Skarb Wysp Andamańskich/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Skarb Wysp Andamańskich
Podtytuł powieść dla młodzieży
Wydawca Instytut Wydawniczy Bibljoteka Polska
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne Bibljoteka Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ
PIERWSZY
NA POKŁADZIE KRÓLOWEJ ELŻBIETY

Powierzchnia zatoki Bengalskiej[1] wydawała się białą. Nic dziwnego, bo był marzec, jeden z najbardziej upalnych miesięcy w południowej części półwyspu Indochińskiego i wysp, rozrzuconych wzdłuż jego pobrzeży. Promienie słońca odbijały się od nieruchomego zwierciadła morskiego, a lekkie opary nadawały wodzie i powietrzu biały, mętny odcień. W takie to skwarne południe mały statek angielski, sapiąc dychawicznie, płynął z Rangunu[2] na południe. Na czarnym dziobie okrętu widniał napis „Queen Elisabeth“[3]. Stare, zakopcone pudło, jakiem był ów parowiec, zupełnie niesłusznie nosiło tak szumną nazwę — „Królowa Elżbieta“! Nad pokładem majtkowie rozpięli brudne, połatane płótno, aby nieliczni pasażerowie mogli odpocząć w cieniu. Koło burty, wprost na deskach, siedziało kilku Birmańczyków[4] o twarzach bronzowych i żółtych zawojach na głowie. Jedni z nich, nieruchomym wzrokiem patrząc na płaskie fale, rozbiegające się z pod dziobu parowca, palili długie bambusowe fajki, inni — żuli „betal“ — mieszaninę tabaki, kory cynamonowej i aromatycznych korzeni — i co chwila wypluwali za burtę gęstą, czerwoną, niby krew, ślinę.
Trzech Europejczyków w rozpiętych na piersiach koszulach, pykając cygara, rozsiadło się na składanych krzesełkach drewnianych. Przyglądał im się z ciekawością oparty o burtę chłopak, zapewne czternastoletni. Opalony na bronz, miał szaro-niebieskie, wesołe oczy, a z pod ronda płóciennego hełmu wybijał mu się płowy kosmyk włosów.
Od samego rana nie spuszczał on z oka trzech ponurych, milczących pasażerów. Nie podobali mu się bowiem od pierwszego rzutu oka, a gdy jeden z nich, odchylając rękaw koszuli, obnażył ramię, chłopak spostrzegł na niem serce, jakieś litery i głowę psa, wytatuowane granatową farbą. Baczny na wszystko, zauważył niebawem, że milczący pasażerowie mieli rewolwery, ukryte w tylnych kieszeniach spodni.
— „Królowa Elżbieta“ wiezie pocztę i pieniądze dla urzędników w Singapurze[5] — przypomniał sobie chłopak, — więc może te okrutnie ponure draby zamierzają ograbić statek?
Rozmyślania jego i domysły przerwał stary bosman. Klepnął chłopaka przyjaźnie i, ogarniając go ramieniem, powiedział:
— Przyglądasz się rekinom, bracie?
— Rekinom?... — powtórzył mały pasażer, podnosząc oczy na marynarza.
Ten pyknął fajkę i mruknął, jakgdyby od niechcenia, bo tylko takim tonem żeglarze całego świata mówią o drapieżcach morskich, swoich zaciętych wrogach:
— Zbliżamy się do Wysp Kokosowych,[6] ulubionego miejsca żarłaczy... O wilku mowa... Masz już jednego!
O jakieś pięćdziesiąt metrów od burty płynęła cała flotylla żeglarek. Barwne zwierzątka morskie, połyskując muszlą, wiosłowały długiemi mackami. Nagle skurczyły się, poszarzały i znikły tak szybko, jakgdyby rozpuściły się w ciepłej wodzie. Jednocześnie tam, gdzie przed chwilą żeglowały te piękne głowonogi, zjawiła się wnet trójkątna płetwa jakiejś dużej ryby. Cięła ona bez plusku gładką powierzchnię morza, a gdy wynurzyła się tuż przy parowcu, chłopak ujrzał ciemno-szarego rekina. Potwór długo płynął obok burty, nie spuszczając swych małych, złych ślepi ze stojących na pokładzie ludzi, aż wkońcu przewrócił się do góry białawym brzuchem, ukazując olbrzymią paszczę zębatą, śmignął ciemnym cieniem na głębinie i zniknął pod kadłubem parowca.
— Zapewne kucharz wrzucił resztki jedzenia do morza — uśmiechnął się bosman, — żarłacz pozbiera je, a potem będzie płynął za rufą, czekając na nową porcję!
Umilkł i, puszczając dym, patrzał na białą, lśniącą taflę morza. Chłopak nie przerywał milczenia. Przyglądał się nadlatującym mewom — białym i szarym. Ptaki krzyczały jękliwie i szybowały na skrzydłach, wygiętych niby sierpy. Zwiastowały ląd, chociaż dokoła widniało tylko morze, jakgdyby oddychające spokojnie pod blado-niebieską kopułą nieba.
— Pocóż to płyniesz, przyjacielu, na Andamany?[7] — zadał pytanie bosman.
— Do rodziców — na wakacje, aż do lipca! — radosnym głosem odpowiedział chłopak.
— Ach — tak! — kiwnąwszy głową, mruknął marynarz. — Czy pochodzisz z kolonji czy też z Anglji?
Chłopak zaśmiał się wesoło i odparł:
— Nie jesteśmy Anglikami! Rodzice przyjechali tu z Polski, ale ja urodziłem się w Szanchaju[8] i w tym roku skończę szkołę w Rangunie.
— Fju-ut! — gwizdnął bosman. — Polska — to... Gdynia... Byłem tam przed trzema laty z ładunkiem bawełny. Ależ — to djablo daleko! Jakżeż to się stało, że jakieś wiatry zaniosły was aż na Andamany? Opowiedz-no, chłopcze, bo to musi być niebylejaka historja!
Młody pasażer spoważniał nagle.
— Niebylejaka to przygoda — zgadliście bosmanie, ale w opowiadaniu — krótka! — odparł. — Podczas wojny z Niemcami Moskale kazali wieśniakom polskim porzucić ojczyznę i przenieść się w głąb Rosji. Rodzice, wyjechawszy, w poszukiwaniu pracy zabrnęli aż do Mandżurji. Tam pracowali na angielskiej plantacji bobów — soja, a właściciel, niejaki mister Stewans, zabrał ich ze sobą do Szanchaju, gdzie ja przyszedłem na świat... No, a teraz ojciec i matka gospodarzą na plantacji herbaty i drzew pieprzowych na Środkowym Andamanie, bo pan Stewans ma tam swoje tereny... Oto już i — wszystko, bosmanie!
Marynarz podrapał się w głowę i odburknął:
— A no — prawda, że to — i wszystko... zdaje mi się jednak, że tę drogę z Polski do Andamanów mogli przebyć tylko bardzo mocni, pracowici i uczciwi ludzie. Jak myślisz, chłopaku?
Zapytany wzruszył ramionami i twardym głosem odpowiedział:
— Tacy już są moi rodzice...
— A cóż ty robisz?
— Kończę szkołę w Rangunie, a potem pojadę na dwa lata do Kalkuty[9] do szkoły rolniczej, abym mógł pomagać ojcu i zastąpić go w razie potrzeby... Zresztą pan Stewans da mi posadę w Assamie na plantacjach herbaty, gdyż tak przyrzekł, a jego słowo — murowane!
— No-no-no! — kręcąc głową, dziwił się bosman. — Ależ dzielni z was ludzie! Opowiem o was swoim chłopcom, bo oni to chwytają się wszystkiego, ale jakoś im nie idzie...
Chłopak podniósł oczy na mówiącego i cichym głosem zauważył:
— Mój ojciec twierdzi, że podejmować się należy tego tylko, co człek może zrobić, a więc tego, co umie i lubi.
Bosman westchnął i, nabijając fajkę, zamruczał:
— Twój stary dobrze mówi, bo...
Dalszą rozmowę przerwał im ostry gwizdek z mostku kapitańskiego. Marynarz kiwnął głową chłopakowi i pobiegł na rufę. Dzwonek wybijał zmianę wachty.


Przypisy

  1. Część Oceanu Indyjskiego, zamknięta z trzech stron półwyspami Hindostańskim i Indochińskim.
  2. Port na zachodniem wybrzeżu półwyspu Indochińskiego.
  3. Czytaj — Kuin Elizabet.
  4. Tubylcy, zamieszkujący Birmanję — anglo-indyjską prowincję na półwyspie Indochińskim.
  5. Singapur (Singapore) — miasto i port na wyspie tej samej nazwy koło południowego cypla półwyspu Malakka.
  6. Grupa wysepek w zatoce Bengalskiej.
  7. Wyspy Andamańskie — gromada górzystych wysp we wschodniej części zatoki Bengalskiej. Na starych maszynach przechowała się dawna ich nazwa — „Wyspa Morderców“.
  8. Port chiński niedaleko od ujścia Niebieskiej Rzeki, na wybrzeżu Oceanu Spokojnego.
  9. Największe miasto Indyj, leżące na odnodze Gangesu, wpadającego do zatoki Bengalskiej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.