Przejdź do zawartości

Siedmiu zuchów oraz inne bajki/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bracia Grimm
Hans Christian Andersen
Tytuł Siedmiu zuchów oraz inne bajki
Wydawca Księgarnia Literacka
Data wyd. [1929]
Druk Drukarnia „Linolit”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SIEDMIU ZUCHÓW
ORAZ INNE BAJKI
PRZEŁOŻYŁ
FR. MIRANDOLA









WARSZAWA

KSIĘGARNIA LITERACKA


DRUKARNIA „LINOLIT" WARSZAWA





SIEDMIU ZUCHÓW.

Zeszło się siedmiu zuchów nielada, a mianowicie Szulc, Jakli, Marli, Jergli, Michał, Jasiek i Wajtli. Postanowili wyruszyć w świat szukać przygód i dokonywać czynów bohaterskich. Nie chcąc jednak wyruszyć z gołymi rękami, sprawili sobie, jedną co prawda tylko, ale za to bardzo długą, ciężką i ostrą halebardę. Ujęli ją w ręce wszyscy razem, tak że na przedzie kroczył dzielny przywódca Szulc, a najskromniejszy z rycerzy, Wajtli na końcu.
Wyruszyli pewnego dnia, rano, w miesiącu sianokosów i chociaż długo szli, nie dotarli jeszcze do wioski, gdzie mieli zanocować. Nagle, już o zmierzchu przeleciał tuż obok ich wielki trzmiel, brzęcząc złowrogo.
Przeraził się wielce pan Szulc, tak że omal nie puścił halebardy, a pot kroplisty wystąpił mu na czoło.
— Cicho! Słyszę bęben... dalibóg słyszę! — zawołał.
Jakli, który stał za nim, poczuł jednocześnie jakiś zapach, gdyż rzekł:
— Coś się dzieje! Czuję wyraźnie woń siarki i płonącego lontu!
Usłyszawszy to rzucił się pan Szulc do ucieczki, przeskoczył płot obok gościńca i trafił na zęby wideł do siana, które leżały na skoszonej łące.
Rękojeść wideł trzasnęła go, oczywiście, potężnie w twarz.
— Gwałtu! — zawołał. — Poddaję się! Bierz mnie w niewolę!
Inni przeskoczyli także i zaczęli wołać:
— Kiedy on się poddaje, to i ja także się poddaję! Wszyscy się poddajemy! Bierzcie nas do niewoli!
Ale nie było nieprzyjaciół, którzyby ich chcieli wiązać i brać w niewolę, toteż zmiarkowali, że się stało głupstwo. Złożyli naradę i przysięgli milczeć o całym zajściu tak długo, aż któryś wypaple wszystko.
Potem powędrowali dalej. Niedługo nastąpiła przygoda znacznie donioślejsza. Oto spotkali zająca na ugorze w słońcu. Nastawił uszy i wytrzeszczył szklane oczyska. Przestraszeni wielce złożyli radę nad tym, co począć wobec grożącego niebezpieczeństwa. Zwierz nie ustępował z drogi, a mógł być groźny i krwiożerczy. Może nawet w razie ucieczki skoczyłby za nimi i pożarł wszystkich od razu.
Uradzili tedy podjąć niebezpieczną walkę.
Chwycili broń. Pan Szulc stanął na przedzie wahając się, natomiast ostatni Wajtli krzyknął odważnie:
— Bij wroga, bijże wroga,
W imię samego Boga!
Dowcipny Jasiek, będący w środku odpowiedział mu:
— Odwaga jest temu miła,
Kto jest, jak ty, od tyła!
Michał krzyknął:
— Hej, moi cni sąsiedzi,
To diabeł widać siedzi!
Na to odparł z kolei Jergli:
— To diabeł, ani słowa,
Lub diabła jest teściowa!
Dobra myśl przyszła do głowy panu Marli i powiedział stojącemu w tyle panu Wajtli:
— Ty mężu stań na przedzie,
A bój nam się powiedzie!
Nie w smak to było dzielnemu Wajtli, więc dał Jergli dobrą radę:
— Szulc stoi już na przodzie.
Niech przeto dzidą bodzie!
Usłyszawszy to, nabrał pan Szulc zapału wojennego i krzyknął:
— Na wroga więc, na wroga,
Nie wiemy, co to trwoga!
Ruszyli ostrożnie, pan Szulc żegnał się i modlił, gdy jednak był o kilka zaledwie kroków od nieprzyjaciela, nie mógł wytrzymać i wrzasnął:
— Huuu! Huuu!
Usłyszał ten okrzyk bojowy zając, zerwał się i uciekł co tchu, zaś pan Szulc wstrzymał zastęp walecznych i zawołał:

— To szarak, słowo dam!
Że zwyciężyłem sam!


Po tym zwycięstwie, śmiałkowie szukali nowych przygód i zaszli nad wielką rzekę. Nigdzie nie było mostu, a woda wezbrała znacznie. Nie wiedzieli o tym junacy i jęli pytać człowieka po drugiej stronie, czy mogą przejść w bród rzekę.
Odległość była znaczna, przy tym krzyczeli wszyscy naraz, toteż poczciwina nie zrozumiał i spytał ich:
— Czego chcecie?
Pan Szulc oświadczył towarzyszom, że znaczy to:
— Przejdźcie!
Potem, jako dowódca armii wszedł pierwszy w wodę. Po kilku krokach zapadł w muł, ale inni napierali z tyłu, tak że utonął.
Woda porwała jego kapelusz i poniosła w stronę drugiego brzegu. Śmiałkowie myśleli że to pan Szulc idzie przez wodę, tedy szli za nim dalej, aż potonęli wszyscy razem.
Tak się skończyły wojenne przygody siedmiu zuchów.



PROMIEŃ SŁOŃCA

— Posłuchajcie! Opowiem wam coś! — rzekł wiatr.
— Nie, nie! Na mnie kolej! — sprzeciwił się deszcz. — Ty wietrze wyjesz już od pół godziny, od tamtej ulicy.
— Ładna wdzięczność! — żalił się wiatr. — Wszakże pomagam ci zawsze i niszczę parasole, którymi ludzie chronią się przed tobą.
— Ja wam coś powiem. Cicho bądźcie! — powiedział promień słońca.
Rzekł to w sposób tak uroczysty, że wiatr umilkł i legł jak długi na ziemi. Ale deszcz był mniej uległy i zaczął się dąsać:
— Zawsze trzeba słuchać promienia słońca, gdyż jest silniejszy. Ale plecie zazwyczaj smalone duby. Ludzie powiadają:
— Nieznośny jak deszcz! — A raczej mówić by powinni: — Nieznośny jak promień słońca!
Nie zważając na to, zaczął promień:
— Nad morzem leciał łabędź złoty, przynoszący szczęście. Skrzydła jego lśniły w słońcu, a jedno spadło na statek kupiecki, jadący w dalekie kraje i zaplątało się we włosy młodzieńca, biednego marynarza, który pracował przy zwijaniu lin. Za dotknięciem pióra powstały w jego głowie różne pomysły i stało się, że w niedługim czasie pozyskał wielkie bogactwa. W piwnicy jego stał cały rząd beczek ze złotem.
Łabędź poleciał dalej nad łąką, gdzie siedział pod drzewem młody pasterz, opodal swoich owiec. Skrzydła łabędzia uderzyły o liść drzewa, tak że spadł na kolana pasterza, który zaczął mu się przyglądać z uwagą. Podziwiając przecudne żyłki liścia jął myśleć i podziwiać zjawiska biegały daleko przez krańce spraw ludzkich. Uzyskał nieśmiertelność.
Umilkł promień słońca i znikł.
— O, jakaż to była długa historia! — westchnął wiatr.
— Ziewałem przez cały czas! — oświadczył deszcz.
A wam, czy się to podobało, co opowiadał promień słońca?



STOKROĆ.

Posłuchajcież tej opowiastki:
Za miastem, na wsi, opodal gościńca stał pałac. Przed nim był ogród pełen kwiatów, otoczony kratą, malowaną, dalej biegł rów, nad którym, jak wiadomo, najlepiej rośnie trawa, a wśród trawy rosła kępka stokroci.
Słońce oświecało i ogrzewało skromną stokroć tak samo, jak najwytworniejsze krzewy i kwiaty i dlatego pączki rosły szybko, aż pewnego ranku rozpostarły się wąskie, białe listeczki i utworzyły lśniące promienie wokół małego, żółtego słońca, tworzącego środek stokroci. Nie zwróciła ona wcale uwagi na to, że nikt na nią nie patrzył, gdyż była pospolitym małym kwiatkiem polnym, ale przeciwnie, radowała się życiem, zwracała wdzięcznie ku słońcu i nasłuchiwała świergotania jaskółek, szybujących w powietrzu.
Stokroć był tak szczęśliwą, jakby nastało wielkie święto, ale był to tylko poniedziałek i dzieci musiały iść do szkoły. Siedziały na ławkach, ucząc, się, ona zaś także tkwiła na łodyżce i uczyła się od słońca, jaki Bóg jest dobry. Nie mogła tylko wyrazić wdzięczności swojej, jak to czyniła jaskółka, obdarzona głosem, ale nie zazdrościła jej śpiewu, ni skrzydeł, podziwiając ją tylko po cichu.
— Słyszę, widzę — myślała sobie. — Słońce mnie grzeje, wiatr chłodzi, ach ileż istot spotkał gorszy los.
Za kratą rosło dużo kwiatów dystyngowanych i dumnych. Im mniej posiadały woni, tym bardziej zadzierały głowy. Piwonia pyszniła się, że jest wyższa i ma większe kwiaty, niż róża, chociaż wielkość nic nie ma wspólnego z wdziękiem. Tulipany, świadome jaskrawości swych barw stały sztywno, jak na mustrze. Oczywiście nie patrzyły na nikłą stokroć, ona zaś podziwiała z szacunkiem ogromnym połysk i barwy ich kwiatków, była też wdzięczna Opatrzności, że jej wyróść pozwoliła w ich sąsiedztwie. Pewnego dnia nadleciał skowronek.
— Pewnie do tych wspaniałych tulipanów przybył z pod chmur! — pomyślała stokroć. — Dobrze, że jestem blisko, gdyż będę mogła posłuchać przedziwnego śpiewu.
Ale skowronek nie siadł na kracie, jeno skierował lot na trawę i usiadł tuż obok skromnej stokrotki.
Tak ją to uradowało, że nie wiedziała co myśleć.
Niezrównany śpiewak skakał wokoło i zanucił:
— Ach! Jakże miękka i świeża jest ta trawa! Jakże piękna jest ta stokroć, z jasnym słonkiem pośrodku i srebrzystymi promieniami płatków! Dzięki ci za to Boże.
Potem rozebrzmiała przepyszna rulada tonów i skowronek poleciał dalej, nie zbliżywszy się nawet do kraty ogrodu.
Przez kwadrans nie mogła stokroć zebrać zmysłów z zachwytu, potem zaś spostrzegła, że stało się coś strasznego pośród kwiatów, świadków tego zaszczytu.
Tulipany zesztywniały bardziej jeszcze i plamy ich nabrały czerwonej barwy gniewu, zaś piwonia napuszona stała bez ruchu, co było oznaką złości niesłychanej. Wspaniałe kwiaty odczuły jako zniewagę to, że świetny śpiewak wyżej nad nie ocenił nędzną stokroć.
W tej chwili wyszła z pałacu dziewczynka. Miała w ręce duże, świeżo wyostrzone nożyczki błyszczące w słońcu. Zbliżyła się wprost do tulipanów i ścięła wszystkie, jeden po drugim.
— Straszna to rzecz ponieść śmierć w wiośnie życia! — powiedziała sobie stokroć. — O ileż lepiej mnie, skrytej w trawie!
Po zachodzie słońca stokroć zwinęła płatki i zasnęła, marząc o niebiańskim śpiewaku.
Nazajutrz usłyszała znowu śpiew skowronka, jakże jednak smutnie nucił? Złapano biedaka, zamknięto w ciasnej klatce i powieszono w oknie. Śpiewał o tym, jak niedawno wzbijał się pod niebo, by za chwilę spaść, niby strzała na ziemię. Cóż za zmiana losu.
Stokroć radaby była przyjść z pomocą biedakowi, ale nie było rady.
Nagle wyszli z pałacu dwaj chłopcy, a jeden z nich niósł nóż tak wielki i błyszczący, jak nożyczki, którymi wczoraj siostra ich zabiła tulipany. Minęli kratę i skierowali się wprost ku stokroci, która patrzyła na to zdumiona.
— Patrz! — rzekł jeden z chłopców. — Śliczna tu rośnie kępka trawy. Wezmę ją dla skowronka.
Potem zaczął nożem kłuć wokoło stokroci, zaniepokojonej tym wielce.
— Wyrzuć tę stokroć! — poradził drugi, a biedaczka omal nie zemdlała ze strachu, że nie będzie mogła dostać się do biednego więźnia.
— Nie! Dobrze wygląda pośrodku darniny! — rzekł pierwszy chłopiec, a stokroć została złożona razem z trawą na dnie klatki skowronka.
Biedny więzień piszczał żałośnie i bił skrzydełkami o pręty, a stokroć pierwszy raz w życiu pozazdrościła istotom umiejącym mówić.
Tak minął cały ranek.
— Nie ma tu kropli wody! — powiedział skowronek. — Wszyscy wyszli i zapomnieli napoić mnie. Pali mnie gorączka i dreszcz przenika. Jakże tu duszno. Ach, czemuż jestem w niewoli!
Zanurzył dziobek w trawę, gdzie było jeszcze trochę wilgoci i to mu ulżyło. Ujrzawszy stokroć, skinął jej przyjaźnie główką, popieścił dziobkiem i rzekł:
— A więc i tobie przyjdzie zginąć tu z pragnienia! Biedny kwiatku, jam temu winien, gdyż dla mnie cię przyniesiono, chcąc mi czymś zastąpić zieleń łąk i lasów, gdzie bujałem na swobodzie.
— Czemuż mu nie mogę przynieść ulgi? — pomyślała znowu stokroć i zaczęła pachnąć mocniej, by go nieco pocieszyć. Zauważył to i chociaż rwał w rozpaczy dźbła trawy, nie tknął płatków stokroci.
Nadszedł wieczór, ale nikt się nie zjawił z wodą. Po długich mękach zatrzepotał skowronek skrzydełkami, pisnął ostatni raz, padł na kępkę stokroci i zmarł.
Tej nocy nie zwinęła płatków i nie zasnęła. Kwiaty jej zwisały uschłe ku ziemi.
Chłopcy wrócili dopiero nazajutrz rano i rozpłakali się na widok swej martwej ofiary. Potem wykopali w ogrodzie dołek, włożyli skowronka w pudełko palisandrowe wyklejone atłasem, a na grobie zatknęli przepyszne kwiaty. Był to pogrzeb nielada. Za życia nie pomyśleli o jego potrzebach, ale po śmierci wylewali łzy gorzkie.
Trawę wraz ze stokrocią wyrzucono na gościniec pełen kurzu i nikt nie pomyślał o biedaczce, która radaby była oddać życie za ocalenie przyjaciela.



CZERWONE TRZEWICZKI.

Była raz dziewczynka mała i śliczna, która chodziła zawsze boso z powodu, że jej biedna matka wdowa nie mogła jej kupić trzewiczków. W zimie wdziewała wielkie chodaki drewniane, ale nie chroniły one od zimna maleńkich nóżek, tak że stopki jej były zawsze różowe.
W wiosce mieszkała szewczycha, ulitowała się wreszcie nad biedną Karen i zrobiła jej z resztek czerwonego sukna małe trzewiczki. Nie były one piękne, gdyż starowina nie dowidziała, ale małą Karen wprawiły one w wielki zachwyt.
Tego samego jednak dnia zmarła matka Karen. Czerwonych trzewików nie bierze się do żałoby, ponieważ jednak innych nie było, poszła w nich na pogrzeb matki.
Szła za trumną, płacząc gorzko, gdy wtem nadjechała kareta starożytnego kształtu, wioząca starą damę. Widząc zapłakaną sierotę, powiedziała pastorowi:
— Zabiorę ją i zajmę się jej losem!
Karen pewna była, że dama owa upodobała ją sobie z powodu czerwonych trzewiczków, ale opiekunka oświadczyła, że są szkaradne i kazała je wyrzucić.
Ubrano dziewczynkę porządnie, zaczęto uczyć czytać, pisać, szyć, a wszyscy mówili, że jest ładna. Obejrzała się w lustrze i powiedziała sobie:
— To mało! Jesteś piękna!
W jakiś czas potem przybył król z królową, oraz królewną do sąsiedniego miasta, a wszyscy pospieszyli na wielki plac przed teatrem, celem powitania Ich Królewskich Mości. Była tam także Karen i zobaczyła na balkonie teatru królewnę, ubraną w białą jedwabną sukienkę bez trenu. Nie miała korony na głowie, ale za to na małych nóżkach śliczne trzewiczki z czerwonego safianu. O ileż piękniejsze były od tych, które szewczycha darowała Karen.
Karen rosła i nadszedł czas konfirmacji. Zacna opiekunka sprawiła jej nową sukienkę i nowe trzewiczki. Poszły razem do pierwszorzędnego szewca, by wziął miarę. Rozglądając się po sklepie, zobaczyła Karen w oszklonej szafce czerwone pantofelki, zupełnie podobne do tych, które miała królewna. Były prześliczne.
— Takich właśnie pragnę! — zawołała. — Proszę przymierzyć, czy będą dobre dla mnie!
— Zrobiłem je dla jednej hrabianki, ale były za małe i nie przyjęła! — powiedział szewc.
— To safian! Nieprawdaż? — spytała opiekunka.
— Wyborny safian! — zapewnił. — Błyszczy, jak zwierciadło!
Zacna opiekunka miała wzrok słaby, nie spostrzegła tedy, że trzewiczki są czerwone, gdyż nie chciałaby ich za nic. Leżały na nóżkach Karen, jak ulane, przeto kupiono je i zabrano do domu.
Karen przywdziała czerwone trzewiczki na uroczystość konfirmacji, wszyscy to spostrzegli i trzęśli głowami. Wydało się Karen, gdy była w kościele, że wszyscy patrzą na jej trzewiczki, a nawet oczy figur malowanych na ścianach zwracają się ku niej. Nie była tym jednak zmieszana, ale czuła się nawet dumną.
Pastor przemówił do konfirmantek pięknie o obowiązkach, jakie pełnić mają teraz, kiedy stały się już prawdziwymi członkami gminy chrześcijańskiej, potem zagrały organy i chór dzieci zanucił hymn uroczysty. Ale Karen myślała przez cały czas wyłącznie o tym, jak piękne są jej trzewiczki i jak podobne do trzewiczków królewny.
Po południu doniesiono opiekunce o zgorszeniu, jakie wywołała Karen w kościele. Zawołała ją tedy i zgromiła za brak szacunku dla kościelnego obrzędu, który okazała, wdziewając czerwone trzewiczki. Odtąd miała nosić tylko czarne, choć by były stare i podarte.
Następnej niedzieli miała przystąpić do pierwszej komunii. Obejrzała czarne trzewiki, także nowe i całe, potem rzuciła spojrzenie na czerwone i w końcu wzięła czerwone.
Pogoda była cudna. Opiekunka obrała drogę dalszą, chcąc użyć słońca, a na gościńcu było dużo kurzu.
U bramy kościoła siedział stary wojak, z siwą brodą, o kuli i widząc wchodzące damy spytał z ukłonem, czy nie chcą, by im oczyścił z kurzu trzewiki. Opiekunka zgodziła się, potem zaś Karen wyciągnęła także do inwalidy małą nóżkę.
— Cóż za śliczne trzewiczki balowe! — powiedział, czyszcząc je. — Wyśmienicie w nich tańczyć!
Weszły do kościoła, a wszyscy zdziwili się bardziej jeszcze, niż za pierwszym razem. Także oczy figur malowanych spozierały na Karen ze zgrozą. I ona też rzucała raz poraz spojrzenie na swe nóżki. Zapomniała śpiewać hymn, nie odmówiła „Ojcze nasz“, a komunię przyjęła z wielkim roztargnieniem. Myślała tylko ciągle o czerwonych trzewiczkach, których jej wszyscy zazdrościli.
Po nabożeństwie odjechały powozem opiekunki, a kiedy Karen podniosła nogę na stopień, rzekł raz jeszcze stary wojak z pod bramy:
— Ach, cóż za śliczne trzewiczki do tańca.
W tej chwili doznała Karen wrażenia, że ją coś podnosi, zaczęła mimowolnie przebierać nogami w takt tańca i woźnica musiał ją wsadzić przemocą do powozu, gdyż nie odjechałyby nigdy z przed kościoła. Ale i w powozie także ruszała ciągle nogami i kopnęła nieraz opiekunkę swoją. Po przyjeździe do domu trzeba było wziąć Karen na ręce, gdyż inaczej tańczyłaby dalej. Dopiero po zdjęciu zaczarowanych trzewików uspokoiły się nogi Karen.
Zamknięto trzewiczki do oszklonej szafy, ale Karen oglądała je po dziesięć razy na dzień.
Zacna opiekunka zachorowała ciężko, a lekarz wyraził obawę, że nie pożyje długo. Karen miała ją pielęgnować. Ale w mieście zapowiedziano bal, na który dostała zaproszenie. Zrazu postanowiła pozostać przy chorej, ale za chwilę stanęły jej przed oczami czerwone trzewiczki.
— Ach! — powiedziała sobie. — Rano opiekunka moja i tak umrzeć musi, po cóż ją tedy pielęgnować?
Porwała klucz od szafy i wdziała trzewiczki.
— Nie ma w tym chyba teraz nic złego! — powiedziała sobie. — Wszakże idę na bal?
I poszła. Ledwo stanęła na ulicy, zaczęła zaraz tańczyć i wycinać hołupce w prawo i lewo. Podobało jej się to z początku, a przechodnie stawali, podziwiając zgrabną dziewczynę. Tańcząc i skacząc dotarła do domu, gdzie dawano bal, ale była już tak zmęczona, że wejść po schodach nie mogła. Przy tym trzewiczki skierowały się w inną stronę, a ona musiała im być powolna.
Minęła tak miasto i poszła w kierunku wielkiego boru. Na skraju jego spotkała starego wojaka o kuli, a on zawołał:
— Cóż za śliczne balowe trzewiczki! Dobrze w nich tańczyć!
Zadrżała ze strachu, zrozumiała bowiem, że trzewiczki te są zaczarowane. Chciała je zdjąć czym prędzej, ale przyrosły do stóp, a przy tym, zmuszona ciągle ruszać nogami nie mogła ich schwycić oburącz.
Tańcząc ciągle przeszła bór, pola i łąki, aż zaświtało i wówczas nabrała biedna Karen nadziei, że czar zniknie wraz z nocą. Ale tak się nie stało, musiała ciągle tańczyć, bez chwili wytchnienia, ni odpoczynku.
Nadciągnęła burza gwałtowna, a ona tańczyła ustawicznie, wśród błyskawic, gradu i ulewy.
Tak minął dzień i znowu noc nadeszła. Karen postanowiła iść na cmentarz, mówiąc sobie:
— Umarli nie tańczą! Mają spokój wieczny!
Uczepiła się grobu, chcąc się tak zatrzymać, ale przeklęta moc tańca porwała ją ze sobą.
Zrozpaczona chciała wejść do pobliskiego kościoła, paść na kolana i błagać Boga o zlitowanie. Ale w progu stał anioł ze skrzydłami do ziemi sięgającymi. Miał minę srogą, a miecz w jego dłoni miotał płomienie.
— Tańcz dalej w czerwonych trzewiczkach, które kochasz ponad wszystko, tańcz aż skóra przywrze ci do kości i aż się staniesz żyjącym szkieletem. Tańcząc idź po świecie, a mijając domy, gdzie mieszkają dzieci skłonne do próżności i pychy, stukaj w szybę, by widziały twą karę straszliwą.
— Łaski! Łaski! — zawołała Karen, ale nie dosłyszała, co odpowiedział anioł, gdyż zaczarowane trzewiczki poniosły ją daleko.
Nazajutrz przechodziła koło znanego dobrze domu, z którego właśnie wynoszono trumnę, okrytą kwiatami. Leżała w niej zacna dobrodziejka, którą opuściła w chorobie, by iść na bal. Na ten widok uczuła Karen, że jest opuszczona przez świat cały, a potępiona przez niebo.
Czerwone trzewiczki niosły ją przez góry i lasy, ciernie i głogi, o które podrapała sobie piękną twarzyczkę i poraniła całe ciało. Na koniec napotkała w gęstwinie mały domek, w którym, jak wiedziała, mieszkał kat.
— Chodź pan! Chodź pan prędko! — zawołała Karen. — Nie mogę wejść, gdyż muszę ciągle tańczyć wokoło.
Kat wyszedł i rzekł:
— Nie wiesz chyba, kim jestem!
— Wiem! — odparła Karen. — Ale nie ścinaj mi pan głowy, gdyż nie mogłabym pokutować za grzechy. Odrąb mi pan, proszę, obie stopy, razem z czerwonymi trzewikami.
Wyznała mu, jak została ukarana za próżność, kat chwycił ją i jednym cięciem topora odrąbał obie małe stopki, które pobiegły dalej w podskokach i znikły w lesie.
Żona kata zlitowała się nad biedną Karen, wygoiła maścią rany, kat zaś zrobił jej szczudła i nauczył psalmów pokutnych.
Podziękowała obojgu gorąco i ucałowawszy topór, opuściła domek, mówiąc sobie:
— Dość już wycierpiałam za te przeklęte czerwone trzewiki. Pójdę teraz do kościoła by widziano, że mi Bóg odpuścił grzechy.
Ale w samych drzwiach kościoła ujrzała swe własne odrąbane stopy w czerwonych trzewiczkach, tańczące nieustannie. Porwana wielkim strachem uciekła tak szybko jak tylko mogła o kulach.
Żebrała po gościńcach i żyła z jałmużny, trapiąc się ciągle i wylewając gorzkie łzy. Po tygodniu powiedziała sobie znowu:
— Dość już chyba wycierpiałam udręki! Skończona pokuta moja i warta jestem tyle co inni, z dumą stający przed Bogiem w kościele.
Poszła znowu w stronę kościoła, ale przy cmentarzu ujrzała ponownie stopy swoje, tańczące w czerwonych trzewikach.
Ścisnęło jej, się serce i teraz dopiero, uczuwszy skruchę, poznała wielki grzech swój. Nie weszła do kościoła, jeno do plebanii i poprosiła, by ją przyjęto za sługę, mówiąc że będzie spełniała każdą rzecz, która nie wymaga chodzenia. Nie żądała zapłaty, jeno przytułku i pożywienia.
Pastorowa ulitowała się nad nią, a Karen pracowała gorliwie. W skupieniu nabożnym słuchała też słów Biblii, którą pastor czytał wieczorami wszystkim domownikom. Mimo, że była małomówna, dzieci polubiły ją bardzo. Ile razy któreś chwaliło się pięknością, ubraniem, czy inną zaletą, potrząsała głową i gromiła je za próżność.
W jedno z wielkich świąt mieli iść wszyscy do kościoła, spytano też Karen czy pójdzie. Było jednak już za późno, by zdążyć mogła na szczudłach swoich. Rozpłakała się tedy i została w izdebce, a inni poszli. Siedząc przy stole czytała nabożnie Biblię.
Nagle wydało jej się, że słyszy dźwięki organów. Łzy jej popłynęły z oczu i zawołała:
— Dopomóż mi Panie!
Rozbłysła wokoło niej światłość wielka, a wśród niej ukazał się anioł, którego widziała niegdyś w drzwiach kościoła. Ale nie miał już w ręku płomienistego miecza, tylko gałązkę róż przecudnych. Anioł dotknął pułapu izdebki, podniósł się i ściany znikły, a Karen spostrzegła, że jest w kościele. Brzmiały organy, dokończono hymnu, a pastor powiedział:
— Dobrze żeś przyszła!
— Bóg mnie tu przyniósł mocą swoją! — odparła.
Znowu zabrzmiała muzyka, wierni zanucili inny hymn, promień słońca padający przez szyby oświecił twarz Karen, a serce jej napełniła radość tak wielka, że z nadmiaru szczęścia bić przestało. Dusza jej uleciała do nieba, do Boga, gdzie nic już jej przypominać nie miało czerwonych trzewiczków.



ŚNIEŻKA.

Jednej zimy, w dawnych czasach, kiedy śnieg padał wielkimi płatami, siedziała królowa u okna o hebanowej ramie i szyła.
Szyjąc tak i patrząc na śnieg, zakłuła się w palec, a trzy krople krwi padły na śnieg. Pięknie wyglądała czerwień na bieli, przeto pomyślała sobie królowa:
— Chciałabym mieć córeczkę białą jak śnieg, czerwoną jak krew, a czarną jak heban!
Niedługo potem dał jej Bóg córeczkę białą, jak śnieg, rumianą, jak krew, a czarnowłosą, jak heban. Nazwała ją Śnieżką. Ale zaraz po przyjściu na świat dziecka, królowa zmarła.
Po roku wziął król inną za żonę. Była piękną, ale dumną i znieść nie mogła, by ją ktoś przewyższał urodą. Miała czarodziejskie lusterko i nieraz pytała, patrząc w nie:
— Moje zwierciadełko, chcę, byś powiedziało,
Kto jest najpiękniejszy na tę ziemię całą?
A zwierciadło odpowiadało:
— Tyś najpiękniejsza, królowo!
Radowało ją to, gdyż ufała prawdomównemu zwierciadłu.
Tymczasem rosła Śnieżka, była coraz piękniejsza, a gdy skończyła lat siedem, przewyższała pięknością macochę.
Królowa spytała znowu jednego dnia:
— Moje zwierciadełko, chcę, byś powiedziało, Kto jest najpiękniejszy na tę ziemię całą?
Zwierciadło odparło:
— Pięknaś, o królowo, jak słonko na niebie. Ale mała Śnieżka piękniejsza od ciebie!
Przelękła się królowa i pozieleniała ze złości. Od tej chwili uczuła taką zazdrość, że patrzeć na Śnieżkę nie mogła. Zazdrość ta wzrastała z dniem każdym, aż raz, nie mogąc wytrzymać, wezwała Strzelca i rzekła:
— Zabierz tę dziewczynę, bo nie mogę na nią patrzeć! Wyprowadź ją do lasu, zabij, a potem przynieś mi serce i wątrobę na znak spełnienia rozkazu.
Strzelec wyprowadził w las biedną Śnieżkę, ale ona zaczęła prosić o życie, widząc, że strzelec dobywa kordelasa:
Kochany strzelcze, nie zabijaj mnie! Pójdę w las i nigdy już nie wrócę!
— Idź sobie tedy! — powiedział strzelec, uczuwszy litość dla pięknej dziewczynki. — I tak rozszarpią cię niedługo dzikie zwierzęta, biedne dziecko!
Doznał wielkiej ulgi, iż nie popełnił zbrodni, potem zaś ustrzelił z łuku młodego jelonka, wziął jego serce i wątrobę i przyniósł królowej, która kazała kucharzowi przyrządzić z tego potrawę i zjadła.
Biedna Śnieżka została w lesie sama jedna. Bała się bardzo i spoglądała po drzewach, nie wiedząc, co począć. Potem pobiegła co sił w nogach, przez ciernie i głogi, kamienie i moczary, mijając dużo dzikich zwierząt. Ale ciernie jej nie raniły, nie zapadała w bagna, a zwierzęta dały jej pokój.
Słońce już miało zachodzić, kiedy ujrzały mały domek, czysty i piękny, aż miło. Weszła doń i zobaczyła w izbie biało nakryty stół, a na nim siedem małych talerzyków, siedem małych kubeczków, siedem nożyków i widelczyków, zaś pod ścianami stało siedem małych, czysto zasłanych łóżeczek.
Zjadła i wypiła po trosze z każdego talerzyka i kubeczka, potem zaś chciała lec spać.
Ale żadne z sześciu łóżeczek nie było jej wygodne, aż dopiero siódme, więc wsunęła się w nie i zaraz zasnęła twardo, odmówiwszy przedtem pacierz.
Gdy się zciemniło — wrócili właściciele domku, siedmiu krasnoludków w kapturach, z długimi brodami. Pracowali przez cały dzień w podziemiach, kopiąc skarby, teraz zaś pragnęli jeść i spać, gdyż byli zmęczeni wielce.
Zaświecili lampki swoje i zaraz spostrzegli, że ktoś narobił nieporządku.
Pierwszy rzekł:
— Któż to siedział na moim krzesełku?
Drugi rzekł:
— Któż to jadł z mego talerzyka?
Trzeci rzekł:
— Któż to zjadł chleb?
Czwarty rzekł:
— Któż zjadał mi trochę jarzyny?
Piąty rzekł:
— Któż to jadł moim widelczykiem?
Szósty rzekł:
— Któż to krajał moim nożykiem?
Siódmy rzekł:
— Któż to pił z mego kubeczka?
Zjedli, a potem chcieli iść spać.
Spostrzegli jednak wszyscy, że ktoś próbował ich łóżeczek, a siódmy znalazł w swoim śpiącą Śnieżkę.
Nadbiegli bracia i obstąpiwszy śliczną dziewczynkę, dziwowali się jej piękności, przyświecając lampkami.
Bardzo im się spodobała, toteż nie zbudzili jej, ale pozwolili spać dalej, a siódmy krasnoludek spał po godzinie w łóżeczku każdego z braci i tak mu noc zeszła.
Śnieżka zbudziła się rano i przestrach ją ogarnął na widok krasnoludków. Oni jednak zaczęli pytać uprzejmie:
— Któż ty jesteś?
— Zwą mnie Śnieżką! — odparła.
— Jakeś się dostała do naszego domku?
Opowiedziała, że macocha kazała ją zabić, ale strzelec darował jej życie. Biegła przez dzień cały, aż o zachodzie znalazła domek.
Krasnoludki powiedzieli:
— Zostań z nami! Będziesz sprzątała, myła, szorowała, szyła, gotowała, robiła pończochy i rządziła całym gospodarstwem, a niczego ci nie zbraknie.
— Zgoda! — odrzekła Śnieżka i została w domku.
Krasnoludki wychodzili rano kopać złoto, srebro i klejnoty, a gdy wracali wieczorem, zastawali domek w porządku i jadło na stole.
Wychodząc ostrzegli Śnieżkę:
— Nie wpuszczaj nikogo do domu, strzeż się macochy! Dowie się ona niedługo, gdzie jesteś.
Zjadłszy serce i wątrobę Śnieżki, pewna była królowa, że jest znowu najpiękniejszą w kraju, ale dla pewności rzekła do zwierciadła swego:
— Moje zwierciadełko, chcę, byś powiedziało,
Kto jest najpiękniejszą na tę ziemię całą?
A zwierciadło odparło:
— Pięknaś o królowo, jak słonko na niebie,
Ale, za górami Śnieżka,
Co u krasnoludków mieszka,
Tysiąc jeszcze razy piękniejsza od ciebie!
Przeraziło to bardzo królowę, gdyż wiedziała, że zwierciadło nie kłamie. Przekonała się, że ją strzelec oszukał i odtąd dumała po całych dniach i nocach, jakby zabić Śnieżkę, która ją tysiąc razy prześcignęła pięknością. W końcu znalazła sposób.
Przebrana za przekupkę, z pomalowaną twarzą poszła w las i wędrując długo znalazła domek krasnoludków. Zapukała do drzwi, wołając:
— Mam towary na sprzedaż! Śliczne towary!
Śnieżka wyjrzała okienkiem i rzekła:
— Dzień dobry, droga pani! Cóż to za towary!
— Śliczne towary, dobre towary! Oto na przykład sznurówka, jak ulał dla panienki!
Dobyła z koszyka jedwabną, różnobarwną sznurówkę i pokazała Śnieżce.
— Taką starą przekupkę wpuścić przecież mogę! — pomyślała Śnieżka, odryglowała drzwi i wpuściła ją.
— Śliczna panienko! — rzekła przekupka. — Jakże się możesz tak zaniedbywać w stroju? Czekaj, ja sama zasznuruję cię porządnie.
Nie podejrzewając nic złego, pozwoliła się Śnieżka zasznurować, a macocha ścisnęła tasiemki tak mocno, że dziewczyna straciła dech i padła, jak martwa, na ziemię.
— Już po twojej piękności! — krzyknęła królowa i poszła prędko do domu.
Niedługo po tym wrócili o zmierzchu krasnoludki i zmartwili się bardzo, ujrzawszy leżącą na ziemi, martwą Śnieżkę.
Podnieśli ją i widząc, jak jest zesznurowana, przecięli tasiemki, a biedna dziewczyna zaczęła oddychać na nowo.
Opowiedziała im wszystko, oni zaś rzekli jej:
— Tą przekupką była niezawodnie zła macocha twoja, Śnieżko. Strzeż się i nie wpuszczaj nikogo w naszej nieobecności.
Królowa wróciła do domu i stanąwszy przed swym zwierciadłem, spytała, chcąc się upewnić, że Śnieżka nie żyje:
— Moje zwierciadełko, chcę, byś powiedziało,
Kto jest najpiękniejszy na tę ziemię całą?
A zwierciadło odrzekło:
— Pięknaś o królowo, jak słonko na niebie,
Ale za górami Śnieżka,
Co u krasnoludków mieszka,
Tysiąc jeszcze razy piękniejsza od ciebie!
Poznała królowa, że Śnieżka nie umarła i pełna złości zaczęła knuć plany zemsty.
— Teraz jej zadam śmierć pewną! — zawołała po kilku dniach i zaraz zatruła czarodziejskim jadem grzebień do włosów.
Przybrawszy postać innej przekupki, wyruszyła w drogę, przebyła siedem gór, siedem rzek i zapukała do domku krasnoludków, wołając:
— Mam towary! Śliczne towary na sprzedaż!
Śnieżka wyjrzała przez okienko, przekupka pokazała jej grzebień, a ponieważ był bardzo ładny, pomyślała sobie Śnieżka, że już chyba przekupkę wpuścić może bez obawy.
Ugodziły cenę, a potem przekupka powiedziała:
— Któż dziś nosi taką, fryzurę! Pozwól, uczeszę cię porządnie!
Śnieżka pozwoliła, ale ledwo zatruty grzebień dotknął jej głowy, padła bezprzytomna na ziemię.
— Piękna Śnieżko! Już po tobie! — zaśmiała się macocha i zabrawszy swój koszyk, poszła prędko do domu.
Krasnoludki znaleźli wieczorem martwą Śnieżkę i zaczęli płakać rzewnie. Ale wnet im przyszło na myśl, że to dzieło macochy, przeszukali ubranie i włosy Śnieżki, znaleźli zatruty grzebień, przywrócili ją do życia. Gdy przyszła do siebie, przestrzegli ją ponownie, by się strzegła, a ona obiecała to uczynić.
Królowa spytała zaraz zwierciadła:
— Moje zwierciadełko, chcę, byś powiedziało,
Kto jest najpiękniejszy na tę ziemię całą?
A zwierciadło odrzekło:
— Pięknaś o królowo, jak słonko na niebie,
Ale za górami Śnieżka,
Co u krasnoludków mieszka,
Tysiąc jeszcze razy piękniejsza od ciebie!
Zadrżała z wściekłości królowa i krzyknęła:
— Musi umrzeć, choćbym i ja także umrzeć miała!
Potem zamknęła się w tajemnej komnacie i zatruła jabłko. Było piękne i ponętne, tak, że każdego musiała zebrać chętka. Kto jednak wziął bodaj kawałeczek w usta, umrzeć musiał natychmiast.
Dokonawszy tego, pomalowała twarz, przebrała się za wieśniaczkę i przebywszy siedem gór i siedem rzek, zapukała do domku krasnoludków.
Śnieżka zobaczyła ją przez otwarte okienko, ale nie wpuściła, pamiętna przyrzeczenia.
— Nie mogę was wpuścić kobieto, — powiedziała jej — gdyż obiecałam to krasnoludkom.
— Mniejsza z tym! — odparła wieśniaczka. — Takie jabłka każdy kupi! Masz tu jedno w podarunku.
— Niewolno mi niczego przyjmować! — powiedziała Śnieżka.
— Boisz się może trucizny? Patrzże, przecinam jabłko na pół, sama zjem połówkę żółtą, ty zaś zjedz bez obawy czerwoną!... — rzekła wieśniaczka.
Jabłko było umyślnie tak zatrute, że tylko czerwona połówka powodowała śmierć.
Wielką miała Śnieżka ochotę na jabłko, ujrzawszy zaś, że wieśniaczka je swą połówkę, wyciągnęła rękę po drugą.
Zaledwo jednak ugryzła, padła bez zmysłów na ziemię. Królowa spojrzała na nią triumfująco, uśmiechnęła się i rzekła:
— Teraz cię już nie ocalą krasnoludki, piękna Śnieżko. Umarłaś na dobre!
I rzeczywiście, gdy spytała zwierciadła:
— Moje zwierciadełko, chcę, byś powiedziało
Kto je.st najpiękniejszy na tę ziemię całą’
Odparło:
— Tyś najpiękniejsza, królowo!
Znalazło na koniec spokój zawistne serce królowej, o ile serce takie może go znaleźć.
Krasnoludki znaleźli Śnieżkę martwą. Nie oddychała wcale. Podnieśli ją, rozsznurowali, przeszukali włosy, obmyli wodą i winem, ale to wszystko nic nie pomogło. Śliczna Śnieżka zmarła naprawdę.
Ułożyli ją na katafalku, siedli wokoło i płakali przez trzy dni. Potem mieli ją pogrzebać. Ale była piękna, świeża i wyglądała na żywą. Nie mogli znieść myśli, że ją przysypie czarna, ciężka ziemia. Kazali zrobić szklaną trumnę, by widzieć ze wszystkich stron zmarłą, złożyli ją tam i napisali na wierzchu jej imię. Trumnę tę wynieśli na górę, ustawili pod drzewem i zawsze czuwał jeden z nich, gdy inni wyruszali do roboty.
Spostrzegły to zwierzęta i przychodziły na górę, opłakiwać Śnieżkę.
Długo leżała w szklanej trumnie, a ciągle wyglądała pięknie i świeżo.
Zdarzyło się, że pewien królewicz zabłądził w lesie i, ujrzawszy domek krasnoludków, poprosił o nocleg. Na widok, leżącej w trumnie, prześlicznej Śnieżki, zapałał ku niej miłością i rzekł krasnoludkom:
— Dajcie mi tę trumnę, a obdarzę was hojnie.
— Nie oddamy Śnieżki za wszystkie skarby świata! — oświadczyli.
— Kocham ją i żyć bez niej nie mogę! — zawołał. — Proszę was z całego serca, darujcie mi ją!
Wzruszeni słowami pięknego królewicza, darowali mu krasnoludki zmarłą Śnieżkę, on zaś kazał ją wziąć sługom na ramiona i zanieść do zamku swego.
Jeden ze sług niosących trumnę potknął się o korzeń drzewa, trumna drgnęła mocno i przybrała położenie ukośne. Skutkiem tego, zatruty kawałek jabłka wypadł z ust Śnieżki. Otwarła oczy, podniosła wieko, usiadła i spytała, zdumiona wielce:
— Gdzież jestem, na Boga?
— U mnie! U mnie jesteś! — zawołał królewicz radośnie.
Potem opowiedział jej wszystko, kończąc tymi słowami:
— Kocham cię nad wszystko! Chodź na zamek ojca mego i zostań małżonką moją!
Śnieżka zgodziła się bez wahania, a niedługo po tym odprawiono gody weselne.
Królowa macocha została, pośród innych, także zaproszoną. Ustrojona w bogate szaty stanęła przed zwierciadłem swoim i spytała przed wyjazdem:
— Moje zwierciadełko, chcę, byś powiedziało,
Kto jest najpiękniejszy na tę ziemię całą?
A zwierciadło odparło:
— Pięknaś o królowo, jak słońce na niebie,
Lecz Śnieżka-Królowa piękniejsza od ciebie!
Zaklęła głośno i ogarnął ją taki strach i gniew, że szczękała zębami i dostała gorączki. Zrazu nie chciała jechać na wesele, potem jednak ciekawość kobieca wzięła górę.
Gdy weszła na salę, stanęła oniemiała ze zdumienia na widok Śnieżki. Ale niezbyt mile ją tu przyjęto, gdyż kat przysposobił dla skrytobójczyni żelazne, rozpalone do czerwoności trzewiki. Włożono je na nogi, a potem musiała tańczyć tak długo, aż padła martwa.



TRZY PIÓRA.

Pewien król miał trzech synów, dwaj byli mądrzy, a trzeciego zwano durnym Jasiem, dlatego, że nie wiele mówił i był łatwowierny. Król postarzał się, jął więc dumać, któremuby ze synów zostawić koronę.
Rzekł im tedy:
— Jedzcie w świat, a ten, który mi przywiezie najpiękniejszy dywan, zostanie królem całego państwa.
Nie chcąc, by się pokłócili, wyprowadził ich poza dziedziniec zamkowy, wziął trzy pióra, dmuchnął i rzekł:
— Tak jak te pióra polecą, tak jechać macie!
Jedno pióro poleciało na wschód, drugie na zachód, a trzecie wprost przed siebie, ale opadło niedaleko.
Jeden z braci ruszył tedy na wschód, drugi na zachód, a durny Jaś nie wyruszył nigdzie, poszedł tylko pieszo na miejsce, gdzie spadło pióro, siadł przy nim i zasnął.
Po drzemce otworzył oczy, rozejrzał się i zobaczył tuż przed sobą żelazne drzwi, wiodące w głąb ziemi.
Podniósł je, zeszedł po schodach i natrafił na drugie drzwi.
Zapukał i usłyszał, jak z poza nich coś zawołało:
— Nie skrzecz tak, bądź cicho,
Bo puka jakieś licho!
Po chwili otworzyły się drzwi i durny Jaś ujrzał ropuchę, otoczoną mnóstwem ropuszątek.
Ropucha spytała, czego chce, a on powiedział, że chce dostać śliczny i cenny dywan.
— Przynieś pudełko!
Żabie bydełko!
Tak zawołała ropucha — matka, a ropuszęta poskoczyły w głąb jamy i za chwilę przywlokły pudełko, z którego Jaś wydobył dywan tak piękny, jakiego nikt jeszcze nie widział na świecie.
Podziękował ropusze i wrócił na wierzch.
Dwaj bracia ugodzili się w drodze, że wezmą po połowie państwa, ponieważ zaś uważali durnego Jasia za durniejszego od wszystkich Jasiów, przeto powiedzieli sobie, że nie warto jechać dalej. Napadli dwie wieśniaczki, zdarli im chustki z pleców i jako dywany przywieźli ojcu.
Ale dywan durnego Jasia był piękniejszy, przeto król podrapał się po łysinie, pod koroną i rzekł:
— Widzę, że panować będzie Jaś!
Bracia zaczęli przekładać ojcu wymownymi słowami, że Jaś jest durnym Jasiem, więc będzie durnym królem i postawili na swoim, a ojciec rzekł:
— Ten będzie królował po mnie, który z was przyniesie mi najpiękniejszy pierścień!
Potem dmuchnął znowu w trzy pióra, dwaj bracia pojechali za swoimi, a durny Jaś siadł przy swoim, które znowu spadło obok żelaznych drzwi.
Jak poprzednio, przespał się, gdyż lubił bardzo spać, potem zaś złożył wizytę mądrej ropusze i dostał od niej pierścień, tak piękny, jakiego nikt nigdy nie widział na świecie.
Nie fatygując się wiele podróżą, bracia popili trochę w gospodzie, potem zaś, pewni, że durny Jaś jest durnym Jasiem, zerwali obręcze z dwu kół wozu i przynieśli je ojcu, jako pierścienie.
Ale znowu pierścień Jasia był piękniejszy, tedy król poskrobał się w łysinę i spytał:
— No i cóż teraz?
— Nie można puszczać na tron, zwłaszcza w tych smutnych czasach, durnego Jasia! — zawołali. — Zadaj nam ojcze jeszcze jedną, i to bardzo trudną rzecz do wykonania.
— Zgoda! Ale pamiętajcie, że czynię to raz ostatni!
— Dobrze! — powiedzieli.
— Który z was przywiezie mi najpiękniejszą księżniczkę, ten zostanie władcą całego państwa.
Znowu poleciały pióra w prawo i w lewo, a Jasiowe prosto nosa i spadło obok drzwi żelaznych.
— Teraz już po Jasiu! — rzekli. — Gdzież taki cymbalista potrafi znaleźć piękną księżniczkę! Chodźmy do gospody, tam uradzimy co robić, ale jechać nie ma co!
Durny Jasio przespał się znowu i zeszedłszy do ropuszego pałacu powiedział:
— Sprawa źle stoi! Mam przywieść ojcu najpiękniejszą księżniczkę świata. Jej pani pewnie nie ma w pudełku!
— Nic łatwiejszego! — oświadczyła ropucha — matka wyciągnęła łapę, porwała pierwsze lepsze z ropusząt swoich, wsadziła do wydrążonego buraka, potem zaś zaprzęgła do tego pojazdu, sześć zdechłych myszy.
— Cóż widzę, u kaduka? — spytał.
— Oto jest moja sztuka! — odparła, tupnęła nogą i zaraz ropuszątko przemieniło się w przecudną dziewicę wysokiego rodu, burak w złotą kolasę z herbami, a zdechłe myszy w ogniste rumaki.
Durny Jaś wsiadł do karety i zajechał przed ojcowski zamek z takim trzaskiem, że nawet odźwierny zbudził się i wyjrzał za bramę.
Tymczasem bracia namówili dziewczęta z gospody, by poszły na zamek udawać księżniczki i przedstawili je ojcu.
— Najmłodszy z mych synów obejmie po mnie tron! — rzekł uroczyście stary król, a skończywszy tę przemowę, znowu się poskrobał pod koroną.
— Co czynisz, ojcze! — zawołali starsi. — Zezwól na jedno jeszcze, tylko na jedno!
— Nie mogę! — rzekł. — W bajce zawsze trzy razy powtarza się każda awantura...
— Zrób wyjątek! Zrobisz!
— Ano zrobię! — zgodził się.
Kazał wszystkim trzem księżniczkom skakać przez pierścień.
Niezdarne dziewczęta z gospody nie zdołały tego uczynić, ale księżniczka z żabiego rodu przeskoczyła bardzo zręcznie i została żoną durnego Jasia.
Dodać trzeba, że jak świadczą stare kroniki, durny Jaś był bardzo mądrym i lubianym przez ludność kraju monarchą.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Hans Christian Andersen, Bracia Grimm i tłumacza: Franciszek Mirandola.