Przejdź do zawartości

Skradziony tygrys/1

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kurt Matull, Matthias Blank
Tytuł Skradziony tygrys
Wydawca Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.
Data wyd. 31.3.1938
Druk drukarnia własna, Łódź
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Tytuł cyklu:
Lord Lister, genannt Raffles, der grosse Unbekannte
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


SKRADZIONY TYGRYS
Dwaj konkurenci

Martwią mnie ci biedni ludzie... Kobieta wydawała mi się wyjątkowo smutna. — rzekł wysoki, wytworny mężczyzna, liczący około czterdziestki.
Lokaj w liberii klubu pomagał mu przy zdejmowaniu palta.
— Czy mówisz o dzisiejszej popołudniowej przygodzie, Edwardzie? — zapytał towarzyszący mu młodzieniec.
Obydwaj rzucili okiem na swe odbicia w zwierciadłach, wiszących po obu stronach malutkiej szatni. Stwierdziwszy, że strój ich znajdował się w nienagannym porządku, skierowali się w stronę wielkiej sali.
Lokaj spiesznie otworzył drzwi i zaanonsował:
— Lord Edward Gree... Mister Bloom...
Na ich widok wiele osób zerwało się ze swych miejsc i pośpieszyło na przywitanie. Na pierwszy rzut oka wydawaćby się mogło, że te oznaki sympatii były szczere. Sprawa jednak przedstawiała się inaczej.
Trenton Club był zbiorowiskiem ludzi, których życie i sposób zarobkowania przedstawiały się zagadkowo. Opanowani przez demona hazardu, gromadzili się tutaj, aby, pod płaszczykiem wytwornego klubu, uprawiać gry zakazane przez angielskie prawo.
Lord Gree i mister Bloom, nazywani nierozłącznymi, ponieważ zawsze widziano ich razem, byli członkami klubu oddawna.
Sposób zachowania się lorda Gree zdradzał człowieka niezwykle bogatego. Z pańską obojętnością przegrywał tysiące funtów sterlingów w czasie jednej nocy. Coprawda, zgarniał do kieszeni wygraną w podobnie obojętny sposób. Wnioskowano z tego, że pieniądze nie przedstawiały dla niego najmniejszej wartości. Był niesłychanie wrażliwy na każde najmniejsze uchybienie i brak taktu. Nic nie mogło się ukryć przed jego bystrym wzrokiem.
Właściwość ta sprawiała, że ludzie czuli się dziwnie skrępowani w jego towarzystwie. Mimo wszystko liczono się z nim i nie dawano nigdy odczuć, że obecność jego jest krępująca.
— Witaj lordzie Gree — rzekł handlarz klejnotami, człowiek niski i krępy.
Wyciągnął ku nowoprzybyłym rękę, pokrytą pierścieniami.
— Oczekujemy pana z niecierpliwością!
— Czyżby? Co słychać nowego? — zapytał lord, ściskając serdecznie wyciągniętą dłoń.
— Jeden z najstarszych członków klubu zjawił się znowu. Jest to człowiek bardzo ciekawy. Szkoda tylko, że interesy pozwalają mu jedynie bardzo rzadko przebywać w Londynie.
— Interesy? Czym się on zajmuje? — przerwał lord Gree małemu człowiekowi.
— Posiada wielką menażerję. Nazywa się signor Barnim. Prawdopodobnie obiło się panu o uszy to nazwisko.
Lord Gree kiwnął głową. Mały człowieczek ujął lorda familiarnie pod ramię i zaciągnął go do sali gry.
— Będziemy dziś mieli ciekawy wieczór — szepnął, złośliwie do ucha lorda. — Przyszedł Wheeler... Ci dwaj ludzie nie znoszą się wzajemnie.
Fred Wheeler był również właścicielem menażerii, która obecnie znajdowała się w Southend. Lord Lister znał go, ponieważ często widywał go w klubie. Mimo, że lord nie okazywał mu zbytniej sympatii, Fred Wheeler narzucał mu się nieustannie znosząc cierpliwie jego ostre docinki.
Gdy tylko lord Gree zjawił się przy stole, Fred Wheeler podniósł się i wyciągnął do niego obie ręce.
Obojętnym ruchem lord dotknął końcami palców ręki Wheelera. Bystrym spojrzeniem obrzucił grających.
Pomiędzy zblazowanymi, zmęczonymi twarzami graczy, wyróżniała się jedna męska przystojna twarz. Głowę południowca o lekko falujących włosach i o rysach szlachetnych i regularnych możnaby nazwać piękną, gdyby nie niepewny wyraz płomiennych czarnych oczu: czarny przystrzyżony wąs ocieniał ładnie wykrojone usta, które w ironicznym uśmiechu odsłaniały szereg białych drobnych zębów.
Panowie przedstawili się sobie wzajemnie.
Nie wiadomo dlaczego gra owego wieczora prowadzona była ospale. Być może, było jeszcze zbyt wcześnie, lub też obecność Barniniego działała hamująco.
Handlarz diamentami starał się kilkakrotnie wszcząć rozmowę zarówno z nimi, jak i lordem Gree, wysiłki jego jednak pozostały bez rezultatu.
Wheeler zdradzał dziwne roztargnienie. Co chwilę podnosił wzrok na swego konkurenta, którego spojrzenie stawało się coraz bardziej ironiczne.
Po zakończeniu partii lord Gree ziewnął, odsunął swe krzesło i zamówił kieliszek sherry.
— Lord Gree wygląda mi dziś na zmęczonego — rzekł handlarz diamentów. — Możebyśmy przerwali na chwilę grę?
Nikt nie odpowiedział: wszyscy rzucili z zadowoleniem karty i odsunęli swe fotele.
Barnini założył nogę na nogę i zerknąwszy w stronę swego konkurenta rzekł:
— Panowie, udała mi się rzecz niesłychana...
— Naprawdę?.. Jaka? dały się słyszeć głosy.
— Rozszerzyłem swoje przedsiębiorstwo.. — rzekł. — Mam otrzymać w tych dniach transport zwierząt, który pozwoli mi pobić na głowę moją konkurencję.
— No, no — zaśmiał się handlarz diamentami. — Nie tak prędko... Nasz przyjaciel Wheeler posiada niezłą kolekcję zwierząt i wspaniałe egzemplarze!
Barnini zaśmiał się sucho.
— Jestem daleki od pomniejszania wartości zwierząt mego bardzo szanownego kolegi — rzekł. — Mam jednak wrażenie, że tym razem wyprzedzę go porządnie... Jakkolwiek wiem, że posiada on nader cenne zwierzęta, tym razem udało mi się zdobyć egzemplarz niesłychanie rzadki.
— Cóż to za tajemnicze zwierzę? — zapytał Wheeler z odcieniem niepokoju w głosie.
Włoch poprawił się na swym fotelu i rzekł.
— Kupiłem tygrysa z Sumatry...
Słowa te wywarły na Wheelerze olbrzymie wrażenie.
— Tygrys z Sumatry?
— W samej rzeczy... Nie mam potrzeby wyjaśniać panu, co to znaczy... Zna się pan na tym lepiej ode mnie. Być może, że wyjaśnienia te zainteresują któregoś z panów...
Zdawał się nie zwracać więcej uwagi na swego konkurenta.
— Zwierzę to jest niesłychanie rzadkie — rzekł. — Tygrys z Jawy lub Sumatry z trudem tylko znosi nasz klimat i dlatego posiadanie go jest prawie niemożliwością. Utrzymanie go przy życiu u nas wymaga wiele wysiłków i starań...
— Czy to możliwe? Czym się to tłomaczy? — pytano.
— Długo byłoby mówić o tym — odparł Barnini. — Jedno jest pewne, że sam transport jest nader trudny i kosztowny. Jedynie największe menażerie mogą sobie pozwolić na to — rzekł spoglądając na swego konkurenta.
— Ile kosztuje takie zwierzę? — zapytał lord Gree.
— Zapłaciłem 500 funtów!
— Piękna suma za zwierzaka!
— Proszę mi wybaczyć, kolego — przerwał Wheeler. — Czy pan już wręczył pieniądze? Wydaje mi się to niezbyt prawdopodobne. W tego rodzaju tranzakcjach płaci się dopiero po dostawie. Włoch poczerwieniał. Wheeler podawał w wątpliwość jego słowa...
— Zwyczaj ten jest mi również znany i stosuję go od czasu do czasu. W danym wypadku musiałem zapłacić z góry. Upewniłem się, że towarzystwo zwróci mi pieniądze, jeśliby zwierzę przybyło w złym stanie.
Przez czas pewien rozmawiano jeszcze o tresurze i o kosztach utrzymania zwierzęcia. Nagle mister Bloom, nieodłączny towarzysz lorda Gree, rzucił pytanie:
— Czy mógłby nam pan powiedzieć, signor Barnini, ile mogą kosztować tak zwane potwory, naprzykład zwierzęta o dwuch głowach? Byliśmy dzisiaj z lordem Gree na jarmarku w Kingston. Zaraz na prawo przy wejściu stoi buda, którą pan musiał napewno zauważyć.
— Nie chodzę na tego rodzaju widowiska — odparł Barnini z wyższością.
— Przepraszam — odparł młody człowiek — zrobiło nam się żal pewnej kobiety — dodał tonem wyjaśnienia.
— Czy było tam coś godnego widzenia? — zapytał ciekawy handlarz diamentów.
— Na budzie tej widniał napis, że pokazują tam cielę o dwuch głowach — rzekł lord Gree. — Buda ta jednak była zamknięta, a z wewnątrz rozlegał się bolesny płacz. Weszliśmy do środka i zastaliśmy właścicielkę budy pogrążoną w rozpaczy. Otóż nieszczęsne cielę o dwuch głowach zdechło i biedni ludzie zostali bez środków utrzymania. Kobieta skarżyła się, że musi zapłacić dość drogo za wynajęte miejsce i że w żaden sposób nie wyjdzie na swoim. Zrobiło mi się jej żal, trzymała bowiem na ręku małe dziecko, lecz w żaden sposób nie wiedziałem, jak jej przyjść z pomocą.
— Uważam, że tego rodzaju widowiska powinny być zakazane — odparł Włoch. — Dziwię się również, że pan, panie Bloom, zwraca się do mnie o informacje w tego rodzaju sprawach, nie mam nic wspólnego z tymi widowiskami.
— Ależ mój przyjacielu — wtrącił się lord Gree — mister Bloom nie chciał z pewnością pana obrazić. Kierowały nim najszlachetniejsze pobudki. Należy w każdym wypadku starać się pomóc swym bliźnim.
— Dziękuję za moralną lekcję — odparł Włoch kwaśno i skierował się do stołu, przy którym szła bardzo gruba gra.
Lord Gree odprowadził go ironicznym spojrzeniem.
— Poczekaj, mój przyjacielu — szepnął do siebie. — Mam wrażenie, że mimo to dam ci dobrą nauczkę.
W tej chwili zbliżył się do niego Wheeler i kładąc mu rękę na ramieniu, rzekł.
— Zauważył pan z pewnością z tonu naszej rozmowy, że stosunki pomiędzy mną a mym konkurentem nie są zbyt przyjazne. W tym wypadku muszę mu przyznać rację: ta hołota nie zasługuje na to, aby się nią zajmować.
Niezadowolenie odbiło się na twarzy lorda.
— Co za niemili, aroganccy i nie uczuciowi ludzie — rzekł półgłosem do swego przyjaciela.
Do uszu jego dobiegły urywki rozmów, prowadzonych przez Wheelera z handlarzem diamentów.
— Możesz mi wierzyć, Brixon, że oddałbym nie wiem ile za tygrysa z Sumatry. Znam Barniniego i wiem, że ma zamiar w ten sposób zrobić sobie wielką reklamę. Przeniesie się do East Ham i wówczas nikt nie przyjdzie do mnie. Po za stratą materialną przykro być zwyciężonym przez takiego konkurenta. Czy nie mógłby mi pan dostarczyć podobnego zwierzęcia? — W jaki sposób jest to możliwe? Bannini utrzymuje, że zapłacił 500 funtów sterlingów. Jakkolwiek jest to cena dość wysoka, dałbym chętnie 800...
Lord Gree zaśmiał się tak serdecznie, że jego towarzysz Bloom spojrzał na niego ze zdziwieniem.
— Charley, mój przyjacielu, przeczuwam królewską zabawę. Wspaniała myśl wpadła mi do głowy. Niestety, tutaj mury mają uszy.
Obydwaj przyjaciele natychmiast pożegnali całe towarzystwo. Na ulicy lord Lister zaczął mówić:
— Wpadła mi do głowy wspaniała myśl. Zmuszę obu naszych panów, aby dopomogli owej kobiecie z jarmarku i aby dostarczyli nam odpowiedniej sumy pieniędzy na następną podróż. Sądzę, że niedługo pobyt w Londynie stanie się dla mnie niebezpieczny.
— Pochwalam drugą część twego planu — odparł Charley, śmiejąc się. — Kasa nasza świeci już od dawna pustkami. Cóż masz zamiar uczynić?
— Mam zamiar spłatać nowego figla ä la Raffles. Figla, jakiego Londyn nie widział jeszcze w ciągu całego istnienia. Resztę pozostaw mnie. W domu zapoznam cię ze szczegółami mego planu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Matthias Blank, Kurt Matull i tłumacza: anonimowy.