Skarb Wysp Andamańskich/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Skarb Wysp Andamańskich
Podtytuł powieść dla młodzieży
Wydawca Instytut Wydawniczy Bibljoteka Polska
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne Bibljoteka Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ
SIEDEMNASTY
PRZYGODA NADER NIEBEZPIECZNA

Doktór Webb spełnił swoją obietnicę prędzej niż się sam tego spodziewał. Dwa dni już pływał „Bombay“ po wschodniej części zatoki Bengalskiej, krążąc dokoła wysp Andamańskich. Na „wędkę“ doktora nadziało się kilkanaście sztuk różnych ryb — nieduży młot[1], dwa rekiny-tygrysy, spory szuflonos[1], któremu hak w sposób niezrozumiały utkwił w boku, tuż pod prawą płetwą, trzy tuńce[2] i dwie okazałe makrele[3], z czego niezmiernie się ucieszył Hindus, pełniący obowiązki kucharza, a zarazem sternika. Na trzeci dzień o świcie, dr. Webb schwytał wreszcie nowego piłoryba. Nie miał on tak potężnych rozmiarów, jak pierwszy, lecz bądź co bądź ważył około 500 kilogramów. Nauczeni doświadczeniem, Webb i Kindley kazali natychmiast odholować zdobycz do brzegu i, gdy łódź wróciła, profesor, zabrawszy potrzebne mu przyrządy, kazał wiosłować ku mieliźnie, gdzie na rafy wciągnięto pożądaną przezeń zdobycz. Wraz z Kindleyem popłynęli też chłopcy i Edyta. Doktór na razie nie chciał się zgodzić na jej odjazd; lecz dziewczynka nalegała, mówiąc z naciskiem w głosie:
— Ojcze, przecież jadę z Władem! Cóż mi się stać może, gdy jest przy mnie ten odważny i strasznie mądry chłopiec?
— Jedź już! — machnął ręką ojciec i spojrzał na jej młodych towarzyszy.
Władek zrozumiał to spojrzenie, pełne niepokoju i prośby, więc z całą powagą oznajmił:
— Będę się opiekował panną Edytą, ja... i mój przyjaciel Dżair.
— Prosiłam, żebyś mi mówił wprost — Edyta, lub, jak nazywała mnie mamusia — Edit... — szepnęła z wyrzutem dziewczynka.
— Przepraszam, Edit.... zapomniałem! — odpowiedział chłopiec, rumieniąc się radośnie.
Polubił szczerze miłą, serdeczną i rozumną córeczkę doktora i zasmucił się, posłyszawszy, że przed trzema laty straciła matkę. Opowiedział mu o tem profesor, że pani Webb zmarła na malarję — niebezpieczną febrę podzwrotnikową, roznoszoną przez moskity, tę plagę dżungli Azji południowej.
Szalupa odbiła wreszcie od burty „Bombay’u“. Majtkowie, wiosłując wprawnie, popędzili ją ku rafom koralowym, gdzie leżała wciągnięta na mieliznę piła. Wkrótce zalatywać zaczął jakiś ciężki i wstrętny smród i z każdą chwilą stawał się coraz bardziej nieznośny.
— Co to jest?! — zapytała Edyta, zasłaniając sobie nos chusteczką. — To wyprost okropne!
— Piła nasza już się psuć zaczyna... Nie będzie to przyjemna robota!... — zamruczał Kindley i zapalił cygaro.
Wszyscy siedzieli w milczeniu, starając się nie oddychać. Gdy jednak łódź zgrzytnęła na mieliźnie, przerażenie ogarnęło przybyłych. Powietrze było tak zatrute, że tamowało oddech. Profesor pokiwał głową i powiedział, patrząc na młodzież:
— Zrzućcie trzewiki, moje dzieci, i wędrujcie na brzeg, bo tu nie wytrzymacie!
Edyta i chłopcy nie dali się długo prosić i, niosąc obuwie w ręku, powędrowali przez wodę, dochodzącą im zaledwie do kolan. Władek szedł pierwszy i uważnie oglądał dno, uprzedzając dziewczynkę, aby omijała kolczaste jeże morskie, meduzy, które posiadają nieraz jadowite strzykawki; najwięcej jednak obawiał się raj, lubiących przebywać w mule, gdyż zapamiętał dobrze, jak wyglądają ich jadowite sztylety ogonowe.
Bez żadnych przygód wszakże dobrnęli do brzegu. Korzenie mangrowców[4] tworzyły tu gęstą sieć. Chłopcy pomagali Edycie stąpać po wykrzywionych, śliskich korzeniach, przez które przeglądało czarne trzęsawisko. Ciężka to i karkołomna była droga, ale wkońcu wyszli na małe wzniesienie brzegu i w kilka minut potem, wdrapawszy się na strome, osypujące się urwisko, ujrzeli obszerną polanę, ze wszystkich stron otoczoną puszczą i przeciętą pasmami krzaków. Tam i sam podnosiły swe korony palmy, wpobliżu zaś stało rozłożyste drzewo o błyszczących liściach i dużych białych kwiatach, sączących silną, przyjemną woń.
— Magnolja! — klasnęła w dłonie Edyta. — Ogromnie lubię te kwiaty!
Dżair, posłyszawszy to, skoczył natychmiast i, ze zręcznością kota wdrapawszy się na gałęzie, począł zrywać piękne, niby z wosku ulepione kwiaty.
Władkowi zrobiło się przykro, że czarny przyjaciel wyprzedził go, lecz zdławił w sobie brzydkie uczucie niechęci do Dżaira, pomyślawszy, że chłopak zrobił przecież to, coby uczynił i on sam na jego miejscu.
Edyta, trzymając całą naręcz kwiatów o odurzającym aromacie, śmiała się wesoło i pokrzykiwała radośnie:
— Dość, Dżair, dość, bo gotów jesteś przynieść mi całe drzewo!
Wkrótce szli przez polanę, gawędząc z ożywieniem i żałując profesora Kindleya, który musiał patroszyć wstrętnie cuchnącą piłę.
Dżair zatrzymał się, aby zasznurować trzewik, Władek zaś z Edytą, rozglądając się wokoło, poszli dalej. Chłopiec, ujrzawszy krzak, opleciony białemi i fioletowemi storczykami, pobiegł, aby zerwać je dla towarzyszki. W tej samej chwili posłyszał poza sobą głośny krzyk Edyty. Obejrzał się i ujrzał ją i Dżaira, stojących nieruchomo. Na twarzach ich malowało się przerażenie. Władek nic nie spostrzegł, prócz stosu kamieni przed nimi i kępy wysokiej trawy. Nie namyślając się jednak, wrócił do nich co tchu, lecz wtem dobiegł go drżący głos małego Minkopi:
— Sahibie, ostrożnie!... Tszinta-negu!
Władek, posłyszawszy to, zrozumiał grożące przyjaciołom niebezpieczeństwo. Ileż to bowiem razy czytał w dziennikach i słyszał opowiadania o niebezpiecznych dla ludzi spotkaniach z najstraszniejszą żmiją indyjską — okularnikiem. Tysiące ludzi i jeszcze więcej zwierząt domowych i drobiu ginie od jadowitych kłów straszliwego płazu.
— Tszinta-negu! — miotała się myśl w strwożonej głowie Władka. — Co począć?
Podchodził ostrożnie, wpatrzony w gęstwinę traw i drobnych krzaczków tamaryndowych, jednocześnie zaś szukał jakiejś broni — kija lub chociażby mocnej gałęzi. Teraz ujrzał przed sobą wyraźnie stos prawie białych kamieni.
Z trudem wypatrzył wśród nich okularnika.
Żmija przygotowała się już do napadu. Jasno-żółta, okryta ciemniejszemi centkami i kilku brunatnemi pręgami, zlewała się ze zwaliskiem kamieni i pożółkłemi chwastami. Płaską głowę trzymała zupełnie poziomo, kark jej rozszerzał się i rozdymał, przypominając kształtem kołnierz, za którym widniała oznaka tej żmiji — „okulary“, — dwie ciemne plamy w czarnej oprawie z odbiegającemi na grzbiet i połączonemi ze sobą paskami. Okularnik co chwila otwierał paszczę, ukazując długie, ostre kły i śmigając językiem. Nieruchomym, wściekłym wzrokiem wpatrywał się w nogi Edyty i — sprężony cały, a nieruchomy w górnej części ciała — podnosił się coraz wyżej. Jeszcze chwila i, wyrzuciwszy naprzód zwinne ciało, dosięgnąłby swej ofiary. Edyta stała jak skamieniała, a obok niej wpatrzony w żmiję — Dżair, szepcąc:
— Nie ruszać się! Nie ruszać się!
Władek spostrzegł nagle leżący na kamieniach suchy liść palmowy. Błyskawicznym ruchem porwał go i przykrył nim okularnika, wołając:
— Uciekajcie!...
Żmija, napadnięta znienacka, ugryzła suche drewno, wyślizgnęła się i w jednej chwili podniosła jadowitą głowę, lecz Władek nakrył ją powtórnie i przycisnął do ziemi. W ręku pozostał mu trzon liścia. Wtedy chłopak schylił się i, schwyciwszy dwa kamienie, cisnął je w żmiję, szamocącą się na ziemi. Z przetrąconym grzbietem zwinęła się, usiłując podnieść głowę. Władek dobił ją.
— Zwycięstwo! — krzyknął radośnie. — Chodźcie tu, nic już wam nie zrobi!
Edyta podbiegła pierwsza i, biorąc w swe rączki dłoń Władka, szepnęła gorąco:
— Uratowałeś mi ojca, a teraz mnie obroniłeś przed jadowitą „nają“!
Władek zaśmiał się i, lekceważąc sobie niby całe zajście, zawołał:
— A cóż miałem robić? Może chciałabyś, Edit, żebym bronił okularnika przed tobą?
Dziewczynka ścisnęła mu rękę i bardzo poważnym głosem powiedziała:
— Nigdy ci tego nie zapomnę, Wład!... Możesz zawsze liczyć na mnie, jak na najwierniejszego przyjaciela! Dżair niech będzie świadkiem tego, co przyrzekłam!
Władek zmieszał się, ale w duchu rad był i dumny z siebie.
— To jest więcej warte niż narwać kilka gałązek magnolji, — mignęła mu chełpliwa myśl. Odpędził ją jednak natychmiast i robił sobie gorzkie wyrzuty.
— Taki to z ciebie przyjaciel?! — surowo pytało go sumienie.
Władek stał się milczący i stracił na humorze. Nie patrząc na przyjaciół, zdjął trzewiki, wyciągnąwszy sznurowadło, zrobił na niem pętlę, zadzierzgnął ją na szyi okularnika i podniósł wysoko w powietrze. Był to piękny okaz, długi na metr. Z otwartej paszczy wystawały jadowite kły.
— Zabiorę żmiję do Rangunu i podaruję memu profesorowi przyrody! Ucieszy to naszego Johna Barka, — zauważył. — Jak myślisz, Edit, czy profesor Kindley da mi słój i spirytus do przechowania okularnika?
Edyta przyglądała się Władkowi z zaciekawieniem i myślała o czemś. Posłyszawszy jego pytanie, odpowiedziała poważnie:
— Nikt z naszego towarzystwa na „Bombay’u“ niczego odmówić ci nie potrafi. Wiesz o tem sam, więc poco pytasz?
Chłopak raz jeszcze się zmieszał i nie podnosił oczu, udając, że uważnie ogląda żmiję. Po chwili zaczął opowiadać:
— Profesor Bark zaprosił pewnego razu do szkoły zaklinacza wężów. Jakiś stary Hindus dawał przedstawienie. Siadłszy na ziemi, zaczął grać na fujarce. Była to marna muzyka — przeraźliwa i fałszywa. Cha-cha! W uszach nam świdrowało! Przed Hindusem stał płaski koszyk i nagle pokrywa jego unosić się poczęła, a po chwili wypełzła taka oto żmija, — tylko mniejsza i ciemniejsza. Hindusi, Birmańczycy i Minkopi nadali jej imię „tszinta-negu“.
— My nazywamy ją zawsze kobrą — wtrąciła Edyta.
— Tak, — potwierdził Władek, — Europejczycy przejęli tę nazwę od pierwszych kolonistów portugalskich. Żmija ta znana jest również jako okularnik lub naja. Otóż okularnik, o którym opowiadam, zaczął się podnosić, aż wyciągnął się i znieruchomiał. W tedy zaklinacz wziął go w ręce, a paszczę jego przykładał sobie do czoła i warg, jakgdyby nie obawiając się wcale jego kłów. Coprawda robił to wszystko bardzo szybko, a potem wrzucił kobrę do koszyka i natychmiast opuścił pokrywę. Profesor nasz twierdzi, że zaklinacze znają doskonale przyzwyczajenia żmij i wiedzą, na co i kiedy można sobie z niemi pozwolić. Są też i tacy, którzy pokazują sztuki z najami o wyrwanych poprzednio kłach. Ale są to oszuści i nikt ich poważnie nie traktuje!
Edyta słuchała z zaciekawieniem opowiadania Władka, a, gdy skończył, spytała:
— Czy żmije nigdy nie gryzą zaklinaczy?
— Profesor Bark twierdzi, że często się to zdarza, ale Hindusi umieją bronić się przed trucizną kobr. Zaklinacze noszą przy sobie mały przyrządzik, którym wypalają sobie zadaną przez żmiję ranę, albo, jeżeli jest niegłęboka, przykładają „kamień wężowy“...
— Co to jest? — zapytała dziewczynka.
— Środek ten uważany jest za cudotwórczy, — zaśmiał się chłopak, — wyrabiają go i sprzedają z dobrym zyskiem kapłani hinduscy. Tymczasem niema w tem nic cudownego! „Wężowy kamień“ jest zwykłą mieszaniną pyłku węgla, sproszkowanego wapna i przepalonej żywicy.
— Czyż mogą pomóc takie proste środki? — zdziwiła się Edyta.
— Owszem! Pomagają dlatego, że wciągają w siebie krew, a z nią razem i jad żmii — objaśnił Władek. — Kapłani często podlegają ugryzieniu, bo przecież w niektórych miejscowościach Hindostanu i Indo-Chin kobry uważane są za zwierzęta święte. Wogóle żmije tego gatunku oddawna cieszą się czcią u pogan i nietylko w Indjach, ale też w Afryce, jak to było w starożytnym Egipcie i co pozostało dotąd u niektórych szczepów murzyńskich... Zapewne strach przed temi żmijami utwierdził te ludy w przekonaniu, że spełniają one wolę jakiegoś okrutnego bóstwa, a więc nietylko że nie zabijają ich, ale nawet modlą się do nich.
— A one gryzą!... — dodała żartobliwie dziewczynka.
— Cóż mają robić innego, jeżeli niemądrzy ludzie podstawiają się sami? — ze śmiechem odpowiedział Władek i, spojrzawszy na słońce, dodał: — Jednak, powracajmy już, bo profesor Kindley skończył zapewnie swoją niebardzo aromatyczną pracę.
— Brrr!... — wzdrygnęła się Edyta na wspomnienie o straszliwem powietrzu wpobliżu gnijącej piły.
Szli pewien czas w milczeniu, nagle odezwał się Dżair:
— Gdy będę wodzem Minkopi, sprowadzę dużo kamienia wyżowego i rozdam go pomiędzy moich ludzi. Nie chcę, żeby umierali od kłów tszinty-negu!
Władek ucieszył się bardzo i, wolną ręką objąwszy przyjaciela, zawołał:
— Mądrze to powiedziałeś, Dżair! Widzę, że będziesz dobrym wodzem, jeżeli zaczniesz od opieki nad twoimi poddanymi. Jednak poradzę ci coś lepszego. Sprowadź białych lekarzy, bo oni wynaleźli niezawodny środek na truciznę kobry. Nazywa się — surowica, a przyrządza się ją z krwi ugryzionych przez naje królików. Ci lekarze będą zarazem leczyli Minkopi, cierpiących na różne choroby, a wtedy przestaną wymierać biedni, bezradni ludzie, przez wszystkich opuszczeni i zapomniani.
— Jeżeli przestaną umierać, to znaczy, że lud mój stanie się liczny? — spytał Dżair.
— Tak jest, mały wodzu! — wtrąciła Edyta, z ciekawością przysłuchująca się rozmowie przyjaciół.
Dżair zamyślił się. Szedł skupiony i milczący, aż wreszcie zatrzymał się i powiedział:
— Minkopi są ciemni, jak najciemniejsza dżungla, ale ja ich oświecę! Gdy otrzymam porwany Jomadze skarb, sprowadzę na Andamany białych ludzi — dobrych, jak twój ojciec, Wlad, będę im płacił, żeby uczyli młodych Minkopi i leczyli starców, kobiety i dzieci.
— Wspaniały, bardzo szlachetny zamiar, mały Dżair! — zachwycała się Edyta, zupełnie już zdumiona, bo nigdy nie przypuszczała, że w czarnej, kędzierzawej główce tego zabawnego chłopaka mogły się rodzić podobne myśli.
Oczy Dżaira wypełniły się łzami. Spostrzegłszy to, Władek nieznacznie trącił go łokciem w bok i powiedział poważnym głosem:
— Aby być dobrym wodzem i mądrze rządzić ludem i krajem, nie starczą same pieniądze! Potrzeba umieć wiele koniecznych rzeczy! Musisz pojechać do Kalkuty, Bombaju lub chociażby do mojej szkoły w Rangunie i uczyć się, uczyć!... Wtedy dopiero zrozumiesz, co i jak należy robić w kraju Minkopi... Należy też stać się silnym mężczyzną, który nie zna strachu, wahań i łez.
Dżair podniósł na przyjaciela załzawione oczy, a, spotkawszy się z jego niemal karcącem spojrzeniem, zrozumiał, do czego zmierzał Władek. Ukradkiem otarłszy sobie oczy, zaczął mówić:
— Pojadę do twojej szkoły... będę się uczył, dużo — dużo uczył... potem pojadę do Bombaju[5] i znowu będę się uczył... wszystkiego, wszystkiego!...
— Jeżeli tak zrobisz, to myślę, że Minkopi więcej będą mieli pożytku z ciebie, niż ze skarbu Tamaranów, którego nie starczy, aby uszczęśliwić cały lud — zauważyła Edyta, ze wzruszeniem patrząc w roziskrzone oczy czarnego chłopaka.
— I Wlad mi dopomoże w rządzeniu, bo jest on „bratem wodza“, o czem wiedzą już wszyscy Minkopi! — wykrzyknął Dżair, tuląc się do przyjaciela.
Władek nic nie odpowiedział. Nie chciał sprawiać przykrości i zawodu miłemu chłopcu, chociaż wiedział, że nie będzie w stanie spełnić jego życzenia. Dżair mógłby skończyć nauki za jakieś dziesięć, może nawet piętnaście lat, a do tego czasu cała rodzina Krawczyków oddawna już będzie w Polsce, aby wśród własnego pracować narodu. Milczał więc i uśmiechał się łagodnie do przyjaciela.
Doszli wkrótce do lasu mangrowego. Władek starannie owinął żmiję pękami trawy i pakunek swój okrył bluzą. Po chwili na bosaka brnęli już przez wodę.
Profesor nietylko skończył swoją pracę i złożył w szalupie cudaczną broń piłoryba, jego kręgosłup i szczęki, na których nie pozostało nawet śladów cuchnącego mięsa, ale wraz z marynarzami zdążył już wrzucić do morza szybko gnijące resztki potwora. Powietrze znacznie się oczyściło i tylko chwilami od kości piły zalatywał zapach zgnilizny. Łódź odbiła od raf i wypłynęła na głęboką wodę. Woddali kołysał się czarny kadłub szkunera. Przed dziobem łodzi wynurzyła się wkrótce płetwa rekina i natychmiast znikła pod wodą. Widocznie drapieżnik zwęszył już wrzucone do morza mięso i podążał na żerowisko, kierowany przez swego „pilota“.
— Czekaj-no, nicponiu, zdybią ciebie barakudy! — pogroził mu pięścią Władek.
Profesor Kindley uśmiechnął się i pyknął fajkę. Był zadowolony ze swej pracy, spokojnego morza, świeżego powiewu bryzy i wogóle — z całego świata.


Przypisy

  1. 1,0 1,1 Gatunki rekinów; pierwszy ma głowę w kształcie młota, drugi — okrągłą i szeroką.
  2. Tuniec (tuńczyk) — duża, poszukiwana przez łowców ryba morska z gatunku makreli.
  3. Makrela — wrzecionkowata ryba morska różnych rozmiarów: od 15 cm do 2 metrów długości.
  4. Drzewo mangrowe, patrz wyżej.
  5. Wielkie miasto portowe na zachodzie Hindostanu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.