Skarb Wysp Andamańskich/Rozdział XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Skarb Wysp Andamańskich
Podtytuł powieść dla młodzieży
Wydawca Instytut Wydawniczy Bibljoteka Polska
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne Bibljoteka Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ
DZIEWIĘTNASTY
SAM HORN WYŚWIETLA TAJEMNICĘ WYSP ANDAMAŃSKICH

Już miesiąc cały na północnym brzegu Kede obozowali Kalaboni. Kilka dużych łodzi tubylczych od wschodu do zachodu słońca kołysało się na morzu. Czarni rybacy posiadali niezwykłą wprawę i wytrzymałość nurków. Nadzy, z siatką, przerzuconą przez ramię, i nożem w rękach, brali w ręce ciężki kamień, uwiązany do grubego sznura, i rzucali się do morza. Na głębokości piętnastu metrów leżała ławica perłowa, okryta miljonami muszel mięczaków. Poławiacze nożami odłupywali od skał zamknięte skorupy i wrzucali je do siatki, a, napełniwszy ją, z siłą odbijali się od dna i wypływali na powierzchnię morza. Nurkowie zostawali pod wodą do minuty bez oddechu, to też wynurzywszy się, zsiniałemi ustami łapczywie chwytali świeże powietrze, dysząc ciężko.
Inni rybacy, znajdujący się na łodziach, śledzili uważnie, czy nie skrada się gdzieś rekin, a, dojrzawszy drapieżną rybę, odpędzali ją uderzeniami długich bosaków po wodzie i głuchem, do grzmotu podobnem warczeniem bębnów.
Pewnego razu na miejsce połowu przybył młody Kalabon, syn wodza. Miał na imię Bajrga, które tubylcy powtarzali z czcią i pewnym strachem, gdyż wysoki, rozrosły Negritos odznaczał się niepospolitą siłą i spełniał obowiązki sędziego.
Przybywszy na wybrzeże, gdzie wpobliżu ciągnęła się rozległa ławica mięczaków perłowych, Bajrga napadł na rodaków, robiąc im wyrzuty i grożąc zemstą bogów za to, że nie uszanowali miejsca, strzeżonego przez duchy. Dowiedziawszy się jednak, że łowcy, opuszczający się na dno morza, nie widzieli żadnych duchów i bez szczególnych przygód odrywali od skał i skamieniałego piasku szare, bezbarwne muszle, zawierające drogocenne, jakgdyby promienne ziarna pereł, zamyślił się i długo chodził po piaszczystem wybrzeżu, marszcząc niskie czoło i przebierając palcami. Wreszcie, stanąwszy przed odkrywcami muszli i ujrzawszy wydobywane przez nich perły, machnął ręką w milczeniu i stanowczym ruchem potrząsnął głową. Kalaboni, pracujący w łodziach, zdumieli się, ujrzawszy podpływającego do nich Bajrgę, surowego zwykle i małomównego.
— Przekonałem się, że duchy opuściły już to miejsce, — zamruczał, nie patrząc na rodaków, — mogę więc i ja przystąpić do połowu pereł...
To rzekłszy, wyprostował się, wyprężył pierś, na której natychmiast drgnęły potężne guzy mięśni, i całą siłą płuc wciągnął powietrze. Po chwili, zatknąwszy za pas długi, krzywy nóż hinduski, czyli tak zwaną „korę“, zacisnął pomiędzy stopami ciężki kamień, uwiązany do sznura i skoczył do morza.
Długo nie wypływał na powierzchnię, tak długo, że wioślarze na łodzi niepokoić się już poczęli, gdy Bajrga targnął za sznur, dając znak, aby go wyciągnięto. Wynurzył się z workiem pełnym muszli, i wyrzuciwszy je na dno łodzi, wciągnął powietrze, aby po chwili na nowo zanurzyć się w morzu.
Silny i ogromny Kalabon dwie minuty prawie wytrzymał, nie oddychając i pracując tak szybko i sprawnie, że nikt nie mógł mu dorównać. Niezawodnie był to najlepszy nurek i poławiacz pereł na ławicach Kede.
Na trzeci dzień pobytu jego na wybrzeżu, podczas, gdy Bajrga pracował na dnie morskiem, siedzący przy sterze Kalabon przechylił się nagle przez burtę i, ujrzawszy coś w głębinie, wydał przeraźliwy okrzyk:
— Rekin! Rekin!
Wioślarze powskakiwali w łodziach i rzucili się do sznurów. W popłochu wyciągano nurków i rozglądano się dokoła, usiłując zobaczyć płetwę drapieżnej ryby. Nie wypływała jednak na powierzchnię morza, więc Kalaboni zaczęli robić wyrzuty sternikowi, który zaalarmował wszystkich i przerwał pracę.
— Widziałem wyraźnie rekina-tygrysa, który śmignął białym brzuchem pod łodzią — bronił się stary tubylec, bijąc się w piersi: — Przysięgam na kości mego ojca, że widziałem go na własne oczy! Był to duży rekin!
W tej samej chwili na łodzi, gdzie pracował Bajrga, powstało zamieszanie i rozległy się krzyki. Wioślarze wyciągnęli sznur, lecz nurka przy nim nie było.
— Pożarł go rekin, — kiwali głowami Kalaboni, — i zawlókł gdzieś daleko na głębinę... — szeptali, z przerażeniem patrząc na morze.
Połyskującej, gładkiej, jak lustro powierzchni jego nic nie marszczyło. Nawet kolorowe żeglarki znikły, a mewy nie wpadały do wody, aby schwycić igrające w słońcu ryby. Nagle z wody wyskoczył do połowy cielska duży rekin, a wtedy wszyscy spostrzegli przy bocznej płetwie jego głowę ludzką.
Z krzykiem i pluskiem wioseł pomknęły łodzie, lecz rekin natychmiast dał nura. Na miejscu, gdzie wyskoczył ponad wodę, rozpływała się powoli szeroko plama krwi.
— Zginął Bajrga! — zawołał jeden z poławiaczy. — Rekin pożera go!
Ledwie wykrzyknął te słowa, gdy rekin wypłynął ponownie na powierzchnię morza. Wszyscy umilkli i w napięciu przyglądali się niebywałemu widowisku. Rekin z wyprutemi wnętrznościami, krwawiąc straszliwie, ostatkiem sił poruszał ogonem, powolnie obracając się na jednem miejscu. Przy prawej płetwie jego, wczepiony w nią zębami, trzymał się Bajrga i dźgał potwora krzywą „korą“.
Ze wszystkich gardzieli wyrwał się okrzyk zachwytu i radości. Nie minęło trzech minut, gdy wciągnięty do łodzi nurek siedział już w niej i oddychał ciężko, łapiąc powietrze blademi wargami i przeżywając jeszcze zgrozę podwodnej bitwy z rekinem, o czem świadczyły ognie, stopniowo gasnące w czarnych oczach bohatera.
Na Bajrgę uwzięły się prócz tego inne jeszcze potwory morskie. W kilka dni po bitwie z rekinem napadła go olbrzymia ośmiornica i, schwyciwszy wpół ramionami, zamierzała oderwać go od sznura.
Przytomny i odważny nurek nie uchylił się od walki ze wstrętnym głowonogiem. Działając zręcznie nożem, odciął wpijające się weń i duszące go ramię z przyssawkami, poczem kilkoma uderzeniami oślepił ośmiornicę. Zarzuciwszy pętlę miotającemu się bezładnie potworowi, szarpnął sznur i wraz ze swoją zdobyczą pojawił się na powierzchni morza. Potężne zwierzę o grubych ramionach, długich na dwa metry, broniło się jeszcze rozpaczliwie, strąciwszy do wody dwu wioślarzy i zerwawszy żagiel z masztu. Kalaboni zabili ośmiornicę, porąbawszy ją na kawałki.
Innym znów razem raje, niewidzialne na mulistem dnie, zakradły się do pracującego w wodzie poławiacza, lecz, na szczęście nurek spostrzegł niebezpieczeństwo zawczasu i uniknął ciosu jadowitego miecza, szybko wypływając na powierzchnię morza. Od tego czasu Bajrga oprócz noża, zabierał ze sobą krótką dzidę o podwójnem ostrzu — najskuteczniejszą broń przeciwko drapieżnym rybom i ośmiornicom.
Na innych nurków również napadały kilka razy duże ośmionogi, lecz Kalaboni pomagali sobie wzajemnie. Ohydne potwory, niepokojone ciągle i ścigane, wyniosły się wreszcie w inne bezpieczniejsze i bardziej zaciszne miejsce. Raz jeden tylko spora raja, podniósłszy się z dna, zraniła młodego poławiacza, który w godzinę później zakończył życie.
Na brzegu ciągnęły się stosy muszli perłowych. Pod ognistemi promieniami słońca, mięczaki otwierały swoją skorupę i ginęły. Kobiety i dzieci drewnianemi nożami wyrzucały galaretowate ich ciała, szukając pereł, ukrytych w nich lub przyrośniętych do wewnętrznej powierzchni muszli.
Władek opowiedział Dżairowi, że perła tworzy się w ciele mięczaka wtedy, gdy dostanie się tam jakiś obcy przedmiot: ziarno piasku, lub drobna muszelka, których ostryga nie zdoła wyrzucić, kurcząc swe słabe, prawie nieruchome mięśnie. Ponieważ przedmiot ten zawadza, a, jeżeli jest ostry, to rani nawet miękkie i delikatne ciałko skorupiaka, więc zwierzątko zaczyna okrywać go cienkiemi warstwami płynu, zawierającego w sobie sole wapienne. Twardniejąc, nabierają one połysku i pięknego zabarwienia — białego o mglistym blasku tęczowym, lub różowego, żółtego, niebieskiego, zielonego, a nawet czarnego.
Ławica, znana Kalabonom, a broniona przez panujący wśród nich zabobonny strach przed „duchami“, oddawna nie była przez nikogo uczęszczana. Skorupiaki, rosnące spokojnie i nie niszczone przez poławiaczy, potworzyły dużo pereł, a niektóre z nich dosięgły rzadko spotykanych rozmiarów. Baharana, przyjmujący skarby morza od nowych sprzymierzeńców, z zachwytem patrzał na wielkie, jak paznogieć dorosłego mężczyzny perły, mieniące się różnemi barwami, to okrągłe zupełnie, to podłużne, to znów podwójne, zrośnięte, posiadające w środkowej części lekko zaznaczony przegub. Trafiały się też inne — kształtem podobne do gruszki lub zamarzniętej kropli wody, a te były właśnie najbardziej poszukiwane na rynku pereł i najcenniejsze. Z dniem każdym rosły bogactwa Dżaira i wkrótce zostały zamienione na pieniądze. Na prośbę bowiem pana Romana Stewans powiadomił hinduskich jubilerów o perłach andamańskich. Kilku kupców przyjechało natychmiast do Middle-Hill. Po zaciętym targu Hindusi nabyli wszystkie perły i odpłynęli.
Mały, czarny Dżair stał się bogaczem i mógłby za przykładem dziada Jomagi ukryć swój skarb i strzec go w trwodze w dzień i w nocy, broniąc przed ludźmi. Nowy wódz miał jednak inne myśli i zamiary, a w wykonaniu ich dopomagał mu Władek. On to napisał i wysłał do gubernatora list, że mały wódz Minkopi i Kalabonów pragnie na własny koszt zaprosić lekarza i nauczyciela dla swego ludu. Przybyli wkrótce i z pomocą pana Krawczyka i jego ludzi zaczęli budować mały narazie szpital i duży dom piętrowy dla szkoły. Obaj młodzi ludzie, oddani sprawie, palili się do pracy wśród ciemnych biedaków i obiecywali Dżairowi, że już za trzy miesiące wszystko zostanie wykończone, a mały wódz przekona się o tem na własne oczy.
Chłopak, posłyszawszy to, potrząsnął głową i odpowiedział w zamyśleniu:
— Zobaczę to dopiero na przyszły rok, gdyż odjadę wkrótce z Władem do Rangunu! Chcę i muszę się uczyć, aby być pożytecznym człowiekiem i dobrym wodzem...
Nauczyciel i lekarz zdumieli się i z szacunkiem spoglądali na poważną, myślącą twarzyczkę czarnego chłopaka.
Wakacje, tak burzliwe dla Władka, zbliżały się szybko ku końcowa. Do wyjazdu chłopaków pozostawało zaledwie kilka dni.
Pewnego razu Minkopi z przystani przywieźli do Middle-Hill list ze stemplem Batawji, stolicy wyspy Jawy, należącej do Holandji.
Pan Roman, spojrzawszy na podpis, wydał okrzyk zdumienia.
— Patrzcie! Patrzcie! — wołał do syna i żony. — Pisze do mnie... Horn!
Władek aż usta otworzył ze zdziwienia.
— Horn? — powtórzył. — Ależ Horn oddawna nie żyje?
— A tymczasem list podpisał Horn... — upierał się pan Roman. — Przeczytajmy, co pisze... nieboszczyk.
Wkrótce sprawa się wyjaśniła. List pochodził od syna Horna. Człowiek ten pisał, że, nie mogąc znieść hańby, jaka spadła na rodzinę z winy ojca, pani Horn z synem — jedynakiem opuściła Indje i zamieszkała w kolonjach holenderskich. Pewnego razu dostarczono jej potajemnie list od męża z więzienia. Horn podawał w nim ścisłe wskazówki, gdzie należy szukać ukrytego przez niego skarbu Tamaranów. Syn zbrodniczego gubernatora, dowiedziawszy się z gazet o ostatnich wypadkach na Andamanach, donosił rządcy w Middle-Hill, że postanowił ten list ojca przesłać potomkowi Jomagi, który stał się ofiarą zbrodniarza.
Gdy Władek wziął do rąk pożółkły list zmarłego dawno Horna, napisany na kilka dni przed jego śmiercią i przez zwolnionego więźnia przesłany rodzinie, wzrok jego padł na małą mapkę.
Przyjrzawszy się jej uważnie, wydał okrzyk radości:
— Znam to miejsce! — zawołał. — Pamiętasz, Dżair, kanał podziemny, który rozbiegał się na dwie strony. W odnodze, idącej wprost, Horn ukrył i przywalił kamieniami żelazną skrzynię z perłami! Musimy ją odnaleźć! Poczciwy Kalabon Takiwa wskaże nam znane mu wejście do groty. Weźmiesz sobie do pomocy kilku Minkopi i odzyskasz to, co ci się słusznie należy!
Dżair nic nie odpowiedział.
— Dlaczego milczysz? — spytał go Władek niecierpliwym głosem. — Czyżby ciebie nie obchodził skarb Tamaranów?
— Znajdę go wtedy, gdy przyjadę tu, aby rządzić moim krajem i uczynić wszystkich Minkopi i Kalabonów ludźmi oświeconymi i szczęśliwymi... — odpowiedział cicho. — Tego, co mam i co mi zwrócą z Kalkuty, starczy tymczasem dla mnie i mego szczepu, a potem...
Nie dokoriczył i zamyślił się.
Była to ostatnia rozmowa o tajemniczym skarbie Wysp Morderców.
Wkrótce chłopcy zaczęli wybierać się już w daleką podróż do Rangunu.
Przerwało im te przygotowania przybycie urzędników z Kalkuty oraz bogatych Anglików i Amerykanów, podróżujących po Indjach. Wespół z nimi chłopcy raz jeszcze zwiedzili groty Rulgatanu i przeszli wnętrze gór Szalati. Urzędnicy sporządzili spis „skarbu Diego Andy“, kazali Kalabonom wynieść wszystko, co zgromadził tam pirat, na brzeg morza i naładować na statek. Rzeczy te wystawiono na licytację, a dyrektorowie muzeów angielskich i amerykańskich nabyli te pamiątki z dawnych burzliwych czasów. Dżair otrzymał za nie dużo pieniędzy, które złożono na jego imię w banku. Na prośbę jego, gubernator zarządził zamurowanie wszystkich wejść do grot, a gdy roboty te zostały ukończone, mały wódz uśmiechnął się nieznacznie i szepnął do Władka:
— Skarb Tamaranów leżeć będzie teraz bezpiecznie aż do mego tu powrotu na zawsze!
Przyjaciel w milczeniu skinął głową, ale po chwili, jakgdyby coś sobie przypomniawszy, powiedział z naciskiem:
— Obyś tylko wytrwał, mały Dżair!
— Wytrwam, bo pragnę szczęścia mego szczepu, kocham go i mój kraj!... — odpowiedział z siłą w głosie.
Słowa te padły w przeddzień odjazdu chłopców.
Nazajutrz, żegnani przez spłakaną panią Krawczykową i Baharanę, wraz z panem Romanem odjechali do portu Bleir, gdzie musieli wsiąść na statek, płynący z siamskiego portu Bankok do Rangunu. Gdy już mieli zagłębić się w dżungli, zatrzymali wózek i ostatniem spojrzeniem ogarnęli białe „Wybrzeże Ośmiornic“, cypel przylądka Czerwonych Skał, ścięty szczyt Diby i daleki łańcuch gór Szalati, gdzie spoczywał skarb Tamaranów. Westchnęli obaj. Lato przygód minęło... Przeminęła też tajemnica Wysp Morderców, gdzie niegdyś panował okrutny i drapieżny „Postrach Mórz“, a teraz marzył o mądrych i sprawiedliwych rządach mały wódz, który miłował swój lud i te wyspy zielone, jakgdyby uśpione cichym poszumem oceanu.


KONIEC




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.