Skarb zakopany

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Skarb zakopany
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXV
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom IV
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom IV jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
SKARB ZAKOPANY.
PROLOG.

Z wysokości, na której znajdujemy się obecnie, wzrok nasz ogarnia płat ziemi o kilkomilowym promieniu.
Okolica pełna wzgórz, wąwozów i lasów. Ten jasny pas, który w mnogich zakrętach zieloną przebiega łąkę, niknie wśród trzcin lub, rozszerzywszy się nagle, odbija w sobie połowę nieba, to rzeczka, którą podsycają liczne źródła, tryskające z pod stóp gór, albo z zarośniętych gąszczem wąwozów. Struga ta przepływa szeroką na paręset sążni, o wzniesionych i ostro zarysowanych brzegach dolinę, która krajobraz dzieli na dwie połowy.
Na lewym brzegu rozwielmożnił się już człowiek, na prawym panują jeszcze najstarsze dzieci przyrody — lasy. Ten ciemny, tu zapadły, tam wydęty, owdzie rozdarty, a wszędzie ogromny szmat, z pod którego kiedy niekiedy wydobywa się krótki pisk, nagły łoskot, albo przeciągłe i odległe dudnienie — to puszcza.
Olbrzymie kępy, obejmujące po kilkaset i kilka tysięcy wiekowych drzew, wyzierają z głębokich przepaści, pną się po bokach gór, lub na ich szczytach piętrzą się jedne nad drugie. Ożywiona tchnieniem wiatru masa ta poczyna niekiedy falować, a wówczas z poza odchylonych drzew widać białe, szare i czerwone skał wierzchołki; niekiedy także z wnętrza jej chyży wylatuje sokół, wzbija się pod obłoki i znowu szybko jak piorun w tajemnicze gęstwiny zapada.
O ile prawy brzeg doliny jest dziki i posępny, o tyle lewa jej strona jest wesołą i jasną. Najbardziej ku południowi wysunięty punkt tej połowy krajobrazu zajmuje miasteczko, od którego, równolegle do rzeki, biegnie kilkomilowy gościniec, łączący się gdzieś na północy z traktem głównym. Na falistym gruncie rozciągają się obszerne łany już żółtawego zboża, między którem tu i owdzie zieleni się okrągła głowa dzikiej gruszy. Z poza starych lip i drzew owocowych przeglądają wieże kościołów, żórawie studzien i dachy budynków z gniazdami bocianiemi na szczytach. Po łączkach i polach snują się drogi i ścieżyny, łączące między sobą wsie i odznaczone wysmukłemi topolami, czerwieniejącą jarzębiną, czarnym krzyżem lub białą kapliczką.
Na wzgórzu, panującem nad okolicą, wznosi się majestatyczna rezydencja właściciela tych wsi, łanów i lasów, stanowiących jeden wielki majątek, nazwany od głównej wsi Gródka kluczem Gródeckim.
Murowana brama, zamknięta żelazną kratą, patrzy na drogę, biegnącą z miasta. Z poza krat wygląda potężny, siwy pałac z piaskowca, mający trzy piętra wzwyż, trzydzieści okien wzdłuż, ganek na czterech kolumnach, a pod nim ogromne drzwi rzeźbione. Dwie armaty, paszczami wkopane w ziemię, strzegą schodów ganku, a dwie okrągłe baszty — skrzydeł pałacu.
Pan przez frontowe okna widzi setki pługów na swoich łanach, albo powozy gości, śpieszących do jego domu. Z okien tylnych gmachu przypatruje się tysiącznym stadom, które się pasą w dolinie, albo puszczy, w której prawica jego waliła nieraz dziki i niedźwiedzie.
Między pałacem i doliną, na łagodnie pochylonych wzgórzach, rozciąga się stary angielski ogród, pełen kamiennych ław, posągów i ciemnych alei. Krynica, wytryskująca z pod prawej baszty, czystą i zimną wodą zasila dużą sadzawkę, która znowu podsyca rzekę w dolinie.
Na południe od angielskiego, leży ogród owocowy i warzywny, a przy nich osiem wielkich murowanych budynków. W stronie północnej zaś ogród angielski styka się z obszernym zwierzyńcem, dziś już zaniedbanym i gęsto krzakami zarosłym.
W korpusie zamku, prócz obszernej sieni z marmurową posadzką, znajdują się sale: balowa, jadalna, bilardowa i fechtunkowa. Wszystkie piętra lewego skrzydła obejmują pokoje dla gości, a prawego dla gospodarza. Parter przeznaczony jest dla służby.
Z dwu czteropiętrowych baszt lewa mieściła w sobie zbrojownię, prawa — bibljotekę.
W zbrojowni, posuwając się od dołu ku górze, widziałeś dawne łuki, dzidy i topory; wyżej zbroje, kop je i wielkie miecze jazdy pancernej, jeszcze wyżej ciężkie muszkiety różnych narodów, a najwyżej myśliwską broń i, ostatnie słowo ówczesnej techniki wojennej: skałkowy karabin z bagnetem.
Nie mniejszy ład panował w bibljotece. U podstawy jej umieszczono dzieła rolnicze i przyrodnicze; wyżej matematyczne, inżynierskie i artyleryjskie, które gospodarz czytywał najchętniej. Na szczycie mieściła się historja i filozofja, najwznioślejsze dzieła ludzkiego ducha.
Wszystkie te dobra, po długim szeregu przodków, dziedziczył obecnie stary jenerał artylerji, Stefan Gosiewski. Żona jego oddawna już zmarła, a dwaj synowie, Władysław i Marek, od kilku lat służyli w wojsku; jenerał więc gospodarował sam.
Pozbawiony tym sposobem rodzinnego kółka, pan Stefan nie miał bynajmniej pustelniczych instynktów. Przy nim też w zwykłych okolicznościach dom jego był ludny i wesoły. Oprócz licznej służby, zapełniali go rezydenci, zazwyczaj dawni podkomendni jenerała, a i gości nie brakło.
Jedni przyjeżdżali do Gródka po radę, inni po pieniądze; ten prosił w kumy, tamten na wesele, a ktoś trzeci znowu wstępował po drodze do pałacu i bawił w nim dnie lub tygodnie. Od czasu do czasu zbierało się też i całe sąsiedztwo z odległości kilku i kilkunastu mil na polowanie, zapusty lub jakąś uroczystość rodzinną; wtedy pokoje roiły się gośćmi, a na obszernym dziedzińcu trudno się było przecisnąć między zajeżdżającemi powozami.
Dwa razy do roku przechodziły tędy wojska na manewry do stolicy, a wówczas w zamku bywało ciasno. Z sąsiadów przyjeżdżał kto żył, wioząc ze sobą żony, siostry i córki z mnóstwem pudełek i węzełków.
Dzień przybycia wojsk był uroczysty. Dziedziniec wysypywano piaskiem, a we wszystkich oknach pałacu jaśniały wesołe twarze świątecznie wystrojonych kobiet.
Trzebaż było widzieć, z jaką niecierpliwością śledzono z baszt i balkonów ów szary tuman kurzawy, który stopniowo rósł, zwolna zbliżając się do zamku... Już odróżniają awangardę od głównego korpusu, a piechotę od kawalerji... Już widzą muzykę, oficerów, krążących między oddziałami, kity i chorągiewki ułanów... Już rozeznają twarze, następuje wymiana ukłonów i nagle...
— Bataljon!... — rozlegają się głosy w kolumnach.
Chrzęści broń, szeregi wyrównywają się, oficerowie sztywnieją. Wojsko już przeszło bramę.
Nowa komenda, nowy chrzęst broni, muzyka gra, kolumny maszerują przed ganek, na którym w kompletnym uniformie stoi siwy jak gołąb jenerał. Po całym zamku i po szeregach przebiega szmer i okrzyk.
Wniesiono sztandary, żołnierze złożyli w kozły broń, w oknach zniknęły kobiece twarze, a do ogromnej sieni ciśnie się tłum oficerów. Na marmurowych schodach słychać szczęk ostróg i pałaszy, a w wielkiej sali balowej śmiech kobiet i skrzeczenie strojonych instrumentów. Za chwilę w otwartych naoścież podwojach ukazują się zawiędli jenerałowie, groźni pułkownicy i bardzo kontenci ze świata, a najbardziej ze swoich wąsików, podporucznicy. Z chóru odzywa się muzyka, tłum oficerów ginie w tłumie kobiet, szable idą w kąt i prosto z mostu rozpoczyna się taniec.
Hej! hej!...
Od niejakiego czasu przecież wesoły ten ruch zamarł.
Na gościńcu, zamiast landar i karet, widywano bryczki i wozy napełnione rzeczami i ludźmi o przerażonych i smutnych obliczach.
Do pałacu rzadko kto z przejeżdżających wstępował, a jeżeli wstąpił — nie kazał nawet wyprzęgać koni.
Bezczynna służba w dzień pojedyńczo wałęsała się po obszernych komnatach, wieczorem zaś, zeszedłszy się razem, szeptała coś z niepokojem.
W pewne dnie, po zachodzie słońca, zajeżdżały przed zamek od strony ogrodu wielkie fury, na które pakowano co najkosztowniejsze sprzęty i wyprawiano gdzieś... Bóg wie gdzie!...
Okolica nie była także weselszą. Po polach rozścielały się jakieś mgły i dymy brzydkie, choć jeszcze w całej pełni jaśniało lato. Na niebie widywano krwawe słupy, albo rózgi ogniste. Dostrzegano też na cmentarzach groby naruszone, słyszano wśród cichej nocy żałosne jęki dzwonów i jeszcze żałośniejsze wycia psów...
W tej dziwnej epoce wichrom przybyły nowe tony, sennej puszczy nowe echa, brzęczącym owadom nowe dźwięki, a wszystko takie groźne i dzikie, a wszystko tak natrętnie prześladujące struchlałego człowieka, wołając mu, wrzeszcząc, lub szepcząc: Wojna!... wojna!... ha! ho!... wojna!...
Pan Gosiewski sposępniał. Każda doba zabierała mu jakąś resztę swobody umysłu, rzucając wzamian nowy niewidzialny ciężar na głowę i nową widzialną zmarszczkę na twarz.
Stary jenerał, stroskany i zamyślony, skrzyżowawszy ręce na piersiach, po całych dniach mierzył krokami pokoje; niekiedy zatrzymywał się nagle jak nieprzytomny, to znowu rzucał się na kanapę albo na łóżko i leżał tam po parę godzin bez ruchu, jakby dla nabrania sił do swej nieskończonej, bezcelowej a bolesnej wędrówki.
Spał krótko i niespokojnie. Wśród ciszy, której nawet nie naruszał szmer muchy ani miarowy łoskot zamkowego zegara, starzec zrywał się na równe nogi i zapalał światło. Zdawało mu się, że z jakiejś nieokreślonej odległości dolatuje go głuchy huk armat i rzęsiste salwy karabinów. Przecierał oczy, nasłuchiwał... i znowu z dreszczem upadał na łoże, przekonawszy się, że to jego własne pulsa tak biją.
Niekiedy znowu, szczególniej podczas ciemnych nocy, gdy w zamku wszystko już spało, Gosiewski powstawał ostrożnie, ubierał się bez światła i po omacku wchodził na najniższe piętro bibljoteki, która do jego sypialni przytykała. Tam rozniecał małą, krytą latarkę, brał stojący w kącie rydel i wymykał się z nim na ogród, przez drzwi, według ogólnej opinji od niepamiętnych czasów nieotwierane. Gdzie chodził i co robił... któż zgadnie? lecz pewnem było, że po każdej takiej wędrówce powracał zmęczony straszliwie.
Pewnego dnia jenerał wstał raniej niż zwykle, umył się jak zawsze cały zimną wodą, włożył długie juchtowe buty, grube spodnie i codzienną kurtkę z prostego sukna, poczem wyszedł do przedpokoju, o kilka komnat odległego od sypialni.
Tam Wojciech Król, dawny ordynans, a obecnie najzaufańszy sługa, klęcząc przed łóżkiem, mówił w tej chwili pacierz. Chciał się zerwać, lecz pan dał mu znak ręką i rzekł:
— Nie przerywaj... Jak skończysz, zawołasz mi Brzezickiego.
Wkrótce potem do sypialni jenerała wszedł Brzezicki, rządca Gródka, człowiek nieco młodszy od Gosiewskiego i widocznie także eks-wojskowy.
— Niech będzie pochwalony! Życzę zdrowia panu jenerałowi... — zaczął rządca.
— Bóg zapłać! — odparł jenerał, usiłując (co mu się zresztą najzupełniej powiodło) nadać spokój głosowi i fizjognomji.
— Siadaj, kamracie.
Brzezicki, milcząc, ukłonił się i usiadł.
— Mieliśmy stąd wyemigrować w niedzielę, wszak tak? — mówił Gosiewski.
Rządca potwierdził ruchem głowy.
— Otóż zmienił się plan — ciągnął jenerał. — Wyjedziemy jutro w nocy.
— Stanie się według woli pana jenerała! — odpowiedział Brzezicki i salutując po wojskowemu, wyszedł.
We drzwiach ukazał się Król, wyprostowany jak świeca.
— Mam honor zameldować panu jenerałowi, że Daniel z miasteczka przyjechał — rzekł służący.
— Tak rano?... Czegóż on chce?...
— Mówi, że ma pilny interes.
— Zawołaj go.
Za chwilę w pokoju zjawił się stary i poważny Żyd, w czarnym atłasowym żupanie, trzymając w rękach aksamitną, szpiczastą czapkę, obłożoną ciemnem, puszystem futrem u dołu.
Jenerał podkręcił siwe wąsy i z uśmiechem zawołał:
— Dzieńdobry acanu!... Dawid, widzę, ranny ptaszek. Cóżto, może chcecie mnie prosić na wesele?
— Wolne żarty jaśnie panu! — odpowiedział Żyd, schylając się do ziemi. — Ja tu przyszedłem wcale nie na żadne wesele...
— Cha! cha! — zaśmiał się Gosiewski. — Złe nowiny zapewne?... tani to dziś towar!... Siadaj Dawid i mów.
Żyd wśród ukłonów zajął krzesło, najbliżej drzwi stojące, i rzekł:
— Żeby jaśnie pan dziedzic nie pomyślał, co ja to tylko napróżno straszę, to ja zacznę od początku...
Jenerałowi drgnęły usta, uśmiechnął się jednak i słuchał.
— Jaśnie pan ma gotówką miljon w złocie... prawda?... Może nie wiem?
— Bagatela! — odparł Gosiewski wesoło. — Przecież miljon ten cały prawie przyszedł do mnie przez ręce Dawida, jakżebyś więc nie miał o nim wiedzieć? Handlujemy razem...
— To prawda, że razem. Ja jaśnie panu służę, sprzedaję pszenicę i pieniądze zwożę, a jaśnie pan daje mnie, co się jego łasce spodoba.
— I spodziewam się, że Dawida nie krzywdzę? — wtrącił jenerał.
— Jaśnie pan nikogo nie krzywdzi, ale nie w tem interes.
— Więc w czem? Mówże Dawid!
— Zaraz powiem, tylkom jeszcze początku nie skończył.
Jaśnie pan ma brylantów, pereł, szmaragdów i różnych kamieni za drugi miljon... Może nie wiem?
Gosiewski bystro patrzył na Żyda, wybijając takt nogą. Twarz jednak pozostała spokojna, choć czuł, że mu chwilami tchu brakuje.
Dawid ciągnął dalej:
— Jaśnie pan ma jeszcze skrzynkę żelazną, a w niej wszystkie te pieniądze i kamienie... Prawda, że wiem?
— Cóż w tem złego, że wiesz, mój Dawidzie?
— Że ja wiem, to nic złego, ale że inni wiedzą, to jest źle. Oni jeszcze wiedzą, że jaśnie pan wyjeżdża stąd w niedzielę i oni jaśnie pana chcą napaść i cały majątek odebrać... Ach!...
Żyd mówił to drżącym ze wzruszenia głosem, jenerał się śmiał.
— Niech się jaśnie pan nie śmieje — mówił Dawid — ale niech pan mojej rady posłucha. Pan mnie odda pieniądze, ja je wywiozę i schowam i grosz stamtąd nie zginie... Pan mnie zna!
— Niech ci Bóg wynagrodzi, kochany Dawidzie! — rzekł Gosiewski, powstając i wyciągając do Żyda rękę, którą on ze czcią ucałował.
— Ufam ci i dziękuję, ale o mój majątek jestem zupełnie spokojny. Nie mam go już przy sobie...
— Jakto?... wywieziony?...
— Wywieziony — odparł jenerał.
— Chwała Bogu! A czy w pewnem miejscu?
— W najpewniejszem miejscu i w najpewniejszych rękach, wierz mi.
Twarz Żyda rozjaśniła się.
— Kiedy tak, to wszystko dobrze! — mówił Dawid. — Jaśnie panu samemu łatwiej będzie...
— Naturalnie! — potwierdził Gosiewski, a potem dodał:
— Ale! ale!... któż to chce na mnie robić ową zasadzkę? Czy możesz mi Dawid powiedzieć?
— Nie mogę, bo na pewno nie wiem — ale zdaje mi się, że paru mieszczan, paru naszych Żydków, nu... i ktoś ze dworu...
— Ze dworu?... — krzyknął jenerał.
— Bez urazy!... A skądby oni wiedzieli inaczej o skarbach?
— Prawda!... Ha, łotry!... — mruknął Gosiewski.
Niech ci Bóg wynagrodzi, mój Dawidzie — rzekł po chwili. — Jesteś zacnym człowiekiem, nie zapomnę o tobie!
Żyd powstał i patrząc załzawionemi oczyma w twarz jenerała, mówił przerywanym głosem:
— Jaśnie pan wyjeżdża... Kiedy to ja pana zobaczę?... Może już nie doczekam?!...
A potem, łkając, dodał:
— Panie... panie... Niech cię Bóg tak błogosławi na twoich drogach, jak my wszyscy Żydy i chrześcijanie błogosławić cię będziemy... Niech twoje wrogi zmarnieją, a temu, coby na ciebie rękę podniósł, niech się ziemia pod nogami zapadnie!
Nastała chwila milczenia, w ciągu której zdawało się, że potężny magnat i uczciwy Żyd upadną sobie w objęcia. Skończyło się jednak na tem, że Żyd schylił głowę do ziemi, a jenerał uścisnął go za rękę, poczem rozeszli się.
Po wyjściu Dawida Gosiewski zawołał służącego.
— No i cóż tam słychać, mój stary? — zapytał jenerał, rozpoczynając swój zwykły spacer.
— Nic dobrego, panie jenerale! Grześ i Stanisław uciekli.
— O! — zdziwił się pan Stefan, stając na środku pokoju.
— Mała szkoda, co prawda! bo to byli, z przeproszeniem pana jenerała, obaj straszne wałkonie.
— A nie wiesz ty, Wojciechu, poco to oni uciekli i dokąd?
— Kto ich tam wie! Zawsze jednak po nic dobrego.
Jenerał wzruszony przeszedł się znowu.
— No, to ja ci powiem — rzekł. — Oni uciekli poto, ażeby nas napaść i zrabować, jak wyjedziemy stąd w niedzielę...
Stary uśmiechnął się z pod wąsa.
— O toby trafili!...
— Naturalnie! — potwierdził jenerał nieco weselej. — My wyjeżdżamy nie w niedzielę, ale jutro na noc...
Król machnął ręką i popędliwie przerwał:
— Jutro czy nie jutro, to zawszeby prędzej połknął kulę, niż dukata włożył w kieszeń!... Nas napadać... ho! ho!...
— Tęgiś jeszcze, mój stary, ale i tak nie potrzebujemy się niczego obawiać. Pieniędzy już niema!
Służący-bacznie spojrzał na pana.
— Dziwisz się? — ciągnął Gosiewski. — A jednak tak jest; pieniędzy już niema: wysłałem je tej nocy, kiedyś ty był w miasteczku.
Wojciechowi oczy błysnęły z radości.
— Chwat z pana jenerała, jak Boga kocham! Uwinął się pan... My się tam, co prawda, niczego nie boimy, ale zawsze taki lepiej, że panicze będą pewni swego, niż żeby mieli stracić cały majątek, w razie Boże broń nieszczęścia...
Przysłuchując się tym rubasznym, lecz szczerym i energicznym wykrzyknikom Wojciecha, jenerał odzyskał nieco humoru. Uśmiechnął się więc i znowu spytał:
— Jak myślisz, co się też tu będzie działo po naszym wyjeździe?
— Ha! cóż?... niby to pan nie wie!... Rządcy, jak nie stanie Brzezickiego, rozkradną jedną połowę, ekonomowie drugą, a jak wrócimy do domu, wszystko się złoży na wojnę. Ja bobym tam...
— Cóżbyś ty zrobił?
— Co? Wszystkie zbiory oddałbym chłopom i kazał im, żeby mi tylko na przyszły rok zasieli...
— Ot! widzisz, jakeś mi trafił! Ja właśnie tak zrobiłem.
— Zrobił pan, bo u pana to marszałkowski rozum. W tem jest sęk!
Gosiewski stawał się coraz weselszym.
— No! a zatem jutro na noc, pamiętaj!... a broń opatrz, bo i tak niewiadomo, co się w drodze stać może.
— Rozumie się, panie jenerale. Żołnierz bez broni, to tak, jak, z przeproszeniem, panna bez fartucha. Każdy mu wlezie w drogę!
Po takiem zakończeniu Wojciech wykręcił się na pięcie i odszedł do roboty.
Teraz jenerał zabrał się do przeglądania papierów i pieniędzy na drogę. Ukończywszy to, zasiadł do biurka i począł pisać.
Na pisaniu tem, z wyjątkiem pory obiadowej, zeszedł mu cały prawie dzień.
Ku wieczorowi zjawił się Brzezicki.
— No, i cóż? — spytał jenerał.
— Wszystko gotowe.
— Kogo bierzemy ze służby?
— Mnie i Wojciecha, panie jenerale, zresztą nikogo więcej nie radzę — odparł rządca.
Gosiewski zamyślił się i po chwili milczenia rzekł:
— Mój Brzezicki, trzebaby nam jeszcze folwarki objechać...
— Pan sam nie potrzebuje. Ja zaraz wyjadę do Woli, rachunki sprawdzę, pieniądze, jakie będą, odbiorę, zanocuję tam, a jutro po dniu wstąpię do Skały. Na resztę drobiazgów szkoda czasu.
Rozmowa znowu urwała się, lecz gdy rządca zabierał się do wyjścia, jenerał zatrzymał go, mówiąc:
— Mój kochany, chciałbym z tobą trochę pogadać.
I z temi słowy wskazał mu krzesło.
— Ja, jak widzisz — ciągnął jenerał — jestem stary, a zresztą i bez tego nie wiem, co mi tam Bóg na jutro przeznaczył... Spisałem więc testament, z którym chciałbym cię zaznajomić pokrótce.
Brzezicki westchnął, a Gosiewski mówił dalej:
— Pominąwszy was wszystkich, ludzi wiernych i uczciwych, o których także nie zapomniałem, synom moim zostawiam zgórą dwa miljony w złocie i klejnotach. Majątek ten jest w dobrych rękach, a chłopcy niezawodnie dowiedzą się o nim, jeżeli będą żyli, i jeżeli, jakem tego zawsze pragnął, zdadzą egzamina do korpusu inżynierji. Proszę cię, powiedz im to: egzamina do korpusu inżynierji, albo ani grosza!...
Brzezicki szeroko otworzył oczy, jakby chciał sprawdzić, czy jenerał zostaje przy zdrowych zmysłach.
— Dziwisz się? — mówił, spuściwszy głowę Gosiewski. — Cóż robić! tak się złożyły okoliczności... Ale mniejsza o to...
— Pragnę w dalszym ciągu, aby Gródek i zamek wraz z przynależytościami został przy Władysławie i jego potomkach. Resztą majątku niech się podzieli z bratem na równo. Pamiętaj!
Wierny rządca przyrzekł pamiętać i słuchał dalej.
— Pragnę także, aby nigdy powodzenia swego nie opierali na cudzej krzywdzie, ale owszem, aby, ile razy zdarzy się sposobność, pomagali wszystkim ludziom ubogim a uczciwym, bez względu na stan i religję.
Tyle im zatem daję rad: niech się uczą inżynierji, bo to mądra nauka, i niech żyją, jak od nich wymagam, a majątek, duży majątek, nie minie ich...
Toż samo napisałem w testamencie, który oddam temu, kto będzie przy mojej śmierci.
Ciemno już było, kiedy Brzezicki, zabierając się jechać do Woli, opuścił pokój jenerała, unosząc z sobą tysiączne wątpliwości.
— Chłopaki są w ułanach — myślał — książki się boją, szczególniej też pan Marek, a stary, zamiast powiedzieć komu oddał, czy też gdzie schował takie skarby, każe im się uczyć inżynierji.
Tfy! do djabła... czy mi nie ufa, czy może co przystąpiło do niego? W imię Ojca i Syna!...
Z temi słowy wyszedł na ganek i wsiadł na bryczkę, która go oczekiwała oddawna.

Nadeszła noc.
Światła w zamku pogasły, wszyscy już spali i czuwał tylko jeden człowiek — jenerał.
Ubrany zupełnie, wsunąwszy ręce pod głowę, leżał on na wznak i słuchał bijących godzin i kwadransów, które się wlokły tak powolnie...
Czuł, że go trawi straszna gorączka niepewności i oczekiwania.
Kiedy niekiedy w pokoju rozlegał się jakiś stłumiony, metaliczny brzęk. Wówczas jenerał wstrzymywał oddech i przekonywał się, że szmer ten wydają żelazne pręty jego łóżka. Ten stary wódz, bohater wielkich bitew, drżał teraz jak chore zwierzę, które myśliwcy obsadzają w legowisku.
O wpół do dwunastej Gosiewski wstał, chwilę zawahał się i ostrożnie zdjął z nóg buty. Potem cicho, zwolna, z wyciągniętemi naprzód rękoma, wszedł do bibljoteki.
Dosięgnąwszy schodów, prowadzących na dół, znowu się zawahał. Przyszło mu do głowy, niewiadomo skąd, że jest wielkim zbrodniarzem. W dzień oszukał trzech ludzi, którzy za niego życie byli gotowi oddać; teraz skradał się jak złodziej, a wkrótce miał się stać podobnym do ewangelicznego sługi, który zakopał powierzone mu skarby.
Alboż skarby te nie należały do niego, alboż nie miał prawa ich bronić?
Miał prawo, a przecież w sumieniu jego toczyła się jakaś walka.
— O synowie moi! — szepnął starzec i zeszedł machinalnie na dół.
Chłodny powiew, jakby pochodzący z piwnicy, orzeźwił go.
Przy pomocy krzesiwa i hubki jenerał zapalił krytą latarkę i rozejrzał się dokoła.
Stał w lochu.
Nagie ściany okryte były szarą i czarną pleśnią, miejsce podłogi zastępowała wilgotna ziemia.
Na środku leżały mocno zbudowane taczki, w nich powróz i łopata. O parę kroków dalej stały dwie duże żelazne szkatułki.
Zdawało się, że na widok ten Gosiewski odzyskał zimną krew i energję.
Postawił latarnię na schodach, opróżnił taczki i przystąpił do szkatułek.
Podniósł jedną i umieścił ją w taczkach, z drugą zrobił to samo. Jenerał był silny, lecz gdy skończył robotę, żyły rąk i czoła nabrzmiały mu jak powrozy.
Ciężar musiał być bardzo wielki. Chwilę odpocząwszy, jenerał zasunął latarkę, schował ją do kieszeni i po omacku zbliżył się do żelaznych drzwi, które bez trudności i bez szmeru otworzył.
Na dworze było zupełnie ciemno; przez szczeliny, oddzielające od siebie czarne i gęste chmury, tu i owdzie majaczyło słabe światełko gwiazdy.
Gosiewski wychylił się do połowy przez drzwi otwarte i słuchał.
Drzewa, poruszane wiatrem, szumiały, jakby jakiś oddalony wodospad; na szczycie wieży ze zgrzytem obracała się blaszana chorągiewka; u stóp szemrało drobne źródełko. Z odległych wsi i folwarków dolatywały szczekania psów, a od bramy wjazdowej pałacu znużony głos nocnego stróża, który od czasu do czasu powtarzał swoje przeciągłe:
— Czu...waj! Czu... waj!...
Gosiewski cofnął się i po chwili przez niskie drzwi wieży wytoczył swoje ciężkie brzemię.
Pchając z całej siły opierające się taczki, przeszedł z niemi trawnik, wzdłuż pałacu leżący. Naprzeciw wieży ze zbrojownią stanął, aby odpocząć.
Nagle zdało mu się, że po długiej i czarnej jak piekło alei, która ciągnęła się ku dolinie, chodzi ktoś. Schwycił wtedy łopatę i najeżony jak lew posunął się krok naprzód... Lecz w alei przechodził się tylko wiatr, ten sam, który targał mu siwe włosy na nieokrytej i pałającej głowie.
Taczka posunęła się znowu i po kilkunastu krokach znowu stanęła. Na chwilę wiatr umilkł i słychać było tylko syczący i rzężący oddech straszliwie znużonego starca.
Nowy wysiłek. Taczka podjechała znowu i wyminąwszy granice ogrodu, znalazła się tym razem w obrębie zarośniętego zwierzyńca. Zmęczony nad wszelki wyraz jenerał padł na kolana przy ciężkich skarbach swoich i oparł czoło o krawędź żelaznej szkatułki.
Z tej zadumy czy też zemdlenia ocknął się dopiero po upływie kilkunastu minut. Nie słyszał godziny północnej, która już dawno wybiła, ani piania kogutów, które teraz dopiero zaczęły sobie podawać pierwsze hasła.
Ruszywszy z tego miejsca, wszedł już pomiędzy krzaki. W kierunku jego drogi słychać było szelest gałęzi lub skrzydeł zbudzonego ptaka, to znowu cichy skrzyp taczki lub spieszne dyszenie, przerywane niekiedy stłumionemi jękami.
Niedługo potem, wśród najgęstszych krzaków zwierzyńca, nad świeżo poruszoną ziemią, Gosiewski ułożył stos suchych gałęzi i podpalił go.
Poczem, oglądając się niespokojnie, zwolna i z wielkim wysiłkiem podążył ku domowi.
W połowie drogi krew rzuciła mu się ustami.

Około trzeciej z rana ukazało się w zwierzyńcu purpurowe światełko. Światełko to niebawem stało się ogniskiem, zrazu małem, potem większem, a wreszcie przerodziło się w pożar, który ogarnął wszystkie zarośla.
W tej samej godzinie nad mgłą okrytą puszczą zajaśniały różowe i złote blaski wschodzącego słońca, a jednocześnie gdzieś z krańców horyzontu, od strony głównego traktu doleciał odgłos, jakiego dotąd nie słyszała jeszcze okolica.
Odgłos ten, z początku niewyraźny, stopniowo wzmagał się. Bliżej i dalej przybywały mu coraz to nowe tony. Chwilami można było sądzić, że w głębi puszczy dziesiątki tysięcy siekier drwa rąbią.
Dziwny ten szmer w okamgnieniu obleciał całą okolicę, zawadził o zamek i pobudził w nim śpiącą dotychczas służbę, która, chwilę posłuchawszy, chwycifa jak najśpieszniej odzienie i rozbiegła się na wszystkie strony.
Jeden tylko Wojciech Król nie podążył za innymi, ale, ubrawszy się, poszedł do sypialni jenerała.
Tam zastał pana rozebranego i leżącego jeszcze w łóżku. Starzec był śmiertelnie blady; kilkogodzinna, straszliwa nocna wędrówka postawiła go na krawędzi grobu.
— Co panu? — zawołał przerażony sługa, stając na progu.
— Słabym... bardzo słaby! — odparł jenerał zmienionym głosem.
— Panie... pan musi wstać — mówił Wojciech. — Ktoś zwierzyniec podpalił...
Gosiewski smutnie uśmiechnął się, a po chwili milczenia, wskazując na ogród, spytał:
— Co się tam dzieje?... co to jest?...
Zamiast odpowiedzi, Wojciech otworzył okno. Jenerał począł słuchać, potem uniósł się ciężko na poduszkach i tak pozostał z otwartemi ustami i osłupiałym okiem.
Z ogrodu dolatywał monotonny i stłumiony grzechot, na którego tle odzywały się tony niskie, podobne do szybkiego i nieregularnego bicia w duży bęben.
Twarz jenerała ożywiła się gorączkowo.
— Wojciechu! — rzekł głosem silniejszym, niż poprzednio — podaj mi tę książkę i papier, który leży na biurku.
Wojciech spełnił rozkaz i czekał.
— Weź to — mówił dalej starzec — a teraz przysięgnij mi na Boga Ukrzyżowanego, że książki tej i papieru nie oddasz nikomu, tylko synowi mojemu, Władysławowi.
— Przysięgam na Boga Ukrzyżowanego! — rzekł Wojciech, klękając na posadzce i podnosząc rękę dogóry.
Poczem przyjął depozyt.
— Teraz odsuń prawą szufladę biurka i wydobądź woreczek — mówił znowu jenerał.
Wojciech wydobył worek.
— Jest tu dwieście dukatów, daję ci je na własność, a mój syn... Władysław, doda ci do nich sto morgów ziemi i budynki...
Stary sługa z głośnym płaczem rzucił się do nóg panu.
— A teraz prowadź mnie tam! — szepnął jenerał, wskazując na fotel, stojący przy otwartem oknie.
I ten rozkaz spełniono.
Odległy zrazu grzmot stopniowo zbliżał się i potężniał.
Gosiewski przysłuchiwał mu się z jakąś dziką rozkoszą, a potem, spojrzawszy na sługę, rzekł z uśmiechem:
— My to znamy, stary!... co?...
— Znamy, panie!
Po chwili jednak na twarzy Gosiewskiego rozlał się wyraz głębokiej boleści. Starzec złożył ręce i wyszeptał, jakby do siebie:
— Szkoda tylko, że tak marna rzecz skraca mi życie. O, dzieci moje! żeby to wam chociaż szczęście przyniosło!
— Co pan mówi?... panie! panie!... — krzyknął Wojciech, widząc gwałtowną zmianę w rysach jenerała.
Ale starzec już go nie słyszał; oparł ręce na poręczach fotelu, wyprężył się i po chwili skonał. Z szeroko otwartych oczu na bladą i pomarszczoną twarz stoczyły się dwie łzy.
A tymczasem w okolicy szalał bój, zgrzytały bataljonowe salwy, a bronzowe paszcze armat dyszały taką wściekłością, że siwy zamek trząsł się od fundamentów aż do szczytu.
Wojciech ocknął się. Schwycił ciepłe jeszcze zwłoki swego pana, położył je na łóżku, ucałował po raz ostatni i wybiegł z sypialni.
Czas już był wielki.
Wprost bramy na polach, w kierunku nieco skośnym do gościńca rozwijały się jakieś długie, ciemne i najeżone stalą szeregi naprzeciw innych, stojących od strony zamku.
W kilkanaście sekund szeregi te otoczyły się obłokami niebieskawego dymu, z pośród którego trysnęły tysiące piorunów. Gromom tym wesoło wtórowały dźwięczne trąbki sygnalistów i piskliwe flety fajfrów.
Wojciech, stojący w jednem z okien wielkiej sali, usłyszał nagle brzęk szyb i gniewne syczenie kul koło uszu.
— Swój! swój!... — mruknął stary, oganiając się ręką.
W tej chwili na posadzkę upadł granat i z okropnym hukiem pękł, o parę kroków od Wojciecha.
— Widzisz przecie, że swój, psia cię mać, to czego do oczu skaczesz! — wrzasnął stary i kopnąwszy nogą jedną z żelaznych skorup, która odbiła się od sufitu, zbiegł nadół do ogrodu, unosząc ze sobą książkę i papier, które przysiągł odnieść Władysławowi.[1]



Przypisy

  1. Dalszego ciągu brak.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.