Skarb Wysp Andamańskich/Rozdział XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Skarb Wysp Andamańskich
Podtytuł powieść dla młodzieży
Wydawca Instytut Wydawniczy Bibljoteka Polska
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne Bibljoteka Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ
PIĘTNASTY
NA POKŁADZIE „BOMBAY’U“

Chłopcy nie czekali nawet na kolację. Umywszy się naprędce, rzucili się na posłanie i usnęli tak twardym snem, że wcale nie słyszeli, jak szkuner ruszył dalej i, odpłynąwszy daleko od niebezpiecznych raf koralowych, zaczął się kołysać na dużej fali, zwykłej w godzinach przypływu. Obudzili się dopiero około dziewiątej rano i wybiegli na pokład.
— Wyspaliście się za wszystkie czasy! — zaśmiał się profesor Kindley, ujrzawszy chłopaków. — Idźcie teraz umyć się, zjedźcie śniadanie i przychodźcie czemprędzej, bo doktór Webb rozpoczyna połów... kiełbiów.
— Phi — kiełbiów! — skrzywił się pogardliwie Władek. — Łapałem w Rangunie z profesorem Barkiem duże okonie i tuńczyki... a tu raptem — kiełbie!
— No-no-no! — zaśmiał się Kindley. — Przychodźcie prędzej, to ujrzycie piękne rzeczy!
Chłopcy czemprędzej pomknęli do umywalni, a potem, łyknąwszy po kubku kakao z kawałkiem suchara, okraszonego podsmażoną słoniną, wybiegli na pokład. Cała załoga „Bombay’u“ była już przy pracy. Trzech bronzowych marynarzy, siedząc na wyszorowanym, świecącym się czystością pokładzie, rozplątywało cienkie, a mocne liny manilskie z uwiązanemi do nich dużemi, ostremi hakami o podwójnych zadziorach, oglądało boje korkowe i omotywało drutem puste beczułki.
Jeden z uczestników wyprawy, inżynier Albert Mallard, majstrował coś w motorze, odkręcając niektóre jego części i czyszcząc je brunatną oliwą maszynową. Dowódca szkuneru, którego Kindley nazywał kapitanem Robbinsem, przeglądał mapę i, stawiając na niej jakieś znaki, zapisywał coś do dziennika pokładowego. Profesor, siedzący w dużej messie, sortował wyciągnięte z morza okazy: raki różnych kształtów i rozmiarów — od najdrobniejszych, długich zaledwie na centymetr, do największych, ważących po pięć i więcej kilogramów, skorpiony morskie, schwytane w szczelinach raf koralowych, gdzie czaiły się, czatując na zdobycz; ogórczyki[1] i jadowite strzykwy[2]; okryte ostremi, kruchemi igłami jeże morskie; różowe, delikatne stonogi; pająki morskie, gwiazdy i lilje, wreszcie niezliczone gatunki ryb południowych, o dziwnych kształtach i barwach, pęki wodorostów i odłamki skał, usiane gwiazdkami i pędami polipów koralowych. Uczony fotografował to wszystko i kolorowemi kredkami szkicował w albumie, a potem umieszczał swoją zdobycz w słojach ze spirytusem lub formaliną.
Uwagę chłopaków zwrócił na siebie wkrótce dr. Webb, pomocnik profesora. Usadowiwszy się na dziobie „Bombay’u“, przygotowywał się do połowu ryb. W ręku miał wędkę z łupanego bambusu. Kilkanaście pasemek jego, połączonych elastycznym klejem, tworzyło wędzidło o wytrzymałości stali. Do trzonu jego dr. Webb przymocował rolkę z jedwabnym sznurkiem, do którego uwiązał cienki łańcuszek stalowy z dużym hakiem. Nawlekał właśnie przynętę — spory kawałek czerwonej ryby.
Zarzucił wreszcie wędkę i z ręką na hamulcu rolki, czekał, patrząc na roziskrzoną powierzchnię wody. Władek, poczekawszy chwilkę, zwrócił wzrok ku morzu. Jak okiem sięgnąć, rozpościerała się jego lazurowa tafla, a nad nią jeszcze bardziej lazurowe niebo bez chmur i obłoków. Można byłoby nazwać tę część zatoki Bengalskiej pustynią, gdyby nie wyskakujące z wody ciemne ciała delfinów, płynących woddali i szybujące z jękliwym krzykiem białe, zawsze żarłoczne mewy. Brzegi wysp znikły zupełnie, gdyż Kindley, spełniając prośbę pana Romana, kazał trzymać się od nich zdaleka. Nagle rozległ się warkot wybiegającego z rolki sznurka i cichy okrzyk Webba.
Jakaś ryba porwała przynętę i nadziała się na hak, umykając coraz dalej. Z rolki wybiegło już około pięćdziesięciu metrów jedwabnej linki, gdy nagle woda zakotłowała się gwałtownie i ciemna, centkowana ryba wyskoczyła wysoko w powietrze, rozrzucając tysiące świecących się bryzgów. Znowu zaturkotała rozwijająca się rolka, ale Webb hamował już jej bieg, stawiając opór miotającej się rybie.
— Teraz już nie zerwie... — mruknął, spojrzawszy na zaciekawionego Władka. — Linka ma 26 nitek i wytrzyma...
Zaczął powoli zwijać sznurek, ale, gdy zdobycz zbliżyła się na jakie trzydzieści metrów do burty i Webb wziął do ręki długi, stalowy drążek, zakończony hakiem do wyciągania ryb, linka z największą szybkością ponownie rozwijać się zaczęła i prężyć, jak struna.
— Oho! — pomyślał chłopak. — Za wcześnie, widzę, pochwalił się rybak zdobyczą, bo gotowa mu umknąć i na dobitkę urwać linkę!...
Dr. Webb był jednak wprawnym i doświadczonym łowcą. Pozwoliwszy rybie odpłynąć daleko w ciągłej walce z oporną linką, nużył ją coraz bardziej i sprawiał jej dotkliwy ból. Przestała rwać się i miotać, a rybak ostrożniej podciągał ją coraz to bliżej i bliżej i znowu przygotował stalowy bosak. Władek przechylił się przez poręcz i wypatrywał zdobycz, powoli podnoszącą się z głębokości trzydziestu metrów.
— Ostrożnie, mój panie, bo albo pan wypadnie za burtę, albo raja[3] dźgnie swoim mieczem zbyt ciekawego dżentelmena! — posłyszał Władek czyjś dźwięczny głosik. Obejrzał się i zobaczył smukłą, złotowłosą dziewczynkę lat 14-tu. Patrzyła na niego niebieskawemi oczami, w których migotały iskierki szyderstwa. Władek natychmiast ukłonił się panience i podziękował za ostrzeżenie.
— Dlaczego myślisz, Edyto, że złapałem raję? — spytał Webb, kręcąc korbą rolki.
— Tatusiu, stałam przy iluminatorze[4], gdy ryba wyskoczyła po raz pierwszy. Była ona podobna do dużego ptaka. Wiem, że to — raja! — odpowiedziała dziewczynka, z ciekawością przyglądając się nowym pasażerom szkuneru.
Tymczasem doktór podciągnął swoją zdobycz do burty. Władek ujrzał rybę o dziwnym kształcie, przypominającym nieprawidłowy trójkąt. Od dołu — biała, na grzbiecie okryta ciemno-szarą skórą w białe centki i kółka, przypominała istotnie jakiegoś ptaka.
— Odejdźcie od burty! — zawołał Webb.
Edyta pociągnęła Władka na środek pokładu i skinęła na Dżaira. Doktór z siłą poderwał rybę ku powierzchni wody i błyskawicznym mchem zahaczył ją pod skrzele. Nie mógłby jej sam wyciągnąć, bo ważyła conajmniej czterdzieści kilogramów. Władek i Dżair natychmiast pośpieszyli mu z pomocą.
— Trzymajcie tylko bosak mocno! — mówił Webb, nakręcając linkę i odkładając wędkę. — Hej, Nanga, chodź-no, pomóż nam! — krzyknął do jednego z majtków i wziął do rąk kij z ciężką gałką na końcu.
Teraz zaczęli we czwórkę wyciągać rybę, z gatunku raj — panter. Ryba nie usiłowała już się wyrywać, ale zato smagała długim, cienkim, jak bicz, ogonem. Gdy głowa jej uniosła się nad burtą, Webb uderzył w nią kijem, zabijając rybę. Wkrótce leżała już na pokładzie, niby potworny, olbrzymi ptak z rozpostartemi skrzydłami. Webb odciął jej ogon i, pokazując ukryty w nim sztylet o dwu zazębionych ostrzach, mówił:
— Wiecie zapewne, moi przyjaciele, że raja jest rybą jadalną, a nawet przez smakoszów poszukiwaną. Jednak smakosze nic nie wiedzą o wielkiem niebezpieczeństwie, na jakie narażeni są rybacy, gdy do ich sieci wpadnie raja. Uderzenie jej ogona, — to zawsze kalectwo, a nieraz, szczególnie jak tu, wpobliżu równika, nawet śmierć! Raja bowiem zadaje swoim „mieczem“ głęboką ranę i wpuszcza do niej truciznę, która może zabić człowieka lub każde zwierzę morskie w ciągu kilku minut. Ryby te leżą na dnie, prawie niewidzialne, gdyż zabarwienie ich zlewa się z iłem dennym, a przy zbliżeniu się do nich zdobyczy, zadają jej śmiertelny cios. Nawet małe raje są niebezpieczne, dlatego to, brodząc w płytkiej wodzie, bądźcie ostrożni.
— Ojczulku! — przerwała mu dziewczynka i, wyraziście spojrzawszy na doktora, skierowała wzrok na chłopców.
— Ach prawda! — zaśmiał się Webb. — Nie przedstawiłem ci jeszcze naszych młodych przyjaciół, którzy są zarazem naszymi zbawcami. Proszę bardzo! Ten młody dżentelmen — to Wladi-slaw Kraw...czyk (bardzo trudne do wymówienia nazwisko), a ten drugi to „król Andamanów“... Mister... mister...
— Dżair — syn Betara, Tamaran — dopomógł doktorowi Władek.
Edyta podała chłopcom ręce i zaczęła szczebiotać, z ciekawością im się przypatrując.
— Jestem Edyta Webb! Będziemy przyjaciółmi — nieprawdaż?! Bardzo lubię przygody i odważnych ludzi! Słyszałam już dziś przy śniadaniu, że jesteście bohaterzy! Ogromnie się cieszę! Mister Wlad, pan mi może opowie szczegółowo o wszystkiem, dobrze?
— Z przyjemnością! — zgodził się natychmiast Władek — ale wpierw proszę objaśnić mię, jak to się stało, że bandyci nie związali pani?
— Ach! — klasnęła w dłonie dziewczynka. — Uratował mnie od tego poczciwy Nanga. Spostrzegł on, co się działo na brzegu i zamknął mnie na klucz w rumie,[5] pod pokładem. Człowiek, który przywiózł związanych jeńców na „Bombay“, poturbował i skrępował Hindusa, ale o mnie zapomniał, a, może, nawet nie wiedział, że jeszcze ktoś znajduje się na szkunerze... Jestem strasznie ciekawa waszych przygód!
Usiedli we trójkę w cieniu i Władek rozpoczął opowiadanie o burzliwej wyprawie swojej do dżungli. Przypomniał sobie Baharanę i zrobiło mu się przykro, gdyż zapomniał zapytać ojca o starego, poczciwego Minkopi. Opowiadanie trwało aż do wspólnego obiadu. Wstawszy od stołu, Władek podszedł do Kindleya i prosił go o jakąś robotę, aby nie błąkać się po pokładzie bez celu. Profesor ucieszył się i poprosił chłopca, aby ułożył mu w porządku klisze fotograficzne w szufladzie szafki. Przy tej robocie zastała go Edyta. Weszła razem z Dżairem, którego zmusiła opowiedzieć jej szczegółowo o jego rodzie wielkich wodzów, o panowaniu korsarza Diego Andy i o Jomadze, któremu porwano skarb.
— Wlad! — zwróciła się do chłopca, już jak do dobrego przyjaciela. — Ojciec rozpoczyna połów „grubej zwierzyny“... Chodź, bo to bardzo ciekawe!...
Władek zamknął szafkę. Obciągając sobie zbyt szeroką bluzę marynarską, daną mu przez Kindleya, wyszedł na pokład. Tym razem dr. Webb pozostawił w spokoju swoją wędkę. Nasadziwszy na ogromny hak duży kawał schwytanej przed południem mi rzucił go za burtę na stalowej lince, którą, kręcąc korbą, majtkowie wypuszczali ze zwijadła.
Na głębokości około 60 metrów hak dotknął dna morskiego. W oczekiwaniu zdobyczy Webb, Kindley i kapitan Robbins rozmawiali o dalszych pracach, inżynier pochrapywał na leżaku, zapomniawszy wyjąć fajkę z ust. Chłopcy i Edyta, usiadłszy na stopniach mostku kapitańskiego, żartowali, śmiejąc się głośno, stojący zaś na dziobie majtkowie, patrząc na nich, błyskali białemi zębami, pokazując je w uśmiechu.
Nagle rozległ się głośny krzyk majtka:
— Sahib! Sahib! Patrz... boja... boja!...
Wszyscy wyjrzeli za burtę. Czerwona, korkowa kula, przywiązana do linki, pogrążała się co chwila i znowu wypływała, pląsając na wodzie, jak spławik zwykłej wędki.
— Jakieś zwierzę ostrożnie obgryza przynętę — mruknął Webb, nie spuszczając oka z boi.
Ledwie zdążył wypowiedzieć te słowa, jak czerwona kula, szarpnięta gwałtownie, znikła na głębinie, zwijacz zaś z głośnym turkotem obracał się z szaloną szybkością, wypuszczając pogrążającą się w morzu linkę. Oddawszy ze sto metrów, wał zwijadła stanął. Majtkowie zaczęli ostrożnie podbierać linę. Powierzchnia morza pozostawała gładka. Po chwili nastąpiło nowe szarpnięcie i znowu zaturkotał bęben zwijacza. Nanga zahamował jego nich. Lina wyprężyła się i potwór, który połknął hak, zaczął holować szkuner. Trwało to długo, aż nieznana zdobycz jęła się miotać w różnych kierunkach, obracając statkiem, niby lekką łupiną.
— Wieloryb, czy co u licha?! — dziwił się obudzony wstrząsami szkunera inżynier.
— Eh — nie! — potrząsnął głową profesor. — Wieloryby nie dopływają do tej szerokości... To raczej zahaczył się duży rekin...
Statek zatrzymał się. Osłabione bólem i rozpaczliwą ucieczką zwierzę morskie zaniechało dalszej walki.
— Zwijać linę! — zakomenderował dr. Webb i Hindusi zaczęli ściągać linę.
Już wynurzyła się boja, gdy o jakie pięćdziesiąt metrów od szkunera wytrysnęła wysoko struga rozpylonej wody, a za chwilę jakieś olbrzymie, jasno-szare cielsko ukazało grzbiet i znikło. Jednocześnie rozległo się głuche uderzenie w dno statku, który drgnął i zakołysał się, a lina pobiegła znowu za burtę.
— „Coś“ zaatakowało nas! — krzyknął inż. Mallard. — Czułem wyraźnie silne uderzenie w podwodną część „Bombay’u“.
— Niebawem przekonamy się o tym zuchwałym „cosiu“, — uśmiechnął się Webb. — chociaż co do mnie, gotów jestem przysiąc, że złapaliśmy piłoryba!
— Piłę?! — ucieszył się Kindley. — Oddawna marzę o tej rybie, bo chciałbym mieć dla muzeum broń jej, kość pacierzową i szczęki. Opowiadali mi łowcy, polujący z harpunami, że duże piłoryby napadają nawet na rekiny, a ranne — przewracają łodzie rybackie.
— Sądząc z siły uderzenia, którą wyczuliśmy, opowiadanie to wydaje się prawdopodobne, profesorze, — oświadczył Webb. — Przypomnę państwu, że słynny sportsmen-rybak Mitchell Hedges schwytał na hak piłę o wadze prawie trzech tonn! Ale oto i nasza „piękna nieznajoma“ ukaże się już wkrótce!
Jakiś potwór burzył powierzchnię morza, wystawiając grzbiet i ogon, aż nagle wyskoczył prawie pionowo, a wtedy wszyscy ujrzeli wystającą nad paszczą długą płaską piłę o krzywych zębach. Ryba miotała się, dobywając resztek sił. Zaczęto podciągać ją do burty, a gdy ukazała potworną głowę o małych, złych oczkach, Webb wypuścił w nią kilka wybuchających kul. Olbrzymia ryba zesztywniała nagle. Uwiązano ją do burty i „Bombay“ ruszył ku Andamanom, gdzie Kindley mógł dokonać swych badań na płytkiej wodzie.
Postanowiono płynąć na północną wyspę, aby się nie zbliżać do brzegów Kede. Tuż po zachodzie słońca rzucono kotwicę wpobliżu wyspy Czariar.
— Jutro odholujemy piłoryba czółnem na mieliznę! Piękny okaz! Ręczę za półtora tonny! — oznajmił Webb. — A teraz przypominam państwu, że czas na posiłek. Za chwilę zapadnie noc!...
Rozkazawszy Hindusom zwinąć liny i obejrzeć haki i boje, skierował się do kabiny, aby umyć się i przebrać przed kolacją. Władek z Dżairem poszli za przykładem Anglików. Przebrać się coprawda nie mogli, gdyż nie mieli zapasowego ubrania, ale zato wymyli się porządnie i przygładzili sobie powichrzone i spocone czupryny.


Przypisy

  1. Workowate, nieruchome zwierzęta dna morskiego.
  2. Morskie zwierzę z gromady szkarłupni.
  3. Płaszczka — ryba morska o kształcie, przypominającym lecącego ptaka. Posiada długi, biczowaty ogon o jadowitym „mieczu“.
  4. Iluminator — okrągłe okienko w kajucie okrętu.
  5. Pomieszczenie pod pokładem, gdzie marynarze mają składy towarów, prowiantów i zapasowych części okrętowych.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.