Skarb Wysp Andamańskich/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Skarb Wysp Andamańskich
Podtytuł powieść dla młodzieży
Wydawca Instytut Wydawniczy Bibljoteka Polska
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne Bibljoteka Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ
CZWARTY
W DRODZE DO DOMU

Nazajutrz przed południem duża łódź motorowa przybijała do brzegu wyspy Kede, drugiej w archipelagu Wielkich Andamanów. Zwarta, ciemna dżungla, opleciona lianami i kwitnącemi pnączami dochodziła niemal do samej wody. Pod drzewami stała trzcinowa chatka, o strzesze z liści palmowych, a dwóch nagich tubylców — małych, czarnych, o włosach kędzierzawych, pełniło służbę na przystani, uwiązując motorówkę do pala, w nocy zaś zawieszając palącą się latarnię na wysokim maszcie. Od chatki biegły dwie świeże koleiny, przecięte kołami wozu. Była to lekka kałamaszka, zaprzężona w dwa szare byki-zebu o sterczących na karku garbach. Na koźle siedział mały, czarnoskóry chłopak w białem ubraniu i słomkowym kapeluszu i, spoglądając na podpływającą łódź, błyskał białemi zębami w radosnym uśmiechu.
— Wlad! Wlad! Young Sahib![1] — pokrzykiwał chrapliwym głosem.
Motorówka przywiozła istotnie Władka i jego ojca — pana Romana Krawczyka, którego wojna z polskiej roli z pod Zegrza rzuciła na daleką wyspę, gdzie rozbijały się fale Oceanu Indyjskiego. Panu Krawczykowi powodziło się dobrze. Pracowitość jego, ścisłość w wykonaniu zleceń, uczciwość i spokojny, zdrowy rozum sprawiły, że przygodny narazie pracodawca, angielski plantator Stewans, stał się szczerym przyjacielem rodziny polskiej. Anglik cenił wysoko zdolności i charakter pana Romana i ufał mu tak bardzo, że uczynił go jedynym rządcą plantacji na wyspie Kede. Stewans miał tam rozległe tereny, zajęte krzakami najlepszych gatunków herbaty i drzewkami pieprzowemi. Przyjeżdżał tu raz w roku z Kalkuty, przywożąc upominki dla pani Stefanji, matki Władka. Pani Krawczykowa pomagała mężowi, i, chociaż nic mu nie mówiła i nie skarżyła się bynajmniej na los, tęskniła jednak do kraju i płakała po nocach. Gdy nastał czas oddania Władka do szkoły angielskiej, troska jeszcze bardziej gryźć poczęła serce kobiety. Patrząc na męża załzawionym, niespokojnym wzrokiem, mówiła:
— Hej, zapomni Władeczek mowy naszej i te Angliki przerobią go na swoją modłę...
Sam pan Roman myślał o tem i obawiał się również, wiedząc, że tymczasem tylko mowa polska przywiązuje chłopaka, urodzonego w Chinach, w napół angielskim Szanchaju, do dalekiej, nigdy przezeń nie oglądanej ojczyzny. Ale, widać, krew polska ma tę właściwość, że pali się w niej wrodzona, niegasnąca miłość do ziemi ojczystej, bo Władek nie zapomniał rodzimego języka, z dumą i radością czytał w pismach angielskich wieści z Warszawy i Gdyni i po kilka razy wertował książki, które na prośbę pana Romana przysyłano mu z konsulatu polskiego. Stało się wkrótce tak, że angielscy koledzy chłopaka, wcale nie interesujący się przedtem losem nowego państwa, jakiem była dla nich powstająca po wojnie Rzeczpospolita Polska, wiedzieli teraz cośniecoś o Bolesławie Chrobrym, o bitwie pod Lignicą i Grunwaldem, o Chodkiewiczu, Czarnieckim i Żółkiewskim, o Janie Sobieskim, pogromcy Turków i obrońcy Wiednia, o Kościuszce i powstaniach przeciwko Moskalom, wreszcie o marszałku Piłsudskim, znakomitym mistrzu Paderewskim i młodej, a zwycięskiej już, armji polskiej. Lubili słuchać Władka i wszyscy bez wyjątku przyjaźnili się z nim. Przepadali też za nim koledzy Hindusi i Birmańczycy, ale mieli do tego inne powody. Zaczęło się to od zwykłego śród chłopców zajścia. Jeden z kolegów Władka — wysoki, silny, wysportowany Anglik, syn pułkownika, dowódcy oddziału kawalerji w Rangunie, potrącił umyślnie małego Hindusa, syna pewnego radży[2] z Jamethin,[3] a posłyszawszy z jego strony wyrzut, uderzył słabszego i młodszego od siebie chłopaka. Władek ujął się wówczas za Hindusem i już miał rozpocząć bójkę z ciskającym się nań Anglikiem, gdy ten — wściekły i blady z gniewu, krzyknął:
— Taki porządny chłopiec i broni małpy! Hańba!!
Władek wzruszył ramionami i odpowiedział:
— Nie widzę tu żadnej małpy! Stanąłem w obronie małego Hindusa...
— Hindus — to nie człowiek! — wrzasnął Anglik.
Władek zaśmiał się i odparł natychmiast:
— Powiedz o tem swemu kapelanowi na lekcji religji, a potem powtórz to samo profesorowi przyrody!
Cała klasa ryknęła śmiechem, a jeden z kolegów zawołał:
— Jack[4] nie powie, bo od pastora dostałby za to najgorszy stopień, a od przyrodnika — drugi taki sam!
— No, to świetnie! — ucieszył się Władek. — Widzę zatem, iż wiecie wszyscy, że Hindus jest człowiekiem!
Zapalczywy Jack pomyślał chwilkę, a potem parsknął śmiechem i, przeprosiwszy Hindusa, mocno potrząsnął rękę Władkowi.
— Spryciarz z ciebie, ale jesteś morowy kolega, sprawiedliwy! — szepnął mu do ucha.
Bronzowe chłopaki uznali również małego Polaka za sprawiedliwego kolegę i — gotowi byli pójść za nim w ogień i wodę; starsi w inny sposób ocenili czyn Władka, bo dyrektor szkoły pochwalił go wobec całej klasy, a pułkownik i radża zaprosili chłopaka na obiad i byli dla niego niezwykle uprzejmi, traktując go jak dorosłego „dżentelmena“.[5]
Wyskoczywszy na brzeg „swojej“ wyspy, „dżentelmen“ pozdrowił czarnych tubylców i pobiegł do wózka, wołając:
— Jak się masz, mały Dżair? Urosłeś, widzę, i dostałeś nowy kapelusz? Bardzo ci w nim pięknie!
Mały woźnica, błyskając zębami i białkami oczu, powtarzał raz po raz:
— Young Sahib! Young Sahib!
— Cóż-to? — zdumiał się chłopak. — Zapomniałeś, czy co, że mam na imię Wład, a wcale nie sahib?
— Wlad!... Wlad! — szeptał Dżair, nie spuszczając zachwyconego wzroku z wesołej twarzy Władka, a z jego czarnych oczu kapały łzy.
W kwadrans potem szare zebu[6] ciężkim kłusem ruszyły w stronę dżungli. Droga — ledwie widzialna i rzadko uczęszczana — biegła przez pewien czas brzegiem morza. Koła zgrzytały na muszlach i odłamkach korali, wyrzuconych przez fale w godzinach przypływu. Wkrótce jednak wózek wtoczył się pomiędzy dwie ściany wysokich drzew i coraz bardziej zagłębiał się w dżungli. Jechali w półzmroku, gdyż przez gęste korony drzew nie przebijał się ani jeden promień słońca. Duszne i parne powietrze zmuszało podróżników do milczenia, ponieważ oddech stawał się trudniejszy i bardziej przyśpieszony. Zebu pochrapywały i prychały, wymachując ogonami. Całe chmury moskitów, bąków i drobnych muszek czerwonych cięły im skórę, zalepiały oczy i wdzierały się do uszu i nozdrzy. Zresztą dokuczały one także i ludziom, a stawały się coraz natarczywsze.
— Włóż siatkę, Władku, bo tak cię pożądlą te przebrzydłe muchy, że matka nie pozna ciebie! — poradził pan Roman, wyciągając z torby kawał lekkiej, przezroczystej tkaniny.
Owinąwszy nią głowę i szyję, Władek rozglądał się dokoła. Znał tę drogę przez dżunglę, ale zawsze ciekawiła go. Gdzieś wysoko nad ziemią krzyczały, przelatując z gałęzi na gałąź, ptaki barwne — papugi zielone i różowe, jaskrawo upierzone drozdy i inne — małe i duże. Z korzeni, ciągnących się w haszczach paproci i trzcin, z pluskiem wpadały do bagna żółwie, a przez drogę śmigały jaszczurki. W dżungli nie spotkali nikogo. Raz jeden tylko mignęła w gąszczu kniei ciemna, zwinna sylwetka tubylca. Przemknął niby widmo nieuchwytne. Skakał z korzenia na korzeń, czepiał się zwisających lian i gałęzi, przenosił się, niby ptak, nad trzęsawiskiem, aż zniknął za ścianą bambusów.
— Jak się miewają w tym roku biedacy Minkopi? — spytał chłopak, dotykając ramienia ojca.
Pan Roman pokiwał głową i odparł ze smutkiem w głosie:
— Źle się dzieje z tubylcami Andamanów! Coraz szybciej wymiera ten biedny, ciemny szczep. Niema na to rady! Znam lekarza z Hopetownu, bardzo porządnego i dobrego człowieka. Chciałby on pomóc im, leczyć i przyzwyczaić do walki z chorobami, ale Minkopi nie ufają nikomu, unikają białych ludzi, kryją się w dżungli i wymierają coraz bardziej. Podobno pozostało ich zaledwie 2000 głów. Jeżeli tak dalej pójdzie — to za jakie trzydzieści lat nie pozostanie już ani jednego!
Umilkli znowu, ale Władek, przypomniawszy sobie coś nagle, zapytał znów:
— Tatusiu, kto to był... Horn?
Pan Krawczyk ze zdziwieniem spojrzał na syna i zawołał:
— Skąd ci przyszło do głowy to nazwisko?!
— Słyszałem je na statku przedwczoraj... opowiem ci o temszczegółowo w domu, — odparł.
Pan Roman, marszcząc czoło, gdyż starał się dokładnie ożywić w pamięci okoliczności i wypadki, związane z nazwiskiem Horna, zaczął opowiadać:
— Był tu przed naszym przyjazdem gubernator — Edward Horn. Słynął ze swej surowości i był postrachem dla posyłanych tu więźniów, Minkopi, urzędników i białej ludności. Pewnego razu kazał odnaleźć i przyprowadzić do siebie wodza tubylców. Jomaga — tak się nazywał ów wódz — długo się ukrywał, aż wreszcie schwytano go i stawiono przed Hornem. Co się tam potem stało — tego nikt dokładnie nie wie. Jomaga przepadł bez śladu, a gubernatora oddano niebawem pod sąd za to, że własnoręcznie wypuścił z więzienia trzech niebezpiecznych aresztantów. Wytropiono ich wkrótce i osadzono ponownie za kratkami, gubernatora zaś przywieziono na wyspę Żmij w porcie Bleir, gdzie mieści się najsurowsze więzienie karne, skąd już nikt nie wychodzi. Co do Horna, to, podobno, po roku już zakończył tam życie.
— Ale cóż takiego zrobił ten Horn? — dopytywał się Władek.
— Tego nikt nie wie na Andamanach. Sprawę jego otacza tajemnica, tembardziej, że natychmiast po aresztowaniu Horna zmieniono tu wszystkich urzędników, policję, straż celną, a nawet pastora i lekarza, — odpowiedział ojciec.
Wózek wytoczył się znów na brzeg morza. Słońce wylewało strugi światła na drobny i biały, jak mąka, piasek i na zarośla banjanów.[7] Z konarów ich spadała cała sieć korzeni powietrznych. Jedne z nich wisiały swobodnie i kołysały od powiewu lekkiej bryzy,[8] dobiegającej od morza, inne, dotarłszy do ziemi, umocowywały się już w niej, tworząc nowe piony. Długie, płaskie fale nie dosięgały brzegu. Zderzywszy się ze wznoszącemi się z dna morza rafami koralowemi, które, niby mur, broniły dostępu do wyspy, słabły nagle i, przelewając się przez tę przegrodę, z głośnym pluskiem wpadały do laguny, nad którą szybowały mewy.
Władek, ujrzawszy brzeg, trącił czarnego chłopaka i powiedział:
— Będziemy strzelać do ośmiornic, jak w zeszłym roku!
— O, sahibie, jest dużo ośmiornic, bardzo dużo! — zawołał Dżair, błysnąwszy oczami, i, zwróciwszy twarz do Władka, dodał szeptem: — Stary Baharana widział wielką ośmiornicę, taką, co porywa kozy, a nawet zebu!
— Poszukamy jej! — krzyknął chłopak i zdjął siatkę, gdyż poczuł świeży podmuch od morza — najlepszą obronę przed moskitami i inną latającą plagą.
Droga zaczęła się piąć tymczasem na zbocza pagórków, okrytych krzakami tamaryndowemi[9] i niską poroślą palmową. Wózek wtoczył się wkrótce na płaszczyznę. Z jednej strony urywała się ona nad morzem pionową niemal ścianą, z drugiej dochodziła do dżungli z piętrzącemi się nad nią skałami. Całą płaszczyznę przecinały prawidłowe szeregi krzaków herbaty, a za niedużym potokiem, płynącym przez plantację, ciągnęły się szeregi szaro-zielonych drzewek pieprzowych. W wąskim końcu równiny widniały drewniane zabudowania o czerwonych dachach.
— Middle Hill! — krzyknął radosnym głosem Władek i, zeskoczywszy z wózka, pomknął naprzełaj, gdyż ujrzał matkę, stojącą na tarasie przed domkiem.


Przypisy

  1. Czytaj — jang sahib, co znaczy — młody pan.
  2. Radża — książę lub król panujący w Indjach i Birinanji, oraz w niezależnych od Anglji państewkach.
  3. Jamethin — miasto nad Irrawadi w Birmanji.
  4. Czytaj — Dżek.
  5. Dobrze wychowany człowiek.
  6. Zebu — byk o garbatym karku.
  7. Figowiec indyjski.
  8. Lekki wiatr morski.
  9. Tamarynd — podzwrotnikowa roślina z rodziny strąkowych o jadalnych i leczniczych owocach.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.