Przejdź do zawartości

Siedm dyalogów zwierzęcych/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Colette
Tytuł Siedm dyalogów zwierzęcych
Rozdział Wizyta
Wydawca Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Data wyd. 1911
Druk Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Kazimierz Woźnicki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
WIZYTA.
Popołudnie w Paryżu, zimą. Ogrzana pracownia, w której pali się w piecu w kształcie wieży. Kiki-Łagodny i Toby-Pies, ostatni na ziemi, pierwszy na uświęconej poduszce, myją się starannie po długim wypoczynku. Panuje spokój.


TOBY-PIES.

Moje pazury rosną tutaj prędzej niż na wsi.

KIKI-ŁAGODNY.

A moje przeciwnie.

TOBY-PIES.

To dziwne.

KIKI-ŁAGODNY.

Nic w tem dziwnego. Tutaj Ona obcina mi je z powodu materyi na meblach... Zresztą (pompatycznie) trzeba znosić to, czemu nie można przeszkodzić.

TOBY-PIES.

Co masz zamiar robić dzisiaj?

KIKI-ŁAGODNY.

Nic.

TOBY-PIES.

Dla zmiany?

KIKI-ŁAGODNY.

Przepraszam dla tego właśnie, aby nic nie zmieniać. Cóż to za szał zmiany opętał was wszystkich? Zmieniać — to niszczyć. Wiecznem jest jedynie to, co się nie zmienia.

TOBY-PIES.

Więc ja już od trzech godzin jestem wieczny.

KIKI-ŁAGODNY.

Wychodziłeś z nią przecież? Wróciliście oboje z hałasem poruszanych dzwonków, sukni szeleszczącej, kichań z radości... Byłeś otoczony nimbem zmrożonego powietrza, a poczułem, że koniec Jej nosa był zimny jak owoc, kiedy pocałowała me czoło płaskie, na którem pręgi prawie czarne wypisały klasyczną literę M, co, jak Ona twierdzi, oznacza Minet albo miau.

TOBY-PIES.

Tak, biegaliśmy po wałach fortyfikacyjnych, a później byliśmy w wielkich magazynach.

KIKI-ŁAGODNY.

Czy jest wesoło w wielkim magazynie?

TOBY-PIES.

Nie często. Dużo znajduje się osób — jednych obok drugich. Obawiam się też, że Ją zgubię i, mimo wszystko, pysk mój trzymam obok Jej obcasów. Nieznane mi nogi popychają mnie, przygniatają, następują na łapy. Wtedy krzyczę, ale głos mój przytłumiają spódnice. Kiedy stamtąd wychodzimy, wyglądamy, ja i Ona, jak dwóch rozbitków.

KIKI-ŁAGODNY.

Niechaj bogowie uchronią mnie od takiego losu! Tymczasem moje chwile płynęły spokojnie. Kiedy Jej nie ma w domu nic nie narusza pędzenia czasu tak, jak nakazuje dobrze zrozumiana hygiena. Po śniadaniu, składającem się z różowej wątroby i z mleka, radość niewinna i bez powodu przywraca mi codziennie duszę młodego kotka, pokrytego jeszcze obfitym puchem. Chętnie udzielający się, z ociężałym brzuchem, idę do Niego; On mnie duże papiery zaczernione i wita mię milczącym uśmiechem. Na tej samej kanapie spędzamy, On i ja, chwile naszego bezczynnego wypoczynku. Papier, który On trzyma, staje się dla mnie przedmiotem coraz bardziej pożądanym, przytem trzeszczącym, to też często przebijam swą okazałą łapą dziennik-parawan, jaki On stawia między nami. On krzyczy a ja tarzam się z radości, przewrócony na grzbiecie, co On nazywa tańcem bajaderki... A później nie wiem w jaki sposób wszystko zamiera w mych oczach, zaciemnia się i oddala... Pragnę się podnieść, iść na poduszkę, ale marzenia oddzielają mnie już od tego świata... Jestto chwila szczęśliwa, w której ty znikasz z Nią, kiedy dom cały wypoczywa i oddycha powoli. Pogrążam się w sen głęboki i słodki. Tylko uszy moje nie śpią a czuwają, czułki wrażliwe, śledzące za nieokreślonym hałasem drzwi i dzwonków.

W tej chwili właśnie ktoś dzwoni. Toby-Pies i Kiki-Łagodny, otrząsnąwszy się, poprawiają się; kot, siedząc, układa dokoła swych łap przednich pióropusz z ogona, który dotychczas był wyciągnięty; pies leży niby sfinks i podnosi pysk.
KIKI-ŁAGODNY.

Cóż to takiego?

TOBY-PIES.

Może dostawca?

KIKI-ŁAGODNY, wzruszając ramionami.

Przecież to nie odgłos kuchennego dzwonka. Może wizyta?

TOBY-PIES, podskakując.

Co za szczęście? Będziemy pili herbatę i dostaniemy ciastek! Cukru! Ciastek!

KIKI-ŁAGODNY, posępny.

I będziemy widzieli Panie, co krzyczą i głaskają mój grzbiet rękami w rękawiczkach z martwej skóry... Pfe!

Głosy kobiece i Jej głos także. — Odgłos dzwoneczka o dźwięku krystalicznym. Otwierają się drzwi, i wchodzi suczka, jamnik angielski, czarna i podpalana, zachwycona sama sobą; zbliża się ruchami tancerki.
MAŁA SUCZKA.

Jestem maleńka suczka bardzo piękna.

Toby-Pies nic nie mówi, przerażony z zachwytu i ze zdziwienia. Kiki-Łagodny niezadowolniony wskakuje na fortepian, i z oburzeniem przygląda się.
MAŁA SUCZKA, zdziwiona, że nie słyszy zachwytów którymi witają ją wszędzie, powtarza:

Jestem mała suczka bardzo piękna! Ważę tylko dziewięćset gramów, obrożę mam złotą, uszy z czarnego atłasu, podbite świecącym się kauczukiem, pazury moje błyszczą, jak dzioby ptaków, i... (spostrzega Toby-Psa) o! ktoś tu jest... (milczenie)... Bardzo ładny.

Mizdrzą się do siebie, wyginają się, wąchają nosy.
TOBY-PIES.

Jaka ona mała.

MAŁA SUCZKA.

Panie... proszę się do mnie nie zbliżać.

TOBY-PIES.

Dla czego?

MAŁA SUCZKA.

Nie wiem. Moja Pani wie dla czego; ale jej tutaj nie ma, została w innym pokoju.

TOBY-PIES.

Ile masz lat?

MAŁA SUCZKA.

Mam jedenaście miesięcy (recytuje). Mam jedenaście miesięcy, moja matka dostała nagrodę piękności na wystawie psów, ważę tylko dziewięćset gramów, i...

TOBY-PIES.

Już o tem mówiłaś. Co czynisz, aby być tak małą.

KIKI-ŁAGODNY, niewidzialny, na fortepianie.

Jakaż ona brzydka i jak brzydko pachnie. Nogi ma bezkształtne, i ciągle się porusza. A ten głupi pies sili się, aby się podobać!

MAŁA SUCZKA, gadatliwa i kokietka.

Taka jestem od urodzenia. Mogę się zmieścić w mufce. Czy Pan widział moją nową obrożę; jest złota?

TOBY-PIES.

A to, co wisi u obroży?

MAŁA SUCZKA.

To medal mojej matki. Nigdy się z nim nie rozstaję. Wracam z Palais de Glace, gdzie miałam straszne powodzenie. Wystaw Pan sobie, że chciałam ugryźć jakiegoś jegomościa, który rozmawiał z moją panią. Jakżeż się z tego śmiano!

Kręci się i wydaje głosy ptasie.
TOBY-PIES, na bok.

Co za dziwna istota? Czy to, aby na pewno suczka (wącha). Tak. Pachnie pudrem, ale mimo to jest suczką (głośno). Usiądź proszę na chwilę: nie dobrze mi się robi kiedy widzę, że się ciągle kręcisz...

MAŁA SUCZKA.

I owszem. (Kładzie się niby chart miniaturowy, krzyżując przednie łapy, aby pokazać swe cienkie palce). Pan byłeś sam tutaj?

TOBY-PIES, patrząc na fortepian.

Sam z psiego rodu. Tak. Dla czego?

MAŁA SUCZKA.

Jakoś dziwnie tu pachnie.

TOBY-PIES.

Zapewnie pachnie kotem.

MAŁA SUCZKA.

Kotem? Co to jest kot? Nigdym tego nie widziała. Czy Pana zostawiają samego w pokoju?

TOBY-PIES.

Tak, zdarza się.

MAŁA SUCZKA.

A Pan nie krzyczy? Ja, jak tylko jestem sama, krzyczę, nudzę się, boję się; jest mi nie dobrze, i zjadam poduszki.

TOBY-PIES.

I wtedy Cię karzą batem.

MAŁA SUCZKA, urażona.

Biją mnie... Co też Pan mówi? Traci Pan głowę, sądzę (nagle z uprzejmością). A byłoby szkoda, ma Pan piękne oczy.

TOBY-PIES.

Nieprawdaż? Dobrze je widać; są duże i wyłupiaste. Ona mówi że mam oczy langusty. Mówi także: „Jego piękne oczy foki, jego złocone oczy ropuchy...“

MAŁA SUCZKA.

Kto to: Ona?

TOBY-PIES.

Ona.

MAŁA SUCZKA.

Nie rozumiem tego wszystkiego, co Pan mówi, ale taki jest Pan sympatyczny! Co Pan robi dzisiaj wieczorem?

TOBY-PIES.

... Jem obiad.

MAŁA SUCZKA.

Mój Boże, nie wątpię. Ale chciałabym wiedzieć, czy dzisiaj wieczorem będą goście, czy też Państwo idą z wizytą?

TOBY-PIES.

Nie, ja już wychodziłem.

MAŁA SUCZKA.

Wyjeżdżał pan powozem?

TOBY-PIES.

Bynajmniej, pieszo oczywiście.

MAŁA SUCZKA.

Jakto oczywiście? Ja na spacer wyjeżdżam tylko powozem. Pokaż Pan spód swych łap? O jaki straszny, można by przypuścić, że to kamienie do ostrzenia nożów! Patrz Pan na moje łapy: atłas na wierzchu, aksamit na spodzie.

TOBY-PIES.

Chciałbym Cię widzieć na wsi, kiedybyś chodziła po kamieniach.

MAŁA SUCZKA.

Ależ byłam roku zeszłego na wsi, ale nie widziałam kamieni.

TOBY-PIES.

W takim razie nie była to wieś; nie wiesz, co to jest wieś.

MAŁA SUCZKA, urażona.

Wiem. Wieś — to drobny piasek, klomb strzyżony, który codziennie sprzątają, szezląg na trawie, kretonowe duże poduszki, mleko pieniące się, sen w cieniu i małe jabłuszka różowe do zabawy.

TOBY-PIES, potrząsając głową.

Nie. Wieś — to droga pokryta białą mąką, która szczypie powieki i pali w łapy, to trawa nierówna i twarda, która ładnie pachnie; o nią drapię pysk i dziąsła; wieś — to noc kłopotliwa, gdyż sam jeden Ich pilnuję: Jej i Jego. Leżę w koszu, a bicie przepracowanego serca odbiera mi sen. Tam, w dali, pies do mnie krzyczy i ostrzega, że zły człowiek przeszedł drogą. Czy idzie on w moją stronę? Czy za chwilę, z okiem krwią zalanym, z wywieszonym językiem, będę się musiał rzucić na niego i zeźreć jego oblicze?...

MAŁA SUCZKA, drży w ekstazie.

Jeszcze! Jeszcze! O! boję się.

TOBY-PIES, skromnie.

Nie obawiaj się; nigdy się to nie zdarzyło... Tak — to wszystko — to jest wieś, a także góra bez końca w cieniu powozu, kiedy pragnienie, głód, upał, zmęczenie czynią duszę zrezygnowaną i beznadziejną.

MAŁA SUCZKA.

A wtedy?

TOBY-PIES.

A wtedy? Nic. Wraca się, mimo wszystko do domu, i w kuble pełnym zimnej wody pije się bez wytchnienia (jego język, mówi Ona, wielki język, przecięty w środku, jak płatek irisu), a drobne krople opryskują mile obolałe powieki, zakurzone brwi... To wszystko, i wiele innych rzeczy — to jest wieś...

KIKI-ŁAGODNY, na fortepianie, marzy.

To wszystko, tak, i przyzwyczajenia z ubiegłego roku, które się znowu odnajduje i które pasują do ciała tak, jak poduszka wygnieciona długim snem... To wszystko, i noce wolne, śmiech smutny puszczyka, który sam lata po powietrzu, tak jak ja chodzę po ziemi... Szczury srebrne, zawieszone na altanie, zjadają winogrona i nie przestają patrzeć się na mnie... Kuracya na murze gorącym, mająca na celu schudnięcie; schodzę z tego muru ugotowany, zmniejszony, blady, — ale wysmukły aż do pozazdroszczenia przez inne koty... (ocknąwszy się, patrzy z pogardą na małą suczkę). Obyś zginęła cuchnąca bestyo za przypomnienie tych radości minionych! Czy nie znikniesz, abym mógł zejść z tego zimnego piedestału, gdzie drętwieją me łapy.

TOBY-PIES, rozweselony do małej suczki.

Zostawmy to wszystko. Kiedy jesteś przy mnie, nie mogę myśleć o niczem innem, jak o Tobie. Czuję, że cię kocham.

MAŁA SUCZKA, spuszczając oczy.

Miłością?

TOBY-PIES.

Oczywiście.

MAŁA SUCZKA.

Tak szybko?

TOBY-PIES.

Straciliśmy już dużo czasu.

MAŁA SUCZKA.

Ale... Wszak rozmawialiśmy. Sprawiło mi to wielką przyjemność. Coraz mniej rozumiem, dla czego zakazują mi towarzystwa młodych ludzi.

TOBY-PIES.

Pozwól, abym do ciebie się zalecał.

MAŁA SUCZKA.

Co to jest takiego?

TOBY-PIES.

Zobaczysz. Zaczynam. Stając na dwóch łapach wyprostowanych, drepcę w miejscu i otaczam cię melodyjnymi okrzykami. Ogon mój skręcony drży, moje boki wciągnięte przez niespokojny oddech, czynią, że jestem cieńszy i, dzięki sztuce nieświadomej, uszy moje stulone wydają się być przyczepionemi do karku.

MAŁA SUCZKA.

Nie zbliżaj się Pan do mnie! Jestem wzruszona...

TOBY-PIES.

Już dla ostatecznego i zupełnego objęcia, moja łapa silna zgina twoje krzyże...

MAŁA SUCZKA.

Aj! brutalu!

TOBY-PIES, nastaje.

Któż to widział być takim małym jak ty. Możebyś weszła na mały stołek.

KIKI-ŁAGODNY, rozgniewany.

Nie mogę przebaczyć swym oczom, że są zbezczeszone takim widokiem. Te wstępne zachody parodyują w sposób nieładny nasze dzikie miłości... Krzyki zarzynanego, tańce lubieżne, milcząca parada, podczas której mój ogon wlecze się niby suknia królewska, uściski, podczas których rozkosz cierpiąca jęczy... miałżebym zaczerwienić się z powodu tego stadła... cynicznego?

TOBY-PIES, bardziej zdecydowany, niż uprzejmy.

Powiedz no, ty mała zapalniczko, czy ta zabawa w chowanego skończy się?... Chodźżeż, nie będziesz tego żałowała...

MAŁA SUCZKA, kuszona i gwałcona.

Mój Boże! to straszne! niech Pan zrobi ze mną, co się Panu podoba.

KIKI-ŁAGODNY, podnosząc się na fortepianie, groźnie.

Nie będziecie tego robili tutaj, mam nadzieję!

MAŁA SUCZKA.
Szuka skąd przychodzi głos przestraszający, spostrzega zwierzę wyniosłe, potwora nieznanego i pręgowatego, z najeżonymi wąsami i brwiami, z oczami rzucającemi groźbę śmierci... Ucieka z krzykiem:

Na pomoc, na pomoc! Tygrys siedzi na fortepianie!...

Mdleje na rękach swej Pani, która przybiegła, i pociesza ją znanemi jej wyrazami: „Fifi, moja ty Zezetka, moja Ziguletka, moja Lolotka i t. d.“... Posiedzenie trwa dalej.








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Colette i tłumacza: Kazimierz Woźnicki.