Przejdź do zawartości

Siedm dyalogów zwierzęcych/Przedmowa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Woźnicki
Tytuł Przedmowa
Pochodzenie Siedm dyalogów zwierzęcych
Wydawca Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Data wyd. 1911
Druk Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
PRZEDMOWA.

Pani Colette Willy, autorka Siedmiu Dyalogów Zwierzęcych, rozpoczęła swą karyerę literacką, pisząc do współki z Willy’m, głośne przed kilku laty Claudine’y. Wiadomo dzisiaj, że udział jej w tej pracy był dość znaczny, i że, bodaj, lepsze ustępy tej „epopei”, są koncepcyi i pióra pani Colette Willy. Dzieło to, dla tych, co nietylko sądzą powierzchownie, ale wnikają w istotę rzeczy, posiada wartość niemałą i zasługuje rzeczywiście na miano „epopei”; daje ono dokładny obraz życia pewnych sfer francuskich, odtwarza pewien pogląd na świat, i wynikające zeń sposoby zachowania się i postępowania...
Najbardziej jednak oryginalną, powiedziałbym najlepszą, pracą pani Colette Willy są Dyalogi Zwierzęce; należą one do tych dzieł, co przynoszą do literatury czynniki nowe. Bohaterami są tutaj kot i pies; rozmowa ich toczy się na temat spraw psich i kocich, ale ten pies i ten kot rzeczy i sprawy ludzkie, choć traktują je, jako drugorzędne, oceniają nieraz tak słusznie, z taką bystrością i przenikliwością, a w każdym razie tak ciekawie, że mógłby im pozazdrościć niejeden moralista.
Jak Toby-Pies i Kiki-Łagodny znają sprawy ludzkie, tak samo pani Colette Willy zna sprawy psie i kocie. Mówi o nich bez żadnej przesady, nie „robiąc literatury”, ale notując swe spostrzeżenia i swe uwagi, które same w sobie są literaturą, to znaczy sprawiają wrażenie harmonii i piękna.
Szczera, nie szukająca sztucznych efektów, nie posiadająca w sobie nawet na lekarstwo tej pozy, jaką, niestety, dzisiaj jeszcze, przy najodleglejszem zbliżeniu, spostrzedz można u większości kobiet-pisarek, pani Colette Willy nie pisze dla tego, aby pisać i aby módz należeć do respubliki literackiej, ale, ponieważ ma rzeczywiście coś do powiedzenia, coś nowego i ciekawego, a nadewszystko, ponieważ ma talent...
W ostatnich kilku latach pani Colette Willy, obok literatury, poświęca się teatrowi, tańczy tańce swej własnej kreacyi, odegrywa pantominy, jest, — jak powiada w swej ostatniej powieści p. t. La Vagabonde, która przed kilku dniami opuściła prasę, — „literatką, co się źle pokierowała”. W grze na scenie, tak samo jak i w literaturze, jest przedewszystkiem sobą, nie naśladuje nikogo, nie krępuje się niczem, stara się wyzyskać talent, jakim jest obdarzona, stara się stworzyć coś nowego. I tutaj powoduje panią Colette Willy umiłowanie sztuki, a nie chęć zysków albo sławy.
Dwa razy miałem sposobność widzieć panią Colette Willy: w jej mieszkaniu i na scenie. Przed rokiem mniej więcej udzieliła mi audyencyi, bawiąc przejazdem w Paryżu, kiedy po występach w Północnej Francyi udawała się na Południe, i zatrzymała się w stolicy dla zaopatrzenia się w nowe kostiumy. Zastałem panią Colette Willy w chwili kiedy te kostiumy przymierzała, w towarzystwie bohaterów, jakich Sz. Czytelnicy wkrótce poznają: Toby-Psa, buldoga, i kota, Kiki-Łagodnego. Kiki-Łagodny obojętnie leżał na swej poduszce, natomiast Toby-Pies przymiarką interesował się żywo, i aczkolwiek uprzejmym, to jednak wiele mówiącym wzrokiem, spoglądał na intruza, co ośmielił się pani jego w tak ważnej chwili czas zabierać...
Zdanie, jakie miałem o pani Colette Willy, po osobistem jej poznaniu, nie zmieniło się bynajmniej, a umocniło tylko. Są ludzie, którym szczerość i poczciwość wyczytać można w spojrzeniu — do takich należy pani Colette Willy. Z zachowania się, z ruchów, z rozmowy jej — widać, jak jest dobra, jak pogodna, jak sentymentalna nawet (ten czynnik sentymentalizmu najjaskrawiej może występuje w nowej powieści pani Colette Willy: La Vagabonde); ale widać także stanowczość, wytrwałość, zrozumienie i poczucie obowiązków, czy to teatralnych czy też literackich. Wogóle prawdziwa Colette Willy nie ma nic wspólnego z ową legendową autorką Claudine, o której tyle i tak rozmaitych plotek a legend kursuje...
Po raz drugi, niedalej jak wczoraj, widziałem panią Colette Willy na scenie w pantominie p. t. La Chair. W małym teatrzyku dzielnicowym p. n. Gaité-Montparnasse, wypełnionym po brzegi publicznością przedmiejską, w towarzystwie nieodłącznego Wague’a (w La Vagabonde występującego pod nazwą Brague’a), między śpiewem szansonistek, a komedyjką o wartości wątpliwej, odegrała dramat miłosny o podkładzie silnie zmysłowym; nie było tam ani dekoracyi, ani kostiumów, ani oświetlenia specyalnego, słowem nie było tego wszystkiego, co może oszukać oko, sprawić złudzenie gry dobrej, choć doskonałą nie jest. Uwaga więc cała skupiona była na grze artystki, na jej fizyognomii i ruchach... I była pani Colette Willy naprawdę żoną czy kochanką jakiegoś kłusownika, która miłość swą zakazaną ukryć pragnie, co później, w chwili stanowczej, waha się i zdecydować się nie może, co dalej, na gorącym schwytana uczynku, rozdarłszy szaty, pięknem ciała swego życie własne ratuje, co, wreszcie, straciwszy kochanka czy męża, niepocieszoną jest żoną, czy kochanką. ...Gra naturalna, niewymuszona, i tutaj świadectwo dała szczerości i talentu artystki...
W literaturze, czy w teatrze, pani Colette Willy jest sobą. W tem, co pisze, w tem, co odegrywa na scenie — daje rzeczy nowe. W książce niniejszej znajdą Szanowni Czytelnicy przekład dokładny, może zbyt dokładny, a więc niedostatecznie po literacku opracowany, jednego z arcydzieł pani Colette Willy.



W Paryżu, dnia 7 Grudnia 1910 roku.









Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Woźnicki.