Skarb Wysp Andamańskich/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Skarb Wysp Andamańskich
Podtytuł powieść dla młodzieży
Wydawca Instytut Wydawniczy Bibljoteka Polska
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne Bibljoteka Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ
DZIESIĄTY
W NIEWOLI U KALABONÓW

Kalabon mówił długo, zapalając się coraz bardziej. Mówca tupał, podskakiwał, sapał, wymachiwał rękami i robił groźne miny, aż wkońcu, jak prawdziwy Andamańczyk, zaczął wylewać potoki łez. Cały tłum, otaczający jeńców, jął płakać razem ze swoim wodzem.
Władek, rzecz prosta, nie zrozumiał ani słówka z całego przemówienia, więc, gdy Kalabon umilkł wreszcie, spojrzał na Dżaira pytająco. Postawa czarnego chłopaka i wyraz jego twarzy uderzył i w zdumienie wprawił Władka. „Mały wódz“ stał wyprostowany, z podniesioną głową, a na twarzy miał wyraz skupiony, dumny i stanowczy. Mimowolne uczucie szacunku dla niego ogarnęło Władka.
— Co mówił ten grubas? — szepnął.
Dżair spojrzał na przyjaciela spokojnym i twardym wzrokiem.
— Kalaboni żądają ode mnie, abym się zrzekł tytułu wodza szczepów andamańskich, w razie zaś odmowy grożą mi śmiercią — odpowiedział chłopak. — Ty zaś, sahibie, wolny jesteś i możesz odejść... Zaraz zdejmą z ciebie pęta i Kalaboni doprowadzą cię do góry Diba, skąd widać już „wybrzeże ośmiornic“... którego ja nigdy już nie zobaczę!
Tymczasem wódz, zabawnie podskakując, zaczął coś wykrzykiwać, powtarzając jedno, i to samo.
— Wymaga ode mnie zgody na swe żądanie — objaśnił Dżair i, postąpiwszy krok naprzód, krzyknął: — Senga! Senga!
Władek zrozumiał, że „mały wódz“ dał odpowiedź odmowną.
Kalaboni natychmiast przerwali płacz i, dotykając rękami głów, zgrzytali zębami, co miało wyrażać gniew i groźbę. Grubas tupnął nogą i, patrząc na białego jeńca, zapytał go o coś.
— Kalabon pyta ciebie, sahibie, czy przyrzekasz, że nikomu nie powiesz, co mnie spotkało? Jeżeli złożysz przysięgę, zostaniesz puszczony na wolność, w przeciwnym zaś razie podzielisz mój los... śmierć...
Powiedziawszy to, Dżair schwycił przyjaciela za rękę i szepnął:
— Daj im to przyrzeczenie i ratuj się, bo Kalaboni są okrutni!
Władek w jednej chwili powziął postanowienie. Potrząsając płową czupryną, zawołał:
— Dżair, mały wódz Minkopi jest moim przyjacielem, więc nie opuszczę go w nieszczęściu! Cokolwiek jednak uczynicie z nami, — będzie to zbrodnią, a o nas upomną się biali ludzie, których nie wstrzymają wasze góry. Pomyślcie o tem dobrze, zanim odważycie się na zbrodnię!
Tłum Kalabonów zahuczał niecierpliwie. Żądano od wodza objaśnienia słów białego jeńca.
Dżair z roziskrzonemi oczyma donośnym głosem powtórzył oświadczenie Władka, a skończywszy, szepnął z wybuchem:
— Dziękuję i nigdy ci tego nie zapomnę, nigdy!
Odpowiedź białego chłopca zmieszała i zaniepokoiła dzikusów. Zaczęli się naradzać. Jeńcom zdawało się nawet, że pomiędzy Kalabonami wszczęła się sprzeczka. Trwało to dość długo, aż wreszcie rozległ się chrapliwy głos wodza. Kilku Negritosów, popychając przed sobą chłopaków, odprowadziło ich do małej jaskini, gdzie rozwiązano im ręce. Dwóch Kalabonów z włóczniami stanęło na straży. Wkrótce kobiety przyniosły tykwę z wodą i koszyk z bananami. Gdy odeszły, straż przywaliła wejście do jaskini grubemi klocami drzewa. Chłopcy nadsłuchiwali długo, aż wreszcie Dżair szepnął:
— Kalaboni odeszli...
— Hm... — mruknął Władek — zabiłem im klina, powiedziawszy, że biali im tego płazem nie puszczą! Nastraszyli się zapewne i teraz nie wiedzą, co mają robić.
Pomyślawszy chwilę, dodał:
— Ależ piękną mamy przygodę! Jeżeli jakoś się im wywiniemy, będzie co opowiadać kolegom w Rangunie!
Dżair porwał nagle rękę przyjaciela i przycisnął ją do warg.
— Cóżeś oszalał, czy co? — zawołał zmieszany Władek i wyrwał mu rękę.
— Dziękuję, dziękuję! — powtarzał mały wódz. — Nigdy ci tego nie zapomnę i, jeżeli nie umrę wkrótce, odwdzięczę ci się!
— Daj mi spokój z wdzięcznością swoją, przyjacielu, i nie zawracaj mi głowy, bo ona mi jest potrzebna do czegoś zupełnie innego!
— Głowa? — zapytał czarny chłopak.
— A zapewne! — zaśmiał się Władek. — Musi ona coś obmyśleć, aby zwiać od Kalabonów.
Obszedł całą jaskinię i obejrzał każdy jej zakątek. Miała dziesięć kroków wzdłuż i tyleż prawie wszerz. W sklepieniu widniał nieduży otwór, skąd wpadało światło. W głębi stały pęki ściętych bambusów i leżał zwój powrozu, splecionego z włókien kokosowych. Władek długo przyglądał się skrawkowi jasnego nieba, przeświecającego przez otwór, a potem przeniósł wzrok na długie, mocne bambusy i na sznur.
— Hm... — mruczał w zamyśleniu i marszczył czoło.
Po chwili znowu zaczął chodzić po jaskini i raz po raz zadzierać głowę, jakgdyby wpatrując się w niebo. Spojrzał na Dżaira, bo posłyszał lekki chrzęst nadgryzanych bananów. Nagle poczuł głód.
— Dobre? — spytał, podchodząc do przyjaciela.
— Uhm... — wymamrotał Dżair, bo miał usta pełne słodkiego miąższu.
Władek obrał dwa banany i zjadł je z zadowoleniem. Popiwszy wodą, zaczął znowu chodzić i myśleć. Coś, widać, postanowiwszy, podszedł do zamykających wejście kloców i przez szparę rozglądał się uważnie na wszystkie strony.
— O ile mogłem zauważyć — nikogo niema wpobliżu — pomyślał i zaczął przystawiać lekkie bambusowe tyki do ściany, która dochodziła do otworu w sklepieniu. Scyzorykiem odciął dwa spore kawały sznura i związał trzy bambusy razem. Dżair ze zdziwieniem śledził tę czynność przyjaciela, lecz Władek skinął na niego i szepnął mu do ucha:
— Będę stał na czatach przy wejściu, a ty wdrapiesz się po bambusach, ostrożnie wytkniesz głowę w otwór i rozejrzysz się po okolicy! Muszę wiedzieć, co się tam dzieje...
Stanąwszy przy szparze pomiędzy klocami, patrzył i słuchał. Dżair, przyzwyczajony do włażenia na palmy, szybko sunął wgórę, czepiając się gładkich bambusów. Był tak lekki i zwinny, że nie skrzypiały nawet. Po chwili ześlizgnął się na ziemię i szepnął:
— Sahibie, tam na płaskim szczycie góry siedzą kołem Kalaboni i naradzają się...
— Cóż jeszcze?
— Widziałem też białego człowieka... ma długą brodę i na ramieniu jakieś znaki...
— Czy znaki te mają granatową barwę? — spytał Władek.
— Nie spostrzegłem, sahibie...
— To bardzo źle, bracie, sprawa jest zbyt poważna, żeby tak lekkomyślnie się zachowywać! Właź znowu i patrz dobrze! Muszę wiedzieć, jakie to są znaki i jaka jest ich barwa! — rozkazującym głosem powiedział Władek i znowu zaczaił się przy wejściu.
Dżair zsunął się niebawem na ziemię i oświadczył:
— Dojrzałem niebieskie rysunki psa, serca i jeszcze czegoś, chociaż nie mogłem dobrze rozpatrzeć, bo daleko...
— No, tak! — mruknął Władek. — W całej tej dziwnej sprawie macza palce czcigodny pan Piotr Murray, tajemniczy nurek z przylądka Czerwonych Skał... Obawiam się, że wkrótce będzie zmuszony wypoczywać na Wyspie Żmij, jak to obiecał tym dżentelmenom komisarz Folkhaw....Ale gdzież są ci dwaj? Dżair, czy spostrzegłeś tylko jednego białego człowieka? Jednego — powiadasz?... Sądzę, że i tamci zawitają tu niebawem... W każdym razie dopóki ich tu niema, nic nam nie grozi...
— A co będzie potem, gdy tamci przyjdą? — spytał strwożonym głosem mały Negritos.
— A bo ja wiem? — wzruszył ramionami Władek. — W każdym razie dowiemy się... Wtedy pomyślimy, co robić...
To mówiąc, rozwiązał bambusy, kawałki sznura ukrył pod bluzą, a tyki postawił osobno od innych za załamaniem jaskini.
— Może się to nam przydać, gdy Kalaboni wyniosą stąd resztę bambusów i sznur... — pomyślał i, usiadłszy, zaczął obierać banan. Oczy kleiły mu się i głowa co chwila opadała na pierś. Położył się na ziemi i usnął natychmiast po bezsennej, pełnej niezwykłych wrażeń nocy. Dżair poszedł niebawem za jego przykładem. Nie wiedzieli, jak długo spali, gdy obudził ich łomot odrzucanych kloców przy wejściu do jaskini. Siedząc na podwiniętych nogach, czekali. Do jaskini wszedł wódz Kalabonów, a za nim brodaty Murray i dwóch jego towarzyszy, którzy wynajęli się do pana Krawczyka na drwali. Wszyscy przyglądali się małym więźniom.
Pierwszy przemówił Murray, zwracając się do Władka:
— Zwolnimy ciebie, jeżeli podpiszesz nam papier, że zmyliłeś drogę w dżungli, a my znaleźliśmy ciebie i wskazaliśmy ci ścieżkę do Middle-Hill. Musisz przysiąc na głowę ojca, że nikomu ani słowa nie piśniesz o całej przygodzie!
Władek namyślił się nad odpowiedzią, aż, uśmiechając się, zawołał z udaną radością:
— Znaczy to, że panowie zamierzają zwolnić nas z rąk Kalabonów? Dziękujemy bardzo i o tem chętnie opowiem wszystkim. Rodzice moi będą wam wdzięczni, pan Stewans też i pan Folkhaw w Hope-townie również!
Murray spojrzał na towarzyszy, a jeden z nich wybuchnął:
— Ten szczeniak drwi sobie z nas! Gadaj bez wykrętów, przyjmujesz nasze warunki, czy nie?
— Owszem, — zgodził się Władek — ale wtedy tylko, jeżeli razem ze mną zwolnicie małego Minkopi.
— Nie troszcz się o czarnego, dbaj raczej o swoją skórę! — warknął Murray.
— Dbam o obie skóry — czarną i białą, bo za nie odpowiadać będziecie przed sądem angielskim — poważnym głosem odpowiedział chłopak, a wszyscy wyczuli wyraźnie upór jego i rzuconą pogróżkę.
Murray z towarzyszami odeszli i zaczęli się naradzać. Trwało to długo. Wkońcu do jaskini wszedł Wiljam Barber i oznajmił:
— Sam jesteś winien, mały! Oddajemy ciebie Kalabonom, a co oni z tobą i tym czarnym psiakiem zrobią, to już ich rzecz, nie nasza. Good-bye![1]
Władek nic nie odpowiedział, lecz pomyślał, że woli mieć do czynienia z Kalabonami, niż z dawnymi mieszkańcami ponurego gmachu w Hope-townie.
W godzinę potem kilku Negritosów wyprowadziło chłopców z jaskini i zaczęło schodzić z nimi stromem zboczem góry. W pewnem miejscu, gdzie widniał wąski otwór jakiejś głębokiej groty, Kalaboni znienacka popchnęli jeńców ku jej czarnej czeluści. Ziemia urwała się nagle pod nogami chłopaków...


Przypisy

  1. Czytać — gud baj, co znaczy — „do widzenia“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.