Sklepy cynamonowe/Traktat o manekinach. Dokończenie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Schulz
Tytuł Sklepy cynamonowe
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „RÓJ“
Drukarz Monolit
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron




TRAKTAT O MANEKINACH

Dokończenie.




Któregoś z następnych wieczorów, ojciec mój w te słowa ciągnął dalej swą prelekcję:
Nie o tych nieporozumieniach ucieleśnionych, nie o tych smutnych parodjach, moje panie, owocach prostackiej i wulgarnej niepowściągliwości — chciałem mówić, zapowiadając mą rzecz o manekinach. Miałem na myśli coś innego.
Tu ojciec mój zaczął budować przed naszemi oczyma obraz tej wymarzonej przez niego „generatio aequivoca“ jakiegoś pokolenia istot nawpół tylko organicznych, jakiejś pseudowegetacji i pseudofauny, rezultatów fantastycznej fermentacji materji.
Były to twory podobne z pozoru do istot żywych, do kręgowców, skorupiaków, członkonogów, lecz pozór ten mylił. Były to w istocie istoty amorfne bez wewnętrznej struktury, płody imitatywnej tendencji materji, która obdarzona pamięcią, powtarza z przyzwyczajenia raz przyjęte kształty. Skala morfologji, której podlega materja, jest wogóle ograniczona i pewien zasób form powtarza się wciąż na różnych kondygnacjach bytu.
Istoty te — ruchliwe, wrażliwe na bodźce, a jednak dalekie od prawdziwego życia, — można było otrzymać, zawieszając pewne skomplikowane kolloidy w roztworach soli kuchennej. Kolloidy te po kilku dniach formowały się, organizowały w pewne zagęszczenia substancji, przypominające niższe formy fauny.
U istot tak powstałych można było stwierdzić proces oddychania, przemianę materji, ale analiza chemiczna nie wykazywała w nich nawet śladu połączeń białkowych, ani wogóle związków węgla.
Wszelako prymitywne te formy były niczem w porównaniu z bogactwem kształtów i wspaniałością pseudofauny i flory, która pojawia się niekiedy w pewnych ściśle określonych środowiskach. Środowiskami temi są stare mieszkania, przesycone emanacjami wielu żywotów i zdarzeń, — zużyte atmosfery, bogate w specyficzne ingredjencje marzeń ludzkich — rumowiska, obfitujące w humus wspomnień, tęsknot, jałowej nudy. Na takiej glebie owa pseudowegetacja kiełkowała szybko i powierzchownie, pasożytowała obficie i efemerycznie, pędziła krótkotrwałe generacje, które rozkwitały raptownie i świetnie, ażeby wnet zgasnąć i zwiędnąć.
Tapety muszą być w takich mieszkaniach już bardzo zużyte i znudzone nieustanną wędrówką po wszystkich kadencjach rytmów; nic dziwnego, że schodzą na manowce dalekich, ryzykownych rojeń. Rdzeń mebli ich substancja musi już być rozluźniona, zdegenerowana i podległa występnym pokusom: wtedy na tej chorej, zmęczonej i zdziczałej glebie wykwita, jak piękna wysypka, nalot fantastyczny, kolorowa bujająca pleśń.
Wiedzą panie, mówił mój ojciec, że w starych mieszkaniach bywają pokoje, o których się zapomina. Nieodwiedzane miesiącami, więdną w opuszczeniu między staremi murami i zdarza się, że zasklepiają się w sobie, zarastają cegłą i, raz na zawsze stracone dla naszej pamięci, powoli tracą też swą egzystencję. Drzwi, prowadzące do nich z jakiegoś podestu tylnych schodów, mogą być tak długo przeoczane przez domowników, aż wrastają, wchodzą w ścianę, która zaciera ich ślad w fantastycznym rysunku pęknięć i rys.
— Wszedłem raz, mówił mój ojciec, wczesnym rankiem na schyłku zimy, po wielu miesiącach nieobecności, do takiego nawpół zapomnianego traktu i zdumiony byłem wyglądem tych pokojów.
Z wszystkich szpar w podłodze, z wszystkich gzymsów i framug wystrzelały cienkie pędy i napełniały szare powietrze migotliwą koronką filigranowego listowia, ażurową gęstwiną jakiejś cieplarni, pełnej szeptów, lśnień, kołysań, jakiejś fałszywej i błogiej wiosny. Dookoła łóżka, pod wieloramienną lampą, wzdłuż szaf chwiały się kępy delikatnych drzew, rozpryskiwały wgórze w świetliste korony, w fontanny koronkowego listowia, bijące aż pod malowane niebo sufitu rozpylonym chlorofilem. W przyśpieszonym procesie kwitnienia, kiełkowały w tem listowiu ogromne białe i różowe kwiaty, pączkowały w oczach, bujały od środka różowym miąższem i przelewały się przez brzegi, gubiąc płatki i rozpadając się w prędkiem przekwitaniu.
— Byłem szczęśliwy — mówił mój ojciec — z tego niespodzianego rozkwitu, który napełnił powietrze migotliwym szelestem, łagodnym szumem, przesypującym się, jak kolorowe konfetti, przez cienkie rózgi gałązek.
Widziałem, jak z drgania powietrza, z fermentacji zbyt bogatej aury wydziela się i materjalizuje to pośpieszne kwitnienie, przelewanie się i rozpadanie fantastycznych oleandrów, które napełniły pokój rzadką, leniwą śnieżycą wielkich różowych kiści kwietnych.
— Nim zapadł wieczór, — kończył ojciec, — nie było już śladu tego świetnego rozkwitu. Cała złudna ta fatamorgana była tylko mistyfikacją, wypadkiem dziwnej symulacji materji, która podszywa się pod pozór życia.
Ojciec mój był dnia tego dziwnie ożywiony, spojrzenia jego, chytre, ironiczne spojrzenia tryskały werwą i humorem. Potem nagle poważniejąc, znów rozpatrywał nieskończoną skalę form i odcieni, jakie przybierała wielokształtna materja. Fascynowały go formy graniczne, wątpliwe i problematyczne, jak ektoplazma somnambulików, pseudomaterja, emanacja kataleptyczna mózgu, która w pewnych wypadkach rozrastała się z ust uśpionego na cały stół, napełniała cały pokój, jako bujająca rzadka tkanka, astralne ciasto, na pograniczu ciała i ducha.
— Kto wie, mówił, ile jest cierpiących, okaleczonych, fragmentarycznych postaci życia, jak sztucznie sklecone, gwoździami na gwałt zbite życie szaf i stołów, ukrzyżowanego drzewa, cichych męczenników okrutnej pomysłowości ludzkiej. Straszliwe transplantacje obcych i nienawidzących się ras drzewa, skucie ich w jedną nieszczęśliwą osobowość.
Ile starej, mądrej męki jest w bejcowanych słojach, żyłach i fladrach naszych starych, zaufanych szaf. Kto rozpozna w nich stare, zheblowane, wypolerowane do niepoznaki rysy, uśmiechy, spojrzenia!
Twarz mego ojca, gdy to mówił, rozeszła się zamyśloną lineaturą zmarszczek, stała się podobna do sęków i słojów starej deski, z której zheblowano wszystkie wspomnienia. Przez chwilę myśleliśmy, że ojciec popadnie w stan drętwoty, który nawiedzał go czasem, ale ocknął się nagle, opamiętał i tak ciągnął dalej:
— Dawne, mistyczne plemiona balsamowały swych umarłych. W ściany ich mieszkań były wprawione, wmurowane ciała, twarze; w salonie stał ojciec — wypchany, wygarbowana żona-nieboszczka była dywanem pod stołem. Znałem pewnego kapitana, który miał w swej kajucie lampę-meluzynę, zrobioną przez malajskich balsamistów z jego zamordowanej kochanki. Na głowie miała ogromne rogi jelenie.
W ciszy kajuty głowa ta, rozpięta między gałęziami rogów u stropu, powoli otwierała rzęsy oczu; na rozchylonych ustach lśniła błonka śliny, pękająca od cichego szeptu. Głowonogi, żółwie i ogromne kraby, zawieszone na belkach sufitu, jako kandelabry i pająki, przebierały w tej ciszy bez końca nogami, szły i szły na miejscu. — — — — — — — — — — —
Twarz mojego ojca przybrała naraz wyraz troski i smutku, gdy myśli jego na drogach, nie wiedzieć jakich assocjacyj, przeszły do nowych przykładów:
— Czy mam przemilczeć, mówił przyciszonym głosem, że brat mój na skutek długiej i nieuleczalnej choroby zamienił się stopniowo w zwój kiszek gumowych, że biedna moja kuzynka dniem i nocą nosiła go w poduszkach, nucąc nieszczęśliwemu stworzeniu nieskończone kołysanki nocy zimowych? Czy może być coś smutniejszego, niż człowiek zamieniony w kiszkę hegarową? Co za rozczarowanie dla rodziców, co za dezorjentacja dla ich uczuć, co za rozwianie wszystkich nadziei, wiązanych z obiecującym młodzieńcem! A jednak wierna miłość biednej kuzynki towarzyszyła mu i w tej przemianie.
— Ach! nie mogę już dłużej, nie mogę tego słuchać! jęknęła Polda, przechylając się na krześle. — Ucisz go, Adelo. — — — — — —
Dziewczęta wstały, Adela podeszła do ojca i wyciągniętym palcem uczyniła ruch, zaznaczający łaskotanie. Ojciec stropił się, zamilkł i zaczął, pełen przerażenia, cofać się tyłem przed kiwającym się palcem Adeli. Ta szła za nim ciągle, grożąc mu jadowicie palcem, i wypierała go krok za krokiem z pokoju. Paulina ziewnęła, przeciągając się. Obie z Poldą, wsparte o siebie ramionami, spojrzały sobie w oczy z uśmiechem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Schulz.