Siedm dyalogów zwierzęcych/całość
| <<< Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Siedm dyalogów zwierzęcych | |
| Wydawca | Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów | |
| Data wyd. | 1911 | |
| Druk | Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów | |
| Miejsce wyd. | Warszawa | |
| Tłumacz | Kazimierz Woźnicki | |
| Ilustrator | portret: Léopold-Émile Reutlinger | |
| Tytuł orygin. | Dialogues de bêtes | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||


Pani Colette Willy, autorka Siedmiu Dyalogów Zwierzęcych, rozpoczęła swą karyerę literacką, pisząc do współki z Willy’m, głośne przed kilku laty Claudine’y. Wiadomo dzisiaj, że udział jej w tej pracy był dość znaczny, i że, bodaj, lepsze ustępy tej „epopei”, są koncepcyi i pióra pani Colette Willy. Dzieło to, dla tych, co nietylko sądzą powierzchownie, ale wnikają w istotę rzeczy, posiada wartość niemałą i zasługuje rzeczywiście na miano „epopei”; daje ono dokładny obraz życia pewnych sfer francuskich, odtwarza pewien pogląd na świat, i wynikające zeń sposoby zachowania się i postępowania...
Najbardziej jednak oryginalną, powiedziałbym najlepszą, pracą pani Colette Willy są Dyalogi Zwierzęce; należą one do tych dzieł, co przynoszą do literatury czynniki nowe. Bohaterami są tutaj kot i pies; rozmowa ich toczy się na temat spraw psich i kocich, ale ten pies i ten kot rzeczy i sprawy ludzkie, choć traktują je, jako drugorzędne, oceniają nieraz tak słusznie, z taką bystrością i przenikliwością, a w każdym razie tak ciekawie, że mógłby im pozazdrościć niejeden moralista.
Jak Toby-Pies i Kiki-Łagodny znają sprawy ludzkie, tak samo pani Colette Willy zna sprawy psie i kocie. Mówi o nich bez żadnej przesady, nie „robiąc literatury”, ale notując swe spostrzeżenia i swe uwagi, które same w sobie są literaturą, to znaczy sprawiają wrażenie harmonii i piękna.
Szczera, nie szukająca sztucznych efektów, nie posiadająca w sobie nawet na lekarstwo tej pozy, jaką, niestety, dzisiaj jeszcze, przy najodleglejszem zbliżeniu, spostrzedz można u większości kobiet-pisarek, pani Colette Willy nie pisze dla tego, aby pisać i aby módz należeć do respubliki literackiej, ale, ponieważ ma rzeczywiście coś do powiedzenia, coś nowego i ciekawego, a nadewszystko, ponieważ ma talent...
W ostatnich kilku latach pani Colette Willy, obok literatury, poświęca się teatrowi, tańczy tańce swej własnej kreacyi, odegrywa pantominy, jest, — jak powiada w swej ostatniej powieści p. t. La Vagabonde, która przed kilku dniami opuściła prasę, — „literatką, co się źle pokierowała”. W grze na scenie, tak samo jak i w literaturze, jest przedewszystkiem sobą, nie naśladuje nikogo, nie krępuje się niczem, stara się wyzyskać talent, jakim jest obdarzona, stara się stworzyć coś nowego. I tutaj powoduje panią Colette Willy umiłowanie sztuki, a nie chęć zysków albo sławy.
Dwa razy miałem sposobność widzieć panią Colette Willy: w jej mieszkaniu i na scenie. Przed rokiem mniej więcej udzieliła mi audyencyi, bawiąc przejazdem w Paryżu, kiedy po występach w Północnej Francyi udawała się na Południe, i zatrzymała się w stolicy dla zaopatrzenia się w nowe kostiumy. Zastałem panią Colette Willy w chwili kiedy te kostiumy przymierzała, w towarzystwie bohaterów, jakich Sz. Czytelnicy wkrótce poznają: Toby-Psa, buldoga, i kota, Kiki-Łagodnego. Kiki-Łagodny obojętnie leżał na swej poduszce, natomiast Toby-Pies przymiarką interesował się żywo, i aczkolwiek uprzejmym, to jednak wiele mówiącym wzrokiem, spoglądał na intruza, co ośmielił się pani jego w tak ważnej chwili czas zabierać...
Zdanie, jakie miałem o pani Colette Willy, po osobistem jej poznaniu, nie zmieniło się bynajmniej, a umocniło tylko. Są ludzie, którym szczerość i poczciwość wyczytać można w spojrzeniu — do takich należy pani Colette Willy. Z zachowania się, z ruchów, z rozmowy jej — widać, jak jest dobra, jak pogodna, jak sentymentalna nawet (ten czynnik sentymentalizmu najjaskrawiej może występuje w nowej powieści pani Colette Willy: La Vagabonde); ale widać także stanowczość, wytrwałość, zrozumienie i poczucie obowiązków, czy to teatralnych czy też literackich. Wogóle prawdziwa Colette Willy nie ma nic wspólnego z ową legendową autorką Claudine, o której tyle i tak rozmaitych plotek a legend kursuje...
Po raz drugi, niedalej jak wczoraj, widziałem panią Colette Willy na scenie w pantominie p. t. La Chair. W małym teatrzyku dzielnicowym p. n. Gaité-Montparnasse, wypełnionym po brzegi publicznością przedmiejską, w towarzystwie nieodłącznego Wague’a (w La Vagabonde występującego pod nazwą Brague’a), między śpiewem szansonistek, a komedyjką o wartości wątpliwej, odegrała dramat miłosny o podkładzie silnie zmysłowym; nie było tam ani dekoracyi, ani kostiumów, ani oświetlenia specyalnego, słowem nie było tego wszystkiego, co może oszukać oko, sprawić złudzenie gry dobrej, choć doskonałą nie jest. Uwaga więc cała skupiona była na grze artystki, na jej fizyognomii i ruchach... I była pani Colette Willy naprawdę żoną czy kochanką jakiegoś kłusownika, która miłość swą zakazaną ukryć pragnie, co później, w chwili stanowczej, waha się i zdecydować się nie może, co dalej, na gorącym schwytana uczynku, rozdarłszy szaty, pięknem ciała swego życie własne ratuje, co, wreszcie, straciwszy kochanka czy męża, niepocieszoną jest żoną, czy kochanką. ...Gra naturalna, niewymuszona, i tutaj świadectwo dała szczerości i talentu artystki...
W literaturze, czy w teatrze, pani Colette Willy jest sobą. W tem, co pisze, w tem, co odegrywa na scenie — daje rzeczy nowe. W książce niniejszej znajdą Szanowni Czytelnicy przekład dokładny, może zbyt dokładny, a więc niedostatecznie po literacku opracowany, jednego z arcydzieł pani Colette Willy.
Kiki-Łagodny, kot.
Toby-Pies, buldog.
| On | ⎫ ⎬ ⎭ |
państwo mniejszego znaczenia. |
| Ona |
Czy śpisz?
......
Czy ty aby żyjesz? Tak jesteś płaski! Wyglądasz jak próżna kocia skóra.
Daj pokój...
Nie... daj mi pokój. Śpię. Nie wiem nawet czy posiadam ciało... Co za męka żyć z tobą! Najadłem się, teraz jest druga godzina,... Śpijmy.
Kiedy nie mogę. Coś bulgoce w mym żołądku. To przejdzie, ale powoli. A następnie te muchy, te muchy!.. Widok jednej tylko sprawia, że oczy występują mi z głowy. Jak też one sobie poczynają? Jestem tylko szczęką najeżoną straszliwymi zębami (słuchaj jak dzwonią!), a te bestye przeklęte uciekają mi! Biedne moje uszy! biedny mój delikatny brzuch bronzowy! moja trufla w gorączce!.. Tu! na moim nosie, czy widzisz? Co zrobić? zezuje jak mogę... Są teraz dwie muchy? Nie, jedna tylko... Nie, dwie... Podrzucam je w powietrze jak kawałek cukru. A próżnię tylko chwytam... Już nie mogę więcej. Nienawidzę słońca, i much, i wszystkiego!..
Udało ci się obudzić mię. To wszystko czegoś pragnął, nieprawdaż? Marzenia me pierzchły. Na powierzchni mego głębokiego futra zaledwie czułem drobne, drażniące nogi tych much, które prześladujesz. Lekkie dotknięcie, pieszczota, czasami tylko marszczyły dreszczem trawę schyloną i jedwabistą, która mnie pokrywa... Ale ty nie umiesz nic robić po cichu; radość gminna przeszkadza ci, twój ból kabotyna jęczy. Mieszkańcze Południa!
Jeżeli obudziłeś się, aby mi to powiedzieć!..
Raczej ty mnie obudziłeś.
Czułem się niedobrze, szukałem pomocy, wyrazów zachęty...
Nie znam wyrazów pomagających do trawienia. Kiedy pomyślę, że, z nas obojga, ja jestem uważany za podły charakter! Ale wniknij trochę w siebie, porównaj! Upał nuży cię, głód sprawia, że szalejesz, zimno czyni cię skrzepłym...
Jestem uczuciowcem.
Powiedz: Opętańcem.
Być może. Dwie-Łapy — ani ty — nie rozumiecie się wcale na egoizmie, na egoizmie kocim... Dają oni takie miano wszystkiemu bez rozróżnienia: instynktowi samozachowawczemu, godności, obojętności znużonej, jaka nas nawiedza z powodu, że nie mogą nas zrozumieć. Psie bez dystynkcyi, ale pozbawiony stronniczości, czy rozumiesz mię teraz lepiej? Kot jest gościem, a nie zabawką. Zaiste, nie wiem w jakich czasach żyjemy! Dwie-Łapy, On i Ona, czyż sami tylko mają prawo smucić się, cieszyć, chlepać z talerzów, gniewać się, przechadzać po domu swe usposobienie kapryśne? Ja także mam SWOJE kaprysy, SWOJE smutki, SWÓJ apetyt nierówny, SWE godziny samotności marzycielskiej, w których odłączam się od świata...
Słucham Cię, i z trudem śledzę za tem, co mówisz, gdyż jestto bardzo zawikłane, i ponad mój rozum. Zadziwiasz mnie. Czyż mają oni zwyczaj sprzeciwiać się twemu zmiennemu usposobieniu? Kiedy miauczysz, otwierają ci drzwi. Kiedy kładziesz się na papierze, na papierze świętym, który On skrobie, wtedy On się usuwa i, o cudo, ustępuje Ci kartę już zabrudzoną. Kiedy, nos zmarszczywszy, z ogonem niby wahadłem niespokojnem o ruchach suchych, wynosisz się, oczywiście w poszukiwaniu czynu karygodnego, Ona obserwuje cię, i śmieje się, a On zapowiada: „Przechadzka spustoszenia“. Więc? Jak się to dzieje, że się skarżysz?
Nie skarżę się; zresztą subtelności psychologiczne pozostaną dla ciebie na zawsze obcemi.
Nie mów tak szybko; potrzebuje czasu, aby cię zrozumieć!... Wydaje mi się...
Nie spiesz się: trawienie mogłoby na tem ucierpieć.
Masz racyę. Trudno mi jest wyrażać się dzisiaj. Oto, o co mi chodzi: wydaje mi się, że z nas dwóch, ciebie głównie pielęgnują, a tymczasem, ty się uskarżasz.
Co za psia logika!... Im więcej mi dają, tem więcej domagam się.
To właśnie źle! To jest brak rozwagi.
Nie; ja mam prawo do wszystkiego.
Do wszystkiego? A ja?
Wszak niczego ci nie brak, zdaje mi się?
Niczego? Nie wiem. W chwilach kiedy jestem najszczęśliwszy, ochota do płaczu ściska me boki, oczy zaćmiewają się... Serce mnie dusi. Pragnąłbym, w tych chwilach utrapienia, być pewnym, że wszystko, co mnie otacza, kocha mnie, że nigdzie na świecie nie ma smutnego psa za drzwiami i, że nigdy nic złego nie stanie się...
A wtedy, zdarza się coś złego.
A! Wszak wiesz o tem! W tej właśnie godzinie, nieodzownie, przychodzi Ona, i przynosi żółtą flaszeczkę, w której pływa te paskudstwo... wiesz... olej rycinowy! Przewrotna, nieczuła, trzyma mnie między swemi silnemi kolanami, gwałtem odmyka mi zęby...
Ściskaj je lepiej.
Ale obawiam się, aby Jej nie sprawić przykrości..., i język mój przestraszony poznaje ckliwość lepką... Duszę się, pluję. Me biedne oblicze drgające zamiera, — a skutek tej męczarni długo każe na siebie czekać... Widziałeś mnie, później, kiedy melancholijny, z głową opuszczoną, wlekę się i przysłuchuję niezdrowemu bełkotaniu oleju w moim żołądku; widziałeś, kiedy idę ukryć w ogrodzie mój wstyd...
Tak go źle ukrywasz!
Ba, skoro nie zawsze mam czas.
Kiedy byłem mały, chciała mi dać oleju na przeczyszczenie. Takiem ją dobrze zadrapał i ugryzł, że, od tego czasu, nie próbowała już więcej. Przez chwilę myślała, że trzyma złego ducha na kolanach. Zwinąłem się, gdyby linia spiralna, dmuchałem ogniem, pomnożyłem dwadzieścia moich pazurów na sto, zęby na tysiące, i umknąłem jak przez czar.
A jabym nie śmiał. Kocham Ją, wszak rozumiesz. Kocham Ją na tyle, aby jej nawet przebaczyć męczarnię kąpieli.
Czyż tak? Powiedz mi, co wtedy odczuwasz? Widok sam tego, co robi ci w wodzie, przejmuje mnie dreszczem.
Niestety!... Słuchaj i ubolewaj nademną. Czasami kiedy Ona wychodzi ze swego basenu cynkowego, odziana jedynie w swą skórę, w skórę bez sierści, i tak miłą, że ją liżę z uszanowaniem, nie pokrywa się odrazu swemi skórami z bielizny i z materyi. Dolewa wody ciepłej, wkłada brunatną cegiełkę pachnącą smołą i mówi: „Toby“. To wystarcza: dusza opuszcza mnie, nogi drżą. Coś na wodzie błyszczy, coś tańczy i oślepia mnie, obraz w kształcie skręconego okna... Ona mnie chwyta, biedne ciało omdlałe, i pogrąża w wodzie... O, bogowie!... Od tej chwili nic nie wiem więcej... w Niej tylko mam nadzieję, moje oczy przywiązują się do Jej oczu, podczas gdy przystająca letniość przykleja się do mnie, przykleja naskórek swój do mego naskórka...
Cegła mydląca się, zapach smoły, woda szczypiąca w mych oczach, w mych nozdrzach, potop mych uszów... Ona podrzuca mię, skrobie mnie z sercem wesołem, śmieje się... Wreszcie, ocalenie, wydobycie z wody za kark; nogi wymachują w powietrzu i szukają życia; ręcznik twardy, szlafrok, w którym zażywam rekonwalescencyi z wyczerpania...
Uspokój się.
Zaprawdę! Wystarcza, aby o tem mówić... Ale Ciebie tak szydersko ciekawego mych nieszczęść, czyż nie widziałem pewnego dnia leżącego na umywalni, obok Niej, uzbrojonej gąbką...
To stara historya! Moje spodnie żuawa były zabrukane. Chciała je wymyć. Przekonałem Ją, że cierpię okrutnie pod gąbką.
Jaki z ciebie kłamca! A Ona ci wierzyła?
Hm... nie ciągle. Ale moja w tem wina. Przewrócony na grzbiet, nadstawiałem brzuch skromny, z oczami jagnięcia na ołtarzu, przebaczającemi i przestraszonemi. Poczułem zaledwie chłód poprzez me spodnie kosmate!... później nic więcej... strach mnie ogarnął, obawiałem się, że moja wrażliwość zaniknie. ...Me jęki rytmiczne wzrosły, później zmniejszyły się — wszak znasz siłę mego głosu! — a następnie wzmogły się jeszcze, jak wrzask marynarzy: naśladowałem młode cielę, dziecko, które biją, kotkę w usposobieniu miłosnem, wiatr pode drzwiami, upajając się powoli własnym śpiewem... Czyniłem to tak dobrze, że chociaż dawno skończyła już brukać mnie zimną wodą, jeszcze jęczałem z oczami zwróconemi do sufitu przed Nią, która śmiała się — dowód braku taktu — i krzyczała: „Jesteś kłamcą podobnie jak kobieta“.
To rzecz przykra.
Miałem do niej żal przez całe popołudnie.
O! z dąsania wywiązujesz się zawsze dobrze. Ja tego nie potrafię, i zapominam obelgi.
I liżesz rękę, która cię bije; rzecz znana.
Liżę rękę, która... racya, tak jest jak mówisz. Piękne to wyrażenie.
Wyrażenie to nie moje. Godność cię nie dławi. Słowo daje, że często wstydzę się za ciebie. Kochasz wszystkich; witasz z uniżeniem tych, którzy cię odpychają; twe serce jest udzielające się i banalne, jak ogród publiczny.
Nie wierz temu wcale, o istoto źle wychowana. Nie rozumiesz, o ty nieomylny, manifestacyi mej grzeczności. Jakżeż chcesz, mówiąc otwarcie, abym skakał do łydek Jego przyjaciół i Jej przyjaciół? Ludzi porządnie odzianych, którzy znają me imię (wielu jest takich, co wiedzą jak się nazywam choć ich nieznam wcale), i pociągają mnie dobrodusznie za uszy?
Nienawidzę nowych twarzy.
Ja ich także nie lubię, bez względu na to, co o mnie sądzisz. Kocham Ją i Jego.
A ja kocham Jego i Ją.
O! Oddawna odgadłem twe upodobania: Istnieje między tobą a Nim rodzaj umowy tajnej.
Umowy... tak. Tajnej, i niewinnej, i głębokiej. Mówi On rzadko, skrobie papier, co czyni hałas podobny do myszy. Jemu właśnie ofiarowałem me serce skąpe, me cenne serce kota. A On, milcząco, oddał mi swoje. Wymiana uczyniła mnie szczęśliwym i powściągliwym a, czasami, przy pomocy tego pięknego instynktu kapryśnego i żądnego panowania, który czyni nas podobnymi do kobiet, próbuję nad Nim swej władzy. Dla Niego, kiedy jesteśmy sami, te uszy dyabelskie skierowane naprzód, które zapowiadają skok na papier do skrobania. Dla Niego odgłos łap stawianych na płask wśród piór i listów rozrzuconych. Dla Niego także miauczenie nalegające, które domaga się swobody, — „Hymn do klamki u drzwi“, jak powiada ze śmiechem; albo także „skarga uwięzionego“. Ale również dla Niego tylko rozmyślanie czułe mych oczu natchnionych, które ciążą na schylonej głowie do chwili kiedy jego spojrzenie wywołane szuka i spotyka moje spojrzenie w zderzeniu dusz, przewidzianem i tak słodkiem, że muszę zmrużyć powieki wobec cudownego wstydu... Ona... zbyt wiele się rusza, popycha mnie często, męczy mnie podniesionego, z łapami po dwie razem złączonemi, podnieca się, pieszcząc mnie, śmieje się głośno ze mnie, zbyt dobrze naśladuje mój głos...
Widzę, że nie łatwo cię zadowolnić. Oczywiście Jego także kocham, gdyż jest dobry i odwraca oczy, aby nie widzieć mych uchybień, i aby nie potrzebował mnie łajać. Ale Ona! Jest tem, co widzę na świecie najbardziej drogiego i najbardziej niezrozumiałego. Jej kroki upajają mnie. Jej oczy zmienne dają mi smutek i szczęście. Podobna jest do Przeznaczenia i nie waha się nigdy! Nawet katusze Jej ręki... Wiesz jak mnie drażni?
Surowo?
Nie surowo, ale delikatnie. Niczego przewidzieć nie mogę. Dzisiaj rano nachyliła się, jakby chciała mówić do mnie, podniosła me ucho, podobne do ucha małego słonia, i rzuciła wewnątrz okrzyk przejmujący, który doszedł aż do mego mózgu.
Okropność!..
Czy to było dobre, czy złe, teraz jeszcze się waham. Wywołało to we mnie krążące szaleństwo zdenerwowania. Prawie codzień Jej fantazya domaga się, abym udawał „rybę“: podnosi mnie na rękach, ściska me boki, że aż tracę oddech, a usta moje nieme otwierają się jak usta karpia, którego topią w powietrzu...
Poznaję Ją po tem.
Nagle czuje się wolnym i żywym, żywym cudem Jej woli! O jakżeż życie wydaje mi się wtedy pięknem. O jakżeż ślinię jej wiszącą rękę, rąbek jej sukni!
Ładna zabawa!
Wszystkiego co dobre i wszystkiego co złe doznaję od Niej... Jest Ona udręczeniem przejmującem i pewnem schroniskiem. Kiedy, przestraszony, rzucam się na Nią z sercem szalonem, o jakżeż ramiona jej są miłe, o jakżeż świeże są Jej włosy na mem czole! Jestem Jej „czarnem dzieckiem“, Jej „Toby-Psem“, Jej „maleńką miłością“... Aby mnie upewnić, siada na ziemi, staje się taką małą jak ja, kładzie się nawet, aby mnie upajać swem obliczem, które znajduje się pod mojem, leżącem na Jej włosach, co pachną sianem i zwierzęciem! Jakżeż oprzeć się wtedy? Moja namiętność szaleje, ryję Ją nosem podnieconym, gryzę z lekka chrupki i różowy szczyt ucha. Jej ucha! Dopóki, połechtana nie krzyknie: „Toby! to okropne! hej na pomoc! ten pies chce mnie zjeść!“
Zdrowe radości, brutalne i proste... A później wszak idziesz w zaloty do kucharki?
A ty do kotki na folwark...
Dość, proszę cię, to jedynie mnie obchodzi... i małą kotkę.
Piękna konkieta! Powinieneś czerwienić się, kotka co ma siedm miesięcy!
Owoc zielony, jagoda dzika, powiadam ci! A nikt mi jej nie skradnie... Jest wysmukła, gdyby tyczka do grochu...
... Długa i osadzona na długich łapach, idzie krokiem niepewnym dziewicy. Ciężka praca polna, — poluje ona na myszy, na sorki, nawet na kuropatwy, — uczyniła twardymi jej młode mięśnie, sposępniła nieco jej spojrzenie dziecinne...
Jest więc brzydka?
Wcale nie brzydka, ale dziwna: pyszczek kozi z różowemi nozdrzami, uszy ośle wedle mody chłopskiej, oczy po bokach o barwie starego złota, których żywe spojrzenie wpada często w zez podniecający... Jakżeż żwawo ode mnie ucieka, mieszając wstydliwość z przestrachem! Ja ze swej strony, przechodzę powolutku, możnaby pomyśleć, że obojętnie, odziany w mą cudowną suknię, której pręgi ją przestraszają... Ale przyjdzie do mnie! do mych nóg, mała kotka rozkochana; rzuci wszelki przymus, i tarzać się będzie pode mną, jak szarfa biała!...
Nic nie mam przeciwko temu, wiesz; tutaj kwestye miłosne mało mnie obchodzą. Ćwiczenia fizyczne... moje zachody, jako stróża... nie myślę wcale o tej bagateli.
Bagateli! Ach ty komiwojażerze!
A zresztą mogę ci wyznać... Widzisz jak jestem mały... Otóż! wskutek nieszczęścia niedouwierzenia, a jednak prawdziwego, spotykam w okolicy tylko młode olbrzymki. Suka z folwarku, wielka dyablica o oczach żółtych, przyjęła by mnie tak samo, jak przyjmuje... byle kogo. Wyuzdana, o! tak... ale poczciwa, pachnąca, posiada urok łotrowski, który wycieńcza, spojrzenie zgłodniałe łagodnej lwicy... Niestety!... Niestety!... Jestem tak mały... U sąsiadów znam jeszcze łagodną dunkę, wywołującą zawrót głowy niby góra; owczarkę, która nigdy nie ma czasu ze względu na swe zajęcia; sukę myśliwską nerwową, która gryzie nagle, ale której dzikie oczy zapowiadają zapał... Niestety, niestety! wolę o tem nie myśleć. Zbyt to jest męczące. Powracać spracowanym a nie zaspokojonym, mieć gorączkę całą noc... Dość tego...
Kocham... Ją i Jego, pobożnie, namiętnością wzruszoną, która mnie podnosi aż do Nich; wystarcza to w zupełności, aby wypełnić mój czas i me serce. — Godzina wypoczynku mija. Kocie, mój pogardliwy przyjacielu, którego mimo to kocham, i który mnie kocha. Nie odwracaj głowy! Twoja wstydliwość szczególna chowa to, co nazywasz słabością, a co ja miłością zowię. Czy myślisz, że jestem ślepy? Kiedy wracam z Nią do domu, widzę często, za szybą, twarz twoją trójkątną rozjaśniającą się i uśmiechającą się. Wystarcza chwila, potrzebna do otwarcia drzwi, abyś znowu włożył twą maskę kocią, twą piękną maskę japońską z oczami nad któremi panujesz... Czy możesz temu zaprzeczyć?
Godzina wypoczynku mija. Stożkowaty cień grusz zwiększa się na żwirze. Cały nasz sen zużyliśmy na gawędę. Zapomniałeś o muchach, o twym żołądku niespokojnym, o upale, który, falami, tańczy na łące. Ciężki a piękny dzień uchodzi. Już powietrze się porusza, i schyla ku nam zapach sosen, których pnie płaczą łzami jasnemi...
Oto Ona. Porzuciła słomiany fotel, przeciągnęła wdzięczne ramiona, a w ruchach Jej sukni wyczekuję nadziei przechadzki. Czy widziałeś Ją po za krzewami róż? Łamie paznogciem liść cytrynowy, rozciera go, i wącha... Ja do niej należę. Z oczami zamkniętemi odczuwam jej obecność.
Widzę Ją. Jest spokojna i łagodna... na razie. Wiem, że On pójdzie też za nią, kiedy porzuci papier. Wyjdzie, wołając Jej: „Gdzie jesteś?“ i, zmęczony, usiądzie na ławce. Dla Niego podniosę się grzecznie, i pójdę drapać paznogciami Jego spodnie. Milczący, podobni do siebie, szczęśliwi, przysłuchiwać się będziemy końcowi dnia. Zapach lip stanie się słodkim, aż do zemdlenia, w chwili właśnie kiedy moje czarne oczy proroka powiększą się i czytać będą w powietrzu znaki tajemnicze... Tam, poza górą spiczastą, ognisko spokojne później zapali się, para krągła o barwie różowej, zmrożonej błękitem popielatym nocy, kokon świetlny, skąd rozwinie się ostrze olśniewające księżyca, które kraje i które przepłynie, rozcinając chmury... A później nastanie chwila, aby iść spać. On weźmie mnie na swe ramiona, i będę spał (gdyż nie jest to sezon miłosny) na Jego łóżku, obok Jego nóg, które dbają o mój wypoczynek. Ale poranek obaczy mnie drżącym, odmłodzonym, siedzącym wprost słońca, w nimbie ze srebra, którym okadza mnie rosa, i podobnym naprawdę do Boga, jakim byłem.
Jakżeż ten wóz szybko toczy się. Chyba to inny stangret niż zwykle. Nie widziałem koni, ale pachną one brzydko, i wydzielają dym czarny. Czy niedługo staniemy na miejscu, o Ty, która marzysz milcząca, i nie patrzysz na mnie?
Cyt!
Nic prawie nie powiedziałem. Czy niedługo dojedziemy?
Cyt!
Nie mam powodzenia. Nikt nie chce ze mną rozmawiać. Nudzę się trochę, a przytem nie znam tego wozu. Jestem zmęczony. Obudzono mnie wcześnie, i bawiłem się, biegając po całym domu. Pochowano fotele pod pokrowcami, pokryto lampy, zwinięto dywany; wszystko było białe, zmienione, drażniące przykrym zapachem kamfory. Kichałem pod każdym fotelem, z oczami pełnemi łez, ślizgałem się po nagiej posadzce, spiesząc się i biegając za białymi fartuchami służących. Gdyż one uwijały się do koła kufrów, porozstawianych wszędzie, z gorliwością nadzwyczajną, która wystarczała, aby mnie uprzedzić o zdarzeniu niezwykłem.... W ostatniej chwili, w chwili właśnie, kiedy Ona, rozgrzana pospiesznymi ruchami, krzyczała: „Obroża Toby’ego! A gdzie jest kosz dla kota, szybko, kot do kosza!...“, w chwili właśnie kiedy to mówiła, mój towarzysz znikł. Było to coś nie do opisania. On, przerażający, klął piorunami i Bogiem, i uderzał laską o podłogę, że pozwolono uciec Jego Kiki. Ona wołała „Kiki“ bądź głosem błagalnym, bądź z pogróżką, a dwie służące przynosiły zwodnicze talerze puste i żółty papier, niby od rzeźnika.... Wierzyłem święcie, że mój towarzysz, kot, opuścił ten świat! Nagle ukazał się oczom wszystkich, siedzący na samym wierzchu szafy bibliotecznej i przyglądający się nam z pogardą swem spojrzeniem zielonem. Ona podniosła ramiona: „Kiki zejdź natychmiast! sprawisz, że spóźnimy się na pociąg!“ Ale Kiki nie schodził, a ja dostałem zawrotu głowy, siedząc na ziemi, i widząc, że kot siedzi tak wysoko, że drepce w miejscu, kręci się i miauczy złośliwie, aby wyrazić niemożność usłuchania. On, przerażony, mówił: „Mój Boże, jeszcze spadnie!“ Ale Ona uśmiechnęła się sceptycznie, wyszła z pokoju, i powróciła z batem w ręku... Bat mówi: „Pęk!“ dwa razy tylko i cudem, sądzę, Kot zeskoczył na podłogę, bardziej lekko, bardziej elastycznie niż piłka, którą się bawimy. Ja, spadając, byłbym się złamał niezawodnie.
Od tej chwili siedzi on w tym koszu... (Zbliża się do kosza). W koszu mały otwór... Widzę go... Końce wąsów podobne do igieł białych... O! co za oko! Cofnijmy się... Boję się trochę... Kot nigdy nie jest zupełnie uwięziony... Musi cierpieć... Być może, zwracając się doń łagodnie... (woła go z kurtuazyą) Kocie!
Pfff!...
O! Powiedziałeś brzydkie słowo. Twe oblicze jest straszne. Czy cię co boli?
Idź precz. Jestem męczennikiem... Odejdź, mówię, gdyż dmuchnę na ciebie ogniem!
Dla czego?
Ponieważ jesteś na wolności, ponieważ ja siedzę w tym koszu, ponieważ kosz stoi we wstrętnym wozie, który mnie trzęsie, ponieważ spokój Ich doprowadza mnie do rozpaczy.
Czy chcesz, abym spojrzał, co dzieje się na dworze, i opowiedział ci, co widać przez portyerę wagonu?
Wszystko dla mnie jest jednakowo wstrętne.
Niczegom nie widział.
Mimo to dziękuję.
Nic nie widziałem takiego, coby łatwo można było opisać. Rzeczy zielone, przesuwające się w przeciwnym niż my kierunku, tak blisko i tak szybko, że dostaje się jakby uderzenie w oczy. Pole płaskie, które kręci się, i mała dzwonnica spiczasta, która biegnie równie szybko, jak wóz... Inne pole, pokryte kwitnącą inkarnatką, uderzyło mnie w oczy, niby czerwony policzek... Ziemia zapada się, — albo też my wznosimy się, nie wiem właściwie... Widzę, w dole, bardzo daleko, zielone trawniki, pokryte białymi astrami — są to może krowy...
Albo opłatki do listów, — albo może co innego.
Czy cię to nie zabawia?
Ha! zapytaj się potępieńca...
Kogo?
... potępieńca w kadzi wrzącego oleju — czy znajduje jakąkolwiek przyjemność! Moje cierpienia są natury moralnej. Doznaje jednocześnie uwięzienia, poniżenia, ciemności, zapomnienia i kołysania.
Krzyczą: Nieszczęście: Biegnijmy!
Mój mały Toby, jesteś głupi.
Dla czego siedzisz spokojnie, o, Ty, niewytłomaczona? Czy nie słyszysz tych krzyków? Słabną... Nieszczęście minęło... Chciałbym wiedzieć...
To zwierzątko jest głodne.
Sądzisz? Ja także? Ale Toby będzie jadł bardzo mało.
A Kiki-Łagodny?
Kiki-Łagodny dąsa się. Ukrył się dzisiaj rano. Będzie więc jadł jeszcze mniej.
Kiki nic nie mówi. Czy nie obawiasz się, że zachorował?
Nie, ale jest obrażony.
Miau.
Chodź mój piękny Kiki, mój więźniu, chodź, dostaniesz zimnego roastbeef’u i kurczęcia.
A! Oto jesteś Kocie! A więc niech żyje Wolność!
Niech żyje Wolność, mówię ci. Jestto we zwyczaju. Za każdym razem kiedy otwierają drzwi, należy biegać, skakać, kręcić się w półkole, i krzyczeć.
Należy? Kto? Gdzie?
My, psy.
Czy mam także szczekać? O ile wiem, nie mieliśmy nigdy tego samego kodeksu zachowania się.
Nie upieram się. Jak ci się ten wóz podoba?
Jest on wstrętny. Sukno jednak dość dobre dla ostrzenia paznogci.
Gdybym ja uczynił to samo...
Hę, hę! Jak to sukno gąbczaste i szare uspokaja mą złość!... Od samego rana świat buntuje się okropnie, i On, On, którego kocham i który mnie ubóstwia, nie obronił mnie. Zniosłem poniżające dotknięcia, trzęsienie, i więcej niż jeden gwizd przebiegł mój mózg od ucha do ucha... Hę! miło jest kiedy nerwy wypoczywają, i kiedy wyobraża się sobie, że jednem draśnięciem wesołem pazura wystrzępia się krwawiące i włókniste ciało nieprzyjaciela... Hę! drapmy i spieszmy się! Wznośmy łapy wysoko na znak najwyższego zuchwalstwa!...
Powiedz, Kiki, czyś skończył?
Daj pokój. Wszak ostrzy pazury.
Odpowiedział za mnie. Przebaczam mu. Ale ponieważ mi wolno, nie podoba mi się już drzeć poduszek... Kiedy wyjdę stąd? Nie dlatego bym się czegokolwiek obawiał. Są tutaj oboje, i Pies także, ze swymi codziennymi wyrazami twarzy... Odczuwam darcie w żołądku...
Krzyczą! Jeszcze jedno nieszczęście! Biegnijmy!
Mój Boże, jaki ten pies jest męczący! Co mnie to obchodzi, że jest tam jakieś nieszczęście? Zresztą nie wierzę temu wcale. Są to krzyki ludzkie, a ludzie krzyczą dla przyjemności słyszenia swego głosu...
Jestem głodny. Czy będziemy jedli? O, Ty, od której wszystkiego się spodziewam! W tym dziwnym kraju nie zdaje sobie sprawy, ale sądzę, że jednak...
Chodźcie wszyscy na śniadanie.
To co mi dała, musiało być naprawdę dobre, gdyż wydało się tak małem! Rozpuściło się w pysku, nie pozostawiając nawet wspomnienia.
Jestto białe mięso kurczęcia. Mrrr... Tam do licha! mruczę, anim się spostrzegł! Nie należy tego czynić. Pomyślą, że poddałem się podróży... Jedzmy powoli, dziki i rozczarowany, jedzmy poto jedynie, aby nie umrzeć z głodu...
Pozwólcie mi śniadać! ja także lubię kurczę na zimno i wnętrze sałaty maczane w soli.
Co uczynimy, aby zmusić kota do powrotu do kosza?
Nie wiem, zobaczymy później.
Czy to już koniec? Połknąłbym trzy razy więcej. Powiedz, Kocie, nieźle jesz, jak na męczennika?
Smutek mnie dręczy. Odsuń się nieco, pragnę spać teraz... Spróbować spać... Sen miłościwy, być może, przeniesie mnie do domu, który opuściłem, do poduszki ozdobionej kwiatami, którą On mi ofiarował... Home! sweet home!... Dywan barwny dla rozkoszy mych oczu, wazon duży z małą palmą, której pędy zjadam, fotele głębokie, gdzie chowam piłkę dlatego, aby mieć niespodziankę... Korek zawieszony na sznurku u klamki drzwi, drobiazgi na stole, którymi zabawia się ma łapa, i czasami tłucze jakiś kryształ... Jadalnia... co za świątynia! Przedpokój — pełen tajemnic, skąd, niewidzialny, wypatruję tych, co wchodzą i wychodzą... Schody wąskie, po których kroki roznosiciela mleka dźwięczą dla mnie niby Anioł Pański... Do widzenia, fatalne przeznaczenie unosi mnie, i kto wie, czy kiedykolwiek... A! zbyt to jest smutne! wszystkie piękne rzeczy, o których mówię, rozczuliły mnie naprawdę.
Krzyczą! Nieszcz... Tam do dyabła! Mam już dość tego.
Za dziesięć minut zmieniamy pociąg. Co zrobić z kotem? Za nic w świecie nie pozwoli się zamknąć.
Zobaczymy. A gdyby tak włożyć mięsa do kosza?
Albo też, pieszcząc go...
Kiki, mój poczciwy Kiki, chodź do mnie na kolana, albo też na me ramię, które podoba ci się zwykle. Zaśniesz na niem, a ja złożę cię delikatnie do kosza; nie jest on ciemny, i posiada zbytkowną poduszkę, chroniącą od chropowatej łoziny... Chodź mój cudowny...
Słuchaj, Kiki, trzeba przecież rozumieć życie. Nie możesz tutaj zostać. Mamy zmienić pociąg. Zjawi się przestraszający urzędnik, który powie rzeczy przykre dla ciebie i dla całej twej rasy. Zresztą uczynisz dobrze słuchając, gdyż, w przeciwnym wypadku, dam ci w skórę...
Chce mi się siusiu.
Chrapiesz?
Nie, to ty chrapiesz.
Nieprawda, ja tylko mruczę.
To wszystko jedno.
Bogu chwała, nie! (milczenie). Jestem głodny. Nie słychać, aby obok poruszano talerze. Czyż nie jest już godzina obiadowa?
Nie wiem; jestem głodny.
Gdzie jest Ona? Jak się to dzieje, że nie wisisz u Jej spódnicy?
Zdaje mi się, że Ona jest w ogrodzie; zbiera mirabele.
Żółte kulki, które padają na uszy? Wiem. Więc Ją widziałeś? Założyłbym się, że cię zbeształa... Cóżeś ty jeszcze zrobił?
Powiedziała mi, bym wracał do salonu, ponieważ... ponieważ ja także zjadałem mirabele.
Dobrze ci tak! Masz upodobania wstrętne, upodobania ludzkie.
Słuchaj, ja nie jadam zepsutej ryby.
Ale oblizujesz rzeczy bardziej jeszcze wstrętne.
Co naprzykład?
Rzeczy... na drodze... fe!
Rozumiem. To nazywa się: „brudasy“.
Chyba się mylisz?
Nie. Kiedy obwąchuję jeden, cudowny i okrągły, bez wad, Ona rzuca się na mnie z parasolką w ręku, i woła: „brudas“.
Czyż się nie wstydzisz?
Dlaczego? Te kwiatki na drodze podobają się memu subtelnemu nosowi, memu językowi łakomemu. Nie zrozumiem natomiast nigdy twej radosnej epilepsyi, kiedy widzisz zdechłe żaby, albo tę trawę, wiesz...
Kozłek?
Być może... Trawa — służy na przeczyszczenie.
Nie mam, jak ty, wyłącznie myśli ekskrementalnych... Kozłek... Nie, ty nie możesz tego zrozumieć... Widziałem Ją kiedy, po wypróżnieniu kieliszka tego cuchnącego i niebezpiecznie pieniącego się wina, śmiała się i szalała podobnie jak ja, kiedy widzę Kozłek... Zdechła żaba, zdechła do tego stopnia, że wydaje się suchym safianem w kształcie żaby, jest poduszeczką napuszczoną wonnościami tak rzadkiemi, iż chciałbym, aby niemi pachniało me futro...
Dobrze mówisz... Ale Ona cię łaje, i mówi, że później nieładnie pachniesz, a On utrzymuje to samo.
On i Ona są to tylko Dwie-Łapy, a ty ich naśladujesz biedna istoto i poniżasz się. Stajesz na tylnych łapach, nosisz płaszcz, kiedy deszcz pada, jesz — fe — mirabele i te duże gałki zielone, które gubią czasami nieżyczliwe drzewa, kiedy pod niemi przechodzę...
Jabłka?
Zapewne. Ona je zrywa, i ciska wzdłuż alei, krzycząc: „Jabłko, Toby, jabłko!“ A ty rzucasz się nieprzystojnie, niby waryat, z językiem wywieszonym, z oczami na wierzchu, że aż dech tracisz...
Każdy szuka przyjemności tam, gdzie ją znajduje.
Jestem głodny. Obiad z pewnością się opóźnia. Gdybyś tak poszedł po Nią.
Nie śmiem. Zabroniła mi, abym przychodził. Jest ona w głębi doliny z dużym koszem. Rosa opada, i moczy jej nogi, a słońce uchodzi. Ale wszak wiesz, jaką jest Ona; siada na mokrem, patrzy przed siebie tak, jakgdyby spała; albo też kładzie się na brzuchu, gwiżdże i przygląda się mrówce w trawie; czasami zrywa macierzankę, i wdycha ją; niekiedy woła na sikorę czy na sójkę, które zresztą nigdy nie przychodzą. Nosi konewkę ciężką, i rozlewa wodę tysiącami nici srebrnych i lodowatych, które sprawiają mi dreszcze, na róże, i do małych wyżłobionych koryt kamiennych w głębi lasu. Wtedy nachylam się, aby obaczyć zjawiającą się na me spotkanie głowę buldoga i aby pić obraz liści, ale Ona ciągnie mnie za obrożę i krzyczy: „Toby — to jest woda dla ptaków“. Otwiera nóż i wyłuskuje orzechy, pięćdziesiąt orzechów, sto orzechów, — i zapomina, która jest godzina. Niema temu końca.
A ty co zrobisz wtedy?
Ja... czekam.
Podziwiam Cię.
Czasami, siedząc w kuczki, zapamiętale drapie ziemię, męczy się, poci, a ja się ożywiam patrząc na Nią, i radując się robocie pożytecznej, tak dobrze mi znanej. Ale węch słaby zawodzi Ją: kopie fałszywe jamy, w których nie czuje ani kreta, ani myszy polnej z różowemi łapkami. Kto mi wytłomaczy błahość jej zamiarów? A oto siada nagle, rozmachując trawą o korzeniach włochatych, i krzyczy: „Mam ją, szelmę!“ Kładę się na mokrej ziemi i drżę. Albo też wysuwam nos, Ona mówi ryj, — aby rozeznać złożone zapachy... Czy też ty umiesz odróżnić choćby trzy, cztery zapachy pomieszane, splecione, zlane: zapach kreta, inny zająca, który przeszedł szybko, inny jeszcze ptaka, co usiadł...
Tak, potrafię. Mój nos wie wszystko. Jest mały, regularny, leży między dwoma oczami, delikatny na giemzowym szczycie nozdrzów; dotknięcie trawy, cień dymu, łachoczą go, aż do kichnięcia. Powiadasz, że nie używam go do rozróżnienia zbłąkanego kreta od... zająca. Ale mogę miesiącami całymi upajać nos mój — Ona mówi: „jego piękny nosek z wełnianego aksamitu“ — śladami kotki na bukszpanach... Mój nos jest cudowny. Nie ma dnia, odkąd oczy me są otwarte, aby mi nie powiedziano kilku rzeczy pochlebnych o moim nosie. Twój nos... jest truflą ziarnistą. A co za śmieszna ruchliwość nim rządzi! W chwili kiedy do ciebie mówię...
Jestem głodny. Nie słychać talerzy.
... twoja trufla przechadza się na twem obliczu, i stwarza jeszcze jedną zmarszczkę na twym pysku źle ociosanym.
Ona mówi tak czule: „jego pyszczek kwadratowy, jego trufla pomarszczona“.
A ty myślisz tylko o jedzeniu.
A twój żołądek pusty nie jest zadowolony, skarży się i pragnie się ze mną kłócić.
Mój żołądek jest wspaniały.
Ależ nie, wszak mówiłeś przedtem, że twój nos jest wspaniały.
Mój żołądek także. Nie ma żołądka bardziej łakomego, bardziej kapryśnego, bardziej odpornego i delikatnego jednocześnie. Trawi on ości rybie, resztki kurczęcia, ale mięso podejrzane szkodzi mu; to, co mówię, jest prawdą dosłowną.
Dosłowną w istocie. Twoja niestrawność jest bardzo niespokojna.
Tak, cały dom wzrusza się nią. Jednocześnie z pierwszemi oznakami nudności opanowuje mnie słabość wielka. Ziemia mięknie pod mymi krokami. Z roztwartemi oczami połykam obfitą i słoną ślinę, wychodzą ze mnie mimowolne okrzyki brzuchomówcy... Następnie boki poruszają się podobnie, a nawet bardziej jeszcze jak boki kotki, która rodzi, a następnie...
Jeżeli ci to nie sprawia różnicy, opowiesz mi resztę po obiedzie...
Jestem głodny. Gdzie jest On?
Tam, w swoim gabinecie, skrobie papier.
Tak jak zwykle. Jestto swego rodzaju zabawa. Dwie-Łapy bawią się tem samem bez końca. Próbowałem niejednokrotnie, tak samo jak on, cienko skrobać papier. Ale to przyjemność, która trwa niedługo; wolę dzienniki rozszarpane w liczne kawałki, które szeleszczą i fruwają. Zresztą na jego stole znajduje się garnuszek z wodą fioletową i bagnistą; wącham ją z obrzydzeniem, od czasu kiedy przez ciekawość, nierozważny, umaczałem w niej łapę; tę łapę, co widzisz, arystokratyczną i silną, posiadającą między palcami włosy bez użytku, które świadczą o czystości mej rasy; ta łapa posiadała przez ośm dni plamę niebieskawą, i jedynie powoli pozbyła się poniżającego zapachu ostrza stalowego, umoczonego w płynie kwaśnym...
Do czegoż to służy ten mały garnuszek?
On z niego pije zapewne.
Ona nie powraca. Oby nie zgubiła się tak, jak ja ongi na ulicach Paryża.
Jestem głodny.
Jestem głodny. Cóż to będziemy jedli dzisiaj wieczorem.
Widziałem kurczę. Krzyczało nierozumnie i krwawiło na czerwono w kuchni. Podłoga była zawalana gorzej niż od siusiu kociego, psiego nawet, a przecież nikt go nie bił. Ale Emilia włożyła kurczę do ognia, aby je nauczyć. Oblizałem trochę krwi.
Kurczę... Wargi me drżą i ślinią się. Ona powie: „Oto kostki, oto kostki!“ i rzuci mi kość z piersi...
Jakżeż źle wyrażasz się! On mówi: „Oto małe kostki, oto ostki!“
Ależ... nie, zapewniam cię, że dobrze: „Oto kostki“ mówi Ona...
On mówi lepiej od Niej.
A?... Powiedz mi, czy ptaki mają smak kurczęcia?
Nie... Mają lepszy smak... bo żyją. Odczuwa się, że wszystko trzeszczy pod zębami, a ptak drży, i pióra są ciepłe, i móżdżek wyśmienity...
O! jesteś wstrętny! wszystkie małe zwierzęta, kiedy poruszają się, niepokoją mnie; zresztą ptaki są tak łagodne...
Nie wierz temu, są jedynie łagodne do jedzenia. Wogóle — to istoty hałaśliwe, zarozumiałe, dziwne i nadające się tylko na produkty spożywcze. Wszak znasz obiedwie sójki?
Niezbyt dobrze.
Dwie sójki, które żyją w małym lesie... śmieją się one, krzyczą szyderczo, kiedy przechadzam się, ponieważ noszę dzwonek na szyi. Chociaż spokojnie trzymam głowę i ostrożnie stawiam łapy, dzwonek dzwoni, a te dwa stworzenia uciekają zaraz na sam wierzch sosny. Niechbym je złapał kiedyś!...
Doprawdy, bywają chwile w których cię nie poznaję. Rozmawiamy spokojnie, a ty nagle najeżasz się jak szczotka do mycia butelek. Bawimy się grzecznie, dla śmiechu szczekam z tyłu za tobą, a ty, nagle, niewiadomo dla czego, być może ponieważ nos mój dotknął twego runa, które wzdyma się niby spodnie żuawa, stajesz się dzikiem zwierzęciem, plującem i dmuchającem ogniem, napadającem na mnie, jak pies nieznajomy! Czyż nie można tego nazwać złym charakterem?
Nie. Charakterem tylko. Charakterem kocim. W takich chwilach podniecenia odczuwam — nie ulega to wątpliwości — poniżające stanowisko, jakie zajmujemy ja i ci wszyscy, co do mojej należą rasy. Przypominają mi się czasy, w których księża w długich dalmatykach lnianych przemawiali do nas schyleni i nieśmiali, starali się rozumieć nasze śpiewne wyrazy. Wiedz, psie, żeśmy się nie zmienili! Być może, iż są dni, w których bardziej jestem podobny do siebie, kiedy wszystko mnie oburza, ruch gwałtowny, śmiech ordynarny, hałas drzwi, twój zapach, niezrozumiała śmiałość jaką masz, aby mnie dotykać, osaczać mnie skokami okrężnymi...
On ma kryzys.
Czy słyszałeś?
Tak. Drzwi od kuchni. A teraz drzwi stołowego pokoju. Szuflada z łyżkami... Nareszcie, nareszcie, a! (ziewa). Już nie mogę dłużej. Ale gdzież jest ona? Żwir nie krzyczy; noc nadejdzie wkrótce.
Idź po nią.
A On? Zazwyczaj niepokoi się, i pyta: „Gdzie jest Ona?“ Skrobie papier. Musiał chyba wypić całą wodę fioletową z małego błotnistego garnuszka (wyciąga starannie łapy, poczynając od przednich). A! czuję, że jestem ożywiony i na czczo! Nareszcie będziemy jedli. Odetchnij pachnącym dymem który wślizguje się pode drzwiami! Bawmy się!
Ani myślę.
Biegnij, będę cię gonił, nie dotykając cię.
Nie.
Dla czego?
Nie mam ochoty.
O! jakiś ty nudny! Patrz: oto skaczę jak mały koń, staram się schwytać mój ogon obcięty, kręcę się, kręcę się... Boże! pokój wiruje... Nie, już koniec.
Co za nieznośna istota!
Ty sam jesteś nieznośny. Miej się na baczności: będę cię atakował tak, jak ona to czyni, kiedy jest wesoła i kiedy krzyczy: „Ha Kocie!“
Jeśli ośmielisz się!...
Tak ośmielę się! Ham! Ham! Ha, Kocie, ha, Kocie.
Do stu piorunów! Cóż to znowu? Ta nieszczęsna menażerya wszystko pozrzucała. Gdzie jest Pani? Co za nieszczęście! Nigdy nie można na czas zjeść obiadu... (etc. etc.)
Dwaj winowajcy, którzy znają niewinność podobnych przekleństw, spłaszczeni jak dwa pantofle, siedzą cicho, patrzą na siebie i uśmiechają się poprzez frendzle fotelu. Drzwi od ogrodu otwierają się.
Wchodzi Ona z pełnym koszem mirabel, z rękami umazanemi ich cukrem, z włosami opadniętymi na oczy, przestraszona spustoszeniem, jakie spostrzega.
O! pewnie się biły ze sobą! Boże, co za podłe zwierzęta! (niezbyt stanowczo). Oddam je, sprzedam, zabiję...
Mrrr... mrrr... oto jesteś... bardzo już późno... Toby napadł na mnie... To on wszystko potłukł... przypuszczam, że głód wprowadził go w szał. Ładnie pachniesz trawą i zmrokiem. Siedziałaś na macierzance. Chodź... Powiedz twemu Panu, Jemu, aby na swem ramieniu zaniósł mnie do mięsa, które już będzie przesmażone. Rozkrajesz kurczę bardzo szybko, nieprawdaż? Zachowasz dla mnie skórkę wysmażoną? Jeżeli pozwolisz, wyciągnę do półmiska łapę, niby łyżkę, która potrafi zebrać najdrobniejsze kawałki i zanieść je do mych ust gestem ludzkim, wywołującym śmiech u was, u Ciebie i u Niego. Chodź!
Uiii... Uiii... Oto jesteś! Nareszcie, nareszcie! Tak się nudzę bez Ciebie! Skazałaś mnie na wygnanie, już mnie nie kochasz.... Lampa spadła sama. Chodź... Bardzo jestem głodny. Ale zgodziłbym się chętnie nic nie jeść, gdybyś zechciała zabierać mnie ze sobą zawsze, wszędzie, nawet o zmroku, który sprowadza na mnie smutek; szczęśliwy, będę szedł za tobą, niosąc mój nos gorący na wysokości twej krótkiej sukni.
Patrz, jakie one są piękne!
Sza! Nie budźcie Jej. Bądźcie grzeczni. Pójdę pisać na dole.
Co on powiedział?
Nie wiem. Rzeczy bardzo ogólnikowe. Polecenia; coś w rodzaju: zostańcie tutaj, do widzenia.
Powiedział „sza“. A ja przecież nie robię hałasu.
Oni są zabawni! Mówią: „nie róbcie hałasu“, a jednocześnie odchodzą krokami takimi, że nawet głuchy szczur usłyszałby je o dwa kilometry.
To prawda (przygląda się tej, która śpi). Jej oblicze jest jeszcze bardzo małe, Ona śpi. Jak będziesz schodził z tego stolika nie rób głośno i naumyślnie „puf“.
Czyż teraz ty mnie będziesz nauczał, jak mam skakać? Oj ty dawco rad! (cytuje). „Ekskrement dosiada konia i do tego trzyma się na nim“.
Co takiego?
Nic. Jestto przysłowie wschodnie. Gdybym chciał, o psie, naruszyć spokój tego pokoju, umiałbym wybrać zręcznie, aby się na niem myć, krzesło źle ustawione, którego nogi uderzałyby: „Tik-tak, tik-tak“, w rytm mego języka. Jestto sposób, który wynalazłem, aby mnie wypuszczano na swobodę. „Tik-tak, tik-tak“ — mówi krzesło. Ona, pisząc lub czytając, gniewa się zaraz i krzyczy: „Bądź cicho, Kiki“. Korzystam z prawa, co mi przysługuje i myje się dalej niewinnie. „Tik-tak, tik-tak“. Ona rozgniewana rzuca się i otwiera drzwi, przez które przechodzę powoli, krokiem wygnańca... Kiedy znajduję się na dworze, śmieję się, że jestem wyższy od wszystkich...
Co za smutny tydzień, hę? nie wie się już, co to jest przechadzka. Odkąd ona spadła z konia, nie jadłem nawet z przyjemnością.
Mój Boże, można przecież kochać ludzi, a jednocześnie pielęgnować swój żołądek.
Ja tego nie potrafię, nie! Kiedy Ona spadła z konia, i kiedy poczęła krzyczeć, czułem, że serce me zatrzeszczało.
Wszak to nie mogło skończyć się inaczej. Nie należy siadać na konia. Nikt nie jeździ konno. Widzę dokoła siebie jedynie szaleństwa. Koń sam przez się jest już przestraszającą potwornością.
Naprzykład.
Tak, przyjrzałem się jednemu koniowi bardzo blizko...
Zmusza mnie do śmiechu.
... Koniowi dzierżawcy, który pasie się na łące. Ta góra poruszająca się przez cały miesiąc zatruwała me dni. Schowany pod płotem, widziałem jego ciężkie nogi, co psuły grunt, wdychałem jego zapach wulgarny, słuchałem jego chropowatego krzyku, co porusza powietrze... Pewnego razu, kiedy zjadał niskie pędy płotu, jedno z jego ócz spojrzało na mnie, a wtedy uciekłem... Od tego dnia pogarda moja była tak silna, że szalenie pożądałem zgnębienia tego potwora. „Zbliżę się do niego, — myślałem, — przyczepię się tak silnie, chęć ośmieszenia go tak będzie żywa w moich oczach, że może umrze, kiedy spotka me spojrzenie...“
Tak?
Tak też uczyniłem. Ale koń, na którego czekałem drżący, dmuchnął tylko na mnie nozdrzami, parą niebieskawą i cuchnącą; przewróciłem się od niej w konwulsyach okrutnych.
Czy nie przesadzasz?
Nigdy w świecie. I to właśnie na takiego konia ona włazi, czepia się go, jedna noga tędy, a druga tamtędy?... Dziwne zboczenie!
Różnią się nasze zapatrywania w tym względzie, mój Kocie. Dla mnie, po człowieku, koń jest pięknem na świecie.
A ja tedy?
Ty jesteś Kotem. Ale koń! Ona na koniu! co za grupa cudowna tak wysoko w powietrzu, że, aby ją podziwiać, muszę odwrócić mój kark apoplektyczny! Koń użycza jej swej chyżości. Może Ona należycie ścigać się ze mną, kiedy ślepy galop mnie unosi. Niekiedy wyprzedzam Ją, z uszami chwiejącemi się na wietrze, z językiem wywieszonym w kształcie chorągwi, a przedemną posuwa się cień koński. Jeżeli biegnę z tyłu, pachnący kurz mnie okadza, skóra ciepła, zwierze pokryte potem, nieco Jej zapachu... Droga ucieka przedemną, gdyby wstęga, która się ciągnie pokryta bobkami nawozu. Co za radość być tak małym a tak szybkim wśród wielkiego cienia galopującego! A kiedy nadejdzie chwila wypoczynku, dmucham, jak motor między czterema nogami mego przyjaciela, który nachyla ku mnie swój pysk okiełznany i oblewa mnie swem parskaniem przyjaznem.
Oczywiście, oczywiście! Rumaki wspaniałomyślne, przebiegające góry i doliny, a pod ich podkowami krzemień iskrzy się... Jesteś ostatnim z romantyków.
Nie jestem ostatnim z romantyków, jeno małym buldogiem, który przyszedł na świat pewnego wieczoru między czterema nogami klaczy kasztanowatej; klacz nie położyła się przez całą noc z obawy, aby nie zgnieść matki i noworodków. Mały buldog — to prawie dziecko końskie; śpi on przy letnim boku konia na ciepłem posłaniu pomieszanem z nawozem, pije w wiadrze stajennem, wstaje, kiedy słyszy odgłos kopyt, zajmuje się myciem powozów... Aż do dnia w którym Ona przyszła, aby mnie wybrać, mnie najładniejszego, najbardziej płaskonosego, najbardziej czworokanciastego z całego gniazda! — aby mnie przywiązać do swej osoby... (wzdychając). A teraz Ona leży, i nie rusza się... Jestem smutny, gdyż Ona ma jeszcze przewiązkę na kostce. Czy pamiętasz, kiedy On podniósł Ją na swych ramionach, trzymał w powietrzu, Ją, która jest o tyle większa ode mnie, trzymał, podobnie jak małego psa, co chcą utopić...
Przypominam sobie. Byłem na górze na schodach rozgniewany i zaciekawiony hałasem. On zbliżył się do mnie, odsunął nogą, ni mniej ni więcej tylko tak, jakby był uczynił ze sprzętem zawadzającym.
... I to dla tego przez trzy dni nie wchodziłeś do pokoju, do Jej pokoju?
Dla tego... i dla innego także.
Dla jakiego powodu?
Gorączki.
Jej gorączka pachnie jeszcze lepiej niż zdrowie innych.
I mówią ludzie o węchu psim! To, co Dwie-Łapy uważają za rzeczy pewne, polega na bajkach dziecinnych. Wiesz o tem dobrze, że gorączka...
Tak, wywołuje strach.
Tak, wywołuje strach, chłód w plecach, obrzydzenie w nozdrzach, niepokój wszędzie. Na progu pokoju, w którym jest gorączka, zatrzymuje się, szuka się kogoś, obawia się tego, co jest schowane... Ona leżała sama, rozpalona; patrzyłem na nią długo, gotowy do ucieczki, mówiąc do siebie: Ktoś jest z nią za firanką? ktoś ją dręczy i uciska? i sprawia, że jęczy, choć śpi?
Ale nie było nikogo, powiedz?
Nikogo oprócz Niego, który, nachylony, słuchał Jej snu, oprócz Niego, najbardziej inteligentnego ze wszystkich Dwu-Łap na ziemi, drogą tajemniczą uwiadomionego o obecności niewidzialnej, oprócz Niego i Gorączki. Opanowując swe obrzydzenie, podziwiałem Go; byłem melancholijny i zazdrosny. Dopieroż to musi On Ją kochać, pomyślałem, aby Jej bronić i zbliżać się do Niej, aby Ją całować, całą przesiąkniętą złym powabem! Czyżby mnie wziął na swe łono, gdyby...
Sza!
Dla czego?
Ona się poruszyła.
Ależ nie.
Nie... nie poruszyła się, ale Jej myśl poruszyła się. Odczułem to... mów dalej.
Już nie wiem o czem rozmawialiśmy.
O...
Dość... Nie wspominaj tego. Gorączka jest początkiem czegoś, co się nie nazywa po imieniu.
O tak! Nie lubię żadnego stworzenia, które się nie rusza; wszak wiesz, jaką nieruchomość mam na myśli.
Ja także. Mogę zjadać tylko żywe ptaki, albo myszy malutkie, których krzyk połykam...
Dla czego zabawiasz się, strasząc mię. Nigdy nie mogłem zrozumieć twej próżności, polegającej na przesadzie istotnego okrucieństwa. Nazywasz mnie ostatnim z romantyków, czyliż nie jesteś pierwszym z sadyków.
O psie, zatruty literaturą, wieczne nieporozumienie nas dzieli. „Jestem małym buldogiem“, mówiłeś do mnie z prawdziwą szczerością, która mnie rozbraja. Z kolei pozwól, że ci powiem: „jestem Kotem“. Sama ta nazwa wszystko tłomaczy... Mam w sobie nienawiść ku cierpieniu, ku brzydocie, wstręt niezłomny do wszystkiego, co razi mój wzrok, albo może po prostu zdrowy rozsądek. Ożywiony gniewem usprawiedliwionym, rzuciłem się na Kota stróża, co, krzycząc, wlókł za sobą łapę skaleczoną... Dopóki nie zamilkł, ja...
Nie mów mi tego!
A! Zrozumiej nareszcie! Jeżeli opowiadanie samo o tem, co uczyniłem, oburza cię, zrozumiej, że pragnąłem zgładzić z tego świata, zniszczyć, w tem zwierzęciu zakrwawionem, obraz nawet, obraz grożący mej nieuniknionej śmierci.
Uwięzienie nie służy nam... Chętnie udałbym się na dwór, aby pod łagodnem słońcem bez siły, wśród suchego żwiru i liści podobnych do smażonych kartofli „udawać tanecznicę“. Na dworze wszystko jest żółte! Me oczy stały się żółtemi przez przeglądanie się w słońcu rudem i w zapalonym lesie. Chcę myśleć o tem jedynie, co jest żółte i wesołe, o zimnie i o pięknej jesieni, zorzy czerwonej, której barwa pozostaje na liściach drzew czereśniowych... Chodź, wyprobujmy siłę naszych łap, zdajmy sobie sprawę z naszej młodości jeszcze niezużytej... Być może, iż śmierć nie przyjdzie nigdy?...
Co chcesz robić?
Drapać do drzwi, i zanucić hymn uwięzionego.
I obudzić Ją zapewne?
Będę śpiewał pół-głosem.
I będziesz drapał pół-pazurem? Siedź cicho, On tak kazał, wychodząc.
Czyż On mi nakazuje? On mnie prosi. Zresztą, jestto jedyny powód, dla którego słucham Go.
Zmuszasz mnie do ziewania.
Nie, ale ty się nudzisz (kusząc go). Myślisz o wolności... Może kura uciekła z kurnika, co za polowanie!..
Tak przypuszczasz?
Mówię może. Czy skończyłeś badać jamę królika?
Nie jeszcze... taka głęboka! Kopałem wczoraj — mógłbym się w niej już pogrzebać. Ziemia przylepiała się do pyska razem z sierścią tego zwierzęcia...
Skończysz jutro, albo innego dnia.
Dla czego nie w roku przyszłym?
Co ci jest? Warga twa czarna i lakierowana wisi conajmniej na łokieć, a twe oczy ropusze oblewają się łzami... Czy płaczesz?
Nie.
Pociesz się, o serce wrażliwe. Odnajdziesz przyjaciół i przyjemności. W tej właśnie chwili suka dzierżawcy zjada kości w kuchni, aby skrócić sobie czas oczekiwania na ciebie.
Suka... O!
Zresztą nie jest sama, dog stróża dotrzymuje jej towarzystwa.
To nieprawda.
Idź, zobacz.
Nie, narobiłbym hałasu.
Masz racyę.
Suka... mała suczka... kości, mała suczka... królik, jama... dog, mała suczka... kości z pieczeni baraniej, sierść królika...
Uh, uh, uh, uh.
Bądź cicho!
Uh, uh, uh, uh.
Chwała Bogu!
Ogniu! Oto wróciłeś bardziej piękny, niż moje wspomnienie, bardziej palący i bardziej blizki, niżeli słońce! Ogniu! jakżeś ty cudowny! Przez skromność ukrywam radość mą, że Cię spostrzegam, mrużę oczy, których źrenice zwęża twe światło, i niczego nie widać na mem obliczu, gdzie odmalowana jest myśl dzika i brunatna... Moje mruczenie dyskretne gubi się w twym brzasku. Nie iskrz się zbytnio, nie pluj iskrami na me futro, bądź miłościwy, Ogniu zmienny, abym mógł uwielbiać Cię bez obawy.
Ogniu! Ogniu boski! Oto wróciłeś! Młody jeszcze jestem, ale przypominam sobie pełną uszanowanie obawę, kiedy, po raz pierwszy, Jej ręka przebudziła Cię w tym samym kominku. Widok boga tak tajemniczego miał czem zadziwić psie dziecko, które zaledwie wyszło z ojczystej stajni! O! Ogniu! Nie zatraciłem całego daru spostrzegawczego! Fe! plunąłeś na mą skórę rzeczą kłującą i czerwoną... Boję się... Nie, to już skończone.
Jakiś ty piękny! Twój środek, bardziej różowy, rzuca kawały złota, kły jasne niebieskiego powietrza, dym, który wznosi się powyginany i rysuje dziwne postacie zwierzęce. O! jakżeż mi ciepło! Bądź bardziej łagodny, Ogniu wszechmocny, patrz, jak moja trufla wyschnięta wyżłabia się i pęka... Czyż uszy moje nie zapalają się? Zaklinam Cię błagalną łapą; jęczę z rozkoszy nie do zniesienia... Nie mogę już więcej wytrzymać!... (odwraca się). A nic nie jest nigdy dobrem w zupełności. Pode drzwiami zima przechodzi i szczypie me nagie uda. Niechaj tam! Niechaj zad mój marznie, bylem uwielbiał Cię siedząc naprzeciwko.
Wiem, ponieważ jestem Kotem, co przynosisz ze sobą Ogniu. Przewiduję zimę, którą witam z duszą niespokojną, ale nie bez radości. Na jej cześć suknia moja rośnie już, i upiększa się. Me pręgi brunatne stają się czarnemi, podniebienie białe zamienia się na żabot świetny, a sierść na brzuchu staje się tak piękną, że nic podobnego nigdy nie widziano. Co powiedzieć o mym ogonie rozszerzającym się w kształcie maczugi z obrączkami na przemian płowemi, czarnemi, płowemi, czarnemi, płowemi, czarnemi. Z uszów moich wystają dwie kity bez ceny, wrażliwe na wszystko, które ona nazywa kolczykami... Jakaż kotka mogłaby mi się oprzeć? O! noce styczniowe, serenady przy zmarzniętym księżycu, oczekiwanie, z godnością, pod szczytem dachu, spotkanie z rywalem na wąskim murze... czuję, że jestem silniejszy od wszystkich! Poruszę ogonem, przewrócę uszy na kark, będę sapał tragicznie nozdrzami, niby dla wymiotów — a następnie głos mój się wzniesie, melodyjny nieskończenie, tak silny, że aż przebudzi uśpione Dwie-Łapy. Będę wrzeszczał, będę płakał, będę biegał po ogrodzie, nadęty, z wystawionymi łokciami, będę udawał szalonego, aby przestraszyć inne Koty.
Ponieważ jestem Psem, nie są mi obce, Ogniu, przykrości i rozkosze, jakie zapowiadasz. Deszcz już pada w ogrodzie. Zdaje mi się, że pada też na drodze i w lesie. Deszczowa woda nie ma już tej letniości, jaką posiada podczas burzy letnich, kiedy moja trufla, upojona kurzem, rozkoszuje się wilgotnym zapachem przychodzącym z zachodu. — Niebo jest niepewne, a wiatr tak jest silny, że podnosi moje uszy. Śpiew przejmujący, podobny do mego błagalnego głosu, przechodzi pode drzwiami. Będziesz się świecił codziennie, Ogniu, ale jakiemi cierpieniami zapłacę prawo uwielbiania Cię? Ona nadal będzie błądziła z głową pokrytą kapturem spiczastym, który ją zmienia a mnie przestrasza, obuje drewniane nogi, i obojętnie deptać będzie małe bagienka, błotniste bruzdy i mech płaczący. A ja pójdę za nią wszędzie, gdyż przyrzekłem, iż całe życie będę Jej towarzyszył (zresztą nie mógłbym uczynić inaczej), pójdę za nią strapiony, nędzny, zmoczony, z grudkami błota na brzuchu, że aż nadmiar nieszczęścia zmusi mnie do zapomnienia o wszystkiem, że biegać będę po zagajnikach, zajęty każdą kępą trawy tak cierpkiej, iż może ożywi we mnie wspomnienia zapachów zaginionych... Ona stanie się łatwiej dostępna, kiedy mnie zobaczy tak zajętego, i wtedy rozpoczniemy rozmowę: „Ha, Toby-Psie, — powie, — ha! ha! oto ptaszek, tam, na gałęzi, głupcze! Już uciekł“. Zlituje się nademną, i doprowadzi do wzruszenia łez blizkiego: „O mój mały czarnuszku, mój wałku sympatyczny, moja ty miłości żabia, jak ci zimno, jakiżeś ty zmoczony, jakiś smutny, a jak cierpisz, o, o, o!“ Zanim będę mógł rozróżnić, czy Jej litość jest szczera, czy nie, oczy moje zaleją się łzami, a ściśnięte gardło zaledwie będzie mogło wydać jęki, pokrewne jej żalom.
Ale co za rozkosz w chwili, kiedy Jej kapryśne nogi drewniane, spieszące się, ale nie dość jednak szybkie, wracać będą do domu, aby zobaczyć Jego, co skrobie papier. Skakać będę dokoła Niej, krzyczeć, drżeć z radości, że wzgórza się zmniejszają, że skracają się spadki, że poczuję cudowny zapach stajni i palącego się drzewa, świadczących o zbliżeniu się do domu. Po przez pokryte parą szyby, będziesz świecił Ogniu i, zaledwie przekroczę próg, piorunujący sen powali mnie przed tobą, który na proch zamienisz błoto na mym brzuchu, na parę dymiącą wodę dróg, o ty Ogniu, o ty Słońce!
Ciepła słodycz przenika mą suknię aż do cienkiego i wątłego puchu, jedwabiu nad jedwabiami, nici niewidocznej i bezbarwnej, która chroni mą skórę delikatną. Puchnę niby chmura. Wypełnię chyba sobą cały pokój. Wstrząśnienia elektryczne, zwiastuny snu, poruszają mymi sztywnymi wąsami, a jednak nie śpię jeszcze, ponieważ pora roku, która nadchodzi, i twoja świetność, o Ogniu, wzruszają mnie. Deszcz pada. Nie wyjdę na dwór. Dyskretnie udam się do naczynia z trocinami; byle nikt mnie nie widział! Zapewne, że ziemia pulchna, pachnąca i ulegająca pazurom, doskonalsze daje natchnienie... Ale moje usposobienie wyższe zna długotrwałą wstrzemięźliwość, i gardzi tym psem hydraulicznym, co na wszystko podnosi łapę. Nie wyjdę na dwór. Będę czekał słońca, wiatru suchego, albo, lepiej jeszcze, mrozu. A! co za podniecenie zimna kłującego, które, garściami igieł, biczuje me płuca, a z mego cudownego nosa czyni cukierek mrożony!
... Dowcipny demon zimna natchnie mnie swym szałem. Ona śmiać się będzie, On także, porzuciwszy papier, kiedy zobaczy, że skokami, woltami, szalonymi obrotami, będę rywalizował z liśćmi. Czy będę wtedy kotem, czy szmatą powiewającą zmięszanego dymu? To na drzewie, to pod drzewem, a później siedm obrotów w pogoni za ogonem, dalej niebezpieczny skok z przodu w tył, skok pionowy z ruchami brzucha w powietrzu. Obracanie się w kółko, wyścigi po przez rzeczywistość i marzenie, aż do chwili, że sam się przestraszę!... Zatrzymam się nagle: a tu wszystko kręci się w oczach, taniec wirowy nowego świata, którego jestem środkiem nieruchomym... Podczas tych wybryków sztucznych, wydam ryk krowi, a wtedy Oni przybiegną. Ona, śmiejąc się, On, myśląc, że to niedomaganie żołądkowe... Wystarczy to dla mego otrzeźwienia, i z czołem pewnem, krokiem wzniosłym, udam się znowu do poduszki, leżącej przed twym ołtarzem, o Ogniu!
Kamień ogniska pali rogowe pięty mych łap. Co zrobić? Odejść? Nigdy. Raczej zginąć od upieczenia, niżeli porzucić te szczęście groźne!... Byleby Ona zaraz nie nadeszła! Obawiam się, i słusznie, rzemiennego bata, i wyrazów magicznych, obiecujących wygnanie: „Toby, to jest głupie! Zabraniam ci smażyć się; będą cię bolały oczy, i zakatarzysz się, wychodząc na dwór!“... Tak mówi do mnie kiedy staram się patrzyć na Nią wzrokiem tępym i pobożnym, nie oszukującym bynajmniej. Przysłuchuję się hałasom pierwszego piętra, Jej kroków: tam i z powrotem... Czyż fantazya koczownicza nie znudziła Jej jeszcze? Dzisiaj rano gwizdnęła na mnie; takem się spieszył, aby się Jej przypodobać, że spadłem ze schodów, ponieważ jestem krótki i kwadratowy z małemi łapami, a wcale nie mam nosa i ogona, które utrzymywałyby równowagę... Wyszliśmy. Uginające się gałęzie kołysały ostatnie jabłka... Mój głos szczęśliwy, okrzyki wesołe, które Ona rzucała niekiedy, śpiew próżny kogutów, skrzypienie wozów na drodze, — wszystkie te hałasy powiewały, unoszone na wacie dusznej i niebieskawej mgły... Zaprowadziła mnie daleko, a droga nasza była płodna w cudowne zdarzenia: spotkanie psów olbrzymów i strasznych, oburzających się mym wyglądem dumnym, ale których jednem spojrzeniem uspokoiłem (zresztą zamknięta krata zmuszała ich do bezczynności), uganianie się za królikiem wśród krzaków, kiedy Ona krzyczała głośno: „Zabraniam ci, zabraniam ci dotknąć się tego małego zwierzęcia!“... Matka moja obdarzyła mnie szybkiemi łapami, ale krótkiemi: zwierzę z białym zadem prześcignęło mnie. Krzew z czerwonemi jagodami zatrzymał nas dość długo! Ona jada chętnie rzeczy, których nie zna. Wielką jest ma wiara w Nią, i mógłbym zaświadczyć, że kosztowałem wszystkiego, co mi dawała. Ale tego poranku... „Jedz Toby, to jest głóg, jedz. — O jakżeż ty głuptasie możesz nie szaleć za tym smakiem spalonym! Zapewniam cię, że są to konfitury nieszczepione!“.... Żułem, przez uległość, kulkę czerwonawą, na której jej ręka przekomarzająca posiała włosy szorstkie... a co miało się zdarzyć, stało się... Znudziło mnie, i zrzuciłem śmieć, zwany głogiem.
Ogniu! Słuchaj mnie! Co przeżyłem później pod lasem szumiącym ociężałymi liśćmi, przechodzi mój rozum. Czy zabrała ciebie pod płaszczem swym? Czy też bogowie, tobie podobni, zjawiają się na jej zawołanie? Widziałem, Ogniu, widziałem, że Jej ręce wzniosły stos, ułożyły tajemniczo płaskie kamienie, widziałem później iskry i twą duszę radosną bijącą, zwiększającą się, wzbijającą się, różową i nagą, ukrywającą się w dymie, trzeszczącą wśród niego, zamierającą i niknącą... Świat pełen jest rzeczy niezrozumiałych...
Wreszcie, na drodze powrotnej, obok kraty parku, wykryłem, ja pierwszy, ja przed Nią, jedno z tych zwierząt niezdobytych, których widok sam całą mą rasę zmusza do szczekania — jeża. Co za wściekłość: czuć, że w tym kłębku zwierze jest schowane, i wyśmiewa się ze mnie, że na to nie poradzę nic, nic, nic! Błagałem Ją, Ją, która może prawie wszystko, aby obrała dla mnie tego jeża. Z uwagą zajęła się przedewszystkiem tem, by, przy pomocy patyka, odwrócić go tak jak kasztan: „To dziwne, rzekła, — nie mogę znaleźć spodu!“ W dwóch palcach, trzymając za kolce, przyniosła go aż tutaj — a ja dokoła Niej tańczyłem — i złożyła go na dnie swego koszyka do robót... Wkrótce, wstrętne zwierze, rozwinęło się, podniosło ryjek świński, otworzyło błyszczące oczy szczura, stanęło na dwóch łapach, podobnych do łap kreta: „Jaki on piękny, rzekła, niby czarna świnka!“ Stęknąłem od pożądania pod stołem, ale Ona nie obrała dla mnie zwierzęcia, ani wtedy, ani nigdy i, być może, kucharka je zjadła... A może też i Kot, fałszywy i szyderski... Dość trosk... Me serce wrażliwe unosi się, i często dusi mnie trochę... Nie myślmy o tem. Życie jest piękne, ponieważ ty dajesz mu blask... Zasypiam. Pilnuj dobrze, o Ogniu, moich szczątków, które myśl porzuci... Zasypiam.
Można by przypuścić, iż śpię, gdyż me oczy zwężają się tak, że wydają się być przedłużeniem kreski delikatnej, ale śmiałej, ozdoby dziwnej i wschodniej, która łączy me powieki z uszami. A jednak czuwam. Jestto czuwanie fakira, znieczulenie szczęśliwe, przy którem słyszę każdy hałas, każdą obecność... Moje oczy uprzywilejowane, o Ogniu, lepiej ci się przypatrują kiedy je zamykam, mogę wtedy zliczyć różnolite esencye jakie łączysz w bukiet iskrzący się. Oto płomień barwy szałwii, niebieski i palący, duch gałęzi tuji. Wczoraj jeszcze, gałęź ta, która skręca swój delikatny szkielet, kołysała nad aleją swój cień płaski niby pióropusz; Ona odcięła ją jednem cięciem nożyc; dlaczego? może dla tego, by ulotniła się jej dusza barwy szałwii i niebieska i paląca? Gdyż znajduje Ona, podobnie do mnie, upodobanie w twym tańcu, o Ogniu, i karze twój wypoczynek surowem uderzeniem szczypiec. Co czyta Ona, z głową nachyloną, z rękami opuszczonemi, jak róża zapalona? Nie wiem. Ona wie dużo, zapewne, ale mniej niżeli Kot.
Ten płacz ciężki wzdłuż długiej szczapy, ta agonia bardzo starej sosny, którą bluszcz cierpliwy zabił. Widziałem drzewo, siekierę, rude włosy zmarłe, leżące na trawie... niedawno temu. Jego pień płacze żywicą ciągnącą się niby ślina, później płomieniem pełzającym i ciężkim, ale rude włosy suche łamią się pociskami żywego ognia, gwiżdżą, rzucają tysiące płomieni różnobarwnych, ponad falą przestronną i złoconą, zwijającą się rozkosznie jak Kotka, którąbym kochał...
Miłość... Polowanie... Wojnę... to ty Ogniu zapalasz je we mnie. Zwierzęta skrzydlate już się zbliżają, poszukując jagód, pozbawionych świeżości. Uchwycę je! Nieruchomy wśród krzaków będę ich pilnował, życząc sobie szalenie, aby ziemia mnie ukryła. W pożądaniu skoku, mięśnie moich ud zadrżą, mój podbródek będzie się trząsł i... oby moja zasadzka nie zdradziła się okrzykiem koźlim niedającym się powstrzymać, któryby je przestraszył i spowodował hałas skrzydeł i gałęzi!... O nie. Potrafię panować nad sobą. W tej sekundzie zręczny skok, i słaba zdobycz dyszy pode mną... Drobne szpony bezsilne, skrzydła spiczaste, które biją po mej twarzy skurczonej, wysiłek śmieszny zwierzęcia pozbawionego siły... Dla samej przyjemności trzymania ciała szalejącego i żywego, mój pysk rozdziawi się, że aż zmarszczy trzema zmarszczkami strasznemi mój nos doskonały... I upojenie wojownicze, harce zdobywcze, kark podniesiony, aby rozedrzeć trochę, trochę tylko, ptaka, który zbyt szybko zemdlałby w mych zębach... Groźny, będę galopował ku domowi, krzycząc głosem przytłumionym bez rosciśnięcia szczęk, ponieważ trzeba, aby On, porzuciwszy papier, przybiegł i podziwiał mnie; aby Ona, przerażona, ścigała mnie napróżno krzycząc: „Złośliwy, dziki! Zostaw ptaka w spokoju, o błagam cię! sprawiasz mi przykrość...“ Ha! zapewne nigdy nie polowała...
Pragnę, o Ogniu, podczas gdy będzie panowała zima, zadziwiać świat. Kot, który mieszka na folwarku (Ona mówi: Kot dzierżawcy, jak my mówimy: „dzierżawca należący do Kota“), ten który jest źle odziany, na długich łapach, nieładny ze swym pyskiem łasicy, ostrzy swe pazury kiedy patrzy na mnie. Cierpliwości. Jest on mocny, pozbawiony elegancyi, brutalny i niezdecydowany. Drzwi uderzające przestraszają go, i ucieka z opuszczonemi uszami; ale widziałem kiedy zabił kurę o wielkości przyzwoitej. Dla obłudnych oczów Kotki zbyt młodej, albo też miejsca na murze, zmierzymy się niezawodnie. Dowie się, że mogę zwieść nieprzyjaciela milczeniem niewytłomaczonem albo krzykami zabójczymi. Niechaj sprobuje, z zachrypiałem gardłem, jęczyć po cichu a następnie głośno, niechaj jego oblicze bez wdzięku, jego ciało pozbawione sierści, z łatami poprzecznemi, przyjmie pozycye kłamliwe (używają jeszcze oni tych środków przestarzałych), wtedy ja, nieprzenikniony, rzucę na niego magnetyzm zielony mych oczów cudownych. Pod tą natarczywą obelgą, spuści powieki, zadrży w krzyżach, sprobuje nawet naszego starego tańca wojennego, naprzód, w tył, a później znowu naprzód... Ale i wtedy nie poruszę się, gdyby posąg koci. Przestrach i szał przejdą na mego rywala przez zieleń urzeczoną mego spojrzenia, i w końcu obaczę, jak będzie się wyginał, krzyczał fałszywie, jak będzie się starał znaleść równowagę na karku, niby grusza widłowata, aby stoczyć się bezwstydnie na pole, gdzie rosną zwiędłe kartofle.
To wszystko, o Ogniu, stanie się tak, jak mówię. Dzisiaj przyszłość rozkwita przy twym płomieniu nowym. Drętwieję... Mój pomruk milknie razem z twym trzaskiem... Widzę cię jeszcze, a widzę też moje sny... Jedwabisty odgłos deszczu pieści szyby, a otwór rynny płacze jak gołąb...
Nie zgaśnij podczas mego snu, o Ogniu i pamiętaj, że pilnujesz tego dostojnego spoczynku, tej śmierci wyszukanej, która nazywa się Snem Kota...
Duszny dzień letni na wsi.
Z tyłu, za półzamkniętemi okiennicami panuje cisza; toż samo w ogrodzie, w którym nic nie porusza się, nawet wiszące i omdlałe wrażliwe liście mimozy.
Kiki-Łagodny i Toby-Pies poczynają cierpieć i przewidują burzę, która, narazie, stanowi tylko niebieską opaskę na tle matowego błękitu nieba.
Źle się czuję, źle się czuję. Cóż to znowu takiego ten upał? Chyba jestem chory. Już przy śniadaniu czułem obrzydzenie do mięsa i, z pogardą, dmuchałem na jedzenie. Coś zgubnego gdzieś czeka. O ile wiem nic nie zrobiłem karygodnego, i moje sumienie... A cierpię jednak. Mój towarzysz leży, drży i nie śpi wcale. Jego przyspieszony oddech świadczy, że jest w takim samym stanie jak i ja... Kocie?
Milcz.
Co takiego? Czy przysłuchujesz się jakiemu hałasowi?
Nie! O, mój Boże, nie! Nie mów mi nawet o hałasie, o żadnym hałasie, już na dźwięk twego głosu skóra na mym grzbiecie staje się podobną do bałwanów morskich.
Czy może umrzesz?
Mam nadzieję, że nie. Boli mnie głowa. Czy nie spostrzegasz pod skórą prawie łysą moich skroni, pod mą skórą niebieskawą i przejrzystą zasobnego zwierzęcia, bicia tętnic? Jest to straszne! Czoło me, niby żmije w konwulsyach, otaczają żyły, i nie wiem jaki gnom kuje w mym mózgu. O! milcz! albo conajmniej mów tak cicho, aby bieg mej krwi podnieconej mógł zagłuszyć twe słowa...
A właśnie ta cisza mnie przygnębia. Drżę i nie zdaje sobie z tego sprawy. Pragnę słyszeć znany mi odgłos wiatru w kominie, hałas drzwi, szmer ogrodu, łkanie źródła, które jest nieustannem głosem topoli tego masztu z liśćmi o kształcie monet...
Hałas i tak nadejdzie dość wcześnie.
Tak sądzisz? Ich milczenie jeszcze bardziej mnie przestrasza. Że On skrobie papier, to rzecz powszednia. Zwyczaj, który należy uszanować, chociaż jest bezużyteczny. Ale Ona? Widzisz, że omdlała siedzi w swym fotelu słomianym; wygląda tak, jakby spała, ale spostrzegam, że porusza rzęsami i końcami palców. Ona nie gwiżdże, nie śpiewa, zapomina igrać kłębkami nici. Ona cierpi tak samo, jak i my. Czyżby to był koniec świata, Kocie?
Nie. To burza! O Boże, jak cierpię! Porzucić mą skórę i to runo, w którem duszę się, wyskoczyć z siebie, być nagim jak mysz obdarta ze skóry, wyskoczyć ku świeżości! O Psie! nie możesz tego widzieć, ale ja czuję: iskry znajdują się na mych włosach. Nie zbliżaj się do mnie: niebieski płomień wyjdzie ze mnie.
Wszystko staje się strasznem (czołga się z trudem w kierunku peronu). Co zmieniono na dworze? Oto drzewa stały się niebieskie, a trawy błyszczą niby serweta z wody. Grobowe słońce! Błyski białe na dachówkach, a małe domki na wzgórzu podobne do świeżych grobów. Zapach ciężki wznosi się z roślin kwitnących. Ten zapach gorzkich migdałów, wyciekający z ich dzwonków białych wzrusza me serce aż do żołądka. Dym w dali, zmęczony jak zapach kwiatów, wznosi się z trudem, prosty przez chwilę, i opada następnie — kita z pary, złamana na końcu... Chodź, zobacz!
Ale ciebie także zmieniono, Kocie! Twe oblicze wyciągnięte podobne jest do głodomora, a twa sierść, przygładzona miejscami, a miejscami rozczochrana, podobna jest do łasicy, która wpadła do oliwy.
Nie mów o tem. Będę godnym siebie jutro jeżeli dzień zaświta jeszcze dla nas. Dzisiaj włóczę się ani uczesany, ani umyty, podobny do kobiety, którą miłość opuściła...
Mówisz rzeczy takie, że mnie smucą! Zdaje mi się, iż będę krzyczał, wołał o pomoc. Może lepiej ukryć się przy Niej, szukać na Jej twarzy otuchy, jakiej ty mi odmawiasz. Ale Ona zdaje się śpi na fotelu słomianym i zamyka oczy, których odcień podobny jest do mego przeznaczenia. Z szacunkiem, zaledwie dotykając się, oblizuję Jej wiszące palce, i budzę Ją. O! oby jej pierwsza pieszczota odpędziła urok!
A! Mój Boże, jakeś mnie przestraszył! Co za głuptasek z tego zwierzęcia!... Masz!...
Bądź cicho! bądź cicho! zniknij z mych oczu! Nie wiem, co mi jest, ale cię nienawidzę! I nienawidzę tego kota, co stoi tuż i patrzy się na mnie, jak głupi.
Jeżeli mnie dotknie, to Ją poźrę!
Zakończenie było by smutne... ale w tej samej chwili rozlega się grzmot łagodny, daleki i blizki jednocześnie, o którym nie wiadomo, czy powstaje na horyzoncie, czy też w domu samym; wobec tego grzmotu wszyscy troje obojętnieją w sporze.
Jakby na rozkaz, Toby-Pies i Kiki-Łagodny, z zadami opuszczonymi, chowają się: jeden pod szafę biblioteczną, drugi pod fotel. Ona, przestraszona, odwraca się ku ogrodowi, pokrytemu jakby ołowiem, ku ścianie fioletowej chmur, którą nagle przebija oślepiający płomień niebieski.
A!
Mój Boże, co będzie z jabłkami?
Łatwiej rozcięto by mi uszy na rzemienie, niżeli zmuszono do wyjścia na dwór.
Mimowoli przysłuchuję się, co znaczy to samo, jakgdybym się przyglądał. Ona rzuca się i zamyka okna. Ktoś biegnie po schodach... Oj, jeszcze jeden płomień straszny... I wszystko się wali... Nic więcej... Czyż wszyscy pomarli? Między frendzlami fotelu, narażając swe życie, spostrzegam pierwsze ziarnka gradu, żwiru zamrożonego, który dziurawi liście kokornaku. Widzę teraz deszcz padający dużemi kroplami, barwy srebra, tak ciężkiemi, że piasek ugina się pod niemi...
Słyszę, że spadają brzoskwinie i zielone orzechy.
Zdaje mi się, że mniej się boję. Szum deszczu uspokaja me nerwy chore. Czuję na karku, na uszach, wilgotną letniość. Hałas oddala się. Słyszę swój oddech. Dzień jaśniejszy przenika aż do mnie pod bibliotekę. Co porabia Ona? Nie śmiem jeszcze wyjść. Gdyby chociaż kot poruszył się (wysuwa głowę ostrożnie; błyskawica zmusza go do cofnięcia się). A! znowu zaczyna się. Deszcz bije w szyby. Zasłona kominka naśladuje hałas na niebie; wszystko się wali... A Ona uderzyła mnie po nosie...
Kropla po kropli, z okna źle dopasowanego, sączy się mały strumyk brunatnawy, który ścieka po podłodze, przedłuża się, przedłuża się, i wężem kieruje się do mnie. Chętnie z niego napiłbym się, tak mi się pić chce, i tak mi jest ciepło. Łokcie mnie bolą. Zmęczone są też moje uszy od ciągłego podnoszenia się w kształcie chorągiewki ku wszystkim kataklizmom. Strach nerwowy ściska jeszcze me szczęki. A dalej siedzenie tego fotelu zbyt miękkie drażni sierść na mym grzbiecie. Ale jest już ulgą, że mogę o tem myśleć dzięki nastającemu spokojowi. Wspomnienie hałasu brzęczy w mych uszach wraz z szmerem osłabionym wiatru i deszczu. Co robi On, którego burza dręczy tak samo, jak i nas, a który nie pokazał się, aby uspokoić żywioły rozhukane? Oto Ona otwiera drzwi prowadzące na peron. Czy to nie zawcześnie?... Nie, gdyż kury gdaczą i przepowiadają piękną pogodę, przeskakując przez kałuże i wydając okrzyki, podobne do okrzyków starych panien. O! co za zapach cudowny, który aż tutaj dochodzi, tak świeży, tak zielony, zapach liści zmoczonych i ziemi zmoczonej, tak świeży, iż wydaje mi się, że go po raz pierwszy wdycham.
Hm! Jak tu ładnie pachnie! pachnie przechadzką! Wszystko zmienia się tak szybko, że nie ma nawet czasu do myślenia. Ona otworzyła drzwi! Biegnijmy (biegnie), nareszcie! Ogród znowu posiada barwę ogrodu. Letnia para moczy mój nos ziarnisty, odczuwam we wszystkich członkach chęć do skoku i do biegania. Trawa świeci się i dymi, rogate ślimaki macają końcem oczu żwir różowy, a inne znowu, biało-czarne, zdobią ścianę wstęgą srebrną. O! co za piękne zwierzątko złocone i zielone, które biegnie po mokrej ziemi! Czy też je złapię? Czy będę skrobał pazurami jego skorupę metalową do chwili aż umrze i zrobi: Krak? Nie. Wolę lepiej pozostać obok Niej, oparty o drzwi, obok Niej, która nic nie mówi, uśmiecha się i wdycha świeże powietrze. Jestem szczęśliwy. Coś we mnie dziękuje temu wszystkiemu, co istnieje. Światło jest piękne; nie wątpię, że nigdy nie będzie burzy.
Nie mogę już wytrzymać, wychodzę na dwór. Delikatne łapy moje, aby stąpać, będą wybierały suche wyniosłości między kałużami. Ogród pełen jest wody, błyszczy i drży dreszczem, zaledwie dającym się spostrzedz, który porusza zawieszone wszędzie klejnoty. Zachodzące słońce, co rzuca ukośne blaski, spotyka w mych oczach bladych te same złamane promienie, złote i zielone. Na kraju nieba, niespokojnego jeszcze, gwiazdzista szpada wytryska z pomiędzy dwu chmur i wypędza ku wschodowi grzbiety dymiące i niebieskawe, których galop szalał nad naszemi głowami. Zapach kwiatów miesza się i ulatnia razem z zapachem drzewa cytrynowego, zniszczonego od gradu. O nagła Wiosno! Na krzewach róż pełno komarów. Uśmiech mimowolny zjawia się na mych ustach. Zabawię się, — wyciągając kark, aby uniknąć kropel wody, — łachotaniem wnętrza nozdrzów pachnącą trawką. Ale chciałbym, aby On przyszedł nareszcie, i towarzyszył mi, i zachwycał się każdym mym ruchem. Czyż nie zjawi się, aby radować się razem z nami?
Moje pazury rosną tutaj prędzej niż na wsi.
A moje przeciwnie.
To dziwne.
Nic w tem dziwnego. Tutaj Ona obcina mi je z powodu materyi na meblach... Zresztą (pompatycznie) trzeba znosić to, czemu nie można przeszkodzić.
Co masz zamiar robić dzisiaj?
Nic.
Dla zmiany?
Przepraszam dla tego właśnie, aby nic nie zmieniać. Cóż to za szał zmiany opętał was wszystkich? Zmieniać — to niszczyć. Wiecznem jest jedynie to, co się nie zmienia.
Więc ja już od trzech godzin jestem wieczny.
Wychodziłeś z nią przecież? Wróciliście oboje z hałasem poruszanych dzwonków, sukni szeleszczącej, kichań z radości... Byłeś otoczony nimbem zmrożonego powietrza, a poczułem, że koniec Jej nosa był zimny jak owoc, kiedy pocałowała me czoło płaskie, na którem pręgi prawie czarne wypisały klasyczną literę M, co, jak Ona twierdzi, oznacza Minet albo miau.
Tak, biegaliśmy po wałach fortyfikacyjnych, a później byliśmy w wielkich magazynach.
Czy jest wesoło w wielkim magazynie?
Nie często. Dużo znajduje się osób — jednych obok drugich. Obawiam się też, że Ją zgubię i, mimo wszystko, pysk mój trzymam obok Jej obcasów. Nieznane mi nogi popychają mnie, przygniatają, następują na łapy. Wtedy krzyczę, ale głos mój przytłumiają spódnice. Kiedy stamtąd wychodzimy, wyglądamy, ja i Ona, jak dwóch rozbitków.
Niechaj bogowie uchronią mnie od takiego losu! Tymczasem moje chwile płynęły spokojnie. Kiedy Jej nie ma w domu nic nie narusza pędzenia czasu tak, jak nakazuje dobrze zrozumiana hygiena. Po śniadaniu, składającem się z różowej wątroby i z mleka, radość niewinna i bez powodu przywraca mi codziennie duszę młodego kotka, pokrytego jeszcze obfitym puchem. Chętnie udzielający się, z ociężałym brzuchem, idę do Niego; On mnie duże papiery zaczernione i wita mię milczącym uśmiechem. Na tej samej kanapie spędzamy, On i ja, chwile naszego bezczynnego wypoczynku. Papier, który On trzyma, staje się dla mnie przedmiotem coraz bardziej pożądanym, przytem trzeszczącym, to też często przebijam swą okazałą łapą dziennik-parawan, jaki On stawia między nami. On krzyczy a ja tarzam się z radości, przewrócony na grzbiecie, co On nazywa tańcem bajaderki... A później nie wiem w jaki sposób wszystko zamiera w mych oczach, zaciemnia się i oddala... Pragnę się podnieść, iść na poduszkę, ale marzenia oddzielają mnie już od tego świata... Jestto chwila szczęśliwa, w której ty znikasz z Nią, kiedy dom cały wypoczywa i oddycha powoli. Pogrążam się w sen głęboki i słodki. Tylko uszy moje nie śpią a czuwają, czułki wrażliwe, śledzące za nieokreślonym hałasem drzwi i dzwonków.
Cóż to takiego?
Może dostawca?
Przecież to nie odgłos kuchennego dzwonka. Może wizyta?
Co za szczęście? Będziemy pili herbatę i dostaniemy ciastek! Cukru! Ciastek!
I będziemy widzieli Panie, co krzyczą i głaskają mój grzbiet rękami w rękawiczkach z martwej skóry... Pfe!
Jestem maleńka suczka bardzo piękna.
Jestem mała suczka bardzo piękna! Ważę tylko dziewięćset gramów, obrożę mam złotą, uszy z czarnego atłasu, podbite świecącym się kauczukiem, pazury moje błyszczą, jak dzioby ptaków, i... (spostrzega Toby-Psa) o! ktoś tu jest... (milczenie)... Bardzo ładny.
Jaka ona mała.
Panie... proszę się do mnie nie zbliżać.
Dla czego?
Nie wiem. Moja Pani wie dla czego; ale jej tutaj nie ma, została w innym pokoju.
Ile masz lat?
Mam jedenaście miesięcy (recytuje). Mam jedenaście miesięcy, moja matka dostała nagrodę piękności na wystawie psów, ważę tylko dziewięćset gramów, i...
Już o tem mówiłaś. Co czynisz, aby być tak małą.
Jakaż ona brzydka i jak brzydko pachnie. Nogi ma bezkształtne, i ciągle się porusza. A ten głupi pies sili się, aby się podobać!
Taka jestem od urodzenia. Mogę się zmieścić w mufce. Czy Pan widział moją nową obrożę; jest złota?
A to, co wisi u obroży?
To medal mojej matki. Nigdy się z nim nie rozstaję. Wracam z Palais de Glace, gdzie miałam straszne powodzenie. Wystaw Pan sobie, że chciałam ugryźć jakiegoś jegomościa, który rozmawiał z moją panią. Jakżeż się z tego śmiano!
Co za dziwna istota? Czy to, aby na pewno suczka (wącha). Tak. Pachnie pudrem, ale mimo to jest suczką (głośno). Usiądź proszę na chwilę: nie dobrze mi się robi kiedy widzę, że się ciągle kręcisz...
I owszem. (Kładzie się niby chart miniaturowy, krzyżując przednie łapy, aby pokazać swe cienkie palce). Pan byłeś sam tutaj?
Sam z psiego rodu. Tak. Dla czego?
Jakoś dziwnie tu pachnie.
Zapewnie pachnie kotem.
Kotem? Co to jest kot? Nigdym tego nie widziała. Czy Pana zostawiają samego w pokoju?
Tak, zdarza się.
A Pan nie krzyczy? Ja, jak tylko jestem sama, krzyczę, nudzę się, boję się; jest mi nie dobrze, i zjadam poduszki.
I wtedy Cię karzą batem.
Biją mnie... Co też Pan mówi? Traci Pan głowę, sądzę (nagle z uprzejmością). A byłoby szkoda, ma Pan piękne oczy.
Nieprawdaż? Dobrze je widać; są duże i wyłupiaste. Ona mówi że mam oczy langusty. Mówi także: „Jego piękne oczy foki, jego złocone oczy ropuchy...“
Kto to: Ona?
Ona.
Nie rozumiem tego wszystkiego, co Pan mówi, ale taki jest Pan sympatyczny! Co Pan robi dzisiaj wieczorem?
... Jem obiad.
Mój Boże, nie wątpię. Ale chciałabym wiedzieć, czy dzisiaj wieczorem będą goście, czy też Państwo idą z wizytą?
Nie, ja już wychodziłem.
Wyjeżdżał pan powozem?
Bynajmniej, pieszo oczywiście.
Jakto oczywiście? Ja na spacer wyjeżdżam tylko powozem. Pokaż Pan spód swych łap? O jaki straszny, można by przypuścić, że to kamienie do ostrzenia nożów! Patrz Pan na moje łapy: atłas na wierzchu, aksamit na spodzie.
Chciałbym Cię widzieć na wsi, kiedybyś chodziła po kamieniach.
Ależ byłam roku zeszłego na wsi, ale nie widziałam kamieni.
W takim razie nie była to wieś; nie wiesz, co to jest wieś.
Wiem. Wieś — to drobny piasek, klomb strzyżony, który codziennie sprzątają, szezląg na trawie, kretonowe duże poduszki, mleko pieniące się, sen w cieniu i małe jabłuszka różowe do zabawy.
Nie. Wieś — to droga pokryta białą mąką, która szczypie powieki i pali w łapy, to trawa nierówna i twarda, która ładnie pachnie; o nią drapię pysk i dziąsła; wieś — to noc kłopotliwa, gdyż sam jeden Ich pilnuję: Jej i Jego. Leżę w koszu, a bicie przepracowanego serca odbiera mi sen. Tam, w dali, pies do mnie krzyczy i ostrzega, że zły człowiek przeszedł drogą. Czy idzie on w moją stronę? Czy za chwilę, z okiem krwią zalanym, z wywieszonym językiem, będę się musiał rzucić na niego i zeźreć jego oblicze?...
Jeszcze! Jeszcze! O! boję się.
Nie obawiaj się; nigdy się to nie zdarzyło... Tak — to wszystko — to jest wieś, a także góra bez końca w cieniu powozu, kiedy pragnienie, głód, upał, zmęczenie czynią duszę zrezygnowaną i beznadziejną.
A wtedy?
A wtedy? Nic. Wraca się, mimo wszystko do domu, i w kuble pełnym zimnej wody pije się bez wytchnienia (jego język, mówi Ona, wielki język, przecięty w środku, jak płatek irisu), a drobne krople opryskują mile obolałe powieki, zakurzone brwi... To wszystko, i wiele innych rzeczy — to jest wieś...
To wszystko, tak, i przyzwyczajenia z ubiegłego roku, które się znowu odnajduje i które pasują do ciała tak, jak poduszka wygnieciona długim snem... To wszystko, i noce wolne, śmiech smutny puszczyka, który sam lata po powietrzu, tak jak ja chodzę po ziemi... Szczury srebrne, zawieszone na altanie, zjadają winogrona i nie przestają patrzeć się na mnie... Kuracya na murze gorącym, mająca na celu schudnięcie; schodzę z tego muru ugotowany, zmniejszony, blady, — ale wysmukły aż do pozazdroszczenia przez inne koty... (ocknąwszy się, patrzy z pogardą na małą suczkę). Obyś zginęła cuchnąca bestyo za przypomnienie tych radości minionych! Czy nie znikniesz, abym mógł zejść z tego zimnego piedestału, gdzie drętwieją me łapy.
Zostawmy to wszystko. Kiedy jesteś przy mnie, nie mogę myśleć o niczem innem, jak o Tobie. Czuję, że cię kocham.
Miłością?
Oczywiście.
Tak szybko?
Straciliśmy już dużo czasu.
Ale... Wszak rozmawialiśmy. Sprawiło mi to wielką przyjemność. Coraz mniej rozumiem, dla czego zakazują mi towarzystwa młodych ludzi.
Pozwól, abym do ciebie się zalecał.
Co to jest takiego?
Zobaczysz. Zaczynam. Stając na dwóch łapach wyprostowanych, drepcę w miejscu i otaczam cię melodyjnymi okrzykami. Ogon mój skręcony drży, moje boki wciągnięte przez niespokojny oddech, czynią, że jestem cieńszy i, dzięki sztuce nieświadomej, uszy moje stulone wydają się być przyczepionemi do karku.
Nie zbliżaj się Pan do mnie! Jestem wzruszona...
Już dla ostatecznego i zupełnego objęcia, moja łapa silna zgina twoje krzyże...
Aj! brutalu!
Któż to widział być takim małym jak ty. Możebyś weszła na mały stołek.
Nie mogę przebaczyć swym oczom, że są zbezczeszone takim widokiem. Te wstępne zachody parodyują w sposób nieładny nasze dzikie miłości... Krzyki zarzynanego, tańce lubieżne, milcząca parada, podczas której mój ogon wlecze się niby suknia królewska, uściski, podczas których rozkosz cierpiąca jęczy... miałżebym zaczerwienić się z powodu tego stadła... cynicznego?
Powiedz no, ty mała zapalniczko, czy ta zabawa w chowanego skończy się?... Chodźżeż, nie będziesz tego żałowała...
Mój Boże! to straszne! niech Pan zrobi ze mną, co się Panu podoba.
Nie będziecie tego robili tutaj, mam nadzieję!
Na pomoc, na pomoc! Tygrys siedzi na fortepianie!...
- ↑
Pozycja spisu dodana przez Wikiźródła.