Skarb Wysp Andamańskich/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Skarb Wysp Andamańskich
Podtytuł powieść dla młodzieży
Wydawca Instytut Wydawniczy Bibljoteka Polska
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne Bibljoteka Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ
SZÓSTY
NIEZNANI PRZYBYSZE

Pewnego wieczora, gdy cała rodzina Krawczyków i mały Dżair siedzieli w domu, wszedł stróż — Hindus i oznajmił, że dwóch nieznajomych chce się widzieć z rządcą. Pan Roman wyszedł na taras. Dobiegły wkrótce odgłosy rozmowy i po chwili Krawczyk powrócił do pokoju.
— Dwaj Anglicy wynajęli się do rąbania lasu. — Przyjąłem ich. Będą kierowali tubylcami, gdy Baharana przyprowadzi mi swoich Minkopi.
Po kolacji, gdy rodzina udawała się już na spoczynek, pan Roman podniósł nagle głowę i jął nadsłuchiwać. Wkrótce przekonał się, iż ktoś usiłuje otworzyć okiennicę.
— Któżby to mógł być? — zdumiał się Krawczyk i szybko wybiegł na dwór. W ciemności ujrzał czarną postać, zaczajoną pod oknem. W świetle latarni elektrycznej poznał Baharanę.
— Tss! — zasyczał stary. — Pozwól mi wejść do domu, sahibie...
— Co się stało? — spytał pan Roman, gdy obaj weszli do izby.
Stary Negritos[1] drżał na calem ciele i przerażonemi oczami rozglądał się dokoła.
— Mów-że, Baharana, i nie bój się! — uspokoił go Krawczyk, kładąc mu rękę na ramieniu. — Wiesz przecież, że nie pozwolę cię skrzywdzić, bo jesteśmy przyjaciółmi.
— Tak, tak! — kiwnął głową stary tubylec. — Baharana i biały człowiek — dwaj przyjaciele! Biały — sprawiedliwy i dobry człowiek! Ja nie o siebie się boję... Niebezpieczeństwo zawisło nad Dżairem...
— Coś ty bredzisz, stary?! — zaśmiał się pan Roman. — Chłopak zdrów jest i wesół!
Baharana opuścił głowę i zamyślił się. Widocznie szukał słów, aby wyrazić swoją myśl, bo stary Minkopi z trudem mówił po angielsku. Wreszcie pochylił się ku Krawczykowi i szepnął:
— Na plantację przybyli ludzie Horna... źli, bardzo źli ludzie!
— Ludzie Horna? Ależ Horn przed kilku laty umarł? — zawołał zdumiony pan Roman.
Baharana potrząsnął głową i szepnął znowu:
— Horn umarł, ale ci, którzy porwali nam wielkiego wodza Jomagę, są na twojej plantacji, sahibie...
Krawczyk zrozumiał, że stary ma na myśli przybyszów, którzy dopiero tego wieczora wynajęli się do pracy. Sprawę tę należało wyświetlić, bo, chociaż pan Roman słyszał o niej kilkakrotnie, nie interesował się jednak szczegółami.
— Opowiedz mi, Baharana, o Jomadze i o tem dlaczego porwano go.
Stary wskoczył z miejsca i, zasłaniając sobie usta i oczy rękami, szeptał w przerażeniu:
— Nie! Nie! Nie!
Krawczyk ze zdumieniem przyglądał się Negritosowi.
— No, to nie mów! — powiedział wreszcie. — Objaśnij jednak, czego chcesz ode mnie?
Baharana padł na kolana i, czepiając się nóg jego, powtarzał jękliwym głosem:
— Strzeż Dżaira! Strzeż małego Dżaira!
Pan Roman wzruszył ramionami i odparł:
— Opiekujemy się chłopakiem jak rodzonym synem! Nie rozumiem jednak, co mu grozić może?
Negritos wstał i ręką potrząsnął nad głową:
— Strzeż go przed białymi ludźmi, którzy dziś przyszli na plantację... Strzeż, a nie pożałujesz tego... Mówi ci to Baharana!
Wypowiedziawszy te słowa uroczystym głosem, zaczął się kłaniać i cofać ku wyjściu. Po chwili bez szmeru wyślizgnął się z pokoju. Pan Roman długo siedział, przypominając sobie rozmowę ze starym tubylcem, aż wkońcu mruknął do siebie:
— W tem coś jest... Muszę wreszcie dowiedzieć się prawdy!
Nazajutrz od rana rządca sprowadził do biura obydwu przybyłych Anglików. Mówili mało, odpowiadając na pytania krótkiemi, urywanemi zdaniami. Gdy pokazali Krawczykowi swoje dokumenty, pan Roman zapytał ich:
— Widzę, że byliście karani więzieniem w Hope-townie...
Spuścili oczy i nic nie odpowiedzieli.
— Czyż mogę wobec tego polegać na was? — zadał nowe pytanie.
— Tak! Pragniemy spokojnego życia — mruknęli razem.
— Czy znaliście gubernatora Horna?
Anglicy podejrzliwie przyjrzeli się pytającemu.
Po chwili milczenia Willy Barber mruknął prawne opryskliwie:
— Każdy więzień musi, chcąc czy nie chcąc, znać gubernatora wysp...
— Nie o to pytam! — przerwał mu Krawczyk. — Chciałbym wiedzieć, co łączyło was z Hornem?
Nie patrząc na rządcę, namyślali się nad odpowiedzią. Odezwał się znów Barber:
— Przypadek!... Zwialiśmy z więzienia w tym właśnie dniu, gdy gubernator coś tam nabroił...
— Oskarżyli nas o to, że pomagaliśmy Hornowi w porwaniu... — zaczął drugi, lecz umilkł nagle.
— W porwaniu Jomagi? — poddał pan Roman. — Któż to był ów Jomaga?
Barber, chrząknąwszy w kułak, zamruczał:
— Podobno — król czarnoskórych tubylców — Minkopi... ale Lucky głupio powiedział, że oskarżono nas o udział w sprawie Horna... Czyżby gubernator posługiwał się więźniami z Hope-townu? Głupie to gadanie!
Nic już więcej nie potrafił pan Roman wyciągnąć z obydwu nowych robotników. Uprzedziwszy ich, że żąda sumiennej pracy i nienagannego postępowania, odesłał ich do swego pomocnika. Gdy wychodzili do biura, wpadł Władek. Spojrzawszy na nieznajomych, nie poznał ich. Na okręcie widział ich z brodami i długiemi, oddawna niestrzyżonemi włosami, teraz zaś obaj mieli głowy i brody ogolone. Porządne białe bluzy i spodnie, wciśnięte w żółte buty, nowe hełmy i czerwone chusty na szyjach zmieniły ich do niepoznania. Władek, obrzuciwszy ich spojrzeniem, przeszedł spokojnie i zaczął rozmowę z ojcem. Prosił o pozwolenie osiodłania zebu, by mógł wraz z Dżairem pojechać ku ciepłym źródłom Diba, bijącym ze zboczy krateru nieczynnego już wulkanu.
— Obiecałem profesorowi przywieźć wapienne stalaktyty, zwisające ze skał Diby, — objaśnił Władek.
— Możesz jechać, synku, ale bez Dżaira... chłopak musi pozostać w domu. Mam na to swoje powody.
Władek zasmucił się. Lubił wesołego Dżaira, bo czarnoskóry chłopak umiał tak pięknie opowiadać o Andamanach i znał stare bajki swego szczepu. Nie było jednak rady, więc Władek, wsiadłszy na zebu, ruszył w drogę. Nie była to właściwie droga, lecz wąski wąwóz, a raczej szczelina w skałach, zarośnięta krzakami i wysoką trawą. Zawiła, załamująca się raptownie droga ta pięła się zboczem grzbietu górskiego aż na sam szczyt Diby. Zebu przedzielał się przez krzaki, płosząc ptactwo i jaszczurki.
Nagle zachrapał głośno i cofnął się w przerażeniu. Władek ledwie nie spadł z siodła przy tak gwałtownym ruchu wierzchowca i z zaciekawieniem szukał powodu niepokoju byka. Wkrótce zrozumiał wszystko. Na płaskim kamieniu leżała żmija. Długie na metr, ciemno granatowe jej ciało zdobiły żółte pasy poprzeczne. Chłopak poznał jadowitą i odważną „bungara-pamę“ — postrach nagich i bosych Minkopi, włóczęgów leśnych. Żmija poruszyła się nagle i uniosła głowę. Patrzyła jednak nie na zebu i siedzącego na jego grzbiecie jeźdźca, lecz w stronę krzaków. W pewnej chwili jakgdyby zamierzała ukryć się w zwaliskach kamieni, lecz natychmiast błyskawicznym ruchem zwróciła się w inną stronę i, podniósłszy głowę, groźnie rozwarła paszczę.
Chłopak zamarł, zapatrzony w zagadkowe ruchy „pamy“. Żmija tymczasem kręciła głową i niespokojnie rozglądała się wokół. Z trawy tymczasem jednym susem wypadło zwinne zwierzątko, okryte brunatnem futerkiem. Zdawało się, że pędzi wprost na żmiję, lecz, gdy pama, wyprężywszy się cała, rzuciła ku napastnikowi swe długie ciało, aby dosięgnąć go jadowitemi kłami, mały drapieżnik zatrzymał się nagle i uskoczył nabok. Żmija, nie mając przed sobą celu, ciężko upadła na ziemię, ale w tej samej chwili śmignął brunatny grzbiet zwierzątka, a jego ostre zęby wbiły się w kark jadowitego płazu. Żmija zdążyła tylko smagnąć ogonem po ziemi i — znieruchomiała. Zwycięzca wlókł ją już w gąszcz traw.
— Niech żyje ichneumon![2] — wyrwał się Władkowi okrzyk zachwytu. Tyle razy słyszał opowiadania o walce małego drapieżnika — mangusty, czyli ichneumona, z wężami i żmijami, czytał nawet porywający opis takiej bitwy w powieści wielkiego pisarza angielskiego, Rudyarda Kipplinga, a teraz widział to wreszcie sam na własne oczy. Podobało mu się to śmigłe, odważne i mądre zwierzątko, chociaż matka Władka zastawiała na nie sidła, gdyż wślizgiwało się do kurnika i zagryzało indyki i perliczki.
Władek ruszył w dalszą drogę, przecinając nagie osypisko ze zwisającemi nad niem białemi skałami. Po zboczach ich spływały małe strumyki mętnej wody, a na krawędziach płyt potworzyły się długie sople stalaktyków. Pozostawiwszy zebu pod skałami, chłopak wdrapał się na ich szczyt. Ponury krajobraz roztaczał się przed nim. Okrągła, naga i głęboka kotlina była niegdyś kraterem wulkanu Diba. Zagasł już wprawdzie oddawna, ale jeszcze z głębiny góry wyciekały źródła gorącej mętnej wody i tworzyły jeziorko na dnie kotliny. Z wody osadzały się sole wapienne, wypełniając coraz bardziej lejkowate zagłębienie. W jednem miejscu jezioro znalazło sobie ujście i niewielkim potokiem zbiegało po łagodnem zboczu, tam i sam spadając kaskadami z kamiennych płyt, gdzie potworzyły się całe słupy z nacieków wapiennych.
Władek przyjrzał się martwej, okrytej oparami powierzchni jeziora, odbił kilka najpiękniejszych stalaktytów i już zamierzał powrócić do swego wierzchowca, gdy wzrok jego padł na bezkresną, szafirową taflę Oceanu. Piękny był w swojej roziskrzonej szacie i jakgdyby podnosił i opuszczał lazurową pierś. Chłopak nagle zmrużył oczy i zaczął wpatrywać się w to miejsce, gdzie koralowe rafy odbiegały długim cyplem od przylądka Czerwonych Skał. Płynął tam trzymasztowy szkuner[3]. Jacyś ludzie zwijali żagle w pośpiechu i spuszczali łódź na wodę.
— Nigdy nie widziałem tu takiego okrętu! — zdziwi się Władek. — Co tu robią ci ludzie?
Usiadł na skałach i wpatrywał się w szkuner i szalupę, odbijającą już od jego burty. Dopłynąwszy do skał koralowych, nagle stanęła. Władek dojrzał trzech ludzi, siedzących w łodzi. Spuszczono do wody długą drabinę, po której zaczęła schodzić i powoli pogrążać się w morzu jakaś niezwykle gruba postać.
— Przecież to nurek! — domyślił się chłopak, i, wytężywszy wzrok, spostrzegł okrągły hełm na głowie człowieka i odbiegającą od niego rurę do pompowania powietrza.
Władek łamał sobie głowę nad tem czego mogliby tu szukać jacyś nieznani ludzie i nagle przypomniał sobie rozmowę, słyszaną na pokładzie „Królowej Elżbiety“, gdy trzech pasażerów o zupełnie niepociągającej powierzchowności rozprawiało o jakichś skrzyniach, wrzuconych do morza wpobliżu Czerwonych Skał i o samochodowej oponie, zawierającej „skarb“.
— Zapomniałem opowiedzieć o tem rodzicom! — pomyślał i zaczął szybko schodzić ze zboczy Diby. Po chwili jechał już dawną drogą, przyglądając się dwum orłom morskim, krążącym nad brzegiem.
— Zapewne fale wyrzuciły jakąś dużą rybę! — mignęła mu myśl, chociaż ostry wzrok jego nic nie mógł wykryć na płaskim, białym brzegu. Orły, pokrążywszy jeszcze chwil kilka, odleciały ku górom, gdzie miały, zapewne, gniazdo, ukryte w miejscu niedostępnem. Wkrótce latały znowu i zataczały coraz szersze koła, wzbijając się coraz wyżej i wydając ostry, przenikliwy skwir.
— Ach! — zawołał Władek. — Stare uczą młode orzełki sztuki latania!
Istotnie tuż nad górami krążyły małe orlęta, niewprawnie jeszcze i częstotliwie machając skrzydłami. Kreśląc w powietrzu nierówne koła, to opadały, to wzbijały się wysoko, porwane nagłym podmuchem wiatru.
Powróciwszy do domu, Władek opowiedział ojcu o nurku, pracującym koło przylądka, i o zauważonych na statku pasażerach. Pan Roman zaniepokoił się tą wiadomością i, kazawszy niezwłocznie przygotować wózek, pojechał z synem w stronę Czerwonych Skał. Zastali tam ośmiu ludzi; jeden z nich nie zdążył jeszcze zwlec z siebie gumowego ubrania nurka.
Niemłody już, bardzo uprzejmy Anglik wymienił swoje nazwisko — Kindley — i objaśnił Krawczyka, że wraz z towarzyszami został posłany przez stację morską w Kalkucie dla badań naukowych wpobliżu Andamanów, na dowód czego pokazał mu papiery urzędowe i różne ciekawe zwierzęta, które zdążyli już schwytać. Władek z zainteresowaniem oglądał ogromne kraby, langusty i jeże morskie, biało-fioletowe muszelki „kauri“, które w różnych miejscowościach Azji i Afryki do naszych czasów zachowały urok talizmanów i wartość monety obiegowej. Pan Roman przy tej sposobności przypominął sobie, że polscy górale tatrzańscy zdobią sobie kapelusze takiemi muszelkami. Wiadomość ta bardzo zainteresowała Anglików. W koszu, gdzie składano zdobycz nurka, leżało sporo dużych, barwnych muszel, wodorostów o długich, twardych, jak skóra liściach, drobnych raków i ciemno-szarych robaków morskich, okrytych brodawkami.
— Boże! Jakież to brzydkie stworzenia! — wzdrygnął się chłopak.
Jeden z nieznajomych zaśmiał się wesoło i odpowiedział:
— Jest to „trepang“ — ulubiony przysmak Chińczyków!
— Jak długo zamierzacie, panowie, przebywać w tych okolicach? — zapytał pan Krawczyk Kindleya, który, jak mu się zdawało, kierował całą wyprawą naukową.
— Mieliśmy zamiar spędzić tu dwa miesiące, lecz, na szczęście, zupełnie przypadkowo udało się nam znaleźć w porcie Bleir wprawnego nurka w osobie pana Murray... to skróci znacznie nasz tu pobyt, — odpowiedział uczony.
Władek przypatrzył się nurkowi, a, gdy spojrzenia ich skrzyżowały się, barczysty, brodaty człowiek nagle spuścił oczy. W tej chwili Władek poznał go.
— Tatusiu! — szepnął, pociągnąwszy ojca za rękaw. — Ten Murray płynął ze mną statkiem z Rangunu...
— Czy nie mylisz się, synku? — zdumiał się pan Roman.
— Nie, ojcze! Ma on na prawem ramieniu głowę psa, serce i kilka liter, wytatuowanych granatową farbą, — powiedział przyciszonym głosem.
Brodaty, ponury człowiek o długich rękach wyswobodził się wreszcie z ciężkiej, gumowej powłoki i wtedy Krawczyk spostrzegł znaki na tatuowanem ramieniu Murraya.
— Masz rację, to — ten sam! — mruknął do syna i głośno już spytał nurka. — Zdaje mi się, że pan niedawno przybył do nas z Rangunu?
Murray zacisnął wargi i, spluwając, odpowiedział:
— Istotnie... Wsiadłem na okręt w porcie Rangunu, ale jadę zdaleka...
— A gdzież są towarzysze pana? — dopytywał się Krawczyk.
Nurek podniósł ramiona i, potrząsnąwszy głową, zamruczał:
— Rozstaliśmy się w Hope-Townie... Zapewne szukają pracy, tak samo, jak i ja...
Rozmowa się urwała, bo pan Roman uważał za niewłaściwe zadać jeszcze jedno pytanie, które wisiało mu na końcu języka, a mianowicie o nazwiska towarzyszy Murraya.
Pożegnawszy nowych znajomych, Krawczykowie odjechali.
Nurek ciężkim, nieprzychylnym wzrokiem patrzał na oddalający się szybko wózek i ruszał wargami, jakgdyby wstrzymując przekleństwa.
Pan Roman jechał zamyślony. Czuł, że otacza go jakaś tajemnica, której rozwikłać nie był w stanie. Postanowił o podejrzeniach swoich nie mówić Władkowi, aby chłopak przez nieostrożność nie popsuł sprawy, która wydawała się zaniepokojonemu Krawczykowi zbyt poważna.


Przypisy

  1. Negritosi — czarna rasa ludzka z wysp Oceanu Indyjskiego i Australji.
  2. Drapieżny ssak z rodziny mangust o charakterze, zbliżonym do naszych kun.
  3. Żaglowy okręt, zaopatrzony nieraz w motor pomocniczy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.