Skradziony tygrys/2
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Skradziony tygrys |
| Wydawca | Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o. |
| Data wyd. | 31.3.1938 |
| Druk | drukarnia własna, Łódź |
| Miejsce wyd. | Łódź |
| Tłumacz | Anonimowy |
| Tytuł orygin. | Tytuł cyklu: Lord Lister, genannt Raffles, der grosse Unbekannte |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały tekst |
| Indeks stron | |
— Oto piękna historia! — mruknął Wheeler, grożąc pięścią rozłożonemu przed sobą dziennikowi.
Na pierwszej stronie widniało olbrzymie ogłoszenie, zawiadamiające czytelników, że menażeria Barniniego zakupiła niezwykły okaz tygrysa pochodzącego z Sumatry. Tygrys ten miał kosztować aż 5.000 funtów sterlingów.
— Co za szczwany lis! Co za kłamca! — szeptał do siebie Wheeler, krążąc w zdenerwowaniu po pokoju. Na ścianach pokoju pełno było skór zwierzęcych, żmij i krokodyli. Każdy przedmiot użytkowy miał jakiś kształt zwierzęcia lub też przypominał coś pochodzącego ze świata zwierzęcego. Wielkie rogi muflonów służyły za kałamarze, podczas gdy obsadki do piór zrobione były z kości nosorożca.
Wheeler miał na sobie strój poranny, składający się z jaskrawo-czerwonej kurtki, bogato haftowanej złotem i miękkich pantofli ze skóry foki.
Pogrążony w swych myślach szepnął półgłosem.
— Gdybym przynajmniej wiedział, co mam dalej począć?
W tej samej chwili usłyszał lekkie pukanie i jakiś mężczyzna, nie czekając odpowiedzi, wszedł do pokoju. Miał na sobie podobną do Wheelera kurtkę. Sportowa czapka kryła bujną fryzurę. Nowoprzybyły zdjął czapkę i rzekł ochrypłym głosem:
— Jakiś człowiek chce się z panem zobaczyć, panie Wheeler.
— Nie mam czasu — odparł brutalnie kierownik menażerii.
— Powiedziałem mu to zgóry. Twierdzi on jednak, że ma panu coś ważnego do zakomunikowania. Przychodzi w imieniu firmy Wilson i Ska z Singapore.
— W imieniu tych wielkich eksporterów zwierząt? — zapytał Wheeler z zainteresowaniem. — Wprowadź go.
Wheeler usiadł za biurkiem. Po krótkiej chwili zjawił się nieznajomy. Trudno było ocenić jego wiek, ponieważ ciemne okulary zakrywały zupełnie jego oczy. Gęsta, siwiejąca broda otaczała jego twarz. Wysoki i szczupły trzymał się trochę pochyło i opierał na lasce. Nowoprzybyły obserwował przez pewien czas dyrektora, który nie raczył nawet powstać na jego powitanie. Nieznajomy powoli zbliżył się do biurka i rzekł sucho:
— Czy to pan Wheeler?
Odpowiedziało mu kiwnięcie głowy.
— To pięknie! — odparł gość, siadając bezceremonialnie na krześle.
Zapanowało milczenie. Ponieważ nieznajomy nie odzywał się, Wheeler zmuszony był rozpocząć rozmowę.
— Czego pan sobie życzy?
— Mam zamiar zrobić z panem interes — padła krótka odpowiedź.
— Mianowicie jaki? — zapytał Wheeler, tracąc cierpliwość.
— Uprzedzam pana z góry, że propozycja dla pana będzie nader korzystna, przyczym jeśli chodzi o mnie, jest mi najzupełniej obojętne czy tranzakcja ta dojdzie do skutku, czy też nie. Jeśli traktuję z panem, to tylko dlatego, że na szczęście wczoraj zwichnąłem sobie nogę i że mi w tych warunkach nie jest wygodnie zwrócić się gdzieindziej.
— Pocóż ten wstęp? — zawołał Wheeler niecierpliwie. — Proszę mi powiedzieć, kim pan jest i czego pan chce?
— Prawda. Zapomniałem panu powiedzieć. Nazywam się Chesney i jestem reprezentantem firmy Wilson i Ska. Firmę naszą zna pan prawdopodobnie.
Wheeler skinął głową.
— Zawarłem bardzo poważne kontrakty z Hamburgiem — ciągnął dalej Chesney. — Ponieważ jednak okręt mój uległ lekkiemu wypadkowi i znajduje się obecnie tutaj w dokach, pragnę sprzedać jedną wspaniałą sztukę, dla zaoszczędzenia kosztów, transportu do Hamburga. Przyjechawszy do portu zastałem telegram od żony dyrektora hamburskiej menażerii, który w międzyczasie umarł. Żona ta prosi mnie o rozwiązanie kontraktu. Oczywiście zrobiłbym przysługę tej kobiecie tylko w tym wypadku, gdybym znalazł nabywcę.
— Co to za okaz?
— Bardzo rzadki egzemplarz: tygrys jawajski.
Wheeler drgnął jakby rażony elektrycznym prądem.
— Tygrys!?...
Dyrektor podszedł do okna, udając, że interesuje go nagle rozciągający się przed nim widok. W rzeczywistości chciał ukryć zdenerwowanie, które go ogarnęło na tę wiadomość.
Reprezentant firmy ciągnął dalej z niezmąconym spokojem:
— Jak już panu powiedziałem, jedynie po to, aby przysłużyć się biednej kobiecie, zwracam się do pana z propozycją kupna.
Wheeler odzyskał całą swoją zimną krew i zapytał z nonszalancją.
— Hm!... Wszystko zależy od ceny. Jak brzmią to nazwisko dyrektora menażerii, który zmarł niedawno?
Chesney musiał mieć krótką pamięć, gdyż zawahał się, zanim dał odpowiedź i na twarzy jego pojawił się rumieniec.
— Krauze... — odparł, wziąwszy się na odwagę.
Wheeler podniósł obie ręce do nieba:
— Co, Krauze? Wilhelm Krauze?
— Tak, Wilhelm Krauze — potwierdził żywo Chesney.
— Mój przyjaciel Krauze? — powtórzył Wheeler z żalem w głosie — Muszę natychmiast napisać list.
Ostatnie zdanie poszło widać nie w smak Chesneyowi, gdyż zaklął po cichu. Dyrektor spojrzał nań ze zdziwieniem.
— Co pan powiedział?
— Nic. Noga boli mnie diabelnie — odparł Chesney, nachylając się.
— A więc, jaka będzie cena? Mówiąc prawdę, nie wiem do czego mi on jest potrzebny. Rozumie pan sam, jak trudno mi utrzymać takie zwierzę. Musiałby być bardzo tani.
— A więc?
— Dałbym ze sto funtów sterlingów.
Chesney wybuchnął śmiechem.
— Jeśli pan ma zamiar żartować, panie Wheeler, niech mi pan lepiej nie zabiera czasu — rzekł wstając z krzesła. — Mój czas jest drogi.
Na widok zbierającego się do odejścia Chesneya dyrektora ogarnęło przerażenie.
— Ile chciałby pan wziąć? — zapytał pokornie.
Tygrys kosztuje 800 funtów i ani pensa mniej.
— Na Boga: Toż to prawdziwy rozbój! — zawołał Wheeler zrozpaczonym głosem.
Chesney wzruszył ramionami, wciągnął rękawiczki i rzekł:
— Każdy człowiek wie najlepiej, ile może zapłacić. Ja natomiast nie mogę zniżyć ceny. Spróbuję jeszcze jednej drogi, aby pomóc tej biednej kobiecie. Słyszałem, że signor Barnini bawi chwilowo w East Ham. On z pewnością zapłaci mi żądaną sumę.
Szeroka twarz Wheelera zaczerwieniła się.
— Pan mnie obraża, mister Chesney! — zawołał, bijąc pięścią w stół. — Tyle ile może dać ten samochwał Barnini, mogę dać również i ja. O ile wiem, droga pańska będzie daremna, ponieważ on ma już jednego tygrysa.
Mówiąc te słowa położył przy Chesneyu gazetę. Chesney rzucił tylko okiem na ogłoszenie i rzekł:
— Dobrze... On nabył tygrysa z Sumatry, nie zaś z Jawy.
— Ależ to jedno i to samo — przerwał Wheeler.
— O nie drogi panie. Weźmy dla przykładu...
Wheeler nie dał mu skończyć.
— Wiem — zawołał — niech pan przerwie swój wykład zoologii. Powiem panu tylko jedno: jeśli Barnini dał pięćset funtów sterlingów, ja mogę dać sześćset.
— Powiedziałem już panu, że zwierzę warte jest 800.
— Niech pana diabli! Daję 800 jeśli zwierzę jest tego warte.
— Może pan być pewien. Towar jest pierwszorzędny.
Wheeler biegał po pokoju zdenerwowany, jak tygrys po klatce. Agent tymczasem wyjął z kieszeni umowę i rzekł:
— Umowa jest prosta. Gotówkę wręczy pan natychmiast po dostawie towaru. Oczywista, ja będę przy tym obecny. W wypadku gdyby z moją nogą było gorzej, przyślę przez jednego z mych ludzi pokwitowanie, przeze mnie podpisane.
— O oo! — rzekł Wheeler, podejrzliwie.
— Może się pan nie lękać. Robotnik, którego przyślę, pracuje już u mnie od szeregu lat. Gdyby nawet ukradł pieniądze, nie ma pan czego się obawiać, ponieważ otrzyma pan kwit podpisany przeze mnie. Będzie pan mógł porównać podpis mój z podpisem na umowie.
— Kiedy będę mógł otrzymać tygrysa? — zapytał Wheeler.
— Trudno mi określić dokładnie. Być może, rozładunek nastąpi jutro, lub pojutrze.
— Chciałbym sam móc asystować przy rozładunku. — rzekł Wheeler.
— To będzie trudne. Nie mogę niestety ustalić dokładnej daty. Prosiłbym natomiast aby przez cały dzień jutrzejszy nie wydalał się pan ze swej menażerii. Ułatwi nam to dostawę. Mam nadzieję, że transport nadejdzie już jutro.
— Zgoda — odparł dyrektor zacierając z radości ręce.
Po podpisaniu umowy, mister Chesney wyszedł. Wheeler odprowadził go wzrokiem aż do rogu ulicy.
Mimo wyśrubowanej ceny, Wheeler odczuwał dziecinną radość na myśl o tym, że pobił swego konkurenta. Radość jego zmniejszyłaby się prawdopodobnie znacznie, gdyby mógł dojrzeć zmianę, która nastąpiła nagle w sposobie zachowania się agenta. Pochyle plecy wyprostowały się. Laską, która dotąd służyła mu za oparcie, wymachiwał wesoło w powietrzu. Wszedł do baru, położonego w pobliżu i podszedł do stolika, gdzie oczekiwał go jakiś młody człowiek.
— Jak się skończyło, Edwardzie? — zapytał młodzieniec nowoprzybyłego.
— Doskonale, Charley. Nie mogło pójść lepiej. Wszystko jest przygotowane i jutro będziemy mogli pofatygować się po naszego tygrysa.
— Nie obędzie się bez trudności — odparł Charley Brand.
— Ależ, Charley, — odparł drugi ze śmiechem. — Jakże można być tak bojaźliwym i mieć tak mało poczucia humoru? Powtarzam ci, że to będzie najlepszy, najbardziej udany z kawałów Rafflesa.
W kilka minut później obydwaj przyjaciele opuścili bar i taksówką udali się do lorda Listera. Lord Lister zdjął po drodze ciemne okulary oraz swą siwiejącą brodę. Nikt nie poznałby w eleganckim mężczyźnie, który wyskoczył nagle z taksówki, starego i zaniedbanego agenta firmy Wilson i Ska z Singapore.