Sielanka (fragment)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Sielanka
Podtytuł (fragment)
Pochodzenie Ave Patria
Data wydania 1935
Wydawnictwo Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
SIELANKA
(FRAMENT)
I

Na Saskiej Kępie w niedzielę.
„Pod Dębem” rojno i ludno, jak na jarmarku. Pełno ludzi w ogrodzie przy białych stolikach, pełno na huśtawkach, pełno na karuzelach, pełno przy kręgielni, pełno przy altanach, skrytych jaśminami rozkwitłemi, i pełno w sali, gdzie tańczono mazura.
Stary fortepian brzęczał jakby szkłem potłuczonem, flet gwizdał, niby kos schrypnięty, skrzypce jęczały zmęczone, a rożek łkał jakby przez pijacką czkawkę, a wtórowały im tupania siarczyste, pokrzyki dyszące, śpiewy, szczęki kufli, ostre głosy moździerzy, w które dzwoniono w kuchni, że „gotowe”, i krzyki dzieci, i strzały w strzelnicy, i popsute głosy katarynki przy karuzelach, i głuchy gruchot kul w kręgielni, i dalekie, głębokie szumy Wisły.
W ogromnej izbie, przyciemnionej mocno, bo drzewa zaglądały do okien, tańczono zapamiętale, podłoga skrzypiała i gięła się pod nogami, niby klawisze, sufit czarny, popękany zdawał się leżeć na głowach tej zbitej, splątanej gęstwy ludzkiej, kręcącej się zapamiętale wkółko. Kilkadziesiąt osób stało pod ścianami, a drugie tyle tańczyło w pośrodku. Tupot był ogłuszający, tumany kurzu pokrywały szarym obłokiem całe wnętrze, że tylko czerwone twarze migotały, białe sukienki, koszule tancerzy i niewyraźne zarysy rąk i nóg.
Jakiś ogromny chłop bez surduta, z czerwoną głową, tańczył na przodzie, porywając za sobą tłustą dziewczynę. Machał serwetą i schrypłym głosem, przytupując ogniście, ryczał:
— Mazur, wszystkie pary, mazurr!…
Rżał jak źrebiec i z pasją szaloną rzucał się po sali, przebiegał, bił obcasami w podłogę, zakręcał, przestawał, a co chwila wołał:
— Z życiem, panowie! Z życiem! Rum, rum! Dyź! dyź! dyź!
I znowu biegł, a za nim waliła ciżba ludzka, niby ogromna fala, przelewała się z końca w koniec sali, porwana muzyką, której szalony, pijacki rytm z dziką siłą porywał w wir, w zapamiętanie, w szał.
Widzowie z pod ścian, ze drzwi, z okien, z ogrodu nawet pomagali tańczącym głosami, przytupywaniem, śpiewami.
Aż naraz ciżba zatrzymała się tak gwałtownie, że kilka par poleciało wbok, na ściany i na bufet, bo rudy pan zatrzymał się na czele i zaśpiewał:

Uciekła mi przepióreczka w proso,
A ja za nią nieboraczek boso!

Tłum się rozłamał na dwoje i uformował dwie groble wzdłuż sali, a środkiem przelatywał pan z czerwoną głową i gonił tancerkę. Fortepian przycichł, tylko skrzypce, do spółki z fletem, zaczęły przyśpiewywać jakby młodemi głosami dziewczyn… igrać swawolnie… przekomarzać się… to uciekały, to zdawały się rwać… to słaniały się jakby zmęczone… to znowu wybuchały kaskadą tonów pełnych radości… a gwaru… a śmiechu…

Trzeba mi się pani matki spytać,
Czy pozwoli przepióreczkę schwytać?

Śpiewali wszyscy, i po tych pojedyńczych, solowych zapędach znowu wir porywał wszystkich, fortepian dał pobudkę, a rożek grzmiał fanfarą triumfalną, tłum się rozszedł, i taniec już szedł dziki, zadyszany, bezładny, a ognisty…
— Z życiem panowie! Dyź! dyź! dyź!
Dom drżał w posadach, szyby brzęczały, bufet dygotał, pot zalewał twarze, kurz przysłonił wszystkich, zmęczenie obezprzytomniało, ale tańczono wciąż, tańczono bez odpoczynku… do upadłego… po polsku…
— Dyź! dyź! dyź! — ryczał pan z czerwoną głową.
Obok sali, w małym pokoju o jednem oknie, stała para ludzi, tak zatopiona w sobie, że prawie nie słyszeli tańca.
— Odprowadzę panią do domu, dobrze?
— Musiałby pan długo czekać, do zamknięcia.
— Zaczekam.
— Panienko! Cztery piwa!
— Zaraz! A przytem… odprowadza mnie zawsze… ktoś…
— Ten rudy, wiem. Niech pani zapomni, że on istnieje.
— Dobrze, już nie pamiętam, jeśli pan chce tego — szepnęła miękko.
— Zośka! Do pani, prędzej! — krzyknął ktoś z drzwi bocznych.
— Zaraz! Co się stało, że pan dzisiaj przemówił?…
— Chciała pani tego?
— Czekałam… tak czekałam… — dodała cicho, z naciskiem, pochylając się ku niemu — pocałował ją namiętnie w rękę. Cofnęła się prędko… bladą matową jej twarz powlókł różowy cień; bezwiednie poprawiła ciemnych, puszystych włosów i przejrzała się w lustrze, wiszącem na ścianie. Radosne zakłopotanie ją przejęło, i pełna pomieszania rozkosznego i trwogi zarazem, trwogi denerwującej, szepnęła:
— Czekałam dawno, od Nowego Roku, jeszcze tam… „pod Gwiazdą”!
Spojrzał na nią tak dziękczynnie, miłość buchnęła z jego ogromnych niebieskich oczu i taki żar, że dziewczyna sponsowiała.
— Muszę iść, bo gospodyni mnie zwymyśla.
— Ale zajrzy pani do mnie?
— Niech pan siądzie na werandzie, tam będę mogła prędzej przylecieć, albo chociaż zdaleka zobaczę pana…
— Dobrze… ale… czy ten rudy — to może narzeczony?…
— I… chciał nim zostać, ale jest tylko takim tańcusiem do odprowadzania… Przyczepił się i pozbyć się go nie mogę. Głupi facet, myśli, że za pudry i perfumy to u mnie co wskóra! — zaśmiała się cynicznie i pobiegła, zbierając po drodze ze stolików próżne kufle.
Zapiął mundur i przeniósł się na werandę, pokrytą starym, spróchniałym dachem, przez który, niby przez gęste sito, przesiewały się słoneczne blaski na tłum, rozsiadły przy stolikach.
Nie mógł się skupić, drżał jeszcze wewnętrznie od wrażenia tej sceny z Zośką. Po całym roku zdecydował się przemówić do niej… i teraz czuł, że obcym ani obojętnym dziewczynie nie jest. Z radością głęboką chwytał teraz jej spojrzenia, przesuwała się między stolikami, przez werandę; to widział ją w ogrodzie, to wychylała się za nim z sali, której okno wychodziło tuż przy nim.
— Niech pani odpocznie trochę… — prosił cicho.
— Nie, nie można, jutro mam odpoczynek.
— Ma pani dzień wolny, co?
— Cały dzień, aż nie wiem, co z nim zrobię…
— Pomogę pani!
— Hej! panno, piwo! — krzyknął ktoś, więc pobiegła.
A on pozostał przy nietkniętem piwie, gonił ją wzrokiem, ale zapadał w jakieś głębokie odrętwienie, w dziwny spokój, płynący z nerwowego wyczerpania.
Restauracja wrzała krzykami i muzyką, a z całej wyspy, ze wszystkich stron, dolatywały głosy śpiewów, muzyk, katarynek, krzyków, parowce co pewien czas darły świstami powietrze, widział ich czarne, postrzępione dymy na tle czystego, bezchmurnego nieba. Wzgórza warszawskie, obsiadłe szeregami domów, wież, dachów, lśniących kopuł i ogrodów, majaczyły blado w rozprażonem, upalnem powietrzu. Drzewa stały bez ruchu, piły słońce i ten kurz szalony, który bił z dróg i z placów i zacieniał kępę, niby mgła. Upał się kończył, bo słońce już zsuwało się za Pragę i świeciło skośnie, ale natomiast podnosił się „pod Dębem” coraz większy gwar i krzyk. Spocone „bawarki”, garsoni w brudnych koszulach i poplamionych frakach biegali jak opętani wśród gości.
Naraz wdali przycichła muzyka i cała fala zmęczona, rozgrzana, przepocona, wylała się na werandę i w ogród, już i tak dosyć zapełniony. Gwar się podniósł nie do opisania, wszyscy mówili naraz, śmiali się, szczękali kuflami, krzyczeli na garsonów, śpiewali razem.
— Do karuzeli! Do karuzeli! — krzyczał chudy, mały Żyd, przeciskając się przez gęstwę z koszem.
— Cetno-licho! Kto gra, ten wigra. Do szczęścia panowie, do szczęścia! Cetno-licho! Mam dzisiaj pech! Do karuzeli! Do karuzeli! — krzyczał coraz głośniej, natarczywiej i jakby błagalnie.
A z drugiej strony ogrodu, pomiędzy stolikami, obsiadłemi przez całe rodziny, przesuwał się wysoki, chudy człowiek o wypełzłych oczach, trupio-bladej twarzy, czarnych wąsach i bródce; frak miał wyplamiony, niby biały krawat i jakieś podejrzane ordery na piersiach. Pochylony mocno, wyciągał ręce, podobne do szponów, nad stolikami, pokazywał sztuki magiczne.
— Szanowne państwo! Jestem wendrowny prefesor czearnej magiej — króla egipetskiego i szkockiego. We przejeździe z Londynu do Paryża na krótką chwilę wpadłem na Saską Kępę… Kto ciekawy! Nadzwyczajne tajemnice! Czytam w myślach! Wróżę z ręki i z kart! Kto ciekawy! Za pół rubla tajemnice przeszłości i przyszłości! Za dwa złote! Kilka sztuk magicznych, które wykonywałem w haremie, przed sułtanem! Szanowne publiczności! Był widelec, co? Niema widelca! Gdzie widelec?… We brzuszku moim! Kto nie wierzy… Szanowne… i t. d. — krzyczał wkółko przy stolikach i brał często to dziesiątkę, to kufel piwa, to inny poczęstunek, to kopnięcie albo wymyślanie, nie zważał na takie drobiazgi, wytrwale bawił gości.
W jednej z altan, gęsto pokrytej winem i krzakami jaśminu, rozległ się pijacki śpiew.
— Milczeć tam, cicho! — wołali groźnie w ogródku, bo śpiew był rosyjski. Więc śpiew umilkł natychmiast, a w miejsce tego jakiś głos krzyczał potężnie:
— Panna Zosia! Panna Zosia do nas! Zosia!
A ona znowu stała za nim, w oknie.
— Kto to woła?
— To te oficery z altany…
— Nie pójdzie pani przecież do Moskali?!
— I, nie boję się, cóż mi zrobią…
— Niech panna idzie do oficerów, kazała gospodyni! — wołał garson.
— Nie pójdę, niech Mańka idzie…
— Bardzo pani zmęczona?
— O, ja już przywykłam, jutro odpocznę.
— Może pani co zje?
— Nie mam czasu, a przytem w niedzielę stara nie da siedzieć z gośćmi na sali, chyba w gabinecie…
— To chodźmy do gabinetu.
— Zośka! Idź mi natychmiast do oficerów! Ale, będzie mi się tu gzić z gołymi studentami, przy piwie, a tam szampańskie piją panowie oficerowie i chcą, żebyś przyszła… — krzyczała gospodyni.
Zośka zerwała się, jakby biec chciała.
— Proszę dla mnie gabinet, kolację na dwoje i szampańskiego! — krzyknął przez okno do gospodyni i tak piorunująco spojrzał na nią, że cofnęła się i przez drzwi zawołała:
— To już nie chodź, powiem tamtym, żeś już wyszła…
— Dobrze tak, dobrze? — pytał.
— Strasznie pana… lubię — szepnęła mu cicho, bo jej zaimponował ogromnie tem energicznem wystąpieniem.
— Gdzie to ten gabinet?
— Zaprowadzę pana.
Śpiesznie wyszedł z werandy, bo mu wstyd było, że zwrócił tem głośnem poleceniem uwagę publiczności.
Ale już w sali zabiegał drogę ten z czerwoną głową.
— Panno Zosiu, proszę do naszej kompanji, obiecała pani…
— Nie mam czasu…
— E, czas to widać jest, ale dla studentów… — dodał wyzywająco.
— Nie zawracaj pan kontramarki! — krzyknęła groźnie, wprowadzając go do gabinetu. — Niech się pan do niego nie odzywa, to awanturnik… Zaraz przyjdę.
Otworzył jedyne, małe okienko, bo duszno było w tym niby porządnym pokoju. Okno wychodziło na ogród warzywny, zasłonięty ogromnym klombem róż dzikich i jaśminów, a wysoko ponad zrębami drzew majaczyły czerwone mury Starego Miasta.
A on stał przy oknie, wdychał zapach jaśminu i rozmyślał, że za chwilę ona tutaj przyjdzie, że będą sami… A co dalej? Co z tego będzie? Nie, nie chciał nic wiedzieć, nic myśleć, bo dobrze mu tak było, jak było, jak zaraz będzie, gdy ona powróci.
Słuchał, ale tylko wrzawa ogródka szumiała i drzewa pod oknami zaczęły szemrać jakby pacierz wieczorny, jakby pożegnanie dnia, a fale wiślane łkały coraz głośniej i coraz bliżej.
Zośka wpadła z pośpiechem.
— Zaraz przyniosą szampańskie.
— Alboż ja czekam na wino!?
— Nie?…
— Nie wie pani, na kogo, co?…
Stali nawprost siebie, pierś w pierś, oddychali prędko, twarze im płonęły, oczy świeciły gorączką, żarem, pożądaniem… Miał szaloną chęć ująć ją w ramiona i całować, nie śmiał, tylko pochwycił ręce i pokrywał pocałunkami.
Zośka tak się wygięła, że wypukłemi piersiami dotykała jego piersi, chciała go również całować. Odsunął się nieco, a ona dotknęła tylko palcami jego ust ponsowych.
— Dobry pan jest, dobry mój Stach… — szeptała.
— Zosia!
Siedli przy sobie na kanapce, nie widząc nic dookoła, ni brudów wstrętnych tego gabinetu, ni, że już wieczór mrokami wsączał się do pokoju, trzymali się za ręce, czasem mówili coś bez związku, czasem wybuchali śmiechem bez przyczyny, patrzyli sobie w oczy, patrzyli głęboko, dotykali się ramionami, a nie śmieli się całować, nie potrzebowali nawet tego, dość im było być przy sobie i czuć tę wiośnianą szczęśliwość pierwszych chwil kochania.
— Zosiu!
— Stachu!
Szeptali zduszonemi, rozpalonemi słowami i w tych słowach krótkich zamykali wszystko, co ich serce przepełniało. Nie powiedzieli sobie tego słowa: kocham! Bo i poco? Alboż nie wiedzieli o tem, nie mówili sobie oczami, milczeniem, tą ciszą serca! Odsunęli się nieco od siebie, bo garson wnosił kolację i wino. Nie, nie mogli jeść, pili tylko dosyć.
Stach był blady jak płótno, rozpiął mundur, tak mu było gorąco, a Zośka po kilka razy ocierała twarz kolońską wodą, żeby się ochłodzić.
Ale teraz Stach już umyślnie trzymał się od niej zdaleka, bał się dziewczyny, bał się jej ufności bezgranicznej, bał się samego siebie; pożerał ją oczami, a cofał rękę, gdy się mimowolnie spotkała z jej ręką, a usuwał się na drugi brzeg kanapki, bo ciała ich się gięły, prężyły, szły i nieprzeparcie ciążyły ku sobie. Zauważyła tę jego walkę i spoglądała nań z jakąś dziwną czułością i dumą.
— Pan nie taki facet jak wszystkie!
Wychyliła się przez okno i urwała cały pęk jaśminów.
— Niech pachnie, będzie nam jeszcze lepiej.
— Dlaczego ja pani nie znałem dawniej? Nie wiem, żal mi tylko, że tyle lat żyłem i nie znałem pani…
— Prawda, czemu się nie znamy dawniej! Prawda!… — szeptała, przyciskając jaśminy do ust zgorączkowanych, oparła głowę na tył kanapy, zamknęła oczy i tak długo leżała bez ruchu i bez słowa. Czasem otwierała oczy i, spotkawszy jego gorące, namiętne spojrzenie, uśmiechała się słodko.
— Stachu! Stachu! — skandowała cicho, z lubością.
— Znam panią już cały rok, cały rok! Pamiętam dobrze ten dzień poznania pani, było tak samo, jak dzisiaj, w czerwcu, byliśmy tutaj całą gromadą…
— Miał pan taki biały mundur, pamiętam.
— A pani była w jedwabnej czarnej sukni.
— Nie, nie mam jedwabnej sukni. Gdybym tylko chciała… ale nie mam. — Zapaliła papierosa, pociągnęła kilka razy i włożyła mu do ust.
— Niech pan Stach pali! Pan jest medykiem?
— Tak, tak.
— To pan kraje trupy! — Wzdrygnęła się nerwowo.
— Nie, mało, bo przecież nigdy nie będę leczył nikogo.
— A poco się pan Stach tego uczy?
— Ojciec chciał tego, ale mnie medycyna nie obchodzi wiele…
— A co?
— Panna Zosia przedewszystkiem.
Dialogowali naiwnie, bezmyślnie prawie, aby tylko pokryć tę burzę, jaka się w nich podniosła.
— Gorąco strasznie!
— Strasznie gorąco! — odpowiedział.
Usiadła na oknie, przyciągnęła gałąź jaśminu i liściami chłodziła czoło i twarz.
— A ten brunet, co to był przeszłej niedzieli z panem?
— To mój przyjaciel.
— Widziałam go na sali, tańczył.
— Dzisiaj?
— Może przed godziną. Śliczny chłopak, ale pan Stach ładniejszy.
Poczerwieniał i miał ochotę pocałować ją w nogę, którą bujała i wybijała w ścianie takt, bo muzyka znowu grała w sali.
— A panna Zofja to wprost śliczna!
— Blaguje pan! Panowie to wszystkie tak blagują.
— Ja nie.
Zerwała się z okna i długo przed oknem poprawiała włosy, wyjęła mu z kieszeni grzebyk i przyczesała grzywkę.
— Niech panna idzie do pani! — zawołał garson przy drzwiach.
— Zaraz powrócę!
Jakoż i przyszła w jakieś parę minut, a raczej wpadła, z ogromnym pośpiechem zatrzaskując drzwi za sobą.
— Panno Zosiu! Pomiłuj, otwórz gołąbko, otwórz krasawica! — wołał ktoś po rosyjsku za drzwiami i dobijał się energicznie.
— Idź pan do djabła, odczep się pan ode mnie! — krzyknęła.
Stach się rzucił do drzwi.
— Daj mu pan spokój, pijanica, oficer, zrobi zaraz awanturę. Wie pan, wyjdziemy oknem, a on niech się modli za drzwiami.
— Duszo ty moja, gołąbko, lubko, otwórz, panna Zosia! — błagał oficer.
A Stach, że okno było dosyć wysoko nad ziemią, wyskoczył pierwszy.
— Zniosę panią! — szepnął, wyciągając ręce.
— Boję się… boję się… — szepnęła, ale nie bała się, spuściła nogi na drugą stronę, a on ją ujął mocno i przycisnął do siebie tak szalenie, że krzyknęła z bolesnej rozkoszy, objęła go ramionami, usta się ich spotkały.
Uniósł ją w cień głębszy, pod jaśminy, które ich pokryły okwieconym dachem, i nie puścił z rąk, całował namiętnie, obejmował sobą, czuł ją w sobie, jej piersi wypukłe, jej nogi, jej plecy, jej biodra, jej ramiona, całą… całą…
Nie było czasu na słowa, a że siły ich opadły, przysiedli na zroszonej trawie i nowa, straszna, niezmożona fala pożądania rzuciła ich sobie w ramiona. Pożerali się pocałunkami, świat przepadł dla nich, nic nie wiedzieli, nic nie widzieli.
— Stachu mój, Stachu, co pan robi! — oprzytomniała pierwsza.
— Kocham cię, kocham!
— Nie, już nie można, nie…
— Nie chcesz? Boisz się?
— O, tak się boję, tak nie chcę, tak! — rzuciła się wprost na niego i całowała mu głowę, oczy, usta, rzuciła się przed nim na ziemię, objęła jego kolana i, nim zdążył ją podnieść, całowała jego nogi.
Ktoś szedł obok domu, więc się rozerwali, zdążyła tylko powiedzieć:
— Zaczekaj na sali!
Siedział na sali i czekał, słyszał jakby muzykę, jakieś śpiewy gdzieś się rozlegały, jakieś krzyki, jakaś bijatyka wrzała w ogrodzie. Coś jak cienie, jak emanacja tylko głosów, ruchów, rzeczy, przewijało się przez mózg jego, nic nie wiedział, żył teraz w dreszczu tych pocałunków, w ekstazie zmysłów rozbujanych; spostrzegał czasami Zośkę, przebiegającą salę, i miał wtedy szaloną ochotę wstać i krzyczeć: Zośka! Zośka!… I długie godziny tak przesiedział nieprzytomnie, aż dobrze po dwunastej ocuciła go cisza i trzask zamykanych okiennic. Zośka stała przed nim, już ubrana do wyjścia.
— Idziemy!
— Idziemy! — zawołał radośnie.
I poszli przez pustą, uśpioną wyspę ku Pradze.
Księżyc świecił wspaniale, cisza leżała ogromna, a gdzie niegdzie w gęstwach nadbrzeżnych pogwizdywały ptaki. Chłodne, białe mgły niby wody ogromne zalewały łąki i przysłaniały plany dalsze. Daleki, przesiany przez ciszę i przez bełkot głuchy fal, gwar Warszawy jak echo ech drżał w powietrzu.
Żaby rechotały gdzieś na łąkach.
Szli mocno przywarci do siebie, czasem przystawali, patrzyli sobie w oczy i w cieniach drzew przydrożnych całowali się długo i namiętnie…
— Odpoczniemy może, zmęczona jesteś!…
— Nie, nie — protestowała energicznie. — Ty! mój łobuzie — dodała z przesadą i ugryzła go w szyję.
— O której przyjść jutro po panią?
— Po panią to można się wcale nie fatygować, a po swoją Zośkę można przyjść przed samą szóstą. Muszę się wyspać, muszę iść do krawcowej, muszę sobie nowy gorset kupić. Potem zajrzę do siostry… tak o szóstej.
— Będę przed szóstą.
— A potem co? Frajda i wielka ekstrawagancja!
— Co tylko zechcesz.
— Już dom widać!
Mieszkała z rodzicami w małym drewnianym domku, przyciśniętym bokiem do wału, tuż prawie koło rzeźni.
Przystanęli przed bramą.
— Do jutra! — Pocałował ją w obie ręce, nie śmiał w usta, bo latarnia stała przed domem, ale ona nie zważała na światło, objęła go mocno i znowu się zwarli w szalonym, onieprzytomniającym pocałunku…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Na moście ocknął go z zadumy odgłos szybkich kroków, jakby goniących.
— Hej, panie student! — posłyszał głosi drgnął nieprzyjemnie zdziwiony. To ten pan z czerwoną głową biegł za nim, a zrównawszy się, zajrzał mu głęboko i zbliska w oczy.
— Tylko słówko powiem kawalerowi… Jak się Zośce stanie krzywda, to, jak mi Bóg miły, dam majchrem w brzuch… Nie chciała mnie, ale krzywdy nie dam jej zrobić nikomu… Żeby pan nie był studentem, to jużby było aus! — spojrzał na niego groźnie i błysnął mu przed oczami nożem.
Stach przystanął i powiedział szczerze:
— Ożenię się z nią, to się jej żadna krzywda nie stanie.
— Ręka? — zawołał gwałtownie czerwony pan.
Poszli dalej w najlepszej zgodzie i tak się szybko porozumieli, że Stach zabrał go do siebie na noc, na Hożą, bo czerwony mieszkał aż za Wolskiemi rogatkami, pracował w jakiejś fabryce, więc Stach błyskawicznie powziął jakieś zamiary na niego.

II.

Na drugi dzień posłał jej ogromny bukiet kwiatów, pudełko cukierków i pudełko perfum, bo jej heljotropowych znosić nie mógł, a już o wpół do szóstej szturmował do małego domku.
— Czego? — krzyknęła ostro stara pani, wysuwając głowę.
— Panna Zofja w domu?
— Zaczekać! Zośka! Jakiś pan do ciebie! — zawołała głośno.
Ale Zośka już biegła naprzeciw niego i, nie przedstawiając go matce, pociągnęła za sobą do drugiego pokoju.
— Bałam się, że pan zapomni! — wykrzyknęła radośnie.
— Czy mógłbym!
Przywitali się spokojnie, bo drzwi do matki były otwarte i stara co chwila zaglądała do nich.
Pożerał ją oczami, bo wyglądała dzisiaj nadzwyczajnie. Jakaś prosta blado-fiołkowa suknia tak podniosła delikatność jej bladej twarzy, że patrzył na nią ze zdumieniem.
— Ależ w tej sukni jest pani cudownie.
— To nie w sukni, ale że pan przyszedł… Już używałam pańskich perfum, niech pan powącha jakie!…
Nadstawiła mu gors zlany wonnościami, nachylił się i długo całował. Ale ogólnie czuli się dziwnie dzisiaj skrępowani i onieśmieleni. Siedzieli zdaleka od siebie, to rumienili się oboje i uciekali z oczami, bo równocześnie przypominali sobie wieczór wczorajszy. Nie wiedzieli oboje, co mówią ze sobą… Tam, w restauracji, Zośka była śmielsza, przyzwyczaiła się do „gości”, umiała z nimi mówić, śmiać się i prowadzić ten specjalny, restauracyjny flirt, ale teraz, teraz… ten elegancki, wykwintny, młody chłopak, o takiej cudnej twarzy, onieśmielał ją, onieśmielała ją jego prostota, jego szlachetność, jego maniery, wszystko, bo był tak różnym, tak zupełnie innym od „gości” zwykłych, a wydał się jej tak obcym i dalekim, że zabolało ją serce ze zgryzoty.
— Nie, to nie może być, żeby to on ją kochał, on, nie… — myślała ciężko i bezwiednie, cichutko szepnęła:
— Stachu! Stachu mój!
— Zośka! — odpowiedział również cicho i szybko ją pocałował w usta.
— Tak, to ty… to ty… — ożywiła się i ogromnie poweselała.
— Tak, to ja, ten sam, ten wczorajszy, pamiętasz?
Odpowiedziała mu również szybkim a gorącym pocałunkiem.
— Gdzie pójdziemy wieczorem, co będziemy robić?
— Gdzie pan tylko chce, co pan tylko chce… Ja już nie jestem, ja teraz jestem pan Stach, co, dobrze?
Czy dobrze? Byłaby się zaczęła serja dłuższych pocałunków, ale wszedł niziutki, chudy, dosyć czysto ubrany pan; miał rzadką bródkę żółtawą, wąsiki jak sznureczki opadały mu na brodę, czerwone oczy i cała twarz dziwnie zmięta, pomarszczona, pofałdowana…
— Strasznie chciałem pana poznać! — zawołał, gdy Zośka ich zapoznała ze sobą.
— Zawraca ojciec!
— Dziecino moja, bądź cicho! — zawołał patetycznie, a ze słodyczą krokodylą. Czerwonemi oczkami obmacywał Stacha, długi, czerwony nos jego był w ciągłym ruchu, jak trąba słonia. — Strasznie pić mi się chce! — wykrzyknął.
— Mama da herbatę…
— Herbatę! Strasznie lubię herbatę; nie uważa pan widzę herbaty za wskazaną do picia, co?
— Ani uważam, ani nie, pijam, ale mi to obojętne!
— Pan doktór stały mieszkaniec Warszawki!
— O nie, jestem z Kieleckiego, ze wsi…
— Ze wsi, ze wsi! Strasznie lubię wieś!
— Zośka, cukru niema, ani nic do herbaty, dajno pieniędzy!
— Dziecino moja, daj, to przyniosę sam, mnie zabrakło drobnych. — Ale Zośka spojrzała na niego, aż się niby zakaszlał.
— Sama pójdę.
— To panią wyręczę.
— Nie, nie, nie wie pan, gdzie czego szukać.
— A przynieś groczku, dziecino moja, do herbaty! — szepnął papa i, gdy Zośka wyszła, przysunął się do Stacha, odkaszlał, skrzywił się.
— Co, prawda, jaka śliczna ta moja dziecina? Strasznie ją kocham! Poznasz pan starszą, jeszcze piękniejsza, ale straszna dama, straszna! Mieszka jak księżniczka, powozy, lokaje… Ale Zośka lepsza, o lepsza! Mówię: daj rubla! da zaraz, a z tamtą niezawsze widzieć się można. A pieniążki potrzebne, strasznie potrzebne… proces prowadzę, straszny proces… o miljony! Wygram, ale tymczasowo nędza… straszna nędza… dziecina moja pracować musi… urodziła się na panią… a pracuje jak… Ale wygram… teraz właśnie zakładam opozycję… do senatu… zwłóczy się, bo brak mi paru rubli na marki! Od paru rubli zależy los całej rodziny!… Straszne rzeczy nie mieć paru rubli… straszne…
— Mogę panu służyć! — powiedział Stach, bo zrozumiał to dobrze.
— Wstyd mi, strasznie mi wstyd… od nieznajomego brać… ale… tak z dziesięć… z piętnaście… ze dwadzieścia rubelków… to zbawienieby było… straszne zbawienie.
— Dam panu dziesięć, sądzę, iż to ostatecznie wystarczy!
— Zbawco mój! Może dać kwit, albo na zastaw jakąś kosztowność rodzinną… Mojej dzieciny nie widać jakoś… A jaka ona w pasie… A jakie ma biodra! Strasznie ładna… — wykrzykiwał.
A Zośka wkrótce przybiegła i siedli do herbaty.
Papa gadał niestworzone rzeczy, a pił tak sumiennie, że pod koniec araku już zabrakło, więc się pożegnał i wyszedł za „interesami“.
A mama nie odzywała się prawie, tylko raz wraz coś poprawiała na Zośce, to jakąś wstążkę, to coś zeszywała na niej, to poczesywała jej włosów, a potem robiła pończochę, liczyła oczka i biegała oczami po córce, wyszukiwała, coby jeszcze poprawić, to podnosiła się i przynosiła herbatę.
Skończyło się to prędko, odetchnęli całą piersią na wale praskim, a szczególnie Stach, który się dusił poprostu w dusznej atmosferze.
— Dojdziemy do Zjazdu, co?
— Mam dorożkę! — skinął, i „guma“ potoczyła się ku nim. Wsiedli i jak wicher pomknęli do Warszawy.
— Dobrze? — pytał.
— Dobrze! — odpowiedziała, radośnie ściskając mu rękę.
Objechali ważniejsze ulice i wjechali w Aleje, w długi sznur powozów i dorożek, ciągnących do Łazienek.
— Moja siostra! — wykrzyknęła, kłaniając się jakiejś rozpostartej w piaskowym powozie z takąż liberją, dama była bardzo piękna, bardzo wymalowana i bardzo jaskrawo ubrana.
— Mieszka w Warszawie? — zapytał niemile dotknięty.
— Jest w teatrze! Oho! to wielka pani! Żyje z hrabią…
— Panią to cieszy?…
— Tak, bo ona zrobiła grubą karjerę, ten hrabia się z nią ożeni… czeka tylko jeszcze… bo matka jego się nie zgadza… — I zaczęła opowiadać ze szczerym i naiwnym zachwytem o siostrze, o jej toaletach, ile ona wydaje pieniędzy. Zupełnie, zupełnie nic w tem jej życiu złego nie widziała! przeciwnie, czuć było w jej głosie jakby zazdrość cichą.
Stach słuchał, ale posmutniał i siedział milczący i chmurny.
— Co panu? Gniewa się pan na mnie, co? Niech się pan Stach nie gniewa! Zośka głupia, Zośka niedobra, ale strasznie kocha, i dotąd będzie prosić, aż się Stach rozchmurzy.
Roześmiał się radośnie, bo tyle głębokiego uczucia dźwięczało w jej głosie, taką miłością pałały jej oczy, tak piękną była! A potem, cóż ona winna, że nie ma poczucia żadnej moralności, żadnej etyki? Trzeba ją wychować na nowo — myślał.
Przejechali Łazienki, siedzieli trochę na Patelni i pojechali do teatru na operetkę, a potem na kolację.
Bawili się wyśmienicie, nie wiedzieli, co ich otaczało, ale bawili się sobą, miłością swoją.
Dość, że już dobrze po północy odwiózł ją do domu.
— Starzy śpią, niech pan wejdzie, zrobię herbaty na maszynce… Posiedzimy trochę i pogadamy…
Niewiele gadali, niewiele… Stach już tam pozostał u niej, a daleko miał chodzić do domu. Tylko rano Zośka nie poszła do zajęcia, napisała list i papa zaniósł go do gospodyni.
I tak się ciągnęła ta ich słodka sielanka aż do jesieni.
Stach codziennie odprowadzał ją do domu, często zostawał u niej, nie zważając na rodziców.
Papa często łapał go w bramie i pocichu, żeby Zośka się nie dowiedziała, pożyczał rubelka, to dwa… ile się dało.
A mama czuwała tylko nad garderobą Zośki, bo nie było dnia, żeby swoim lękliwym głosem nie mówiła:
— Widziałam dzisiaj w kościele śliczną sukienkę różową. Zosi byłoby w takiej do twarzy…
Więc Stach dawał na różową, dawał na czarną, na wszystkich barw i odcieni, dawał na kapelusze, na chustki, a potem i na naftę i na mieszkanie, na wszystko… Obdzierali go uczciwie…
A dawał, bo kochał Zośkę naprawdę i głęboko.
Uplanował sobie, że zaraz po wakacjach, od kwartału, wynajmie specjalne mieszkanie i wtedy nie da już jej chodzić do knajpy.
Jużci, że Zośka zgodziła się na to z radością, kochała go namiętnie ślepą miłością, tak mu ufała bezgranicznie, tak go czciła, że życie jej było teraz ogromną, pełną pieśnią szczęścia. Nawet nie pomyślała, że wszystko się skończyć musi.
I Stach nie myślał o tem.
A tymczasem kochali się całą młodością i szałem.
Pewnego dnia matka zaczęła jęczeć:
— Dobrze to wszystko, kochacie się! Widzę… widzę… już drugie łóżko popsute… Ożenisz się z Zośką, to dobrze. Nie ożenisz, to jej sprawa… Ale pamiętaj pan, że Zośka już zaszła… i na chorobę trzeba będzie dużo pieniędzy… dużo pieniędzy!…
Już na drugi dzień Zośka nie poszła do zajęcia, ale pod wieczór, bo Stach cały dzień u niej siedział, przyleciał ten pan z czerwoną głową… i coś mu długo i trwożnie gadał… Stach pożegnał się i wyszedł… a rudy mu wyłuszczał, kogo wzięli dzisiejszej nocy… i dokąd powieźli.
— Ma pan papiery jakie, to zabiorę i schowam…
Ale nim zdążyli to zrobić, schowali obu, żandarmi już czekali na nich na schodach i w mieszkaniu Stacha.
Nie poszedł już na drugi dzień do Zośki, ani następnych…
Sielanka się przerwała.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.