Siedm dyalogów zwierzęcych/IV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Siedm dyalogów zwierzęcych |
| Rozdział | Ona jest chora |
| Wydawca | Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów |
| Data wyd. | 1911 |
| Druk | Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Kazimierz Woźnicki |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Sza! Nie budźcie Jej. Bądźcie grzeczni. Pójdę pisać na dole.
Co on powiedział?
Nie wiem. Rzeczy bardzo ogólnikowe. Polecenia; coś w rodzaju: zostańcie tutaj, do widzenia.
Powiedział „sza“. A ja przecież nie robię hałasu.
Oni są zabawni! Mówią: „nie róbcie hałasu“, a jednocześnie odchodzą krokami takimi, że nawet głuchy szczur usłyszałby je o dwa kilometry.
To prawda (przygląda się tej, która śpi). Jej oblicze jest jeszcze bardzo małe, Ona śpi. Jak będziesz schodził z tego stolika nie rób głośno i naumyślnie „puf“.
Czyż teraz ty mnie będziesz nauczał, jak mam skakać? Oj ty dawco rad! (cytuje). „Ekskrement dosiada konia i do tego trzyma się na nim“.
Co takiego?
Nic. Jestto przysłowie wschodnie. Gdybym chciał, o psie, naruszyć spokój tego pokoju, umiałbym wybrać zręcznie, aby się na niem myć, krzesło źle ustawione, którego nogi uderzałyby: „Tik-tak, tik-tak“, w rytm mego języka. Jestto sposób, który wynalazłem, aby mnie wypuszczano na swobodę. „Tik-tak, tik-tak“ — mówi krzesło. Ona, pisząc lub czytając, gniewa się zaraz i krzyczy: „Bądź cicho, Kiki“. Korzystam z prawa, co mi przysługuje i myje się dalej niewinnie. „Tik-tak, tik-tak“. Ona rozgniewana rzuca się i otwiera drzwi, przez które przechodzę powoli, krokiem wygnańca... Kiedy znajduję się na dworze, śmieję się, że jestem wyższy od wszystkich...
Co za smutny tydzień, hę? nie wie się już, co to jest przechadzka. Odkąd ona spadła z konia, nie jadłem nawet z przyjemnością.
Mój Boże, można przecież kochać ludzi, a jednocześnie pielęgnować swój żołądek.
Ja tego nie potrafię, nie! Kiedy Ona spadła z konia, i kiedy poczęła krzyczeć, czułem, że serce me zatrzeszczało.
Wszak to nie mogło skończyć się inaczej. Nie należy siadać na konia. Nikt nie jeździ konno. Widzę dokoła siebie jedynie szaleństwa. Koń sam przez się jest już przestraszającą potwornością.
Naprzykład.
Tak, przyjrzałem się jednemu koniowi bardzo blizko...
Zmusza mnie do śmiechu.
... Koniowi dzierżawcy, który pasie się na łące. Ta góra poruszająca się przez cały miesiąc zatruwała me dni. Schowany pod płotem, widziałem jego ciężkie nogi, co psuły grunt, wdychałem jego zapach wulgarny, słuchałem jego chropowatego krzyku, co porusza powietrze... Pewnego razu, kiedy zjadał niskie pędy płotu, jedno z jego ócz spojrzało na mnie, a wtedy uciekłem... Od tego dnia pogarda moja była tak silna, że szalenie pożądałem zgnębienia tego potwora. „Zbliżę się do niego, — myślałem, — przyczepię się tak silnie, chęć ośmieszenia go tak będzie żywa w moich oczach, że może umrze, kiedy spotka me spojrzenie...“
Tak?
Tak też uczyniłem. Ale koń, na którego czekałem drżący, dmuchnął tylko na mnie nozdrzami, parą niebieskawą i cuchnącą; przewróciłem się od niej w konwulsyach okrutnych.
Czy nie przesadzasz?
Nigdy w świecie. I to właśnie na takiego konia ona włazi, czepia się go, jedna noga tędy, a druga tamtędy?... Dziwne zboczenie!
Różnią się nasze zapatrywania w tym względzie, mój Kocie. Dla mnie, po człowieku, koń jest pięknem na świecie.
A ja tedy?
Ty jesteś Kotem. Ale koń! Ona na koniu! co za grupa cudowna tak wysoko w powietrzu, że, aby ją podziwiać, muszę odwrócić mój kark apoplektyczny! Koń użycza jej swej chyżości. Może Ona należycie ścigać się ze mną, kiedy ślepy galop mnie unosi. Niekiedy wyprzedzam Ją, z uszami chwiejącemi się na wietrze, z językiem wywieszonym w kształcie chorągwi, a przedemną posuwa się cień koński. Jeżeli biegnę z tyłu, pachnący kurz mnie okadza, skóra ciepła, zwierze pokryte potem, nieco Jej zapachu... Droga ucieka przedemną, gdyby wstęga, która się ciągnie pokryta bobkami nawozu. Co za radość być tak małym a tak szybkim wśród wielkiego cienia galopującego! A kiedy nadejdzie chwila wypoczynku, dmucham, jak motor między czterema nogami mego przyjaciela, który nachyla ku mnie swój pysk okiełznany i oblewa mnie swem parskaniem przyjaznem.
Oczywiście, oczywiście! Rumaki wspaniałomyślne, przebiegające góry i doliny, a pod ich podkowami krzemień iskrzy się... Jesteś ostatnim z romantyków.
Nie jestem ostatnim z romantyków, jeno małym buldogiem, który przyszedł na świat pewnego wieczoru między czterema nogami klaczy kasztanowatej; klacz nie położyła się przez całą noc z obawy, aby nie zgnieść matki i noworodków. Mały buldog — to prawie dziecko końskie; śpi on przy letnim boku konia na ciepłem posłaniu pomieszanem z nawozem, pije w wiadrze stajennem, wstaje, kiedy słyszy odgłos kopyt, zajmuje się myciem powozów... Aż do dnia w którym Ona przyszła, aby mnie wybrać, mnie najładniejszego, najbardziej płaskonosego, najbardziej czworokanciastego z całego gniazda! — aby mnie przywiązać do swej osoby... (wzdychając). A teraz Ona leży, i nie rusza się... Jestem smutny, gdyż Ona ma jeszcze przewiązkę na kostce. Czy pamiętasz, kiedy On podniósł Ją na swych ramionach, trzymał w powietrzu, Ją, która jest o tyle większa ode mnie, trzymał, podobnie jak małego psa, co chcą utopić...
Przypominam sobie. Byłem na górze na schodach rozgniewany i zaciekawiony hałasem. On zbliżył się do mnie, odsunął nogą, ni mniej ni więcej tylko tak, jakby był uczynił ze sprzętem zawadzającym.
... I to dla tego przez trzy dni nie wchodziłeś do pokoju, do Jej pokoju?
Dla tego... i dla innego także.
Dla jakiego powodu?
Gorączki.
Jej gorączka pachnie jeszcze lepiej niż zdrowie innych.
I mówią ludzie o węchu psim! To, co Dwie-Łapy uważają za rzeczy pewne, polega na bajkach dziecinnych. Wiesz o tem dobrze, że gorączka...
Tak, wywołuje strach.
Tak, wywołuje strach, chłód w plecach, obrzydzenie w nozdrzach, niepokój wszędzie. Na progu pokoju, w którym jest gorączka, zatrzymuje się, szuka się kogoś, obawia się tego, co jest schowane... Ona leżała sama, rozpalona; patrzyłem na nią długo, gotowy do ucieczki, mówiąc do siebie: Ktoś jest z nią za firanką? ktoś ją dręczy i uciska? i sprawia, że jęczy, choć śpi?
Ale nie było nikogo, powiedz?
Nikogo oprócz Niego, który, nachylony, słuchał Jej snu, oprócz Niego, najbardziej inteligentnego ze wszystkich Dwu-Łap na ziemi, drogą tajemniczą uwiadomionego o obecności niewidzialnej, oprócz Niego i Gorączki. Opanowując swe obrzydzenie, podziwiałem Go; byłem melancholijny i zazdrosny. Dopieroż to musi On Ją kochać, pomyślałem, aby Jej bronić i zbliżać się do Niej, aby Ją całować, całą przesiąkniętą złym powabem! Czyżby mnie wziął na swe łono, gdyby...
Sza!
Dla czego?
Ona się poruszyła.
Ależ nie.
Nie... nie poruszyła się, ale Jej myśl poruszyła się. Odczułem to... mów dalej.
Już nie wiem o czem rozmawialiśmy.
O...
Dość... Nie wspominaj tego. Gorączka jest początkiem czegoś, co się nie nazywa po imieniu.
O tak! Nie lubię żadnego stworzenia, które się nie rusza; wszak wiesz, jaką nieruchomość mam na myśli.
Ja także. Mogę zjadać tylko żywe ptaki, albo myszy malutkie, których krzyk połykam...
Dla czego zabawiasz się, strasząc mię. Nigdy nie mogłem zrozumieć twej próżności, polegającej na przesadzie istotnego okrucieństwa. Nazywasz mnie ostatnim z romantyków, czyliż nie jesteś pierwszym z sadyków.
O psie, zatruty literaturą, wieczne nieporozumienie nas dzieli. „Jestem małym buldogiem“, mówiłeś do mnie z prawdziwą szczerością, która mnie rozbraja. Z kolei pozwól, że ci powiem: „jestem Kotem“. Sama ta nazwa wszystko tłomaczy... Mam w sobie nienawiść ku cierpieniu, ku brzydocie, wstręt niezłomny do wszystkiego, co razi mój wzrok, albo może po prostu zdrowy rozsądek. Ożywiony gniewem usprawiedliwionym, rzuciłem się na Kota stróża, co, krzycząc, wlókł za sobą łapę skaleczoną... Dopóki nie zamilkł, ja...
Nie mów mi tego!
A! Zrozumiej nareszcie! Jeżeli opowiadanie samo o tem, co uczyniłem, oburza cię, zrozumiej, że pragnąłem zgładzić z tego świata, zniszczyć, w tem zwierzęciu zakrwawionem, obraz nawet, obraz grożący mej nieuniknionej śmierci.
Uwięzienie nie służy nam... Chętnie udałbym się na dwór, aby pod łagodnem słońcem bez siły, wśród suchego żwiru i liści podobnych do smażonych kartofli „udawać tanecznicę“. Na dworze wszystko jest żółte! Me oczy stały się żółtemi przez przeglądanie się w słońcu rudem i w zapalonym lesie. Chcę myśleć o tem jedynie, co jest żółte i wesołe, o zimnie i o pięknej jesieni, zorzy czerwonej, której barwa pozostaje na liściach drzew czereśniowych... Chodź, wyprobujmy siłę naszych łap, zdajmy sobie sprawę z naszej młodości jeszcze niezużytej... Być może, iż śmierć nie przyjdzie nigdy?...
Co chcesz robić?
Drapać do drzwi, i zanucić hymn uwięzionego.
I obudzić Ją zapewne?
Będę śpiewał pół-głosem.
I będziesz drapał pół-pazurem? Siedź cicho, On tak kazał, wychodząc.
Czyż On mi nakazuje? On mnie prosi. Zresztą, jestto jedyny powód, dla którego słucham Go.
Zmuszasz mnie do ziewania.
Nie, ale ty się nudzisz (kusząc go). Myślisz o wolności... Może kura uciekła z kurnika, co za polowanie!..
Tak przypuszczasz?
Mówię może. Czy skończyłeś badać jamę królika?
Nie jeszcze... taka głęboka! Kopałem wczoraj — mógłbym się w niej już pogrzebać. Ziemia przylepiała się do pyska razem z sierścią tego zwierzęcia...
Skończysz jutro, albo innego dnia.
Dla czego nie w roku przyszłym?
Co ci jest? Warga twa czarna i lakierowana wisi conajmniej na łokieć, a twe oczy ropusze oblewają się łzami... Czy płaczesz?
Nie.
Pociesz się, o serce wrażliwe. Odnajdziesz przyjaciół i przyjemności. W tej właśnie chwili suka dzierżawcy zjada kości w kuchni, aby skrócić sobie czas oczekiwania na ciebie.
Suka... O!
Zresztą nie jest sama, dog stróża dotrzymuje jej towarzystwa.
To nieprawda.
Idź, zobacz.
Nie, narobiłbym hałasu.
Masz racyę.
Suka... mała suczka... kości, mała suczka... królik, jama... dog, mała suczka... kości z pieczeni baraniej, sierść królika...
Uh, uh, uh, uh.
Bądź cicho!
Uh, uh, uh, uh.
Chwała Bogu!