Siedm dyalogów zwierzęcych/VI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Siedm dyalogów zwierzęcych |
| Rozdział | Burza |
| Wydawca | Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów |
| Data wyd. | 1911 |
| Druk | Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Kazimierz Woźnicki |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Duszny dzień letni na wsi.
Z tyłu, za półzamkniętemi okiennicami panuje cisza; toż samo w ogrodzie, w którym nic nie porusza się, nawet wiszące i omdlałe wrażliwe liście mimozy.
Kiki-Łagodny i Toby-Pies poczynają cierpieć i przewidują burzę, która, narazie, stanowi tylko niebieską opaskę na tle matowego błękitu nieba.
Źle się czuję, źle się czuję. Cóż to znowu takiego ten upał? Chyba jestem chory. Już przy śniadaniu czułem obrzydzenie do mięsa i, z pogardą, dmuchałem na jedzenie. Coś zgubnego gdzieś czeka. O ile wiem nic nie zrobiłem karygodnego, i moje sumienie... A cierpię jednak. Mój towarzysz leży, drży i nie śpi wcale. Jego przyspieszony oddech świadczy, że jest w takim samym stanie jak i ja... Kocie?
Milcz.
Co takiego? Czy przysłuchujesz się jakiemu hałasowi?
Nie! O, mój Boże, nie! Nie mów mi nawet o hałasie, o żadnym hałasie, już na dźwięk twego głosu skóra na mym grzbiecie staje się podobną do bałwanów morskich.
Czy może umrzesz?
Mam nadzieję, że nie. Boli mnie głowa. Czy nie spostrzegasz pod skórą prawie łysą moich skroni, pod mą skórą niebieskawą i przejrzystą zasobnego zwierzęcia, bicia tętnic? Jest to straszne! Czoło me, niby żmije w konwulsyach, otaczają żyły, i nie wiem jaki gnom kuje w mym mózgu. O! milcz! albo conajmniej mów tak cicho, aby bieg mej krwi podnieconej mógł zagłuszyć twe słowa...
A właśnie ta cisza mnie przygnębia. Drżę i nie zdaje sobie z tego sprawy. Pragnę słyszeć znany mi odgłos wiatru w kominie, hałas drzwi, szmer ogrodu, łkanie źródła, które jest nieustannem głosem topoli tego masztu z liśćmi o kształcie monet...
Hałas i tak nadejdzie dość wcześnie.
Tak sądzisz? Ich milczenie jeszcze bardziej mnie przestrasza. Że On skrobie papier, to rzecz powszednia. Zwyczaj, który należy uszanować, chociaż jest bezużyteczny. Ale Ona? Widzisz, że omdlała siedzi w swym fotelu słomianym; wygląda tak, jakby spała, ale spostrzegam, że porusza rzęsami i końcami palców. Ona nie gwiżdże, nie śpiewa, zapomina igrać kłębkami nici. Ona cierpi tak samo, jak i my. Czyżby to był koniec świata, Kocie?
Nie. To burza! O Boże, jak cierpię! Porzucić mą skórę i to runo, w którem duszę się, wyskoczyć z siebie, być nagim jak mysz obdarta ze skóry, wyskoczyć ku świeżości! O Psie! nie możesz tego widzieć, ale ja czuję: iskry znajdują się na mych włosach. Nie zbliżaj się do mnie: niebieski płomień wyjdzie ze mnie.
Wszystko staje się strasznem (czołga się z trudem w kierunku peronu). Co zmieniono na dworze? Oto drzewa stały się niebieskie, a trawy błyszczą niby serweta z wody. Grobowe słońce! Błyski białe na dachówkach, a małe domki na wzgórzu podobne do świeżych grobów. Zapach ciężki wznosi się z roślin kwitnących. Ten zapach gorzkich migdałów, wyciekający z ich dzwonków białych wzrusza me serce aż do żołądka. Dym w dali, zmęczony jak zapach kwiatów, wznosi się z trudem, prosty przez chwilę, i opada następnie — kita z pary, złamana na końcu... Chodź, zobacz!
Ale ciebie także zmieniono, Kocie! Twe oblicze wyciągnięte podobne jest do głodomora, a twa sierść, przygładzona miejscami, a miejscami rozczochrana, podobna jest do łasicy, która wpadła do oliwy.
Nie mów o tem. Będę godnym siebie jutro jeżeli dzień zaświta jeszcze dla nas. Dzisiaj włóczę się ani uczesany, ani umyty, podobny do kobiety, którą miłość opuściła...
Mówisz rzeczy takie, że mnie smucą! Zdaje mi się, iż będę krzyczał, wołał o pomoc. Może lepiej ukryć się przy Niej, szukać na Jej twarzy otuchy, jakiej ty mi odmawiasz. Ale Ona zdaje się śpi na fotelu słomianym i zamyka oczy, których odcień podobny jest do mego przeznaczenia. Z szacunkiem, zaledwie dotykając się, oblizuję Jej wiszące palce, i budzę Ją. O! oby jej pierwsza pieszczota odpędziła urok!
A! Mój Boże, jakeś mnie przestraszył! Co za głuptasek z tego zwierzęcia!... Masz!...
Bądź cicho! bądź cicho! zniknij z mych oczu! Nie wiem, co mi jest, ale cię nienawidzę! I nienawidzę tego kota, co stoi tuż i patrzy się na mnie, jak głupi.
Jeżeli mnie dotknie, to Ją poźrę!
Zakończenie było by smutne... ale w tej samej chwili rozlega się grzmot łagodny, daleki i blizki jednocześnie, o którym nie wiadomo, czy powstaje na horyzoncie, czy też w domu samym; wobec tego grzmotu wszyscy troje obojętnieją w sporze.
Jakby na rozkaz, Toby-Pies i Kiki-Łagodny, z zadami opuszczonymi, chowają się: jeden pod szafę biblioteczną, drugi pod fotel. Ona, przestraszona, odwraca się ku ogrodowi, pokrytemu jakby ołowiem, ku ścianie fioletowej chmur, którą nagle przebija oślepiający płomień niebieski.
A!
Mój Boże, co będzie z jabłkami?
Łatwiej rozcięto by mi uszy na rzemienie, niżeli zmuszono do wyjścia na dwór.
Mimowoli przysłuchuję się, co znaczy to samo, jakgdybym się przyglądał. Ona rzuca się i zamyka okna. Ktoś biegnie po schodach... Oj, jeszcze jeden płomień straszny... I wszystko się wali... Nic więcej... Czyż wszyscy pomarli? Między frendzlami fotelu, narażając swe życie, spostrzegam pierwsze ziarnka gradu, żwiru zamrożonego, który dziurawi liście kokornaku. Widzę teraz deszcz padający dużemi kroplami, barwy srebra, tak ciężkiemi, że piasek ugina się pod niemi...
Słyszę, że spadają brzoskwinie i zielone orzechy.
Zdaje mi się, że mniej się boję. Szum deszczu uspokaja me nerwy chore. Czuję na karku, na uszach, wilgotną letniość. Hałas oddala się. Słyszę swój oddech. Dzień jaśniejszy przenika aż do mnie pod bibliotekę. Co porabia Ona? Nie śmiem jeszcze wyjść. Gdyby chociaż kot poruszył się (wysuwa głowę ostrożnie; błyskawica zmusza go do cofnięcia się). A! znowu zaczyna się. Deszcz bije w szyby. Zasłona kominka naśladuje hałas na niebie; wszystko się wali... A Ona uderzyła mnie po nosie...
Kropla po kropli, z okna źle dopasowanego, sączy się mały strumyk brunatnawy, który ścieka po podłodze, przedłuża się, przedłuża się, i wężem kieruje się do mnie. Chętnie z niego napiłbym się, tak mi się pić chce, i tak mi jest ciepło. Łokcie mnie bolą. Zmęczone są też moje uszy od ciągłego podnoszenia się w kształcie chorągiewki ku wszystkim kataklizmom. Strach nerwowy ściska jeszcze me szczęki. A dalej siedzenie tego fotelu zbyt miękkie drażni sierść na mym grzbiecie. Ale jest już ulgą, że mogę o tem myśleć dzięki nastającemu spokojowi. Wspomnienie hałasu brzęczy w mych uszach wraz z szmerem osłabionym wiatru i deszczu. Co robi On, którego burza dręczy tak samo, jak i nas, a który nie pokazał się, aby uspokoić żywioły rozhukane? Oto Ona otwiera drzwi prowadzące na peron. Czy to nie zawcześnie?... Nie, gdyż kury gdaczą i przepowiadają piękną pogodę, przeskakując przez kałuże i wydając okrzyki, podobne do okrzyków starych panien. O! co za zapach cudowny, który aż tutaj dochodzi, tak świeży, tak zielony, zapach liści zmoczonych i ziemi zmoczonej, tak świeży, iż wydaje mi się, że go po raz pierwszy wdycham.
Hm! Jak tu ładnie pachnie! pachnie przechadzką! Wszystko zmienia się tak szybko, że nie ma nawet czasu do myślenia. Ona otworzyła drzwi! Biegnijmy (biegnie), nareszcie! Ogród znowu posiada barwę ogrodu. Letnia para moczy mój nos ziarnisty, odczuwam we wszystkich członkach chęć do skoku i do biegania. Trawa świeci się i dymi, rogate ślimaki macają końcem oczu żwir różowy, a inne znowu, biało-czarne, zdobią ścianę wstęgą srebrną. O! co za piękne zwierzątko złocone i zielone, które biegnie po mokrej ziemi! Czy też je złapię? Czy będę skrobał pazurami jego skorupę metalową do chwili aż umrze i zrobi: Krak? Nie. Wolę lepiej pozostać obok Niej, oparty o drzwi, obok Niej, która nic nie mówi, uśmiecha się i wdycha świeże powietrze. Jestem szczęśliwy. Coś we mnie dziękuje temu wszystkiemu, co istnieje. Światło jest piękne; nie wątpię, że nigdy nie będzie burzy.
Nie mogę już wytrzymać, wychodzę na dwór. Delikatne łapy moje, aby stąpać, będą wybierały suche wyniosłości między kałużami. Ogród pełen jest wody, błyszczy i drży dreszczem, zaledwie dającym się spostrzedz, który porusza zawieszone wszędzie klejnoty. Zachodzące słońce, co rzuca ukośne blaski, spotyka w mych oczach bladych te same złamane promienie, złote i zielone. Na kraju nieba, niespokojnego jeszcze, gwiazdzista szpada wytryska z pomiędzy dwu chmur i wypędza ku wschodowi grzbiety dymiące i niebieskawe, których galop szalał nad naszemi głowami. Zapach kwiatów miesza się i ulatnia razem z zapachem drzewa cytrynowego, zniszczonego od gradu. O nagła Wiosno! Na krzewach róż pełno komarów. Uśmiech mimowolny zjawia się na mych ustach. Zabawię się, — wyciągając kark, aby uniknąć kropel wody, — łachotaniem wnętrza nozdrzów pachnącą trawką. Ale chciałbym, aby On przyszedł nareszcie, i towarzyszył mi, i zachwycał się każdym mym ruchem. Czyż nie zjawi się, aby radować się razem z nami?