Siedm dyalogów zwierzęcych/VII
| <<< Dane tekstu | |
| Autor | |
| Tytuł | Siedm dyalogów zwierzęcych |
| Rozdział | Wizyta |
| Wydawca | Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów |
| Data wyd. | 1911 |
| Druk | Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Kazimierz Woźnicki |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Moje pazury rosną tutaj prędzej niż na wsi.
A moje przeciwnie.
To dziwne.
Nic w tem dziwnego. Tutaj Ona obcina mi je z powodu materyi na meblach... Zresztą (pompatycznie) trzeba znosić to, czemu nie można przeszkodzić.
Co masz zamiar robić dzisiaj?
Nic.
Dla zmiany?
Przepraszam dla tego właśnie, aby nic nie zmieniać. Cóż to za szał zmiany opętał was wszystkich? Zmieniać — to niszczyć. Wiecznem jest jedynie to, co się nie zmienia.
Więc ja już od trzech godzin jestem wieczny.
Wychodziłeś z nią przecież? Wróciliście oboje z hałasem poruszanych dzwonków, sukni szeleszczącej, kichań z radości... Byłeś otoczony nimbem zmrożonego powietrza, a poczułem, że koniec Jej nosa był zimny jak owoc, kiedy pocałowała me czoło płaskie, na którem pręgi prawie czarne wypisały klasyczną literę M, co, jak Ona twierdzi, oznacza Minet albo miau.
Tak, biegaliśmy po wałach fortyfikacyjnych, a później byliśmy w wielkich magazynach.
Czy jest wesoło w wielkim magazynie?
Nie często. Dużo znajduje się osób — jednych obok drugich. Obawiam się też, że Ją zgubię i, mimo wszystko, pysk mój trzymam obok Jej obcasów. Nieznane mi nogi popychają mnie, przygniatają, następują na łapy. Wtedy krzyczę, ale głos mój przytłumiają spódnice. Kiedy stamtąd wychodzimy, wyglądamy, ja i Ona, jak dwóch rozbitków.
Niechaj bogowie uchronią mnie od takiego losu! Tymczasem moje chwile płynęły spokojnie. Kiedy Jej nie ma w domu nic nie narusza pędzenia czasu tak, jak nakazuje dobrze zrozumiana hygiena. Po śniadaniu, składającem się z różowej wątroby i z mleka, radość niewinna i bez powodu przywraca mi codziennie duszę młodego kotka, pokrytego jeszcze obfitym puchem. Chętnie udzielający się, z ociężałym brzuchem, idę do Niego; On mnie duże papiery zaczernione i wita mię milczącym uśmiechem. Na tej samej kanapie spędzamy, On i ja, chwile naszego bezczynnego wypoczynku. Papier, który On trzyma, staje się dla mnie przedmiotem coraz bardziej pożądanym, przytem trzeszczącym, to też często przebijam swą okazałą łapą dziennik-parawan, jaki On stawia między nami. On krzyczy a ja tarzam się z radości, przewrócony na grzbiecie, co On nazywa tańcem bajaderki... A później nie wiem w jaki sposób wszystko zamiera w mych oczach, zaciemnia się i oddala... Pragnę się podnieść, iść na poduszkę, ale marzenia oddzielają mnie już od tego świata... Jestto chwila szczęśliwa, w której ty znikasz z Nią, kiedy dom cały wypoczywa i oddycha powoli. Pogrążam się w sen głęboki i słodki. Tylko uszy moje nie śpią a czuwają, czułki wrażliwe, śledzące za nieokreślonym hałasem drzwi i dzwonków.
Cóż to takiego?
Może dostawca?
Przecież to nie odgłos kuchennego dzwonka. Może wizyta?
Co za szczęście? Będziemy pili herbatę i dostaniemy ciastek! Cukru! Ciastek!
I będziemy widzieli Panie, co krzyczą i głaskają mój grzbiet rękami w rękawiczkach z martwej skóry... Pfe!
Jestem maleńka suczka bardzo piękna.
Jestem mała suczka bardzo piękna! Ważę tylko dziewięćset gramów, obrożę mam złotą, uszy z czarnego atłasu, podbite świecącym się kauczukiem, pazury moje błyszczą, jak dzioby ptaków, i... (spostrzega Toby-Psa) o! ktoś tu jest... (milczenie)... Bardzo ładny.
Jaka ona mała.
Panie... proszę się do mnie nie zbliżać.
Dla czego?
Nie wiem. Moja Pani wie dla czego; ale jej tutaj nie ma, została w innym pokoju.
Ile masz lat?
Mam jedenaście miesięcy (recytuje). Mam jedenaście miesięcy, moja matka dostała nagrodę piękności na wystawie psów, ważę tylko dziewięćset gramów, i...
Już o tem mówiłaś. Co czynisz, aby być tak małą.
Jakaż ona brzydka i jak brzydko pachnie. Nogi ma bezkształtne, i ciągle się porusza. A ten głupi pies sili się, aby się podobać!
Taka jestem od urodzenia. Mogę się zmieścić w mufce. Czy Pan widział moją nową obrożę; jest złota?
A to, co wisi u obroży?
To medal mojej matki. Nigdy się z nim nie rozstaję. Wracam z Palais de Glace, gdzie miałam straszne powodzenie. Wystaw Pan sobie, że chciałam ugryźć jakiegoś jegomościa, który rozmawiał z moją panią. Jakżeż się z tego śmiano!
Co za dziwna istota? Czy to, aby na pewno suczka (wącha). Tak. Pachnie pudrem, ale mimo to jest suczką (głośno). Usiądź proszę na chwilę: nie dobrze mi się robi kiedy widzę, że się ciągle kręcisz...
I owszem. (Kładzie się niby chart miniaturowy, krzyżując przednie łapy, aby pokazać swe cienkie palce). Pan byłeś sam tutaj?
Sam z psiego rodu. Tak. Dla czego?
Jakoś dziwnie tu pachnie.
Zapewnie pachnie kotem.
Kotem? Co to jest kot? Nigdym tego nie widziała. Czy Pana zostawiają samego w pokoju?
Tak, zdarza się.
A Pan nie krzyczy? Ja, jak tylko jestem sama, krzyczę, nudzę się, boję się; jest mi nie dobrze, i zjadam poduszki.
I wtedy Cię karzą batem.
Biją mnie... Co też Pan mówi? Traci Pan głowę, sądzę (nagle z uprzejmością). A byłoby szkoda, ma Pan piękne oczy.
Nieprawdaż? Dobrze je widać; są duże i wyłupiaste. Ona mówi że mam oczy langusty. Mówi także: „Jego piękne oczy foki, jego złocone oczy ropuchy...“
Kto to: Ona?
Ona.
Nie rozumiem tego wszystkiego, co Pan mówi, ale taki jest Pan sympatyczny! Co Pan robi dzisiaj wieczorem?
... Jem obiad.
Mój Boże, nie wątpię. Ale chciałabym wiedzieć, czy dzisiaj wieczorem będą goście, czy też Państwo idą z wizytą?
Nie, ja już wychodziłem.
Wyjeżdżał pan powozem?
Bynajmniej, pieszo oczywiście.
Jakto oczywiście? Ja na spacer wyjeżdżam tylko powozem. Pokaż Pan spód swych łap? O jaki straszny, można by przypuścić, że to kamienie do ostrzenia nożów! Patrz Pan na moje łapy: atłas na wierzchu, aksamit na spodzie.
Chciałbym Cię widzieć na wsi, kiedybyś chodziła po kamieniach.
Ależ byłam roku zeszłego na wsi, ale nie widziałam kamieni.
W takim razie nie była to wieś; nie wiesz, co to jest wieś.
Wiem. Wieś — to drobny piasek, klomb strzyżony, który codziennie sprzątają, szezląg na trawie, kretonowe duże poduszki, mleko pieniące się, sen w cieniu i małe jabłuszka różowe do zabawy.
Nie. Wieś — to droga pokryta białą mąką, która szczypie powieki i pali w łapy, to trawa nierówna i twarda, która ładnie pachnie; o nią drapię pysk i dziąsła; wieś — to noc kłopotliwa, gdyż sam jeden Ich pilnuję: Jej i Jego. Leżę w koszu, a bicie przepracowanego serca odbiera mi sen. Tam, w dali, pies do mnie krzyczy i ostrzega, że zły człowiek przeszedł drogą. Czy idzie on w moją stronę? Czy za chwilę, z okiem krwią zalanym, z wywieszonym językiem, będę się musiał rzucić na niego i zeźreć jego oblicze?...
Jeszcze! Jeszcze! O! boję się.
Nie obawiaj się; nigdy się to nie zdarzyło... Tak — to wszystko — to jest wieś, a także góra bez końca w cieniu powozu, kiedy pragnienie, głód, upał, zmęczenie czynią duszę zrezygnowaną i beznadziejną.
A wtedy?
A wtedy? Nic. Wraca się, mimo wszystko do domu, i w kuble pełnym zimnej wody pije się bez wytchnienia (jego język, mówi Ona, wielki język, przecięty w środku, jak płatek irisu), a drobne krople opryskują mile obolałe powieki, zakurzone brwi... To wszystko, i wiele innych rzeczy — to jest wieś...
To wszystko, tak, i przyzwyczajenia z ubiegłego roku, które się znowu odnajduje i które pasują do ciała tak, jak poduszka wygnieciona długim snem... To wszystko, i noce wolne, śmiech smutny puszczyka, który sam lata po powietrzu, tak jak ja chodzę po ziemi... Szczury srebrne, zawieszone na altanie, zjadają winogrona i nie przestają patrzeć się na mnie... Kuracya na murze gorącym, mająca na celu schudnięcie; schodzę z tego muru ugotowany, zmniejszony, blady, — ale wysmukły aż do pozazdroszczenia przez inne koty... (ocknąwszy się, patrzy z pogardą na małą suczkę). Obyś zginęła cuchnąca bestyo za przypomnienie tych radości minionych! Czy nie znikniesz, abym mógł zejść z tego zimnego piedestału, gdzie drętwieją me łapy.
Zostawmy to wszystko. Kiedy jesteś przy mnie, nie mogę myśleć o niczem innem, jak o Tobie. Czuję, że cię kocham.
Miłością?
Oczywiście.
Tak szybko?
Straciliśmy już dużo czasu.
Ale... Wszak rozmawialiśmy. Sprawiło mi to wielką przyjemność. Coraz mniej rozumiem, dla czego zakazują mi towarzystwa młodych ludzi.
Pozwól, abym do ciebie się zalecał.
Co to jest takiego?
Zobaczysz. Zaczynam. Stając na dwóch łapach wyprostowanych, drepcę w miejscu i otaczam cię melodyjnymi okrzykami. Ogon mój skręcony drży, moje boki wciągnięte przez niespokojny oddech, czynią, że jestem cieńszy i, dzięki sztuce nieświadomej, uszy moje stulone wydają się być przyczepionemi do karku.
Nie zbliżaj się Pan do mnie! Jestem wzruszona...
Już dla ostatecznego i zupełnego objęcia, moja łapa silna zgina twoje krzyże...
Aj! brutalu!
Któż to widział być takim małym jak ty. Możebyś weszła na mały stołek.
Nie mogę przebaczyć swym oczom, że są zbezczeszone takim widokiem. Te wstępne zachody parodyują w sposób nieładny nasze dzikie miłości... Krzyki zarzynanego, tańce lubieżne, milcząca parada, podczas której mój ogon wlecze się niby suknia królewska, uściski, podczas których rozkosz cierpiąca jęczy... miałżebym zaczerwienić się z powodu tego stadła... cynicznego?
Powiedz no, ty mała zapalniczko, czy ta zabawa w chowanego skończy się?... Chodźżeż, nie będziesz tego żałowała...
Mój Boże! to straszne! niech Pan zrobi ze mną, co się Panu podoba.
Nie będziecie tego robili tutaj, mam nadzieję!
Na pomoc, na pomoc! Tygrys siedzi na fortepianie!...