Skazaniec

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Skazaniec Nr 437
Pochodzenie Za frontem
Data wydania 1919
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron




SKAZANIEC Nr 437
— Maryś, zobacz-no, czy się tam kto nie wałęsa? — zabrzmiał rozkaz z komory.

Kobieta, podsiewająca grubą razową mąkę nad płachtą rozpostartą pod kominem, odłożyła sito i, podniósłszy się z trudem z racyi brzemienności, wyjrzała przed dom.
Było bardzo wcześnie i jeszcze dzień nie dawał żadnego znaku o sobie.
Śnieg padał suchy i gęsty, o kilka kroków niepodobna było nic rozeznać. Wszelaki kształt rozwiewał się w białawych tumanach. Wieś zaledwie majaczyła w śnieżnej ulewie. Wszystko grążyło się w tej rozdrganej, sypkiej, białej topieli. Olbrzymie przydrożne sokory wynosiły się ku niebu, jakby smugami strzępiastych, nikłych dymów. Powietrze stało bez ruchu i śnieg opadał równo, gęsto, nieustannie a bez szelestu. Nie drgnęła ani jedna gałązka. Już nie dojrzał nigdzie płotów, dróg ni zagonów, nieba ni ziemi. Wszystek świat stawał się niepojętem, białem widzeniem, w którem jeno tu i owdzie, jakby przyczajone wilcze ślepia, migotały światełka chat. Czasem też przewiał w śnieżycy jakiś zbłąkany głos, niewiadomo skąd lecący. I koguty zaczynały piać.
— Nigdzie żywego ducha — oznajmiła i, dorzuciwszy drewek na ogień, zabrała się z powrotem do roboty. — Nawet w opłotkach śniegu po pas, sypie i sypie — dodała.
— Folguje sobie Pan Jezus. Sroga zima, najstarsi takiej nie pamiętają.
Umilkli, jeno w komorze zaturkotały żarna, gwałtownie obracane.
— W gazecie pisali, jako wilki już całemi stadami podchodzą gdzieś do wsi.
— Wilki byle czem odpędzi, ale żeby tak napisali sposób na Niemców!
— Na taki czas i, po nocy przecież nie przyjadą — uspokajała.
— Właśnie to pora najlepsza dla złodziejów. A jak to było w Zamościu? W taką samą zamieć i nad ranem wieś napadli i do cna ją obrabowali...
— W imię Ojca i Syna, byś nie wyrzekł w złej godzinie — przeżegnała się prędko.
Na kominie buchnęły nagle płomienie wesoło trzaskające i złocistymi brzaskami wypełniły całą izbę; zagrały rzędy obrazów na bielonych ścianach i szyby zahaftowane srebrzystemi rózgami mrozu. Izba pokazała się duża i nizka, przygniatały ją poczerniałe belki, upstrzone kolorowemi wycinankami z papieru. Widniało też sporo sprzętu i niebylejakiego. Dwa łóżka piętrzyły się stosami pierzyn i poduszek. Między oknami stół dźwigał lampę z białym kloszem i sporo książek.
Tkacki warsztat brał miejsce pod oknem, a na nim prawie skończony wełniak ciągnął oczy, pasami barw niby rozwiniętą tęczą migocących. Były i police, pełne talerzy i misek. I po kątach parę skrzyń suto malowanych w kwiaty. I sporo przeróżnego dobra, świadczącego o zamożności.
— To żydowska sprawka — zabrzmiał znowu głos z komory. — Oni za pan brat z Niemcami. Jednakowo szwargocą, to się wnet zwąchali na naszą zgubę. Psia ich mać!
Zaklął siarczyście i w złości puścił żarna z taką mocą, że iskry posypały się z pod kamieni. Pracował zawzięcie i śpiesznie, jeno niekiedy ukazując na izbie swoją twarz umączoną. Zapalał wtedy papierosa, pomagał żonie odsianą mąkę zsypywać do worka i, nieco wytchnąwszy, powracał do roboty.
— Słyszane to rzeczy, żeby kryć się ze swojem, jak złodziej! — rzekł w jakiejś chwili. — Żebym ja musiał wlasne żyto mleć ukradkiem i po nocy! A psie krwie!
— Aż dziwno, że takie na wszystko te Niemcy chciwe i łakome — zauważyła.
— Cudze takim smakuje! Że to niema kary na tych zbójów!
— Cicho Adam, jeszcze kto posłyszy i doniesie — ostrzegała.
— A to już człowiek ledwie utrzyma, co ma na języku!
— Słowem nie poredzi naprzeciw takiej mocy.
— Niechby tylko zawołali, a pierwszybym ruszył na tych zbójów.
Srożył się coraz namiętniej na wspominki niemieckich gwałtów i złodziejstw.
— Człowiecza krzywda jeszcze nikomu na zdrowie nie poszła — dogadywała z głębokiem przeświadczeniem. — Nie minie ich kara Boska, zobaczysz!
— Nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje! — mruknął posępnie. — A co nam zabrali zboża, bydła, ziemniaków i pieniędzy, to któż nam powróci, kto?
— Juści, że wilkowi z gardzieli nie wydrze. Żeby się udławili naszą krzywdą!
— Dopóki się tych wściekłych psów nie wytępi co do nogi, nie będzie sprawiedliwości.
Pogadywali, nie przestając pracować. Dopiero kiedy dzień zajrzał przez zamarznięte szyby do izby, Adam skończył mielenie; żarna schował w stodole, mąkę gdzieś pod strzechę na górze i, otrzepawszy kożuch, zabrał się do obrządzania gospodarstwa.
Tymczasem na świecie uczyniła się odmiana, bo równo ze świtem przestał padać śnieg a zaczął szczypać niezgorszy mrozik.
Dzień się podnosił modrawy, zaś kiedy słońce czerwoną tarczą ukazało się z poza borów, ziemia stanęła w płomiennych skrzeniach i olśniewających białościach. Wieś też zawrzała nagle gwarem i ruchem. Ze śnieżnych kopic i grobel jęły bić w niebo granatowe, kłębiaste słupy dymów, porykiwania, gęgoty, skrzypy wierzej i studziennych żórawi, naszczekiwania psów. Zaroiły się drogi i obejścia. Przekopywano przejścia między domami; odwalano, poniektóre chałupy, zasypane po strzechy. Już niegdzie po stodołach rozległy się głuche bicia cepów. Jakaś dziwna radość przejmowała serca, że w rozsłonecznionem, mroźnem powietrzu rozbrzęczały się donośnie wesołe głosy i śmiechy. Już gdzieś pomimo mrozu zrywała się piosenka. Kobiety wołały do siebie wskroś zasypanych sadów. Jakieś nabożne kumy, okutane chustami, w mężowskich butach, przebierały się do kościoła.
Właśnie sygnaturka zaczynała zwoływać na mszę, kiedy Maryś, omaściwszy otrębami picie dla krowy, próbowała dźwignąć z ziemi ciężką cebratkę.
— Postaw, jeszcze się podźwigasz, sam zaniesę — powstrzymał ją chłop.
— Ale przypilnuj, żeby nie wylała na ziemię! — Kurom podrzucę ziarna i wnet przyjdę.
— Nie wychodź, póki śniegu nie przekopię. Już ja wszystko zrobię za ciebie, moje ty klejnoty! — objął ją i, pocałowawszy w pożółkły, zmizerowany policzek, wyszedł z cebratką.
— Że już lepszego niema na wszystkim świecie — szepnęła, goniąc za nim wdzięcznemi oczyma. — A może teraz Pan Jezus ulituje się nade mną — westchnęła, spoglądając błagalnie na święte obrazy. — Żeby jeno nie pomarło, jak tamte — myślała trwożnie.
Bowiem nie wiodły się im dzieci, już byli pochowali dwoje. Młodzi byli, dorodni, zdrowi, zamożni, boć siedzieli na dwudziestu morgach, a tylko w tem jednem jakoś im Pan Bóg nie błogosławił. I to ich okrutnie trapiło. Więc też obecnie, ponieważ Maryś była już w ostatnich tygodniach ciąży, Adam czuwał nad nią niczem kokosz nad pisklętami. Wszystkie kumy dworowały z niego, ale, puszczając mimo uszu wszelakie przekpiwania, wszystko robił za żonę i jak mógł wyręczał. I dzisiaj było to samo, bo nietylko napoił krowę i wydoił ją, lecz również dał żarcie świniom i gęsi wypuścił na świat, że z głośnem gęganiem, brodząc w śniegach, leciały pod chałupę. Zabrał się w końcu do rąbania drzewa, gdy zawołała go żona na śniadanie. Jakoż w izbie już pachniała przysmażana słonina i na szerokiej ławie przed kominem smakowicie parowały ziemniaki i barszcz; bochen chleba leżał pobok.
Jakiś czas pojadali w milczeniu, jeno na skrzybot łyżek o wręby mich wysunęły się z komory pstrokate króle, hycając po izbie w śmiesznych podskokach, zaś co zmyślniejsze stawały słupka przed gospodarzami, strzygąc uszami i wąsami.
— Ta stara lada dzień się okoci, już brzuchem włóczy po ziemi — zauważył, rzucając im łyżkę przezornie ostudzonych kartofli. — I maciora ino patrzeć, jak się oprosi. Gniazdo już ściele i przystępu nie daje. Zagotuj dla niej siemienia lnianego.
— Ale kto ją przypilnuje, by znowu prosiąt nie podusiła? — zakłopotała się nagle.
— Zgodziłem Grzelową. Jak tylko zlegniesz, sprowadzi się do nas. Przyda się, boć nie dałabyś sobie rady z dzieckiem i gospodarstwem. Przyjdzie dzisiaj do umowy.
— Pyskacz baba i zakropić sobie lubi, ale robotna i mocna, jak koń.
— I parobekby się zdał. Teraz, jak mamy te pięć morgów więcej, to ciężko mi będzie uradzić samemu. Raili mi Marcina od młynarza. Chłop zdatny!
— Do dzieuch i do gorzałki, wiadomo. Józka Bialikówna nie chodziła to ze skargą do proboszcza na niego? Manił ją żeniaczką i porzucił z dzieckiem. W żywe oczy się wyparł, choć stawiała świadków na wszystko!
— Trudno takiej dać wiary: łajdus dziewczyna. Za każdym parobkiem lata, choćby palcem na nią nie kiwnął. Chłopak nie głupi płacić za drugich.
— Spytaj się o Jaśka Miazgowego, czterech ich siedzi w chałupie. Miazgowa mówiła, że jakby się trafiła służba we wsi, toby Jasiek poszedł. Przewiedz się.
— Chłopak poczciwy i pracowity, cóż, kiedy należy do tej partyi, co się to po lasach ćwiczy, więc jak go zawołają, musi wszystko porzucić i lecieć. Przysięgał na to.
— Aha! to o nich zeszłej niedzieli ksiądz wspominał na ambonie.
— I sam im pomaga. Wezmę chyba Marcina, jak uważasz, Maryś, co?
— Byleś jeno nie żałował! U młynarza się zwałkonił na lekkim chlebie. Bo to mało naszmuglował mąki do Łodzi? Pono i na swoją rękę handluje! Życie ma tam dobre, co tydzień mięso, to nasze nie będzie mu do smaku. Miarkuj ino...
Adam, skończywszy śniadanie, zapalił papierosa i, puszczając dym, srodze się zamedytował nad słowami żony. Niemało go zaniepokoiły.
— Mróz niezgorzej owarzył owies, pójdę pomłócić — zdecydował nagle, powstając.
— Kiedy sprzedasz pszenicę? Stryj powiadał, jako teraz dobrze płacą.
— Mieli po nią przyjechać której nocy, ale po takiej śnieżycy drogi kopne i bokami zgoła nie przejedziesz. Musisz ją przenieść z góry i schować pod słomę w stodole.
— A żeby tak do kopca pod ziemniaki? Tamby i Niemiec nie zwąchał.
— Nie podobna na taki mróz otwierać kopca. Na nic zmroziłbym kartofle.
— Prawda. Że to nie pomyślałam. Przynieś mi z wiadro wody. Wezmę się do wełniaka. Ale, zanieś psu jeść, bo już skowyczy aż brudno ścierpieć.
— Nie turbuj się, wszystko zrobię, jeno pracuj zwolna i nie szarp się — upominał, wychodząc.
Wody naniósł do sądka w kącie przy drzwiach, miskę zabrał i poniósł się do stodoły.
Kury wraz z gęsiami podniosły w sieni taki wrzask, że musiała je nakarmić i wypędzić przed dom. Rzuciła też przed progiem jęczmienia gołębiom, spływającym z pod strzechy stadem zrudziałych, jesiennych liści. Uprzątnąwszy po śniadaniu zamiotła izbę, podrzuciła drew na ogień, posłała akuratnie łóżka i, zdjąwyszy z nóg drewniane, ciężkie trepy, zasiadła do warsztatu.
Króle, wypełznąwszy z jam komory, znowu poczęły baraszkować na izbie w smudze bladego słońca, bijącego przez roziskrzone, zamarznięte szyby. W izbie robiło się coraz cieplej i rozpostarła się cichość; słychać było tylko monotonne, głuche uderzania cepów, niekiedy jakieś wrzaskliwsze głosy wsi nadlatywały, a czasem zaszczekał żałośnie Kruczek, targający się na łańcuchu pod stajnią.
Brudzowa zabrała się do roboty z namaszczeniem i czujną cierpliwością, że co trochę rozlegał się suchy klekot warsztatu, przybijanie płochą i ledwie dosłyszalny świst czółenka przelatującego wskroś szarej przędzy wątku, a znaczącego swój ślad barwistą nitką wełny. Za każdem przybiciem płochy, szara przędza, rozpięta na warsztacie, drgała jakby spływające nieustannie strugi deszczów.
Pracowała pochylona naprzód i w głębokiem skupieniu. Na tle srebrzystych szyb, roziskrzonych mroźnem światłem, Maryś, przybrana w barwisty wełniak i kaftan w poprzeczne paski żółte z niebieskiem, w seledynowej chustce na lnianych, bujnych włosach, smukła, śliczna, o twarzy ściągłej i niby ze złotawego wosku uczynionej, dawała obraz prządki, snującej ze siebie migotliwe przędze tęczy. Tkała bowiem niezmiernie wzorzysty wełniak: dno gorąco szafranowe przecinały pasma fioletu, młodej zieleni, purpury żywej obrzeżonej nikłymi wrębami białości.
Nie miała żadnego wzoru, więc często zapadała w długie medytacye, rozpatrując cewki omotane kolorowemi wełnami. Często, odsunąwszy się nieco w tył, patrzyła przymrużonemi oczyma na rozwijające się dzieło. A przychodziły chwile, że, siedząc nieruchomo, przyzywała do pamięci łany źrałej pszenicy w skwarny dzień lipcowy, miedze grające w słońcu błękitami ostróżek i ostów, zagony kwitnącej gryki, zieleń młodych owsów, to pólka lnów, kwitnących tak cudnie, jakby tysiącem tysięcy tych najdroższych dziecińskich oczów! Wtedy wzdychała cichutko i tęsknie za czemś gorąco upragnionem i, wsparłszy — twarz na dłoni, patrzyła przymglonemi oczyma we świat, niosąc się cała duszą do swoich drogich, często opłakiwanych mogiłek.
Bury, ogromny kot chlusnął naraz z pieca na środek izby, pomiędzy króle, które rozbiegły się z przerażeniem, przeciągnął się leniwie, wytarł łapkami pyszczek i, obwąchawszy statki puste po śniadaniu, jął się obcierać o nogi gospodyni.
Nie zauważyła, więc skoczył jej na kolana i, mrucząc, przypominał się natarczywie.
— Ty próżniaku, to nie chciało ci się zleźć z pieca, jak drudzy jedli, co? Poczekaj teraz!
Kot nasrożył się i, miauknąwszy, skoczył na łóżko i zapadł się w pierzynach.
— Widzicie go, jaki mi dziedzic, będzie się tu rozwalał na pierzynie!
Ale dała mu spokój, bo wpadła Franka, stryjeczna, i zaraz od progu zagadała:
— Wiecie? Niemcy zabierają po wsiach wełniaki, płótna i nawet przędzę...
— Jeszczeby tego brakowało! — opadły jej ręce. — A coby im przyszło z wełniaków?
— Zabrali w Modlicy, zabrali w Mrozach i zabrali w Zakrzewie — otrzepała o próg trepy, zapaskę ściągnęła z głowy i, nagrzawszy ręce, przystąpiła bliżej. — Śliczny wełniak. Jabym w ten pas zielony wrobiła ze dwie granatowe nitki — wskazała palcem.
— Już tak ostać ostanie — odparła sucho. Każdy widzi po swojemu. A cóżeś tak się stytlała w śniegu? Zaspy na drodze czy co?
— Grzelowe chłopaki zepchnęły mnie do rowu. Nie dadzą wisusy nikomu przejść.
— I, powiadasz, płótna bierą i przędzę? — zatroskane oczy podniosła na nią.
— I co im wpadnie w ręce. Dopiero co u sołtysa rozpowiadał dziadek, ten ślepy i kulawy Paweł, znacie go, jako w Zakrzewie gospodarzowi zabrali całego wieprzka zabitego, wszystkie kiełbasy i placki, jakie narządzili na wesele! Co?
— Że to ludzie pozwalają sobie odbierać! — zawrzała nagłym gniewem.
— Próbujcie nie dać, to was zbiją, każą płacić kary i jeszcze wsadzą do kryminału. Mało to już ludzi pomarnowali, co?
Natrajkotała i poszła z tem samem do drugich chałup, a wnet po niej przybiegła stara Brzoskowa, okutana w chusty i czerwona jak piwonia.
— Kobieto, jeszcześ nie w łóżku? — krzyknęła na wstępie. — Coś długo się przeciąga!
I gdakającym głosem jęła dawać rady i rozpowiadać, jak to z nią bywało przy rodach.
I tak im było bliżej południa, tem częściej ktoś wpadał na chwilę, załgując się różne sprawy, byle przy tej okazyi pogadać, nowiny swoje wysypać, języka zasięgnąć, chałupę spenetrować i cośniecoś nowego zachwycić dla drugich. A każdy wiedział najlepiej i sprawy najważniejsze. Zwłaszcza o Niemcach i Moskalach nie było końca opowiadaniom. Ktoś nawet przysięgał, że już po lasach zbierają się kozacy. Nie brakowało również i miejscowych plotek i wiadomości.
Brudzowa, ile że sama była z natury powściągliwra w języku, przerwała niecierpliwie staremu Dryzdzie, który, zamówiwszy się o pożyczenie świderka, plótł już trzy po trzy.
— Trzeba mieć głowę, jak stodołę, żeby tylachna spamiętać.
— Juści, że w przetaku wody nie utrzyma — odparł z przekąsem i wyszedł.
Zabrała się do nastawiania obiadu, kiedy przed domem dały się słyszeć jakieś tupoty i skomlące głosy. Troje ludzi przyszło po proszonem.
Wpuściła ich do izby, niechętnie wskazując im ławę pod kominem.
Zasiedli, grzejąc w milczeniu ręce i sine, wynędzniałe twarze. Było ich troje: kobieta, mężczyzna i wyrobek. Ubrani byli z miejska, jeno pookręcani od zimna w jakieś chusty potargane i płachty, w kaloszach przywiązanych do nóg sznurkami.
Brudzowa, nie bardzo im rada, jak wszystkim obieżyświatom, zaczęła jednak spoglądać na nich ze współczuciem, bo siedzieli onieśmieleni, cisi i jacyś pokorni.
Poczciwość patrzała im z oczów i nie wyglądali na dziadów.
— Z daleka to państwo wędrują? Pewnie fabrykanci? — spytała po długiej chwili.
— Tak. Idziemy z miasta Łodzi — odpowiedziała kobieta, podnosząc na nią przesmutne, wypłakane oczy. — Idziemy do swoich aż za Siedlce, będzie ze dwadzieścia mil. Pieniędzy nie mamy na kolej i musimy drylować piechotą. Po żebranym chlebie się wleczemy, od wsi do wsi — głos się jej załamał i schrypnął. — Może nas Pan Bóg nie opuści a dobrzy ludzie wspomogą. Wyszliśmy przed czterema dniami, a jakby na nieszczęście, śniegi spadły i mrozy bierą coraz większe. A najgorzej, że ludzie boją się nas nocować. Tyle łajdactwa namnożyło się po świecie, że trudno rozpoznać, kto poczciwy a kto zbój. I na dobitkę, mój mąż chory i ledwie już nogami powłóczy.
Mówiła z beznadziejnym smutkiem, co Brudzową przejęło serdeczną litością.
— Mleka wam nie dam, bo krowa na ocieleniu i już zostawiła, zasię drugą, najlepszą dójkę, zabrali nam Niemcy, ale zrobię wodzianki — zaproponowała i, nie czekając odpowiedzi, nalała w miskę wrzątku, doprawiła go do smaku solą, pieprzem i tłustością, wkrajała z pół bochna chleba i podała. — Niech wam będzie na zdrowie.
— Bóg wam zapłać, pani gospodyni, od czterech dni nie jedliśmy gorącego.
Przypięli się do jadła łapczywie, zwłaszcza chłopak dziw nie wlazł do miski, tylko stary po pierwszych łyżkach z jękiem chwycił się za żywot i posiniał.
— Jakby mi kto świdrem brzuch przewiercał! — jęknął, odkładając łyżkę.
— Co się stało? Loboga, może szkło było w chlebie! — zatrwożyła się Brudzowa.
— Od Niemców przywiózł tej choroby, że od czasu do czasu przy jedzeniu dostaje takiego bolenia w brzuchu. Zmarnował mi się chudziak, zmarnował! — wyrzekała.
— A gdzie, zapowietrzone! — krzyknęła naraz Brudzowa, biegnąc do okna. — Adam, odegnaj!
— Nie gniewajcie się, zaraz sobie pójdziemy — zabełkotała przerażona jej głosem.
— Co wam się troi? Gęsi włażą w zaspę i gotowe mi się potopić.
Wybiegła pędem. Wraz też rozgłosiły się przed chałupą rozpaczlie gęgania, gdakania kur i wrzaski.
— Czekaj, zbóju, niechno gęsi zniesą jaja, to cię dam żydom na szabas. Zły, jak ten pies — objaśniała, powracając do izby — zawsze mnie musi uszczypać. — Kokoszkę, którą, przyniosła pod pachą, wsadziła do koszyka pod łóżko i przykryła przetakiem. — Jajka gubi po dworze na psią uciechę — tłómaczyła, zabierając się do obierania ziemniaków.
Przystawiona do ognia kapusta już dawała znać, gryzącemi parami.
— Myśleliście, że na was krzyczę? — wymówka zadźwięczała w jej głosie.
— Człowiek zganiany gorzej psa, to boi się własnego cienia. Wczoraj we Woli z chałupy, gdzie nas przyjęli na nocleg, skoro mojemu zrobiło się po zimnej kapuście tak słabo, jak teraz, gospodarze nas wypędzili. Bali się, żeby im w stancyi nie umarł. Na kolanach żebrałam o miłosierdzie. Nie usłuchali; na mróz, na śnieg, na noc i zawieję wyginali nas, niby psów! Wygnali! — jęknęła cichutko i żałośnie.
— Przeprowadziliśmy się do księżej obory, między krowy, ciepło nam było! — uzupełnił chłopak i, odłożywszy miskę, jął się czaić po kątach za uciekającymi królikami.
— Wicuś, nie drzyj portek! Cóż, przechodzi ci, nieboraku?
— Przechodzi. Już mnie i poty odstąpiły — odparł, obcierając zroszoną twarz i ze smutkiem spozierał na wymiecioną do czysta miskę.
Dojrzała to Brudzowa i hojnie ich opatrzyła na drogę w chleb, kaszę, a nawet i spory kawałek kiełbasy.
— Jest Pan Bóg nad sierotami a dobrzy ludzie na świecie — zawołała modlitewnie kobieta, próbując ją pocałować w rękę.
Brudzowa cofnęła się zasromana.
— Oddacie kiedyś biedniejszym. To pan był u Niemców? — spytała prędko.
— Dwa lata pracowałem ciężko na tych poganów — ożywił się nagle i sprostował, twarz mu zagrała nienawiścią i przemienił się zgoła nie do poznania. — I tyle od nich wycierpiałem, że teraz przed każdym krzyżem, przed każdą figurą i przed każdym kościołem proszę Boga o mor i zarazę na tych katów przeklętych. I nie opowie ludzkiem słowem, co tam nasz naród wycierpi. Takiej męki nie było od stworzenia świata!
— Franuś, nie szarp się, bo cię znowu rozboli. Ja pani gospodyni opowiem. Wicuś, bój się Boga, ostatnie łachmany podrzesz — strofowała chłopca, któremu właśnie było widać tylko nogi z pod łóżka; wczołgał się tam za królikami. — Mój był szwajcarem w fabryce, w miasteczku Łodzi. Chłop był na pokaz, a nie takie chuchro, jak go pani gospodyni widzi. Dobrze nam było, Wicuś chodził do szkoły fabrycznej. Mieliśmy trochę odłożonego grosza, mieszkanie, opał i światło darmo, nie brakowało nam niczego. Samych poduszek miałam cztery i dwie pierzyny, nie przymierzając jak te — wskazała z dumą na łóżka. — I nikomu ani, postało w głowie, że może zmienić się na gorsze. Aż tu nastała wojna. Fabryki stanęły. Bitwy grzmiały coraz bliżej i kto mógł, z miasta uciekał. Naród bał się Niemców gorzej od zarazy. Kalisz mieli wszyscy w świeżej pamięci. Nasz fabrykant zawołał męża i powiada: nie bój się, Przytyk, i pilnuj mi fabryki. Niemcy naród porządny, nikomu krzywdy nie zrobią, grzecznie tylko z nimi. Dał nam sporo pieniędzy i wyjechał do Warszawy. Kto czyj chleb je, tego słuchać powinien. Niezadługo przyszły straszne bitwy. Dziś był górą Niemiec, jutro Moskal; przewalali się przez miasto, jak ta burza. W końcu zapanowali Niemcy. Uspokoiło się. Zaprowadzili swoje porządki. Skóra cierpła, co wyrabiali z ludźmi. Płacz tylko usłyszał w mieście i przekleństwa. Nędza zaczęła biedny naród żreć do żywego mięsa. Jakiegoś dnia zajechały przed naszą fabrykę ogromne wozy z niemieckimi sołdatami. »Otwierać bramę!« — krzyczą. Mój otworzył posłusznie. Gdzie składy? Pokazał. Cały tydzień wywozili! Na tysiące tysięcy wzięli gotowego towaru. Płacili kwitami. Potem zabrali z farbiarni kotły miedziane i rury; potem wszystkie pasy, a w końcu co najlepsze maszyny. Zostały gołe mury! Niejeden z naszych robotników zapłakał po fabryce, jakby po jakim nieboszczyku. Nie było czego pilnować. Może w tydzień potem jakieś dwa żandarmy zajrzały do naszego mieszkania. Akuratnie w domu nie byłam. Weszli, a starszy zaraz krzyknął do drugiego: »Zabieraj pościel, przyda się nam na kwaterze«. Mój mąż się oparł. Rabunek w biały dzień, na jego oczach! Cóżby to człowiek był wart, żeby swojego nie bronił. Mocny był, rozwalił któremuś łeb stołkiem, ale w końcu przemogli go, sponiewierali i okutego w kajdany powieźli do więzienia i pod sąd oddali! Za to, że swojego bronił! Niechże kto zrozumie! Przyleciałam już po wszystkiem. Mieszkanie stało puste, bo czego nie zrabowali Niemcy, rozkradli złodzieje. Nie dbałam o to, szło mi o męża. Cóż, kiedy nie pomogły żadne starania ni prośby. Łacniej uprosić kamienie, niźli tych katów. Nawet nie pozwolili mi się z nim zobaczyć. Wywieźli go do robót. Przez dwa lata pracował przy okopach na ruskim froncie. Było ich tam takich polskich nieszczęśników ze dwa tysiące. Żywili gorzej, niźli to mógł pies wytrzymać. Sypiali w nieopalanych szopach; za każdą skargę płacili kijami, a któren uciekał i złapali go, dostawał kulą w łeb. Chorych nie leczyli. Wyzdrowiał, to dobrze. Konających często razem z trupami wrzucali do wspólnego dołu. Mój wytrzymał w tej katordze całe dwa lata, że to człowiek był młody, zdrowy i mocny. Zdarł się jednak w końcu na łachman i kiedy już był do niczego a zdychać nie chciał, odesłali go z takimi samymi kalekami z powrotem do Łodzi. Zima przeszłego roku była ciężka. Przywieźli ich na stacyę i rzucili pod szopę. Połowa już była zmarznięta na śmierć. Na własne oczy widziałam i póki życia nie zapomnę. Leżeli na kupie, niby lodowate kloce. Reszta dogorywała, czekając Boskiego zmiłowania. A wyglądali, że niepodobna było nikogo rozpoznać. Męża wyciągnęłam napół żywego, w ranach był cały i z odmrożonemi nogami. Jeno po głosie doszłam, że to on. Dużo byłoby powiadać, dużo. I com wycierpiała, to już na Boskim sądzie opowiem, bo tylko Pan Jezus może się nad nami ulitować i Niemców sprawiedliwie pokarać za tyle krzywdy polskiego narodu. I pokarze ich, pokarze! — dodała, podnosząc pięść ku niebu.
Brudzowa słuchała zdrętwiała tej prostej a tak straszliwej litanii.
Długo siedzieli w milczeniu, gdy jakiś chłopak zakrzyczał przez okno:
— Niemcy we wsi! Zajechali do proboszcza! — i poleciał z nowiną dalej.
— O wilku mowa, a wilk tuż! — Brudzowa krzyknęła.
— Uciekajmy! Wiciu, Franek, uciekajmy choćby do lasu! — odchodziła od zmysłów.
— Czegóż się boicie? — wystąpiła Brudzowa. Cóż to wam zrabują? Tylko gospodarzy może spotkać nowa bieda. I gdzież to pójdziecie na taki mróz i śniegi?
— Nieszczęście ciągnie z nimi, nieszczęście! — szeptała śmiertelnie wystrachana, gorączkowo okręcając w łachmany siebie i swoich. I nie dała sobie wyperswadować. Wynieśli się śpiesznie, chyłkiem, niby tropione zwierzęta, i bokami przebierali się ku borom.
Adam, posłyszawszy nowinę, przyleciał uspokajać żonę.
— Czego oni mogą chcieć od proboszcza? A może o te dzwony, co?
— Każą zapłacić karę i na tem się skończy — bagatelizował z rozmysłem.
— A może będą szukali?
— Znajdą to pod śniegiem? Dobrze schowane i ziemia zmarznięta.
— A może przyjechali po to niedostawione żyto? — niepokoiła się coraz głębiej.
— Nie dalim, to nie damy — rzekł twardo. — Żeby im odstawić wszystko, co chcieli, toby w żadnej chałupie nie zostało nawet na barszcz. Niedoczekanie!
— Mogą wieś pokarać za nieposłuszeństwo! — spojrzała przetrwożona.
— A mogą! Ale dobrowolnie nikt tym zbójom nie da i jednego ziarna.
Zerwał się gwałtownie i, poleciał na wieś zasięgnąć języka; powrócił rychło i jakiś nieswój.
— Jeszcze siedzą u proboszcza. Cztery wozy ze sołdatami stoją pod karczmą.
— Darmo niemi nie przyjechali. Że to nikt ze wsi ani zajrzy!
— Bo wszyscy zlecieli się pod kościół i patrzą w Niemców, jak wrony w gnat.
Przestali rozmawiać, udręka przegryzała im serca, ogarniał niepokój. Kobieta zasiadła do warsztatu, cóż, kiedy robota dziwnie jej nie szła, czółenko wyślizgiwało się z rąk, plątała się przędza, myliły kolory wełny i coraz trwożniej wyglądała oknem.
Adam, nie wiedząc czego się jąć w chałupie, poszedł w podwórze, zajrzał do inwentarza, zboże, omłócone przed południem, schował pod słomę. Kopnął w głuchej złości psa i, zabrał się do rąbania drzewa pod szopą. Robota mu jednak szla źle i, poszczerbiwszy siekierę na sękach, rzucił wszystko i poleciał na drogę nasłuchiwać i patrzeć. Wieś była długa i kościół stał właśnie na drugim końcu a tak przysłonięty, przydrożnemi sokorami, sadami i chałupami, że niepodobna było nic dojrzeć. Jeno jakieś wrzawy leciały w mroźnem powietrzu.
Pełen głuchych obaw, zabrał taczalnik do sieni, żeby na nim wygładzić poszczerbioną siekierę, gdy pokazała się w opłotkach Grzelowa.
— Czekaliśmy na was. Rozmówcie się z moją i sprowadźcie choćby jeszcze dzisiaj.
— Niemcy rabują po chałupach — wyrzuciła zadyszana. — Zabierają, co im tylko wpadnie w pazury. U Górków zabrali zboże, dwie kopy jajek i płótno.
Brudzowa, wywarłszy drzwi, stanęła w nich, jakby spiorunowana.
— Widzieliście czy wam powiadali? — żgnął ją drwiąco.
— Wsyscy widzieli, jak wynosili na wozy. Na oczach całej wsi grabią.
— To będzie, co Pan Bóg da! — mruknął, zabierając się do naostrzania siekiery.
Kobiety weszły do stancyi. Grzelowa była już w latach, ale jeszcze w sobie krzepka, obrotna i zdrowa. Włosy miała siwe, oczy jak tarki, twarz poznaczoną ospą i wszystkie zęby. Wdowa po wielu mężach i chociaż odumarły ją wszystkie dzieci, a nigdy nie wiedziała gdzie będzie spać i kto ją przygarnie, serce miała dobre i humor.
Ogrzała się przy ogniu, nie omieszkując przy tem opowiedzieć wszystkiego, co tylko zasłyszała na wsi, nie miała jednak zwyczaju obgadywania ludzi.
Brudzowa, zajęta tkaniem, odpowiadała tylko niekiedy, półsłówkami.
— Tyleśmy przetrzymali, to, da Bóg, przetrzymamy i Niemców! — rzekła.
— Święta prawda! — przytwierdziła, podchodząc do warsztatu. — Piękny wełniak.
— Niedarmo powiadają, jako w okolicy żadna piękniejszego nie utka.
— Klimkówny robią, jakich nigdy nie zobaczy. Do Warszawy je wozili.
— A Sułkowa wczoraj rzekła: »Brudzowa może robić pięknie, bo ma w domu spokój i o nic ją głowa nie zaboli«. Po prawdzie, to niejedna zazdrości wam męża...
— Bo i lepszego nie znajdzie na świecie. A to co znowu?
Dzwon nagle zahuczał.
— Komuś przedzwaniają na letkie skonanie, ale komu?
— W jedną stronę biją, to na trwogę. Pewnie się gdzie pali. Polecę zobaczyć.
Ale Adam, przykazawszy jej pozostać przy żonie, sam się wybrał na wieś.
Dzwon jęczał ponuro i na jego rozgłośne wołania wszystka wieś wybiegała przed chałupy. Zaroiły się naraz drogi, obejścia i opłotki. Powiała zgroza. Wybuchnęły trwożne szlochania i wrzaski, jakby przy jakimś zbójeckim napadzie.
A w czystem, mroźnem powietrzu dzwon jęczał coraz prędzej i rozpaczliwiej, aż włosy powstawały na głowie; ludzie martwieli w śmiertelnej trwodze, nie wiedząc, z której strony uderzy na nich nieszczęście. Wszyscy patrzyli ku kościołowi, gdzie byli Niemcy i skąd rozchodziły się gniewne krzyki i lamentacye.
Jeszcze się nie pomiarkowali, co to wszystko znaczy, kiedy sołtysowe chłopaki zaczęły biegać po chałupach i coś cicho nakazywać i przedstawiać.
A nie wyszło i Zdrowaś, gdy wieś jakby nagle przecknęła z martwoty.
— Nie damy się tym zbójom! Pod kościół! Nie damy się! — poleciał zgodny krzyk.
I wraz, kto jeno Boga czuł w sercu a krzepę w kościach, chwytał, co miał pod ręką, i leciał na Niemców pod kościół. Zasię kobiety, starce i wyrostki wyprowadzali na gwałt co lepsze konie i krowy, i popędzali je dróżkami za stodołami ku lasowi. Taki strach poszedł, że poniektóre wynosiły toboły z pościelami, pędziły stadka gęsi, a jakaś, modląc się w głos, z płaczem popychała tuczonego wieprza.
Tymczasem na placu przed kościołem, gdzie szeroko rozwartem półkolem siedziały chałupy pochowane w sadach i, przysłonięte topolami, zieleniały na śniegach ogromne wozy, pod strażą zbrojnych niemieckich żołnierzy. Bowiem za niedostawione w nakazanej ilości zboże rekwirowali po domach co im tylko wpadło w garście.
Ograbiali w ten sposób chałupę po chałupie, nie przepuszczając nawet sztukom domowego płótna, nowym wełniakom i połciom słoniny.
Okradane gospodynie krzyczały w niebogłosy, pomstując na czem świat stoi i wzywając pomocy, ale nikt nie śmiał się sprzeciwić, bo kolby tłukły niemiłosiernie i nastawione bagnety trzymały wszystkich w respekcie.
Jakiś starszy, z cygarem w czerwonej, tłustej gębie, siedział najspokojniej w saniach i dopiero, gdy nagle zahuczał dzwon i ze wszystkich stron zaczęli się zbiegać ludzie, wydał jakiś rozkaz skrzekliwym głosem i rozglądał się złemi oczyma.
Ciżba nastała z minuty na minutę i coraz ciaśniejszem kołem. I na widok tego, co się dzieje, wzburzenie zaczynało wszystkich ogarniać. Raz po raz wybuchał głuchy pomruk, zrywały się głośne przekleństwa i tłum kołysał się, niby wzbierająca powoli woda. I chwiały się groźnie nad głowami żelazne widły, cepy, okute luśnie, a nawet gdzieniegdzie i kosy. Stali niezdecydowani jeszcze i chwiejni.
Jeno baby, jazgocąc coraz zapalczywiej, wykrzykiwały namiętnie i urągliwie zarazem:
— Nie dajcie się, chłopy! To wstyd! Nie dajcie swojego! Stoją juchy, kiej te barany!
— Portki wam pościągają i wy im pozwolicie! A do kądzieli, piecuchy jedne!
— W sam raz wam na niemieckich parobków. Ruszta się wałkonie, i brońcie swojego!
Zawrzało naraz w gromadzie, pomruk poszedł, jakby bór zagadał, zaświeciły oczy, zacisnęły się pięści, gniew jął czerwienić twarze i rozpierać serca i ponosić, już w pierwszych szeregach zaszeptano, jakby uderzyć, a sołtys, wypychając naprzód zbrojnych w kosy, widły i drągi, nawoływał zajadle:
— Kupą chłopy! Przez łby walić, nie oszczędzać! Kupą i prędko, nie zdążą wystrzelić.
I byłoby niechybnie przyszło do pogromu Niemców, gdyby w ostatniej chwili nie zjawił się proboszcz, który jął na wszystkie świętości prosić, zaklinać i błagać.
— Ludzie, zmiłujcie się nad sobą! Miejcie litość nad kobietami i dziećmi. Pobijecie tych złodziejów a jutro przyślą cały pułk, wieś do cna ograbią, spalą, was rozstrzelają, ziemię zagrabią i wasze żony i dzieci pognają w niewolę. Skargę napiszemy, sam z nią pojadę do Warszawy. Tak zrobili w Zamościu i wyszło im na dobre.
Stary był, uważany i takim przejmującym głosem molestował, i tak płakał, i tak białe, bezsilne ręce łamał, że, chociaż z ciężkiem sercem, rad jego posłuchali.
Dzień się też już był kończył, słońce ogromne, jakby przesycone krwią, spadało na bory, śniegi pokryły się czerwonem zarzewiem brzasków, a drzewa kładły długie, granatowe cienie. Mróz brał siarczysty, śnieg skrzypiał pod nogami.
Ludzie się porozchodzili, że tylko tu i owdzie w opłotkach czerniała jakaś gromadka, bacznie śledząca obroty Niemców, którzy czy z racyi wieczoru, czy też z innych przyczyn, zaczęli pomijać biedniejszych gospodarzy, rekwirując tylko u samych najbogatszych.
Słońce już się było schowało w połowie, kiedy wozy stanęły przed Adamową chałupą.
Czekał w progu spokojny na oko i w sobie zwarty. Maryś dygotała za nim, jak liść.
— Nie dostawiłeś pięć metrów żyta! — czytał mu z książeczki starszy.
— I nie dostawię, bo nie mam! — odrzekł twardo, nieustępliwie.
— Zobaczymy! Zrewidować chałupę! — zakrzyczał w złości, niezgorzej po polsku. — A jak się pokaże inaczej, skonfiskuję zboże i zapłacisz karę. Rozumiesz?
Niemieckie pachoły rozpełzły się po chałupie, jak plugawe robactwo, myszkując po wszystkich kątach, wzbijając drzwi, skrzynie i szuflady.
Starscy wszedł do izby i, zapaliwszy nowe cygaro, grzał się przy kominie.
Adama zawołali do stodoły, nakazując mu wyrzucić słomę ze sąsieka na klepisko.
— A róbcie sobie sami, kiedy wam tego potrzeba! — przejął go jednak strach.
Sklęli go serdecznie a tak żarliwie zabrali się do poszukiwań, że znaleźli pod słomą pięć worków pszenicy i parę ćwiartek jęczmienia.
Zbladł, jak trup, ale nie odezwał się.
— Ty polska świnio! ty psie! ty oszuście! wymyślali kiepską polszczyzną. — Ty złodzieja, ty głupia chłopa! My zjemy twoja pszenica! Gruba kara cię czeka!
Ścierpiał obelgi, ścierpiał rabunek i chociaż serce mu się rozdygotało nienawiścią, krew zalewała oczy, gniew porywał, że byłby ich szarpał zębami, spokojnie patrzał, jak wynosili worki na wozy. I również spokojnie wysłuchał jeszcze gróźb starszego, który przyleciał do stodoły i pięściami mu wytrząsał pod nosem.
— Pięć korcy pszenicy! Całe pięć korcy! — zaskowyczał w nim straszliwy żal i, wyszedłszy za stodołę, patrzył na odjeżdżającą zbójecką karawanę dotąd, dopóki mu nie zniknęła w zmierzchu i oddalach. I jakoś nie pilno mu było do izby! Nie wiedział, jak powiedzieć o tem nieszczęściu żonie, żeby się zbytnio nie zmartwiła.
Gorączka nim trzęsła, po kościach chodziły ognie, że i woda ze studni nie pomogła.
Jeszcze raz wyjrzał na drogę i dopiero poszedł do domu.
W izbie było ciemno i jakoś dziwnie cicho.
— Maryś! — zawołał, sądząc, jako poszła do komory albo na górę.
Odpowiedział mu słaby jęk, jakby gdzieś z pod ziemi.
Zapalił światło. Maryś leżała na podłodze, sina, z otwartemi oczyma, a zgoła nieprzytomna. Leciała mu przez ręce, niby woda, kiedy ją przenosił na łóżko; skropił jej twarz — ani drgnęła; potrząsał, przywoływał najczulszemi słowy — nic nie pomagało, leżała jak nieżywa. włosy mu powstały na głowie i pochwyciła taka rozpacz, że, wybiegłszy przed chałupę, zakrzyczał rozpaczliwie.
Zbiegli się sąsiedzi, przyleciała i Grzelowa, wysłana jeszcze za dnia do sklepiku. Sprowadzono wreszcie starą Borucinę, znającą się na kobiecych słabościach, i ta, po długich trzeźwieniach rozmaitymi sposobami, przywróciła nareszcie omdlałą do życia. Ale wnet pochwyciły ją straszne bóle przedwczesnego porodu.
W izbie zapanowały przeraźliwe jęki. Śmierć zdała się zaglądać przez szyby.
Adam kręcił się nieprzytomnie po podwórzu, zaglądał do krowy, siedział czas jakiś przy koniu, to stał pod oknem i zamierającem sercem nasłuchiwał.
Dziecko urodziło się nieżywe. Przyjął to z pozorną rezygnacyą, dopytując się jeno babki o zdrowie żony. Stara, w odpowiedzi rozłożyła bezradnie ręce.
Ale po jakimś czasie zawołano go do chorej. Maryś, przygarnąwszy się do niego, jak dzieciątko, wybuchnęła strasznym płaczem.
— Ten zbój zabił moje dziecko! Zabił! — szeptała wśród nieustających łez. I nic więcej nic potrafiła ze siebie wydobyć, bo przyszła na nią gorączka tak wielka, że o Bożym świecie zapomniała majacząc tylko nieprzytomnie.
— Nic nie potrafię wymiarkować, co się jej stało — głowił się Adam.
— Moiściewy, a gdzie się to podział wełniak wykrzyknęła naraz Grzelowa, wskazując na pusty warsztat.
Istotnie, wisiały tylko strzępy nici przeciętych, wełniak zginął.
— Kto to mógł zrobić! Niemcy, bo któżby? O ścierwy zapowietrzone!
Te przypuszczenia potwierdziła Brudzowa, gdyż w parę dni potem, przyszedłszy nieco do siebie, powiedziała słabym, ledwie dosłyszalnym głosem:
— Poszło o wełniak. Niemiec chciał mi go zabrać, juści, co nie dałam, to mnie przez złość trzasnął w łeb, skopał i swoje zrobił. Szkoda mi wełniaka, szkoda!...
Adam zadrżał; czerwona gęba z dymiącem cygarem jak żywa stanęła mu w pamięci.
— Skopał cię, z tego twoja choroba. Wyzdrowiej, a już się ja z nim porachuję...
Ale Maryś jakoś nie zdrowiała, przeciwnie, było jej coraz gorzej; słabła z dnia na dzień, krwotoki nie ustawały i trawiła ją silna gorączka. Sprowadził z miasta doktora; nie pomógł. Przywiózł z pod Lodzi sławnego znachora; na nic się również nie zdało. Wreszcie zakupił uroczystą mszę do Przemienienia Pańskiego, dziadom rozdał szczodrą jałmużnę i całe nabożeństwo leżąc krzyżem, błagał o zmiłowanie. Wprawdzie potem Grzelowa znajdowała w chorej zmianę na lepsze, lecz on nie potrafił się tego dopatrzyć. A natomiast niechybnie przeczuwał śmierć zbliżającą się do niej pomalutku a nieubłaganie. I dobrze widział żonę co dnia bledszą, słabszą i wątlejszą. I dobrze widział, jako jej oczy modre stają się przeźroczystsze, niby te wody coraz płytsze, jako jej wychudzone ręce poruszają się ruchem wiotkich, bezsilnych gałązek, a głos staje się cichy i jakiś zgoła obcy.
Chłop był w sobie zamknięty, twardy i niełatwy do roztkliwień, ale na widok żony odwracał prędko oczy, żeby mu w nich nie zobaczyła rozpaczy; zasię często nocami, kiedy spała, podkradał się do jej łóżka, z lękiem nasuchując słabych oddechów.
— Bóg ci zapłać, kiedyś taki poczciwy — szepnęła kiedyś, poczuwszy jego obecność.
— Nie śpisz to? Chciałem ci poprawić pierzynę — tłómaczył się niezręcznie.
— A bo to mogę spać, kiedy mi po głowie chodzą takie myślenia różne...
— Powiedz je, to może ci ulży! — usiadł na łóżku i pochylił głowę ku jej twarzy.
— A to myślę, że może Pan Jezus karze nas na dzieciach za jakie ciężkie grzechy!
— I, miałby się Pan Jezus mścić na takich robakach, co? Jakże, karałby niewiniątka!
— Czemu to innym Pan Bóg błogosławi? — przemówiła niezagojoną raną tęsknoty.
— I utrapienia z dziećmi mają po uszy. Choćby nasza Grzelowa, mało się to na swoje napłakała? A dzieci Tomczyków, co? — z rozmysłem podawał najgorsze przykłady.
— Dopust Boży — przerwała mu. — Nasz Waluś miałby na siódmy, w sam raz do pasienia gęsi.
— Tylebyś miała pociechy, żeby ci gąsięta, pogubił albo pozabijał, jak drugie chłopaki.
— Waluś-by pozabijał gąsięta, mój Waluś? — protestowała srodze dotknięta. — Taki był cichy, jak ta woda latowa! Sam się całe dnie zabawiał. Pamiętam, jak do ognia rączyny wyciągał i niby ta ptaszka piukał: gaga, matulu! gaga! — cichutki szloch zaszemrał w ciemnościach. — A Hanusia miałaby akuratnie cztery lata na świętego Grzegorza. Mój Boże, a jaka była zbytnica, jaka mądrala! — rozmodlała się wspomnieniami.
— Pewnie, usadzała kupy na każdym kroku i darła się, że ciężko było w chałupie wytrzymać! Jużeś zapomniała tych smaków! — bronił się jak mógł od roztkliwień.
Dała więc spokój, lecz kiedy się znowu położył i posłyszała jego chrapanie, przysłoniwszy sobie głowę pierzyną, płakała gorzkiemi łzami żalów i wspominań.
Owo tak się toczyły zimowe dnie w Brudzowej chałupie, a kobieta zamierała powoli, zasię Adam czerniał i schnął w nieustającej udręce wyczekiwanego nieszczęścia. A przytem ni sypiał, ni jadał jak się patrzy. Poruszał się, jakby napół przytomny, bo chociaż chodził koło gospodarstwa, młócił, z lasu drzewo przewoził, a nawet czasami zaglądał do sąsiadów, to pod wiecznym strachem czy się tam co złego nie stało.
— No jakże? — pytał po parę razy na dzień. — Nie lepiej ci to?
— Dochodzę se pomaluśku, dochodzę! — odpowiadała jakby szmerem opadającego kwiatu.
Grzelowa, słysząc takie rozmowy, dziwowała się przed sąsiadkami:
— Wiecie, takiego męża jeszczem na wsi nie spotkała! On świata nie widzi za żoną.
I prawda rzekła.
W jakiś czas potem zjawił się u Brudzów żandarm niemiecki z nakazem zapłacenia tysiąca marek kontrybucyi za znalezioną u nich pszenicę.
— Mam jeszcze dopłacać do swojej pszenicy? — nie mogło mu się to pomieścić w głowie. — Za to, żeście mi ją ukradli! Niedoczekanie wasze! Żeby nie wiem co, nie zapłacę. Rzekłem! — wybuchnął groźnie do Niemca, któremu właśnie żydek w złotych okularach tłómaczył jego słowa — a teraz fora ze dwora!
Żandarm się rozsrożył, sklął go jak psa, nawet za rewolwer chwytał i wyszedł, trzasnąwszy drzwiami, ale po chwili żydek wywołał Adama do sieni.
— Gospodarzu, dajcie to marek żandarmowi, to nie napisze na was skargi za obrazę.
— Mogę mu dołożyć, ale kłonicą — mruknął zawzięcie. — Panie starozakonny, powiedzcie, że ja podam skargę na jego kamrata za, pobicie mojej żony, że aż poroniła, i za ukradzenie wełniaka!
— I to można. Niemcy naród sprawiedliwy. Jak wy macie racyę i pewnych świadków, sprawę wygracie! Ja radzę dać żandarmowi w łapę choćby pięćdziesiąt marek, on musi o swój honor dbać, a wyście mu drzwi pokazali. Może być bardzo źle.
— Ze złodziejami układał się nie będę, panu starozakonnemu dam, a jemu nie dam.
I nie pomogły żadne prośby ni groźby, ni mądre rady sołtysa, ni nawet nalegania żony. A skończyło się na tem, iż mu zabrano konia na pokrycie kontrybucyi, a za obrazę żandarma wytoczono mu sprawę. Machnął na wszystko ręką i splunął.
— Konisko było stare — tłómaczył żonie — ślepawe i zołzowate. Nie smuć się, Maryś, niech tylko Niemców wygonią, to ci sprzęgnę galantą parę. Do Łagiewnik na odpust świętego Antoniego zawiezę cię w kasztanki. Akuratnie ma takie na sprzedanie dziedzic w Tkaczewie, trzylatki, ogierek i źrebica. Chciałabyś to, Maryś, co?
— Na intencyę wyzdrowienia ofiarowałam się iść pieszo do Częstochowskiej.
— To pójdziemy na pierwszy odpust w Zielone Świątki, pójdziemy — przytakiwał.
Uśmiechnęła się radośnie i, podnosząc głowę, szepnęła z przejęciem:
— Wiosna już niezadługo, przecież to dzisiaj świętej Agnieszki.
— Święta Agnieszka wypuszcza skowronka z pod kamyszka, powiadają. Nie, prędko jednak wiosna — wyjrzał oknem. — Będzie, odmiana, bory poczerniały i kurzy z kominów. Jakoż sprawdziły się jego przewidywania, nazajutrz bowiem odmieniło się powietrze, mróz zelżał i przyszły śniegi, wichry i srogie zamiecie. Całymi dniami gotowało się na świecie, niby w garnku. Śnieżyce przewalały się po polach takie, że nie rozpoznał ni lasów, ni chat, ni dróg, wszystko było białym, wrzącym jak ukrop odmętem.
Wichry wyły rozwścieklonemi stadami, szumiały głucho bory i przydrożne sokory, targając się jako psy na łańcuchach, miotały się wściekłem porykiwaniem. Cała wieś jakby wymarła, bo nie sposób było nosa pokazać z chałupy. Potworzyły się zaspy, jak góry, i drogi uczyniły się nie do przebycia.
U Brudzów, ponieważ dom stał na skraju wsi, śnieżyca jeszcze ciężej dawała się we znaki, wichry bowiem waliły w nią dniami i nocami, zanosząc śniegiem pod same strzechy. Adam codziennie musiał się przekopywać przez zasypane śniegiem podwórze, do stodoły i obory. Nie podobna też było myśleć o żadnej robocie na powietrzu, więc przeważnie przesiadywał w izbie zajęty struganiem dzwonów i szprych do wozów, w czem był niemały majster.
Grzelowa krzątała się kolo gospodarstwa, zabawiając nieustannem gadaniem chorą gospodynię, która, słuchając piąte przez dziesiąte, patrzyła w rozkołysane za oknami drzewa.
— To na nie wołają — ozwała się pewnego razu. — Dusze w czyścu ostające tak mnie wołają. Rozumiem co do słowa! Czas mi już w tę daleką drogę. Tam stoją moje braty pomarłe, moje ojce i praojce, do okien się cisną, zaglądają.
— Co wam? to wiater tak buja drzewinami! — tłómaczyła się Grzelowa.
Adamowi wyleciała z rąk robota, z przerażeniem patrzał w żonę.
— Drzewiny — mówiła z przekąsem. — Ślepiście, kiedy nic innego nie widzicie!
Wicher był nagle uderzył w chałupę, aż obrazy poleciały ze ścian na podłogę.
— Wszelki duch Pana Boga chwali! — przemówiła, rozglądając się przytomnie.
Ale pomimo tego, Grzelowa wyprowadziwszy Adama do sieni, szepnęła trwożnie:
— Trzeba jej księdza. Może się jeszcze przemienić na lepsze. Niewiadomo komu z brzegu, komu jednak w drogę, temu czas!
Po południu, kiedy jednak wiatr się nieco uciszył i poprzekopywano zaspy na drodze, przyszedł ksiądz z Panem Jezusem. Ludzi się też nazbierało sporo i zalegli sień, a całą kupą dreptali w opłotkach, czekając póki nie otworzą do izby.
Brudzowa, wyspowiadała się przykładnie, przyjęła Komunię i Ostatnie Olejów Świętych namaszczenie, pod koniec tak jednak osłabła, że Grzelowa, wsadziwszy jej w rękę zapaloną gromnicę, rozpoczęła odmawiać modlitwy za konających.
Adam stał w nogach łóżka zmartwiały w zgrozie i sam ledwie już dychający.
Jedno tylko rozumiał, że oto Maryś umiera, a on temu przeszkodzić nie potrafi.
— Otworzyć drzwi, niech sobie dusza spokojnie odleci na Jezusowe pola — rozkazała Grzelowa.
Otwarto je na rozcież, ludzi się naszło, poklękali wszyscy, wionął gorący szmer pacierzy, płaczów i szlochań. W żółtem świetle gromnicy twarz konającej zdała się być pogrążoną w jakiemś ekstatycznem omdleniu, leżała bez ruchu. I, ku powszechnemu zdumieniu, jeszcze tego dnia nie odeszła na Jezusowe pola, gdyż po jakimś czasie otworzywszy oczy, dziwnie się uśmiechnęła.
— Jużem się gdzieś niesła i wasze pacierze mnie wstrzymały — szepnęła.
Porozchodzili się, dziwując się zdarzeniu tak szczególnemu i chwaląc miłosierdzie pańskie. Sołtysowa, wychodząc na ostatku, kazała się Adamowi odprowadzić do drogi.
— To ci rzeknę, byś wiedział: uśnie, jak ptaszek, i nie będzie wiadomo kiedy. I co ty sam poczniesz, chłopaku? — szeptała, pilnie orząc ślepiami po jego zbiedzonej twarzy. — Tyle gospodarstwa bez gospodyni! Rozkradną cię najemnicy. Weź tylko sobie na rozum...
— Dajże mi ciotka spokój, to grzech! — szarpnął się oburzony i powrócił do mieszkania.
Chora po tylu wzruszeniach i gdy w izbie ucichło i zmroczało, głęboko zasnęła.
— Mówiłam, po spowiedzi może się odmienić — szeptała Grzelowa, obierając ziemniaki pod kominem. — Bywało, jako ksiądz już Olejami namaścił, dzwony zadzwoniły pozgonne, ludzie opłakali, a chory na drugi dzień o gorzałkę wołał i kiełbasy się dopominał.
— Niech się wasze słowa sprawdzą a dam wam zagon pod len! — obiecywał uroczyście.
— Zawsze na dwoje babka wróży. Nie tak, i nie owak, a jakoś być musi.
Brudzowa nie zawołała wprawdzie nazajutrz o gorzałkę, ale, poczuwszy się nieco silniejszą, spróbowała dojść do komina. Cóż, musiał ją zanosić z powrotem do łóżka.
— To z długiego leżenia nogi zrobiły mi się jakby ze słomy — tłómaczyła. — Niechno obie odpocznę i podjem co dobrego a zobaczycie! — powiadała zuchowato.
Radość zapanowała. Adam przyniósł od księdza słodkiego wina, zaś Grzelowa jęła pitrasić przeróżne smaczności: a to jajecznicę, to kiełbasę, to gołębie, to kurę, to rosoły i podtykała jak dzieciątku, namawiając czułemi słowy do jadła.
— Jak patrzę, to aż mi ślina idzie — skarżyła się chora — a wezmę do gęby, to jakbym kawałek płótna gryzła! Przełknąć nie mogę!
Smakowało jej wino, dodając nieco sił, że któregoś dnia, kiedy Adam poszedł na wieś, zaczęła się przed Grzelową uskarżać na swoją dolę.
— To nie jest sprawiedliwe, żeby młodzi umierali przed staremi.
— Jezusowa wola! — odparła stara nieco dotknięta.
— I do roboty byłam pierwsza, i gospodarce dałam radę, i ludziom pomagałam, i potrzebujących wspierałam, i w służbie Bożej nie byłam leniwa, i dzieci mogłabym jeszcze mieć, boć mi dopiero na, trzydziesty rok. Niejedno dobre mogłabym zrobić jeszcze na tym świecie! A tyle biedoty, co się o śmierć skamle, żyje i żyje. Tylu niepotrzebnych nikomu dziadygów, tylu chorych, co ino zapaskudzają chałupy, tylu łajdusów i zbójów! Mój Boże, o takich to jakby całkiem śmierć zapomniała.
— Prawdę powiadacie — przytwierdziła Grzelowa, żując jej słowa niby oset.
— A gospodyni na dwudziestu morgach to przecież nie dziadówka z pod kościoła — buntowała się rozżalona. Cóż, bo to jest sprawiedliwość na świecie?
— Śmierć na morgi nie patrzy i dusi, kto jej bliższy z brzegu, zarówno dobry jej dziad proszalny, jak i największy dziedzic. A może to i sprawiedliwe! — wyznała cichutko.
Tak sobie pogadywały przyjacielsko, bowiem Brudzowa czuła się coraz lepiej.
Któregoś dnia, kiedy słońce zajrzało przez okna, poczuła się tak silną, że kazała wyjąć ze skrzyni wszystkie swoje świąteczne przyodziewy. Grzelowa rozłożyła ją przy niej na łóżku. Z lubością niezmierną jęła przeglądać chusty, staniki, wełniaki, paciorki, zapaski i te przeróżne kobiece przystrojenia.
— Tę pawią kupił mi Adam w Warszawie! — szepnęła, zawiązując chustkę na głowie.
— Mieni się, niby woda we słońcu. Żadna we wsi nie ma nawet podobnej...
— Albo ta żółciuśka ze szlakiem w palmy, co?
— Śliczności, aż oczy — bolą patrzeć! — chwaliła ze szczerem uwielbieniem.
Dla mojej dziewuszki zbierałam — szepnęła żałośnie. — Myślałam: dorośnie i na wiano dostanie te korale po mojej matce, i te prawdziwe bursztyny, i ten krzyżyk z granatów, i te chusty co najśliczniejsze! Inaczej Pan Jezus zarządził, inaczej! I ani dla niej, ani dla mnie! Wszystko trzeba zostawić i odejść! — Łzy pociekły jej z oczu.
Grzelowa zabrała wszystko z powrotem do skrzyni.
— Człowiek zgnije pod ziemią, jak ten pies, a któraś dziewucha we wsi będzie się w moje dobro przystrajała — wybuchnęła skargą. — O dolo człowiekowa, dolo!
Spłakała się strasznie pod wpływem nagle rozbudzonej zazdrości, która nią tak szarpała, że wieczorem późnym, kiedy Adam jak zwykle usiadł przy łóżku, by jej coś poczytać na książce do nabożeństwa, przerwała mu gwałtownie:
— A gdzieś to siedział całe popołudnie? U Kazimierzów byłeś, co? Juści, na Magdzie w sam raz będą pasowały wełniaki po mnie. Pewnie, gospodarstwo bez kobiety zostać nie może! Ale to ci jeno zapowiadam — uniosła się gniewem, aż jej twarz spłynęła rumieńcem i oczy się zaiskrzyły — że od moich bursztynów i korali wara! Po matce je wzięłam i niech idą ze mną do grobu. Niech zgniją ze mną, a nie dam!
Patrzył na nią tak jakoś smutnie i z taką rozpaczą, że, pochwyciwszy jego rękę i tuląc ją do serca, całując i oblewając rzewnemi łzami, zajęczała spazmatycznie:
— Nie pamiętaj, com ci rzekła! Już sama nie wiem, co mi przychodzi do głowy. Tak mi cię żal, Adaś, ostawiać samego, tak mi cię strasznie żal!
Uspokoił ją wreszcie, obtarł załzawioną twarz i wygodniej ułożył na poduszkach.
— Cóżby to Panu Jezusowi szkodziło, żebym pożyła choćby ten jeden roczek! Żebym jeszcze raz obaczyła kwitnące drzewiny i pola na wiosnę! Żebym jeszcze raz poszła sadzić ziemniaki, żebym len posiała i nasadziła kapusty! Żebym się jeszcze raz spiekła na słońcu we żniwa, żebym na Zielną poszła na odpust! Nie dłużej, Adam, nie! Na zimę wszystkobym ci narychtowała jak się patrzy! Prosiaka-bym podpasła na słoninę. Przychowałabym drobiu! Grzybów-bym ci w boru nazbierała! Kapusty nakwasiła! I na późną jesień niechby mnie sobie śmierć zawołała! Cóżby to szkodziło Jezusowi? co? — szeptała rozdzierająco.
Nie potrafił długo wytrzymać tych skamlań okropnych; nie potrafił już patrzeć w jej twarz przeżartą w męce, ni w jej oczy pełne niewysłowionych żalów, więc pod jakimś pozorem uciekłszy z chałupy, zapłakał palącemi łzami rozpaczy.
Nie spała jeszcze, kiedy powrócił, i rzekła prosząco:
— Siądź przy mnie. Tak mi się czegoś cni i tak się czegoś boję.
Oddech miała przerywany, ręce lepkie od potu i oczy gorączkowo świecące.
— Jabym zaraz poznała tego zbója! — buchnęła nienawiścią.
— Jakiego zbója? — Niczego się nie dorozumiewał.
— Tego, który zabił nasze dzieciątko i mnie, tego Niemca. Pamiętam go: gęba czerwona i spaśna, wąsy rude, a oczy jak u złego wieprza, maluśkie i żółtawe.
Pamiętam go i ja. Nie bój się. nie zapomnę.
— Ja mu i po śmierci nie daruję, Panu Jezusowi do nóg upadnę o karę na niego. Jak mnie kopnął, to zaraz poczułam, ż śmierć wstąpiła we mnie. Nie o mnie idzie, ale o to biedactwo, które jeszcze świata Bożego nie oglądało, a już go ludzie zakatrupili. Ciągle je widzę — obejrzała się błędnemi oczyma — chodzi po izbie, to na moją pierzynę robak kochany się skrobie, a czasem woła: »matulu!« Prawda, nieraz nie śpię i uważam, za poduszkę ciągnie i do samego ucha powiada: »matulu!«
Opowiadała z przejęciem i wśród tych szeptów i majaczeń zasnęła cicho.
Nazajutrz znowu poczuła się tak rzeźwą, że rozkazała Grzeloej:
— Wpuśćcie wszystką gadzinę, niechże nacieszę chociaż oczy.
Jakoż izba w mig napełniła się pierzastą hołotą: gęsi, kaczki, kury i gołębie zleciały się z niemałym wrzaskiem i dalejże się bić i gonić za sobą.
— Dajcie mi jęczmienia — prosiła i, otrzymawszy pełną miarkę, jęła słabą dłonią posiewać ziarno na rozchwiane głowy i skrzydła ptactwa. — Użyjcie sobie, niech wam pójdzie na zdrowie. A zgodą, dzieci, zgodą! upominała dobrotliwie. — Ty wilku, będziesz mi tu rozbijał kokoszki — powstała na gąsiora, odpędzającego kury od ziarna. — Poznał mnie ten zdrajca, poznał krzyknęła radośnie, kiedy ogromny stary gąsior, kręcąc żmijowatą szyją i sycząc groźnie, jął z podniesionemi skrzydłami podsuwać się do łóżka. — On mnie znowu pobije, ten zbój! — wołała pełna radosnego lęku. — Chwal się, głupi, chwal — urągała, gdy gąsior ze zwycięskim gęgotem powracał do stada. — Te siemieniatki powinny już nieść jajka! Koguta trzebaby zmienić: stary i wygląda niby podskubany. Masz się też czem chwalić — zwróciła się do niego, bo właśnie był, stratowawszy dwie kokoszki z rzędu, skoczył na warsztat i piał tryumfalnie. — Rozgłaszaj swoje, rozgłaszaj, ale przed gąsiorem uciekasz! — przyganiała i gdy jej Grzelowa podawała niektórą z kur, każdą ważyła w ręku, macała i, przytrzymując za skrzydła, przemawiała tkliwie: — Nie bój się, głupia, tylko nieś jajka a nic ci się złego nie stanie. Tasiuchny! — ozwała się do paru starych kaczek. — Paskudne ptaszyska, żreć tylko i żreć, jak te nienasycone wilki!
Zmęczyła się jednak prędko tą niesforną wrzawą i, po wypędzeniu stada, długo leżała, w milczeniu przyglądając się figlom królików. baraszkujących na izbie.
— Grzelowa — nagle sobie coś przypomniała. Śniło mi się dzisiaj, żem się kąpała we strudze za młynem. Woda była płytka i takie piachy, że grzęzłam po kolana...
Skrzywiła się stara: ten sen wydawał się jej złym prognostykiem.
— A ryby widzieliście, co?
— Nie, wodę ino i piachy! I sromałam się, że to byłam nagusieńka!
— Organiścina ma taką książkę, w której stoi, co znaczy każdy sen. Pójdę się spytać. Woda, nago i głębokie piachy! — przepowiadała sobie, żeby nie zapomnieć.
I zaraz po obiedzie poleciała w stronę kościoła.
— Przez posły wilk nie syty — powiedziała organiścina. — Sama jej wyłożę.
Kobieta była chytra, w języku obrotna i, chociaż z przyrodzenia słabowita i pokasłująca, tęgi łykacz i sekutnica. Zaszedłszy do Brudzowej, z miejsca przymówiła się o gorzałkę, a przekąsiwszy chlebem, wyjęła swoją drogocenną księgę.
Chora z bijącem sercem czekała na jej słowa. Adam stał jakiś mroczny.
— Nago po wodzie chodzić — odczytywała uroczyście w senniku — znaczy: choroba! Ale że po wodzie czystej i bieżącej, znaczy też pomyślność i list z pieniędzmi.
— Chybaby Adamowy brat pisał z wojska. Co prawda, on się zawsze dopomina pieniędzy.
— Te piachy — coś mi się nie podobają — wtrąciła Grzelowa srodze zafrasowana.
— Fraszki małe ptaszki! Jeżeli śnią się wysokie i sypkie, oznacza to śmierć, zaś jeśli się przyśnią pod wodą czystą i bystrą, to właśnie wróży zdrowie na długie lata. Gdyby w tej wodzie były ryby, oznaczałoby przeciwności, straty w gospodarce, choroby dzieci — upewniała z uroczystą powagą.
Brudzowa słuchała z wypiekami na twarzy, czepiając się jej słów niby tonący.
— Mój Boże, czegobym ja nie dała, żeby się to sprawdziło! — westchnęła.
— Jesienią sama dziedziczka z Mrozów przysyłała pokojówkę żebym jej wytłómaczyła jeden sen. Wyłożyłam akuratnie i w miesiąc wszystko się sprawdziło. Jak dzieci kocham! Korczyk pszenicy przysłała mi za to.
— Na dwoje babka wróży i łże aż się kurzy! — zaśmiał się Adam. Tak wywarła na niego gębę, że, machnąwszy ręką, wyniósł się w podwórze.
— Te chłopy to do niczego, żaden nie ma wyrozumienia i dla nich kiełbasa na misce to dopiero rzetelna prawda. Mój taki sam: nauczony przecież i z księdzem ciągle przestawa, i gazety czyta, a głupi, jak stołowe nogi. Ani mu gadaj o snach i wróżbach. Do pustego domu wejść się boi, a niczemu nie wierzy.
Przyszły jeszcze jakieś kumy i, tak sobie spółecznie ugwarzając, siedziały, gdy o samym zmierzchu zabrzęczały dzwonki na drodze wprost chałupy.
— Niemcy! — wrzasnęła Grzelowa, wyglądając oknem. Widać było sanie, a kilku żołnierzy z karabinami wchodziło w opłotki.
— Grzelowa, zawołajcie Adama, prędzej! — rozkazywała wystraszona chora.
Jakiś gruby Niemiec wszedł do izby, tłukąc hutami, aż zadygotały sprzęty, za nim weszło dwóch z karabinami. W izbie było zupełnie mroczno.
— Adam Brudz jest? — spytał jakiś ochrypły głos, na który Brudzowa zadrżała.
— Jestem. Czego to! — odpowiedział Adam, właśnie wchodząc do stancyi.
— Tu jest rozkaz — trzasnął w rozwinięty papier. — Za obrazę żandarma na służbie masz zapłacić tysiąc marek kary i za opór władzy drugi tysiąc.
— A jak nie zapłacę, to co? — rzucił hardo.
— To ci zarekwirujemy całe gospodarstwo a zapłacić musisz. Hardy jesteś, to my cię nauczymy pokorności. Ostatnią krowę weźmiemy! Światła!
Adam, zaświeciwszy lampę, postawił ją na okapie komina.
Ukazała się jasna głowa, twarz tłusta i czerwona, rude wąsy i małe oczki.
To ten sam! — zakrzyczała strasznie chora, unosząc się z łóżka. To ten piekielnik, co zabił moje dziecko, to ten zbój zapowietrzony — Ratunku. ludzie!
Niemiec cofnął się jakby przed widmem kobiety dygotały pod oknem, żołnierze stali przy drzwiach, Adam przy łóżku żony, która, potrząsając pięścią do Niemca, krzyczała obłędnym, nieludzkim głosem:
— Nie daruj mu! To ten zbój! Za moje dziecko! Za mnie! Nie daruj!
Adam, oszalały zgoła, rzucił się z krzykiem na Niemca.
— Ty psie zbójecki! Za nasze krzywdy! — trzasnął go pięścią w twarz, aż zleciała mu pikelhauba, on zaś, zatoczywszy się na warsztat, rzygnął krwią.
Zołnierze runęli na ratunek. Zawiązała się krótka, straszliwa bitwa.
Kobiety krzyczały w niebogłosy a Brudzowa padła zemdlona. Adam, napadnięty przeważającemi siłami, bronił się z ponurą zawziętością, że w izbie powstał dziki wir tarzających się po ziemi ciał, wrzasków, klątw i chrapliwych, nieludzkich głosów. Chłop był mocny, ale uległ w końcu. Powalili go na ziemię i tak przyrychtowali, że leżał zemdlony i w krwi swojej i cudzej uwalany.
Starszy, przyszedłszy nieco do siebie, popatrzył na niego złowrogo i szepnął:
Tego ptaszka weźmiemy! Zapłacisz mi! Wstawaj, bydlaku! — kopnął leżącego.
Kobiety oblały go wodą, że otworzył oczy i powstał. Chwiał się na nogach. Noc miał w duszy. Straszliwa nienawiść zatykała mu gardło.
— Wziąć go w postronki! — rozkazywał Niemiec.
— Nie trzeba. Przecież wam nie ucieknę. Pójdę z dobrej woli.
Pozwolili mu się przebrać i wziąć nowy kożuch. Grzelowa naszykowała węzełek. Przystąpił do żony z pożegnaniem.
— Maryś! Maryś! — wydarł z siebie głos, ociekający krwią serdeczną.
Oprzytomniała i, zarzuciwszy mu ręce na szyję, załkała rozpaczliwie:
— O Jezu! Już my się zobaczym na tamtym świecie! O Jezu! Jezu!
Krew jej buchnęła z ust, straciła przytomność.
Adam przykląkł na chwilę przy niej i, błyskawicznie pochwyciwszy siekierę z pod łóżka, schował ją pod kożuch.
— Prędzej! bo cię każę popędzać! — zakrzyczał Niemiec.
Adam odwrócił się jeszcze od progu. Maryś konała, Grzelowa zapaliła gromnicę i kobiety, klęcząc przy niej, w głos się modliły.
Na dworze pod domem, w opłotkach i na drodze zebrało się już sporo narodu. Odkrywały się głowy, gdy przechodził, wszystkie oczy szły za nim, kobiety szlochały w głos, cichość się uczyniła niby na pogrzebie.
— Zostajcie z Bogiem. braty kochane!
Wsiadł do sani, żołnierze go otoczyli, konie ruszyły z kopyta.
Noc się zrobiła. Wjechali w lasy. Konie szły coraz wolniej, bo śniegi leżały ogromne i droga mało była przetarta. Siedział we środku sań. Na przodzie, twarzami do koni siedziało dwóch z karabinami, a z tyłu dwóch miało go na oku. Nikit się nie odzywał. Mróz brał niezgorszy. śnieg skrzypił pod płozami. Niebo wisiało ciemne i jakby nabite gwiazdami. Droga wiła się leśnymi gąszczami, że z obu stron stały ogromne świerki zasypane śniegiem i raz po raz jakaś gałąź trącała go w głowę. Skulał się w sobie i zwierał coraz potężniej, nie czuł ran ni bólów. Marzył jeno coś dziko i strasznie. Marzył o zemście, a co podniósł oczy, to spotykał złowrogie ślepie wroga. Czekał okazyi. Nieznacznie dotykał ręką siekiery. — Nie, nie pora jeszcze! — nakazywał sobie. Las się skończył, szły puste, zaśnieżone pola, polem jakieś wsie z oświetlonemi oknami. Droga była daleka, przeszło pięć mil, i nużąca, Niemcy zaczynali drzemać, widział jak jeden i drugi kiwają się na strony. I konie też ustawały. Czujnemi oczyma dojrzał wszystko i wiedział już, co zrobi. Żeby uśpić ich czujność, zaczął półgłosem odmawiać pacierze i bić się w piersi. Tym ruchem opuścił siekierę do nóg i mocno ujął za stelisko.
Aż przyszła nareszcie wymodlona pora.
Wjechali znowu w bór na drogę prawie ciemną, pod rozłożyste drzewa. Konie wlokły się krok za krokiem. Niemcy drzemali.
Porwał się nagle i jakby piorunem trzasną siekierą w łeb Niemca: padł bez jęku: drugim ciosem również błyskawicznym, zabił drugiego; wykręcił się i, nim trzeci zdążył porwać za karabin, ciął go, w kark, aż mu krew trysnęła na twarz. Czwarty zeskoczył z sań i strzelił, chybił jednak. Adam rzucił się na niego, niby żbik rozjuszony, i ciął go przez twarz. Zwalił się z wrzaskiem na śnieg. Trwało to wszystko krótką chwilę i czterech Niemców leżało martwych, porąbanych jak w szlachtuzie.
— Mróz was dokończy — szepnął mściwie, patrząc na ich ostatnie drgawki. — Co teraz, co? — podniósł oczy w niebo. — Uciekać! uciekać! — wrzasnął w nim jakiś mocny głos. — A gdzie i po co? Będą ścigali, niby wściekłego psa, i złapią. Maryś już musiała umrzeć! Gdzie się będę tułał? — Zbrzydło mu już wszystko. Nie może wrócić do chałupy, to już mu choćby śmierć. Zemścił się za swoje krzywdy! Napił się tej zemsty po gardło.
Ułożył trupy na saniach, niby martwe kloce, i ruszył do miasta.
Rozmyślał jeno o Marysi i popłakiwał z wielkiego wzburzenia.
Ani widział, jak o świtaniu konie same stanęły przed urzędem niemieckim. Powstał straszny gwałt, zbiegło się całe miasto. Adam opowiadał wszystkim, jak się to stało, nie ukrywając niczego.
Wzięli go do kryminału, zakuli w kajdany, dostał Nr. 437.
A w parę dni sąd wojenny skazał go na rozstrzelanie.
Uśmiechnął się i wyrzekł do sędziów z dzikim tryumfem:
— Jednego zabiłem za żonę, drugiego zabiłem za dziecko, trzeciego za konia, czwartego za siebie! A wy mnie tylko jednego! Cóż mi zrobicie? Możecie mnie jeszcze pocałować gdziesik.
Wyszedł z podniesionem czołem i nawet nie pozwolił zawiązać oczu.


KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.