Przejdź do zawartości

Siedm dyalogów zwierzęcych/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Colette
Tytuł Siedm dyalogów zwierzęcych
Rozdział Pierwszy ogień na kominku
Wydawca Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Data wyd. 1911
Druk Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Kazimierz Woźnicki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
PIERWSZY OGIEŃ NA KOMINKU.
Ponieważ deszcz pada i październikowy wiatr zmoczone liście rozpędza w powietrzu, Ona rozpaliła pierwszy ogień na kominku. Kiki-Łagodny i Toby-Pies, w ekstazie, leżąc przy letnim marmurze, jeden obok drugiego, oślepieni są blaskiem płomieni, w które wpatrują się, i poświęcają im swe modły.


KIKI-ŁAGODNY, podobny do poduszki ze schowanemi łapami.

Ogniu! Oto wróciłeś bardziej piękny, niż moje wspomnienie, bardziej palący i bardziej blizki, niżeli słońce! Ogniu! jakżeś ty cudowny! Przez skromność ukrywam radość mą, że Cię spostrzegam, mrużę oczy, których źrenice zwęża twe światło, i niczego nie widać na mem obliczu, gdzie odmalowana jest myśl dzika i brunatna... Moje mruczenie dyskretne gubi się w twym brzasku. Nie iskrz się zbytnio, nie pluj iskrami na me futro, bądź miłościwy, Ogniu zmienny, abym mógł uwielbiać Cię bez obawy.

TOBY-PIES, na poły upieczony, z oczami nabrzmiałemi, z wywieszonym językiem.

Ogniu! Ogniu boski! Oto wróciłeś! Młody jeszcze jestem, ale przypominam sobie pełną uszanowanie obawę, kiedy, po raz pierwszy, Jej ręka przebudziła Cię w tym samym kominku. Widok boga tak tajemniczego miał czem zadziwić psie dziecko, które zaledwie wyszło z ojczystej stajni! O! Ogniu! Nie zatraciłem całego daru spostrzegawczego! Fe! plunąłeś na mą skórę rzeczą kłującą i czerwoną... Boję się... Nie, to już skończone.
Jakiś ty piękny! Twój środek, bardziej różowy, rzuca kawały złota, kły jasne niebieskiego powietrza, dym, który wznosi się powyginany i rysuje dziwne postacie zwierzęce. O! jakżeż mi ciepło! Bądź bardziej łagodny, Ogniu wszechmocny, patrz, jak moja trufla wyschnięta wyżłabia się i pęka... Czyż uszy moje nie zapalają się? Zaklinam Cię błagalną łapą; jęczę z rozkoszy nie do zniesienia... Nie mogę już więcej wytrzymać!... (odwraca się). A nic nie jest nigdy dobrem w zupełności. Pode drzwiami zima przechodzi i szczypie me nagie uda. Niechaj tam! Niechaj zad mój marznie, bylem uwielbiał Cię siedząc naprzeciwko.

KIKI-ŁAGODNY.

Wiem, ponieważ jestem Kotem, co przynosisz ze sobą Ogniu. Przewiduję zimę, którą witam z duszą niespokojną, ale nie bez radości. Na jej cześć suknia moja rośnie już, i upiększa się. Me pręgi brunatne stają się czarnemi, podniebienie białe zamienia się na żabot świetny, a sierść na brzuchu staje się tak piękną, że nic podobnego nigdy nie widziano. Co powiedzieć o mym ogonie rozszerzającym się w kształcie maczugi z obrączkami na przemian płowemi, czarnemi, płowemi, czarnemi, płowemi, czarnemi. Z uszów moich wystają dwie kity bez ceny, wrażliwe na wszystko, które ona nazywa kolczykami... Jakaż kotka mogłaby mi się oprzeć? O! noce styczniowe, serenady przy zmarzniętym księżycu, oczekiwanie, z godnością, pod szczytem dachu, spotkanie z rywalem na wąskim murze... czuję, że jestem silniejszy od wszystkich! Poruszę ogonem, przewrócę uszy na kark, będę sapał tragicznie nozdrzami, niby dla wymiotów — a następnie głos mój się wzniesie, melodyjny nieskończenie, tak silny, że aż przebudzi uśpione Dwie-Łapy. Będę wrzeszczał, będę płakał, będę biegał po ogrodzie, nadęty, z wystawionymi łokciami, będę udawał szalonego, aby przestraszyć inne Koty.

TOBY-PIES.

Ponieważ jestem Psem, nie są mi obce, Ogniu, przykrości i rozkosze, jakie zapowiadasz. Deszcz już pada w ogrodzie. Zdaje mi się, że pada też na drodze i w lesie. Deszczowa woda nie ma już tej letniości, jaką posiada podczas burzy letnich, kiedy moja trufla, upojona kurzem, rozkoszuje się wilgotnym zapachem przychodzącym z zachodu. — Niebo jest niepewne, a wiatr tak jest silny, że podnosi moje uszy. Śpiew przejmujący, podobny do mego błagalnego głosu, przechodzi pode drzwiami. Będziesz się świecił codziennie, Ogniu, ale jakiemi cierpieniami zapłacę prawo uwielbiania Cię? Ona nadal będzie błądziła z głową pokrytą kapturem spiczastym, który ją zmienia a mnie przestrasza, obuje drewniane nogi, i obojętnie deptać będzie małe bagienka, błotniste bruzdy i mech płaczący. A ja pójdę za nią wszędzie, gdyż przyrzekłem, iż całe życie będę Jej towarzyszył (zresztą nie mógłbym uczynić inaczej), pójdę za nią strapiony, nędzny, zmoczony, z grudkami błota na brzuchu, że aż nadmiar nieszczęścia zmusi mnie do zapomnienia o wszystkiem, że biegać będę po zagajnikach, zajęty każdą kępą trawy tak cierpkiej, iż może ożywi we mnie wspomnienia zapachów zaginionych... Ona stanie się łatwiej dostępna, kiedy mnie zobaczy tak zajętego, i wtedy rozpoczniemy rozmowę: „Ha, Toby-Psie, — powie, — ha! ha! oto ptaszek, tam, na gałęzi, głupcze! Już uciekł“. Zlituje się nademną, i doprowadzi do wzruszenia łez blizkiego: „O mój mały czarnuszku, mój wałku sympatyczny, moja ty miłości żabia, jak ci zimno, jakiżeś ty zmoczony, jakiś smutny, a jak cierpisz, o, o, o!“ Zanim będę mógł rozróżnić, czy Jej litość jest szczera, czy nie, oczy moje zaleją się łzami, a ściśnięte gardło zaledwie będzie mogło wydać jęki, pokrewne jej żalom.
Ale co za rozkosz w chwili, kiedy Jej kapryśne nogi drewniane, spieszące się, ale nie dość jednak szybkie, wracać będą do domu, aby zobaczyć Jego, co skrobie papier. Skakać będę dokoła Niej, krzyczeć, drżeć z radości, że wzgórza się zmniejszają, że skracają się spadki, że poczuję cudowny zapach stajni i palącego się drzewa, świadczących o zbliżeniu się do domu. Po przez pokryte parą szyby, będziesz świecił Ogniu i, zaledwie przekroczę próg, piorunujący sen powali mnie przed tobą, który na proch zamienisz błoto na mym brzuchu, na parę dymiącą wodę dróg, o ty Ogniu, o ty Słońce!

KIKI-ŁAGODNY.

Ciepła słodycz przenika mą suknię aż do cienkiego i wątłego puchu, jedwabiu nad jedwabiami, nici niewidocznej i bezbarwnej, która chroni mą skórę delikatną. Puchnę niby chmura. Wypełnię chyba sobą cały pokój. Wstrząśnienia elektryczne, zwiastuny snu, poruszają mymi sztywnymi wąsami, a jednak nie śpię jeszcze, ponieważ pora roku, która nadchodzi, i twoja świetność, o Ogniu, wzruszają mnie. Deszcz pada. Nie wyjdę na dwór. Dyskretnie udam się do naczynia z trocinami; byle nikt mnie nie widział! Zapewne, że ziemia pulchna, pachnąca i ulegająca pazurom, doskonalsze daje natchnienie... Ale moje usposobienie wyższe zna długotrwałą wstrzemięźliwość, i gardzi tym psem hydraulicznym, co na wszystko podnosi łapę. Nie wyjdę na dwór. Będę czekał słońca, wiatru suchego, albo, lepiej jeszcze, mrozu. A! co za podniecenie zimna kłującego, które, garściami igieł, biczuje me płuca, a z mego cudownego nosa czyni cukierek mrożony!
... Dowcipny demon zimna natchnie mnie swym szałem. Ona śmiać się będzie, On także, porzuciwszy papier, kiedy zobaczy, że skokami, woltami, szalonymi obrotami, będę rywalizował z liśćmi. Czy będę wtedy kotem, czy szmatą powiewającą zmięszanego dymu? To na drzewie, to pod drzewem, a później siedm obrotów w pogoni za ogonem, dalej niebezpieczny skok z przodu w tył, skok pionowy z ruchami brzucha w powietrzu. Obracanie się w kółko, wyścigi po przez rzeczywistość i marzenie, aż do chwili, że sam się przestraszę!... Zatrzymam się nagle: a tu wszystko kręci się w oczach, taniec wirowy nowego świata, którego jestem środkiem nieruchomym... Podczas tych wybryków sztucznych, wydam ryk krowi, a wtedy Oni przybiegną. Ona, śmiejąc się, On, myśląc, że to niedomaganie żołądkowe... Wystarczy to dla mego otrzeźwienia, i z czołem pewnem, krokiem wzniosłym, udam się znowu do poduszki, leżącej przed twym ołtarzem, o Ogniu!

TOBY-PIES.

Kamień ogniska pali rogowe pięty mych łap. Co zrobić? Odejść? Nigdy. Raczej zginąć od upieczenia, niżeli porzucić te szczęście groźne!... Byleby Ona zaraz nie nadeszła! Obawiam się, i słusznie, rzemiennego bata, i wyrazów magicznych, obiecujących wygnanie: „Toby, to jest głupie! Zabraniam ci smażyć się; będą cię bolały oczy, i zakatarzysz się, wychodząc na dwór!“... Tak mówi do mnie kiedy staram się patrzyć na Nią wzrokiem tępym i pobożnym, nie oszukującym bynajmniej. Przysłuchuję się hałasom pierwszego piętra, Jej kroków: tam i z powrotem... Czyż fantazya koczownicza nie znudziła Jej jeszcze? Dzisiaj rano gwizdnęła na mnie; takem się spieszył, aby się Jej przypodobać, że spadłem ze schodów, ponieważ jestem krótki i kwadratowy z małemi łapami, a wcale nie mam nosa i ogona, które utrzymywałyby równowagę... Wyszliśmy. Uginające się gałęzie kołysały ostatnie jabłka... Mój głos szczęśliwy, okrzyki wesołe, które Ona rzucała niekiedy, śpiew próżny kogutów, skrzypienie wozów na drodze, — wszystkie te hałasy powiewały, unoszone na wacie dusznej i niebieskawej mgły... Zaprowadziła mnie daleko, a droga nasza była płodna w cudowne zdarzenia: spotkanie psów olbrzymów i strasznych, oburzających się mym wyglądem dumnym, ale których jednem spojrzeniem uspokoiłem (zresztą zamknięta krata zmuszała ich do bezczynności), uganianie się za królikiem wśród krzaków, kiedy Ona krzyczała głośno: „Zabraniam ci, zabraniam ci dotknąć się tego małego zwierzęcia!“... Matka moja obdarzyła mnie szybkiemi łapami, ale krótkiemi: zwierzę z białym zadem prześcignęło mnie. Krzew z czerwonemi jagodami zatrzymał nas dość długo! Ona jada chętnie rzeczy, których nie zna. Wielką jest ma wiara w Nią, i mógłbym zaświadczyć, że kosztowałem wszystkiego, co mi dawała. Ale tego poranku... „Jedz Toby, to jest głóg, jedz. — O jakżeż ty głuptasie możesz nie szaleć za tym smakiem spalonym! Zapewniam cię, że są to konfitury nieszczepione!“.... Żułem, przez uległość, kulkę czerwonawą, na której jej ręka przekomarzająca posiała włosy szorstkie... a co miało się zdarzyć, stało się... Znudziło mnie, i zrzuciłem śmieć, zwany głogiem.
Ogniu! Słuchaj mnie! Co przeżyłem później pod lasem szumiącym ociężałymi liśćmi, przechodzi mój rozum. Czy zabrała ciebie pod płaszczem swym? Czy też bogowie, tobie podobni, zjawiają się na jej zawołanie? Widziałem, Ogniu, widziałem, że Jej ręce wzniosły stos, ułożyły tajemniczo płaskie kamienie, widziałem później iskry i twą duszę radosną bijącą, zwiększającą się, wzbijającą się, różową i nagą, ukrywającą się w dymie, trzeszczącą wśród niego, zamierającą i niknącą... Świat pełen jest rzeczy niezrozumiałych...
Wreszcie, na drodze powrotnej, obok kraty parku, wykryłem, ja pierwszy, ja przed Nią, jedno z tych zwierząt niezdobytych, których widok sam całą mą rasę zmusza do szczekania — jeża. Co za wściekłość: czuć, że w tym kłębku zwierze jest schowane, i wyśmiewa się ze mnie, że na to nie poradzę nic, nic, nic! Błagałem Ją, Ją, która może prawie wszystko, aby obrała dla mnie tego jeża. Z uwagą zajęła się przedewszystkiem tem, by, przy pomocy patyka, odwrócić go tak jak kasztan: „To dziwne, rzekła, — nie mogę znaleźć spodu!“ W dwóch palcach, trzymając za kolce, przyniosła go aż tutaj — a ja dokoła Niej tańczyłem — i złożyła go na dnie swego koszyka do robót... Wkrótce, wstrętne zwierze, rozwinęło się, podniosło ryjek świński, otworzyło błyszczące oczy szczura, stanęło na dwóch łapach, podobnych do łap kreta: „Jaki on piękny, rzekła, niby czarna świnka!“ Stęknąłem od pożądania pod stołem, ale Ona nie obrała dla mnie zwierzęcia, ani wtedy, ani nigdy i, być może, kucharka je zjadła... A może też i Kot, fałszywy i szyderski... Dość trosk... Me serce wrażliwe unosi się, i często dusi mnie trochę... Nie myślmy o tem. Życie jest piękne, ponieważ ty dajesz mu blask... Zasypiam. Pilnuj dobrze, o Ogniu, moich szczątków, które myśl porzuci... Zasypiam.

KIKI-ŁAGODNY.

Można by przypuścić, iż śpię, gdyż me oczy zwężają się tak, że wydają się być przedłużeniem kreski delikatnej, ale śmiałej, ozdoby dziwnej i wschodniej, która łączy me powieki z uszami. A jednak czuwam. Jestto czuwanie fakira, znieczulenie szczęśliwe, przy którem słyszę każdy hałas, każdą obecność... Moje oczy uprzywilejowane, o Ogniu, lepiej ci się przypatrują kiedy je zamykam, mogę wtedy zliczyć różnolite esencye jakie łączysz w bukiet iskrzący się. Oto płomień barwy szałwii, niebieski i palący, duch gałęzi tuji. Wczoraj jeszcze, gałęź ta, która skręca swój delikatny szkielet, kołysała nad aleją swój cień płaski niby pióropusz; Ona odcięła ją jednem cięciem nożyc; dlaczego? może dla tego, by ulotniła się jej dusza barwy szałwii i niebieska i paląca? Gdyż znajduje Ona, podobnie do mnie, upodobanie w twym tańcu, o Ogniu, i karze twój wypoczynek surowem uderzeniem szczypiec. Co czyta Ona, z głową nachyloną, z rękami opuszczonemi, jak róża zapalona? Nie wiem. Ona wie dużo, zapewne, ale mniej niżeli Kot.
Ten płacz ciężki wzdłuż długiej szczapy, ta agonia bardzo starej sosny, którą bluszcz cierpliwy zabił. Widziałem drzewo, siekierę, rude włosy zmarłe, leżące na trawie... niedawno temu. Jego pień płacze żywicą ciągnącą się niby ślina, później płomieniem pełzającym i ciężkim, ale rude włosy suche łamią się pociskami żywego ognia, gwiżdżą, rzucają tysiące płomieni różnobarwnych, ponad falą przestronną i złoconą, zwijającą się rozkosznie jak Kotka, którąbym kochał...
Miłość... Polowanie... Wojnę... to ty Ogniu zapalasz je we mnie. Zwierzęta skrzydlate już się zbliżają, poszukując jagód, pozbawionych świeżości. Uchwycę je! Nieruchomy wśród krzaków będę ich pilnował, życząc sobie szalenie, aby ziemia mnie ukryła. W pożądaniu skoku, mięśnie moich ud zadrżą, mój podbródek będzie się trząsł i... oby moja zasadzka nie zdradziła się okrzykiem koźlim niedającym się powstrzymać, któryby je przestraszył i spowodował hałas skrzydeł i gałęzi!... O nie. Potrafię panować nad sobą. W tej sekundzie zręczny skok, i słaba zdobycz dyszy pode mną... Drobne szpony bezsilne, skrzydła spiczaste, które biją po mej twarzy skurczonej, wysiłek śmieszny zwierzęcia pozbawionego siły... Dla samej przyjemności trzymania ciała szalejącego i żywego, mój pysk rozdziawi się, że aż zmarszczy trzema zmarszczkami strasznemi mój nos doskonały... I upojenie wojownicze, harce zdobywcze, kark podniesiony, aby rozedrzeć trochę, trochę tylko, ptaka, który zbyt szybko zemdlałby w mych zębach... Groźny, będę galopował ku domowi, krzycząc głosem przytłumionym bez rosciśnięcia szczęk, ponieważ trzeba, aby On, porzuciwszy papier, przybiegł i podziwiał mnie; aby Ona, przerażona, ścigała mnie napróżno krzycząc: „Złośliwy, dziki! Zostaw ptaka w spokoju, o błagam cię! sprawiasz mi przykrość...“ Ha! zapewne nigdy nie polowała...
Pragnę, o Ogniu, podczas gdy będzie panowała zima, zadziwiać świat. Kot, który mieszka na folwarku (Ona mówi: Kot dzierżawcy, jak my mówimy: „dzierżawca należący do Kota“), ten który jest źle odziany, na długich łapach, nieładny ze swym pyskiem łasicy, ostrzy swe pazury kiedy patrzy na mnie. Cierpliwości. Jest on mocny, pozbawiony elegancyi, brutalny i niezdecydowany. Drzwi uderzające przestraszają go, i ucieka z opuszczonemi uszami; ale widziałem kiedy zabił kurę o wielkości przyzwoitej. Dla obłudnych oczów Kotki zbyt młodej, albo też miejsca na murze, zmierzymy się niezawodnie. Dowie się, że mogę zwieść nieprzyjaciela milczeniem niewytłomaczonem albo krzykami zabójczymi. Niechaj sprobuje, z zachrypiałem gardłem, jęczyć po cichu a następnie głośno, niechaj jego oblicze bez wdzięku, jego ciało pozbawione sierści, z łatami poprzecznemi, przyjmie pozycye kłamliwe (używają jeszcze oni tych środków przestarzałych), wtedy ja, nieprzenikniony, rzucę na niego magnetyzm zielony mych oczów cudownych. Pod tą natarczywą obelgą, spuści powieki, zadrży w krzyżach, sprobuje nawet naszego starego tańca wojennego, naprzód, w tył, a później znowu naprzód... Ale i wtedy nie poruszę się, gdyby posąg koci. Przestrach i szał przejdą na mego rywala przez zieleń urzeczoną mego spojrzenia, i w końcu obaczę, jak będzie się wyginał, krzyczał fałszywie, jak będzie się starał znaleść równowagę na karku, niby grusza widłowata, aby stoczyć się bezwstydnie na pole, gdzie rosną zwiędłe kartofle.
To wszystko, o Ogniu, stanie się tak, jak mówię. Dzisiaj przyszłość rozkwita przy twym płomieniu nowym. Drętwieję... Mój pomruk milknie razem z twym trzaskiem... Widzę cię jeszcze, a widzę też moje sny... Jedwabisty odgłos deszczu pieści szyby, a otwór rynny płacze jak gołąb...
Nie zgaśnij podczas mego snu, o Ogniu i pamiętaj, że pilnujesz tego dostojnego spoczynku, tej śmierci wyszukanej, która nazywa się Snem Kota...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Colette i tłumacza: Kazimierz Woźnicki.