektora Baxtera, który zbliżył się do Classena i spojrzał na niego groźnym wzrokiem.
— Zupełnie słusznie, panie inspektorze — odparł Classen. — Sam nie wiem, od czego mam rozpocząć.
Klatka z tygrysem stanęła na stałym lądzie. Classen sam odwiązał łańcuchy łączące ją z dźwigiem.
— Zwracam się do pana o pomoc, panie inspektorze. Musimy zanieść tę klatkę szybko do wozu... Niechże chociaż tygrys uniknie niezwykłych przygód. Opiekować się nim będą ci oto ludzie.
W międzyczasie hałas jeszcze wzrósł, ponieważ małp nie można było złapać w żaden sposób. Korzystały z wolności, płatając ludziom różne figle. Zrywały z głowy kapelusze, kradły laski i parasole i rzucały je następnie w tłum. W pewnym momencie usiłowały nawet wyrwać dziecko z objęć matki i tylko grad razów zmusił je do ucieczki.
— Szybciej, szybciej! — poganiał Classen.
Hałas i krzyki denerwowały tygrysa. Ryknął przeraźliwie, tak, że inspektor policji cofnął się przezornie o kilka kroków od klatki.
Z pomocą policji obydwaj robotnicy i Classen umieścili klatkę ze zwierzęciem na wozie, przeznaczonym dla małp. Classen przykrył całą klatkę kawałem materiału. Polecił obydwu robotnikom jaknajdalej idącą ostrożność. Człowiek o czerwonych włosach wlazł na wóz, który ruszył wreszcie ku radości Classena.
Inspektor Baxter, dumny ze spełnienia obowiązku, zbliżył się do tłumu, który w dalszym ciągu zabawiał się polowaniem na małpy.
Robotnicy, nie zatrzymali się jednak w miejscu wskazanym przez Classena. Zacięli konia i ruszyli inną drogą.
— Chciałbym wreszcie pozbyć się tego pasażera, Edwardzie — rzekł Charley.
Nie jest to zbyt przyjemne czuć za swymi plecami klatkę z tygrysem.
— Nie obawiaj się — rzekł lord Lister z uśmiechem. — To dobre zwierzę, spokojne i łagodne. Musimy jednak czemprędzej ukryć się w naszej kryjówce w Black Park. Tam zmienimy środek lokomocji i pojedziemy do Southend. Wkrótce prawdopodobnie odkryją fakt zniknięcia tygrysa i ruszą za nami w pogoń.
— A może byśmy, Edwardzie, ukryli się aż do jutra?
— Niemożliwe, mój chłopcze. Zapominasz, że za wszelką cenę musimy dziś jeszcze udać się do naszego przyjaciela Wheelera. Jeśli się spóźnimy, stracimy 800 funtów sterlingów.
Rozmawiając w ten sposób, nasi dwaj przyjaciele zbliżyli się do Black Parku. Skręcili na lewo i szybko znikli za grupą drzew.